Połączyła nas pasja do tego miejsca
Rozmowa z Lindą i Markiem Wilsmore – gospodarzami London Ace Cafe

21.03.2014

Mark_and_Linda_Wilsmore W 1993 roku Linda i Mark Wilsmore zamarzyli o reaktywowaniu legendarnej London Ace Cafe, która została zamknięta w 1969 roku. Dzięki determinacji i optymizmowi udało się im osiągnąć ten cel: w 2001 roku czas się cofnął i Ace Cafe znów zatętniła życiem. W tym roku minie 75 lat od pierwszego otwarcia Ace Cafe. Z tej okazji poprosiliśmy Lindę i Marka o krótki wywiad.

Wojtek Kopczyński: Kiedy i jak się poznaliście i kto kogo zaraził motocyklami, czy może już oboje nosiliście w sobie motocyklowego bakcyla?

Linda Wilsmore: Poznaliśmy się w 1982 roku. Mark był już wtedy zapalonym motocyklistą z kilkoma wypadkami na swoim koncie. Już wtedy wiedziałam, że benzyna i rock and roll płyną w jego żyłach w równych proporcjach. Od najmłodszych lat interesował się motocyklami, co pociągnęło za sobą romans z całą tą kulturą, ciuchami, muzyką i otaczającą to wszystko atmosferą. Swój pierwszy motocykl kupił, jak tylko osiągnął pełnoletność. Była to Yamaha RD250. Ja do czasu spotkania z Markiem nigdy nie miałam do czynienia z motocyklami. Żaden z moich poprzednich chłopaków nie był motocyklistą. Jednak po pierwszej jeździe na tylnym siedzeniu poczułam przypływ adrenaliny. Czy to wiatr, deszcz czy słońce – miałam wrażenie, że jestem jednym z elementów tych żywiołów i chciałam tylko pędzić przed siebie bez oglądania się wstecz.

W.K.: Jak doszło do reaktywacji Ace Cafe? Czy to był Wasz wspólny pomysł czy jednego z Was?

Mark Wilsmore: Byliśmy członkami lokalnego klubu właścicieli motocykli Triumph. W 1993 roku jeden z członków klubu, który bywał jeszcze w ACE przed jej zamknięciem, zapytał mnie, czy wiem kiedy zamknięto Ace Cafe. Szybko policzyliśmy, że w 1994 roku minie 25 lat. Od tej pory nie opuszczała mnie myśl o uczczeniu tej daty poprzez ponowne spotkanie i otwarcie knajpy. Uważam, że jest ona unikalną częścią dziedzictwa naszej kultury i dlatego należy ją chronić od zapomnienia.

W.K.: Ustaliliście jakiś podział obowiązków przy Ace Cafe? Ja osobiście odnoszę wrażenie, że szefem wszystkich szefów jest Mark, ale „szarą eminencją” jest Linda. W Polsce mówi się, że żona jest jak szyja, która kręci głową rodziny…

Mark_przed_knajpaMark: Na początku nie mieliśmy żadnego doświadczenia ani w prowadzeniu własnego biznesu, ani w pracy przy kateringu. Na szczęście pośród ludzi, których zatrudniliśmy, znaleźli się tacy, którzy potrafili ułożyć sensowny biznes plan do przedłożenia w banku. Współpracujemy z tymi ludźmi zresztą do tej pory. W miarę jak biznes się rozrastał, zatrudnialiśmy coraz więcej pracowników – w tym także Polaków. Część z nich awansowała na kierownicze stanowiska, jednak zostawiamy dla siebie decydujące zdanie we wszystkich kwestiach. Zakres naszych obowiązków jest bardzo szeroki: od zbierania talerzy ze stołów, gdy jest duży ruch, sprzątania po zamknięciu lokalu, kierowania ruchem na parkingu – po prowadzenie strony internetowej i korespondencji. Ostatecznie naszym życiem jest życie kawiarni, a widząc ją wypełnioną ludźmi, czujemy się szczęśliwi.

W.K.: Kim byliby i czym by się zajmowali państwo Willsmore, gdyby w ich życiu nie pojawiła się Ace Cafe?

