Triumph T140 od jareckiz

Poniższa historia napisana przez naszego forumowego kolegę Jareckiz dowodzi, iż marzenia należy realizować i jak się naprawdę chce, to najważniejsze, można je realizować!

Od kilku lat z kumplami z mojej okolicy jeździmy na Czechy poobcować ze starymi motocyklami w pełnym pędzie na asfalcie. Ponieważ zimą człowiek szajby dostaje to wczesną wiosną kiedy w górach jeszcze śnieg, siadamy na maszyny i lecimy do Horic na spotkania w ich klubie motocyklowym. Po drodze bywa różnie ale puki reumatyzm nie łamie to sobie nie odmawiamy.

Na miejscu rozgrzewany się ciepłą zupą, korzystając z knajpy i jej toalety, którą nasz sanepid pewnie by zamknął. Tam jednak tradycja ma się dobrze i  to jest bardzo dobrze.

Wiosną i latem też jesteśmy na Czeskiej ziemi pooglądać i  ścigać się w ulicznych wyścigach starych motocykli. Tu przybliżę Wam, że Czeska motoryzacja to nie tylko Jawy i Cz-ty, które pamiętamy z czasów PRL-u, to także motocykle produkowanej w niewielkiej liczbie z przeznaczeniem do wyścigów ulicznych, Horice, Jicin, Dvor Kralowe czy Branna to namiastka wyścigów na wyspie Man i mekka fascynatów w różnym wieku z kilku krajów. Kiedy tam trafiłem pierwszy raz, średnia wieku zawodników startujących oscylowała na 55-60 lat. „Dziadki” w długich włosach, lekko utykający na lewą nogę, na motocyklach zasuwali bardzo sprawnie, szczęka opadała jak zdejmowali kaski a wiek ich życia nie korelował z prędkością jaką rozwijali.   Powiedziałem sobie, ja też tak chcę.
Zaskoczyła mnie duża ilość tych motocykli a jeszcze bardziej możliwość bezproblemowego porozmawiania z ich właścicielami, bariera językowa była pozorna zwłaszcza po kilku piwach.

No to trzeba rozejrzeć się na poważnie za poważnym motorem. Wpływ na to miała możliwość obcowania z kolegami ujeżdżającymi angole, Tomkiem i Szymonem z LST, Polską załogą sajda na Besie, Arkadiushem  no i oczywiście  Robertem z Junakpolishteam, ludźmi o bardzo dużej wiedzy z zakresu mechaniki i nie tylko. Nie mogę również pominąć grupy wsparcia w postaci Dawersa, Krzysztofa i Gabi z Wielkopolski. Na jednym z portali ogłoszeniowych w 2015r, pojawił się Triumph T120 z 71 roku w cenie 20000zł, kupa pieniędzy, niestety poza moim zasięgiem. Ale zakiełkowało, szukamy angola ale w rozsądnych pieniążkach. Jak się chce coś mieć trzeba pracować, no to pracujemy i w końcu tradycyjnie bierzemy;  kredyt. Kupujemy w 2017 Triumpha z 1973 roku zdekompletowanego sprowadzonego ze Stanów, targujemy, konsultujemy i kupujemy.

 

