BYĆ MOTOCYKLISTĄ…

Zagłosujcie na ten zespół! Grają w nim motocykliści!
Oddajcie głos na to zdjęcie! Zrobiła je dziewczyna motocyklisty.
Pomóżcie motocykliście! Krew oddawajcie na hasło…

Przez ciekawość wchodzę na stronę internetową podaną przez „motocyklowych” artystów, biorących udział w jakimś komercyjnym plebiscycie czy konkursie. Porównuję ich z konkurentami i na pierwszy rzut oka widzę, że te „niemotocyklowe” zespoły czy fotografie są o niebo lepsze. Co robić? Pomagać „motocykliście” w imię świętej solidarności motocyklowej? Czy fakt, że jeżdżę motocyklem ma oznaczać, że mam taki sam gust jak inni motocykliści? Dlaczego moja krew ma w pierwszej kolejności ratować życie jakiejś ofierze wypadku motocyklowego – gdzie często nie do końca wiadomo, kto był sprawcą kolizji – a nie matce dwojga dzieci, potrąconej przez pijanego kierowcę i leżącą w tym samym szpitalu co ranny motocyklista?
Co to znaczy „motocyklista”? Czy ja nim jestem? Załóżmy, że jestem – w takim razie jak mam poznać czy inni też są? Gdyby dziadek, jeżdżący codziennie swoją WSK-ą od maja do listopada, bez względu na pogodę, na podmiejską działkę i wożący stamtąd plony na rynek, zaapelował do motocyklistów, by głosowali na jego dynię na wystawie płodów rolnych – dostałby głosy motocyklistów?
To może, żeby być „motocyklistą” trzeba być zarejestrowanym na co najmniej jednym forum motocyklowym? Mam wierzyć, że dla członków forum motocykle to coś więcej niż środek lokomocji? Że to jest ich styl życia? Ma mi nie przeszkadzać to, że po kilku miesiącach intensywnego życia forumowego ich ukochany motocykl pojawi się w dziale „Giełda – sprzedam”, a oni z takim samym zapałem zapiszą się na forum płetwonurków?
Gdzie mam szukać tych „prawdziwych” motocyklistów? Może pośród ludzi, którzy zajmują się motocyklami zawodowo? Zrobili ze swojej pasji sposób na życie, czyli na płacenie rachunków. Motocykl, który budują jest dla nich tylko towarem – jak buty dla szewca, a dotychczasowi towarzysze motocyklowych wypraw powoli zaczynają się przemieniać w ich oczach w potencjalnych klientów?
A może łączą nas jedynie wspólnie wyznawane idee: odwaga, twardość charakteru z jednoczesną wrażliwością na potrzebujących pomocy? Może powinienem kupować i upowszechniać na każdym kroku gadżety pewnego mistrza aerografu, który niestrudzenie wymyśla nowe sposoby promowania siebie w ramach nowych akcji charytatywnych? Koszt tych działań pewnie dawno przekroczył wartość pomocy chorym dzieciom, ale co tam koszty…

A może tak naprawdę to ja nie jestem motocyklistą…?

Możliwość komentowania jest wyłączona.