ITB_1_Linda_Wilsmore_with_the_newLinda: Dobre pytanie… Do tej pory chyba nie mieliśmy czasu sobie na nie odpowiedzieć. Ja dla Ace Cafe porzuciłam stały etat asystentki/recepcjonistki/telefonistki i myślę, że jestem skazana na pracę tutaj aż do emerytury. Kocham tę pracę. Pozwala mi ona na to co lubię najbardziej: kontakt z ludźmi z całego świata. Co do Marka: cokolwiek by to było – musiałoby mieć związek z rock n’ rollem i motocyklami.

W.K.: Jakich użyliście zaklęć, by przywołać do Ace Cafe ducha „Ton up”?

Knajpa_nocaMark: Myślę, że nie trzeba było go przywoływać. On tu cały czas był i czekał na nas. To ten sam etos, dotyczy tylko nowego pokolenia na nowoczesnych motocyklach. To stało się widoczne już podczas pierwszego Reunion we wrześniu 1994 roku. Wzięło w nim udział ok. 12 000 motocyklistów. Spotkali się oni pod budynkiem, który był tylko zewnętrzną skorupą oryginalnej Ace Cafe. Oczywiście byli wśród nich bywalcy oryginalnej ACE, ale większość to młodzi motocykliści, którzy chcieli poznać swoje korzenie. Zainspirowana bogactwem dziedzictwa i tradycji, ACE ucieleśnia nadal te same wartości jak wtedy, gdy był tu pierwszy dom dla rockersów i Ton-Up-Boys. To co można było czuć jadąc Tritonem i próbując osiągnąć „Ton”, jest emulowane dzisiaj na nowoczesnych motocyklach sportowych i streetfighterach. Zmieniły się motocykle, muzyka i świat, ale duch pozostaje ten sam.

W.K.: Czy zaglądają do was jeszcze bywalcy knajpy z lat pięćdziesiątych? Jacy są dzisiaj „chłopcy z tamtych lat”? Przecież ci ludzie zainicjowali pokoleniowy bunt wobec mieszczańskiej popkultury. Jak dziś oceniają swoje wyczyny z młodości? Gdzie znaleźli dla siebie miejsce w brytyjskim społeczeństwie?

Stary_rockers_w_oknieMark: Młodzi nastolatkowie odwiedzający w latach pięćdziesiątych Ace Cafe, jeśli posiadali wtedy motocykle (najtańszy środek lokomocji) nazywani byli Ton-Up-Boys. Jeśli nie posiadali motocykli, a słuchali jedynie nowej w owych czasach muzyki – rock n’ rolla, nazywani byli Teddy Boys. W 1964 roku pojawiło się nowe zjawisko wśród nastolatków, nazwane przez prasę „Moderniści”, a później skrócone do „Mods”. Słuchali oni jeszcze nowszych od rock n’ rolla brzmień w muzyce, poruszali się jeszcze nowszymi od motocykli pojazdami – skuterami, a ubierali się w najmodniejsze ciuchy z najmodniejszych boutików. Ci, którzy zostali wierni „staremu” rock n’ rollowi, zostali nazwani „rockersami”.
Prawdziwi „Ton Up Boys”, „Mods” czy „Rockersi” oczywiście odwiedzają Ace Cafe, choć mają już po 60, a często po 70 lat i więcej. Dzielą się z młodymi swoimi wspomnieniami wzbudzając nieraz u nich dreszczyk emocji. Bywa też, że ubolewają nad tym, że ich chęć do przygód i radość życia utożsamiana była przez starsze pokolenie jedynie z rebelią i chuligaństwem.

W.K.: Ja osobiście uważam, że Ace Cafe powinna trafić na listę UNESCO, światowego dziedzictwa kulturowego. W tej chwili to już jest instytucja uwieczniająca odrębność i tożsamość kulturową angielskiej młodzieży z drugiej połowy XX wieku. Jakie jest podejście do Ace Cafe londyńskich władz lokalnych? ACE to przecież nie muzeum, tylko tętniąca życiem knajpa motocyklowa. Tak wielkie skupisko młodych motocyklistów i amatorów sportowej motoryzacji na pewno jest uciążliwe dla otoczenia. Nie dochodzi do scysji z policją? Czytałem w archiwalnej prasie, że dawniej bywało z tym różnie, było to argumentem za zamknięciem knajpy w 1969 roku…

