Nieudany dzień

Z każdym kilometrem coraz bardziej żałował, że zdecydował się na wyjazd. Co prawda przestawało padać, ale mokry asfalt i spory ruch nie pozwalały na odprężenie i czerpanie przyjemności z jazdy. W dodatku wyjechał sam. Jeszcze kilka dni temu do kogo by nie zadzwonił – słyszał w słuchawce zapewnienia: ”… na sto procent jedziemy razem…”.

W miarę jednak jak prognozy pogody nie dawały nadziei na słoneczny dzień, odbierał tylko kolejne SMS-y od kumpli z mało wiarygodnymi tłumaczeniami z nieobecności. Szczerze mówiąc teraz też żałował decyzji o samotnym wyjeździe. Zamiast marznąć na motocyklu w drodze na jakiś mało znany niewielki zlot, organizowany przez nowo powstały klub MC – mógł sobie leżeć na kanapie przed telewizorem i oglądać na żywo wyścigi motocyklowe.

„No dobra. Teraz skup się bracie, bo gdzieś tutaj powinien byś zjazd…” – zganił sam siebie w myślach za to roztkliwianie się zamiast śledzenia drogi. Zaczął redukować prędkość do „podróżnej” spodziewając się niedługo skrzyżowania. Pierwszy raz zapuścił się w te strony. Okolica raczej nie słynęła z malowniczości i nie przyciągała do siebie turystów. Przez to „dumanie” całkiem przeoczył w lusterkach wyprzedzający go z dużą prędkością – muskając niemal jego łokieć – motocykl. Spod tylnej opony unosiła się fontanna wody. Mały tankbag przed kierowcą dawał nadzieję, że też on udaje się na zlot. „Jeśli będzie skręcał na skrzyżowaniu – pociągnę za nim. Może zna drogę?..” pomyślał i znów przyśpieszył by nie stracić z oczu motocykla. Nie było łatwo dotrzymać mu towarzystwa. Kierowca wściekle zielonej Kawasaki „dawał ostro”. W końcu dojechali do skrzyżowania. „Przewodnik” faktycznie skręcił w prawo, ale zdawał się nie być zbyt zadowolony gdy spostrzegł, że jakaś leciwa Honda próbuje dotrzymać mu kroku. Trzeba było dobrze się starać by nie stracić go z oczu, zwłaszcza, że wysłużone opony po raz kolejny przypomniały o najwyższej porze na przejście w stan spoczynku. Skupiony na rywalizacji z uciekającym Ninją, nawet się nie spostrzegł gdy dotarli na miejsce zlotu. Ledwo przekroczył bramę – znów zaczął siąpić delikatny deszczyk. Miał ochotę na dwie rzeczy: gorąca herbatę i zobaczyć twarz kierowcy Kawasaki. Na jedno i drugie musiał jednak zaczekać. Zajął miejsce w kolejce do bufetu i obserwował swojego przewodnika, który też już odstawił motocykl i pojawił się w kawiarnianym ogródku. Czekała tu na niego spora grupa przyjaciół, zajmująca całą długość stołu. Wszyscy kolejno ochoczo unosili się z się z ławy splatając dłonie z nowym przybyszem w charakterystycznym dla motocyklistów przywitaniu. Najwyraźniej przybyła właśnie gwiazda i dusza towarzystwa. Zrozumiał dlaczego gdy zobaczył wreszcie twarz ukazującą się spod ściąganego kasku. Twarz… młodej dziewczyny! Była bardzo młoda, dużo młodsza od niego. „Taka smarkula, a tak nagina…” – pomyślał z uznaniem. Z racji różnicy wieku nie miał śmiałości podejść do ich stolika, usiadł jednak w pobliżu ze swoją herbatą w nadziei, że może to dziewczyna go rozpozna i nawiąże rozmowę. Faktycznie zatrzymała na nim dłużej spojrzenie i po wyrazie jej twarzy łatwo się domyślił, że go poznała. Jednak doczekał się tylko drwiącego uśmieszku, po czym szybko odwróciła głowę do towarzyszy by dokończyć im opowieść: „… i te chuje jebane myślały, że się kurwa przestraszę ich radiowozu i się zatrzymam? Taki chuj! Nawet nie próbowali mnie gonić a ja zapierdalałam dalej….”. Wyzwiska i obleśne słowa podały co rusz z pięknych usteczek wzbudzając wyraźny zachwyt i uznanie słuchaczy. Jemu za to już odechciało się bliższej znajomości z motocyklistką o anielskiej twarzy i słownictwie prostytutki. Zaczął za to wreszcie dokładniej przyglądać się otoczeniu. Było jeszcze wcześnie i zlot dopiero się rozkręcał. Scena zlotowa była pusta a z głośników płynęły piosenki znane mu już na pamięć. Obowiązkowy zestaw na każdym zlocie. Można powiedzieć – kanon, którego zmiana natychmiast powoduje gwałtowne protesty uczestników i domaganie się powrotu do oklepanych i w kółko granych „ponadczasowych hitów”. Tuż przy scenie znajdował się rewir stolików zarezerwowanych dla organizatorów. Już na pierwszy rzut oka, byli zgranym towarzystwem. Świetnie się bawili w swoim gronie prezentując pozostałym plecy ustrojone w klubowe barwy ze świeżo doszytymi literkami „MC” i kongresowymi naszywkami. Widać było wyraźnie, że znaleźli się w swoim ukochanym, zamkniętym świecie i teraz gdy mają swoje naszywki „MC” nic więcej do szczęścia im nie brakuje. No dobra. Tylko po co było z tej okazji organizować otwarty zlot, skoro wszystkich mają w dupie? – pomyślał. Tubalny wybuch śmiechu przyciągnął jego wzrok do stolików stojących po przeciwnej stronie ogródka. Tym razem byli to jego rówieśnicy. Kilka par małżeńskich prawie nie do odróżnienia. Wszyscy w takich samych – markowych – kurtkach skórzanych, skórzanych – markowych – spodniach i butach. Kobiety różniły się od swych towarzyszy życiowych jedynie tym, że na głowach miały skórzane „Stetsony” zamiast skórzanych bandan – oczywiście „markowych”. Przed nimi na stole wylądowała kolejna już butelka Tennessee Whiskey – co było właśnie powodem wybuchu radości. Wiadomo – butelka Whiskey to obowiązkowe „menu” w takich okolicznościach. Każda pary postawi kolejną butelkę nie w obawie o to, że mogą byś wzięci za niewdzięczników – tylko ze strachu, by inni nie pomyśleli sobie, że ich już nie stać… Tuż obok przysiadła się para młodych ludzi. Położyli obok siebie śmieszne „orzeszki” rodem jeszcze z PRL i natychmiast zagłębili się w rozmowie patrząc sobie głęboko w oczy i zapominając o całym otoczeniu.

