Motocykl Konrada

Garażowe drzwi z hałasem podniosły się do góry. Ostre słoneczne światło wpadło do wnętrza, wydobywając z mroku motocykl otoczony rozrzuconymi po podłodze narzędziami.
Wnętrze wyglądało jakby ktoś przerwał naprawę motocykla z zamiarem powrotu za kilka chwil. Wszystko leżało dokładnie tam, gdzie zostawił, zamykając za sobą drzwi trzy lata temu. No cóż… oboje odsiedzieliśmy ten wyrok… Z tym, że ja wolałbym spędzić te trzy lata tutaj, w zamkniętym garażu, niż pod celą – pomyślał na głos, opierając ręce na baku motocykla.
Konrad miał już wiele motocykli, ale z żadnym dotąd nie rozmawiał w garażu. Ten jednak zmienił jego stosunek do przedmiotów martwych. Już to, w jaki sposób wszedł w jego posiadanie, odróżniało go od poprzednich. Kupił go na licytacji w Urzędzie Celnym. Został zarekwirowany jakiemuś przemytnikowi narkotyków i potem zajęty przez komornika. Był mocno zdekompletowany przez celników w poszukiwaniu skrytek na narkotyki. Silnik rozkręcony, kanapa i tłumik do niczego się już nie nadawały… Nie wyglądał przez to najlepiej, ale za to nie przyciągał zbytnio uwagi handlarzy, a oglądając rozebrany silnik, można było ocenić stan jego zużycia. Konrad wiedział, że ten motocykl wart jest sporych pieniędzy. Potem, czym więcej nim jeździł, tym mocniejszego nabierał przekonania, że motocykl „żyje” własnym życiem. Początkowo nie mógł zrozumieć, dlaczego niezawodnie pracujący silnik nie dał się uruchomić właśnie ten jeden jedyny raz, właśnie wtedy, gdy przyszedł do garażu z potencjalnym kupcem. Albo ta przygoda, której obraz będzie miał w pamięci do końca życia. Kolejne wyprzedzanie „na zakładkę” – nieraz pozwalał sobie na taki manewr wiedząc, że zapas mocy motocykla i jego zimna krew pozwolą mu przemknąć z prędkością 150 na godzinę pomiędzy mijanymi samochodami. Serce zabiło mu mocniej, gdy przy kolejnej próbie wyprzedzenia silnik nagle „przygasł”. Zaniepokojony zwolnił nieco i schował się w kolumnie pojazdów, zastanawiając się, co może być przyczyną niewchodzenia na pełne obroty. Jednak jego niepokój niebawem spowodowało co innego. Samochody, które jeszcze przed chwilą chciał wyprzedzać, zaczęły gwałtownie hamować, a ich kierowcy rozpaczliwe szukali miejsca na wytracenie prędkości to po prawej to po lewej stronie drogi, wzniecając kłęby kurzu na poboczach. Środek szosy zajęty był przez galopującego z podniesionym sztywno ogonem konia, który czymś spłoszony wbiegł na drogę prosto z pobliskiej łąki, gubiąc po drodze jeźdźca. Konradowi pot spłynął po plecach, gdy sobie pomyślał, co by z niego zostało, gdyby silnik wtedy się chwilowo nie „zatkał” i jechałby teraz środkiem jezdni mając na liczniku 150 km…
Po tamtej przygodzie i kilku innych podobnych do tej, gdy niesprawna instalacja elektryczna nagle sama się naprawiła na widok kontroli drogówki i dociekliwy policjant musiał z wyraźnie zawiedzioną miną stwierdzić, że oświetlenie jest sprawne, zaczął „rozmawiać” ze swoim motocyklem w garażu.
Niestety w kłopotach z prawem, w jakie się wpakował, nikt nie mógł mu pomóc, a już na pewno nie motocykl. Przyszło się rozstać na trzy lata, a teraz, gdy już był wolny, nawet nie mógł wsiąść na swoją ukochaną Suzuki, by odreagować w czasie jazdy pobyt w więziennej celi… Wielu rzeczy brakowało mu w więzieniu, ale najbardziej chyba jazdy motocyklem. Niestety… Z rozbabranego przodu sterczał tylko jeden teleskop. Drugi leżał obok na ziemi, czekając na rozbiórkę. Już od momentu kupna nie był zadowolony z pracy przedniego zawieszenia. Teraz już chyba będzie mógł spokojnie dokończyć rozbiórkę. Tym razem nie przeszkodzi mu w tym wizyta policji… „Znów trzeba będzie pomyśleć o sprzedaży, ale przedtem jeszcze sobie trochę pojeździmy” – mamrotał pod nosem, próbując rozebrać lagę. Ze złością odłożył na bok instrukcję serwisową. „Kurde! Tu się nic nie zgadza! Te antynurki nie mają prawa działać. W serwisówce jest wszystko inaczej”. Zapalił papierosa i jeszcze raz spokojnie zaczął przyglądać się rozkręconym częściom, porównując je z rysunkami w instrukcji. Nagle zamarł, trafiony niesamowitą myślą. Po chwili w ruch poszła piła do metalu. Gdy pod brzeszczotem pojawiły się złote opiłki – Konrad pożałował swojej nieostrożności. Jednak niepotrzebnie się martwił uszkodzoną złotą monetą, bo w skrytce było ich wiele więcej. „Jednak celnicy nie wszystko znaleźli” – uśmiechnął się . Lampa srebrnej Suzuki nagle skręciła w jego kierunku pod własnym ciężarem i przez chwilę wydawało mu się, że motocykl błysnął światłem reflektora, ale to na pewno był tylko odblask ostrych promieni słonecznych w szkle lampy…

2 odpowiedzi na „Motocykl Konrada

  1. lonnet pisze:

    Synowi opowiem kolejną bajkę na podstawie tej opowieści…. trochę ją zmodyfikuje pod zygzaka – mam nadzieję że autor nie będzie miał nic przeciwko.

    • wojkop pisze:

      Oczywiście, że nie! Chętnie nawet zamieszczę jakąś „bajkę” 😉