Silnik chodzi motor pali. Z pomocą e-bay i uciułanych pieniążków kompletujemy maszynę, dokładając pozyskaną wiedzę od Szymona  z LST i  Mikołaja z MotoclassiC Pobiedziska w zakresie regulacji wymiany i naprawy tego co trzeba było wyregulować i naprawić.  Oczywiście czytamy też to co nasi nieocenieni koledzy z ziemi ojczystej i za oceanu  mają do powiedzenia w tym temacie.
Do tej pory jeździłem na japonii, która jest niezawodna o ile ma olej w silniku i paliwo w baku, lubi kręcenie silnika pod czerwone pole i zawsze dowozi do celu chyba że nie umiemy hamować i lądujemy tam gdzie nie patrzymy.
Triumph, nie jest taki łatwy, przyjechał już z elektronicznym zapłonem, dokupiłem mu również nowy regulator napięcia, nowa pompę hamulcową i pochodzącą z epoki chłodnice oleju montowana na rocker box-y, opony oczywiście  Avony. Przede wszystkim umyłem motor, przesmarowałem i wymieniłem wszystkie płyny. Część elementów wymagała pochromowania a część uzupełniona. Kupiłem kilka części,  oryginalnych z jego rocznika  od słownego gościa z Anglii. Pierwsze uruchomienie silnika, po ustawieniu luzu zaworów i zapłonu okazało się że pali od trzeciego kopa na zimno. Garaż zaczął się trząść, motor na centralnej podstawce po dodaniu gazu sam cofał się do tyłu, krew buzuje trzecie piwo otwarte, myślę będzie dobrze. Sam proces uzupełniania części na które wydałem max 4 tysie i zakup maszyny za 14 tysi z rejestracją wyszedł do 20. To istotne bo maszyny na forum są warte podobne pieniądze więc angole też są w Waszym zasięgu.
Efekt końcowy to:

Wiosna 2018, maszyna gotowa do rejestracji i ujeżdżania, gdzie jedziemy, wiadomo najpierw w  koło domu, ale co tam Kotlina Kłodzka i Czechy. Pozycja wiadomo jak na starym motocyklu, kanapa twarda, kolana dość wysoko, jedziemy, moje ulubione traski to droga nr 11 na cervonohorskie sedlo w Czechach, bo kręcenie się wkoło komina to nie dla mnie.  Lecimy poruszając się z prędkością do 60 mil, ale silnik ma ochotę kręcić się wyżej, przy 5 tysiącach zaczyna już jechać szybko i wyprzedzanie samochodów nie stanowi problemu. Po drodze przejazd kolejowy, szlaban zamknięty,  silnik na wolnych lekko trzęsie patrzymy czy paliwo gdzieś nie kapie,  jedziemy,  przy odjęciu gazu w zakrętach mam uczucie że złapałem gumę w tylnym kole lub urwały się szprychy, normalnie wali się na bok przy odjęciu gazu,  po drodze pierwsze zakręty, pięknie idzie na obroty przyspieszając w zakrętach, teraz idzie jak po szynach. Dotankowanie paliwa na cpn w Paczkowie i lecimy na Czechy gdzie nowe asfalty, długie proste i genialne winkle ciągną jak Reksia do boczku. Po drodze mijam kilka motocykli z przeciwka, machnięcie ręką i jesteśmy w Jeseniku, dalej na góry. Tam to już mekka wszystkich ścigantów, latają współczesnymi z góry i na dół, lecę spokojnie koło 100km/h w dół i w zakrętach wyprzedzam kolesia na cb 500 na wrocławskich rejestracjach, nie daję się wyprzedzić aż do końca.  Na dole krótka rozmowa z koleżkami z Nowej Rudy i z powrotem 10km pod górę, na prostych normalnie w granicach 100km/h ale w zakrętach dochodzą mnie na współczesnych i siedzę im na ogonie na winklu przycierając podstawką o asfalt. Super pozycja do składania się w winklach, silnik ma moc aby odejść z zakrętu, słyszę  dzwonienie zaworów więc  spokojnie  lecimy pod górę i tak kilka razy aż do przerwy, gdzie na parkingu w pobliżu winkli zatrzymuje się aby pogadać z innymi. Komunikacja jest łatwa bo zawsze ktoś podchodzi aby obejrzeć motocykl, po drugie taka jazda jest wyczerpująca i trzeba dać odpocząć maszynie i sobie.

W domu, ponowna regulacja zaworów bo luzy za duże i czekamy na kolejny wyjazd. Maszyna ma jeździć.  Kończąc,  stary angol to kwintesencja motocyklizmu, odgłos trzaskającego metalu stygnącego od temperatury, piękny gang silnika , może wymaga częstej regulacji ale nie jest bezduszny. Starałem się zobrazować zdjęciami na poparcie mojej opowieści. Teraz zachorowałem na T 120 z lat 60. Ale kto mi da kredyt.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Motocykle, Newsy, Wpisy, Wybrane projekty naszego Forum. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *