Dzienniki Cafe Racera

30.06.2008

Dobrze znasz ten znak, o którym mowa…czarne zawijasy na żółtym tle, poniżej cyfry – sugerujące ile mil na godzinę powinieneś jechać by zachować bezpieczną prędkość. Kocham te znaki. Kusi mnie by je zbierać, ostatecznie za moje ciężko zarobione pieniądze, który w ciągu roku wydaję na podatek drogowy w paliwie i mandaty za przekroczoną prędkość – miałbym chyba do tego prawo. Wieszałbym je na ścianie garażu, niczym trofea zdobyte po uczciwej walce. Niestety, sumienie nakazuje mi – bym je zostawił na miejscu, w trosce o życie innych motocyklistów. Mimo wszystko, pomimo nowoczesnej technologii, wciąż dla niektórych kierowców mogło by się to źle skończyć gdyby przekroczyli nawet te śmiesznie małe zalecane szybkości.

Jednakże moi znajomi Cafe Racerzy, widzieli taki znak jako neon reklamujący roller coaster w parku rozrywki w Tarmac. Kręcący i rzucający ludźmi na wszystkie strony roller caster, mistrzowskie osiągnięcie techniki i szczyt geniuszu inżynierów na codzień nudzących się za swymi biurkami. Jak to się ma do tego, co cię czeka za takim znakiem na prawdziwej wijącej się drodze!

Wraz z moim przyjacielem Markiem Fosterem wybraliśmy się w ostatni weekend do południowej Wisconsin, pozwiedzać tamtejsze winkle. Jadąc wzdłuż autostrady nr 14 kręciliśmy dookoła głowami przeczesując okolice w poszukiwaniu znaków z „wężykami”. Opisy dróg w hrabstwach Wisconsin często zastępowane są skrótami literowymi, stąd mawia się o nich „drogowe abecadło”. Często te skróty łączą się ze sobą tworząc różne kombinacje, którym przydawano odpowiednie znaczenie – np. droga lokalna HH zyskała miano „Raj Chuliganów” (Hooligan’s Heaven). Na węzłach drogowych stawiano odpowiednie znaki z literami mówiące, którą drogą należy podążać. Litery łączą się ze sobą tworząc niekończące się ciągi jak np.: „JCT: O – OO” na znaku, przed którym właśnie się zatrzymaliśmy. Obie drogi krzyżujące się za tym drogowskazem opatrzone były „znakami węża”, do mnie tylko należał wybór od której drogi zaczniemy testowanie zakrętów. W myślach litery nabierały przeróżnych znaczeń (OH! Oh oh…), mogło być to skrzypienie starej ciężarówki na wiejskich wybojach, ale równie dobrze mogły oznaczać miłosne okrzyki szczytującej kobiety. Swoją drogą, ci faceci wymyślający oznaczenia dróg musieli mieć nieźle pokręcone poczucie humoru…
Góra Wildcat była miejscem naszego spotkania z „asfaltową anakondą”. Jestem taki mocno opadający zakręt w lewo, kiedy zacząłem z niego wychodzić ujrzałem przed sobą Marka mocno dającego po heblach by jakoś zwolnić przed żwirem leżącym na szczycie łuku drogi. Pakowałem się prosto na jego dupsko, a moje stare hamulce bębnowe nie były w stanie wycisnąć z siebie odpowiedniej siły hamowania. Mogłem albo w to dupsko wjechać, albo rozmyślnie zjechać na pobocze by zapobiec temu niemiłemu dla nas obu zakończeniu przejażdżki – narażając na szwank jedynie moje kości. Proszę o spokój – wszystko dobrze się skończyło. Odbiłem ostro kierownicą w lewo dodając gazu, przejechałem na uślizgu poboczem niczym torem żużlowym. To dopiero była jazda! Szkoda, że na mym torze jazdy nie było już robotnika drogowego, który zostawił po sobie ten żwir na drodze, heh heh.

Góra Wildcat nie była jedyną przygodą, mieliśmy jeszcze inne „atrakcje dnia”… Można by sobie pomyśleć, że jak już człowiek raz dostanie takie coś na widziadło – to na jakiś czas ma dosyć, jednak ja tego dnia dopiero poczułem się „na fali”. Prawdziwy wstrząs przeżyłem dopiero później, kiedy to wyskakując z jakiegoś półślepego zakrętu natknąłem się na jadącego tuż przede mną konną bryczką Amisza. Przed oczami pojawił mi się wielki pomarańczowy trójkąt ostrzegawczy dyndający na bryczce i przybliżał się zanim cokolwiek mogłem pomyśleć. Ten widok zapamiętam na długo. Wszystko co mogłem zrobić to próbować złożyć się jak najgłębiej w lewo i krzesząc iskry lewym podnóżkiem ledwie go minąłem. To wcale nie było przyjemne. Sprawdziłem kątem oka w lusterku czy na pewno nie zrobiłem krzywdy koniowi i natychmiast podjąłem decyzję nie przekraczać 70 mph dopóki nie opuszczę tej dziwacznej krainy, w której czas zatrzymał się na epoce konnych bryczek.