Plac zlotowy powoli się zaludniał. Co chwila słychać było dźwięki silników podkręcanych „do odcinki” na przemian z głośnymi okrzykami wpadających sobie w objęcia ludzi. Między bufetem a stołami zaczęły kursować tace z plastykowymi kubkami pełnymi piwa. Robiło się wesoło choć, jak to w życiu bywa, nie wszystkim ten nastrój się udzielał. Tu i ówdzie dostrzegł „samotnych jeźdźców” siedzących w napięciu ze wzrokiem utkwionym w jeden punkt gdzieś przed sobą, lub czujnie rozglądających się dookoła – jakby na coś nerwowo wyczekujących. Ot – zlotowy dzień powszedni…

Pod scenę zajechał samochód. Na tylnej szybie widniała nazwa zespołu znanego i cenionego w motocyklowym światku – muzycy też byli motocyklistami. Kapela zaczynała powoli stroić instrumenty a przed jego oczami pojawił się widok ni to dziwny ni to śmieszny. Mały chłopiec – góra może 10-letni – ubrany w markową, malutką skórzaną kurteczkę, markowe skórzane buciki i spodnie a na głowie zawiązaną miał – oczywiście markową – skórzaną bandankę. „Ciekawe czy tatuaże też już mu zrobili” – przemknęła mu przez głowę niedorzeczna myśl. Odwrócił się znad swojej herbaty w kierunku chłopca i posłał mu jeden ze swych najszerszych uśmiechów. Uśmiech jednak szybko zamarł na twarzy gdy zobaczył wyciągnięty w swoim kierunku mały środkowy paluszek, dumnie sterczący z zaciśniętej piąstki odzianej w malutkie skórzane bezpalczaste rękawiczki…

Odechciało mu się czekać na darmową grochówkę, konkursy i zmianę pogody. Szybko podążał do parku maszyn by jak najszybciej znaleźć się w domu.

Możliwość komentowania jest wyłączona.