Clipboard01Mark: Cały czas współpracujemy z radą gminy London Borough oraz policją, by załagodzić problemy i niedogodności dla sąsiadów, wynikające z olbrzymiej ilości odwiedzających nas motocyklistów. Dotyczy to zarówno problemów z parkowaniem i utrudnieniem w ruchu, jak i zapanowaniem nad temperamentem i entuzjazmem młodych gości.
Ace Cafe zamknięto z innych powodów. W 1969 roku jej właściciel przeszedł na emeryturę i odsprzedał lokal. Nowi właściciele wyczuli nową koniunkturę i w przeciągu dwóch tygodni zamienili knajpę w salon sprzedaży i serwis opon samochodowych. Czasy się zmieniły. W tym samym roku zadebiutował na rynku brytyjskim samochód Mini Morris, który był wtedy tańszy od Triumpha Bonneville. Ludzie zaczęli się przesiadać z motocykli na tanie samochody, a Ace Cafe znalazła się przy najruchliwszej arterii drogowej w kraju. To sprawiło, że w budynek Ace Cafe stał się na długie lata składem opon samochodowych i stacją obsługi samochodów, dopóki nie pojawiliśmy się my – połączeni pasją związaną z historią tego miejsca, kulturą, jaką reprezentuje i wszystkim, co ono znaczy.

W.K.: Wiem, że wśród licznych podróży po świecie, odbyliście też motocyklową wycieczkę po Polsce. Było to chyba dosyć dawno. Utkwiły wam w głowach jakieś reminescencje z tej wyprawy?

Linda: O tak! Bardzo wiele. Przed powstaniem Ace Cafe co roku wybieraliśmy się na kilka tygodni w motocyklową podróż po Europie. W 1993 roku odwiedziliśmy Polskę. Był to u was czas wielkich zmian politycznych, gospodarczych i społecznych. Mnie jednak najbardziej utkwił w pamięci sposób, w jaki na nas patrzono. Byliśmy cali odziani w skóry nabijane ćwiekami, obwieszeni znaczkami, naszywkami i łańcuchami. Było to bardzo zabawne, gdy niektórzy patrzyli na nas jak na przybyszów z zaświatów. Bywało, że próbowali nas pomacać. Nie było w tym jednak nic wrogiego. Nie czuliśmy się przytłoczeni. To było po prostu zabawne. Kiedy mijaliśmy wsie, ludzie przerywali pracę w polu, by nam pomachać. Namachałam się chyba więcej od naszej królowej! Rzucił nam się wtedy w oczy olbrzymi kontrast społeczny. Widzieliśmy olbrzymie różnice pomiędzy biednymi ludźmi z prowincji i bogactwem w dużych miastach. Uzmysłowiliśmy sobie to zwłaszcza w Warszawie, gdzie weszliśmy na chwilę do jednego z hoteli, by napić się kawy, słuchając podczas wypisywania pocztówek do znajomych – muzyki w wykonaniu kobiecego kwartetu smyczkowego.
Mark i ja uwielbiamy pokonywać motocyklem górskie drogi. To zawsze powoduje dreszczyk emocji. Wasze Tatry zrobiły na nas olbrzymie wrażenie. Interesując się naszą wspólną historią odwiedziliśmy też obóz w Auschwitz, by okazać hołd oraz odnieść to, co czytaliśmy i słyszeliśmy o tym miejscu do jakiejś perspektywy. To było bardzo emocjonalne i przygnębiające przeżycie. Minęło dwadzieścia lat od tamtej pory i bardzo chcielibyśmy znów odwiedzić Polskę, lecz ciągle brak na to czasu. Nie przypominam sobie byśmy spotkali jakiś motocykl w czasie naszej podróży po Polsce. Za to po powrocie przeczytałam w jednym z angielskich czasopism motocyklowych list od jakiegoś faceta z Polski, który pytał: dlaczego nikt nie chce odwiedzać Polski? Cóż… Napisałam zaraz do redakcji, by mnie skontaktowano z autorem tego listu i tak zaczęła się nasza korespondencyjna przyjaźń, która trwa do dziś. Przez ten czas udało się nam dwa razy spotkać ze sobą tu w Anglii.

W.K..: Wiem, jak bardzo jesteście zajęci, ale życzę Wam, byście wzorem lat ubiegłych znów mieli czas na beztroskie podróże po Europie i byśmy mogli was godnie podjąć w Polsce. Bardzo dziękujemy za poświęcony czas i miłą rozmowę.

Rozmawiał: Wojtek Kopczyński
Tłumaczył: Memphis
Zdjęcia: W. Kopczyński, oraz prywatne archiwum Marka i Lindy Wilsmore.

Możliwość komentowania jest wyłączona.