Koło Pine Bluff, gdzie w 2003 r. pojechaliśmy na zlot z okazji dorocznego wyścigu Slimey Crud, spotkaliśmy setki dewiantów spod „znaku węża”. Pośród setek motocykli królowały oczywiście wypasione „showbikes” których właściciele jeżdżą na takie imprezy tylko po to by olśnić publikę, ale nie brakło też bojowo skulonych sylwetek „ścigaczy” z tablicami rejestracyjnymi wątpliwej autentyczności zamontowanymi chyba tylko na tę okazję. Najnowsze modele sportbików przetaczały się w tę i z powrotem po parkingu co chwila gwałtownie przyśpieszając a ich w większości młodzi kierowcy nerwowo podkręcali manetki gazu. Były tam też stare poczciwe relikty z epoki „ton-up”- cafe racery, podobne do mojego Quasi Moto, wyprodukowane całe dziesięciolecia wstecz i przez dziesięciolecia przebudowywane i ulepszane z pięknie zjechanymi rantami opon. Ludzie, którzy je otaczali również różnili się od przeciętnych bywalców zlotów. Prawdziwi Rockersi sprzed lat z groźnym błyskiem w oku. Nie podnieca ich bezsensowne spalanie opon w pozerskich popisach, ani dobijanie silników pokazami wheelies, przy których olej nie dopływa niczym krew do mózgu. Naszym credo jest perfekcyjna kontrola prędkości; jednakowo w wyścigu do kawiarni czy do linii mety.
Tego roku miałem okazję spróbować swych sił z różnymi grupami ścigaczy, pierwszy raz testując na tych pięknych drogach moją 450 Cafe Scrambler. Nie miałem szans dotrzymać im kroku na prostych, jednak te młode pistolety uwielbiały naciskać hamulce przed wejściem w zakręty i to powodowało, że szybko jechałem z nimi ramię w ramię. Przyjemnie było patrzeć na ich opadnięte szczęki gdy po spojrzeniu na znaczek na baku docierało do nich, że właśnie objechał ich 32-letni motocykl z połową ich pojemności i jedną trzecią mocy. Jakie to przyjemne dowiedzieć się, że w czasie jazdy umiejętności też coś znaczą.
W niedzielne popołudnie pogoda się wreszcie ustaliła i deszcz, który wisiał nad nami od rana w końcu spadł. Jechałem drogą na końcu której w Spring Green czekał na mnie pokój w zajeździe Germania a na mój Qasi Moto parking pod opuszczoną markizą, oczywiście pod moim oknem. Właściciel zaraz zaproponował mi stare ręczniki do wytarcia motocykla następnego poranka, jakby skądś wiedział, że inaczej użyłbym do tego celu hotelowych ręczników kąpielowych. Nieco zawstydzony podziękowałem mu i zapłaciłem za jedną noc. W TV zaraz zacząłem szukać prognozy pogodny na następny dzień. Wyglądało na to, że deszcz ustąpi do poniedziałkowego poranka i nie będę jutro zbyt ochlapany w czasie jazdy. Było całkiem inaczej. Przez całą drogę do Twin Cities jechałem w lekkim deszczyku – kapuśniaczku. Moja skóra, buty i rękawice były przemoczone na wylot mimo, że zużyłem cały pojemnik impregnatu w sprayu. Bliski hipotermii zatrzymałem się na tankowanie. Kiedy do domu zostało mi niecałe 50 mil, silnik Quasi Moto zaczął wydawać jakieś niespotykane dotąd dźwięki. Mimo to motocykl jechał dalej bez spadku mocy. Po krótkim dochodzeniu przy użyciu śrubokręta i tricku ze stetoskopem odkryłem, że szum pochodzi z prawego łożyska korbowodu.
Właściwie to nie powinno być dla mnie niespodzianką po weekendzie przejeżdżonym prawie cały czas na czerwonym polu obrotomierza. W dodatku, że to była ostatnia moja niedziela w miasteczku Leland, pożegnałem się przejeżdżając przez nie na 9 tys. obrotów.
Po prostu motocykl się kończył. Teraz będę mógł przerobić mojego Cafe Scramblera na małego hot roda. Od dawna taki plan chodził mi po głowie. Mam w zapasie jeszcze jeden CL 450 z 1970 roku w idealnym stanie, przeznaczę go na wypady w dalekie trasy. Po eksperymentach z zastosowaniem M3 Racing do silnika mojego Quasi Moto, przyjdzie teraz czas by zająć się zrzuceniem wagi, zarówno jego jak i mojej… udoskonaleniem zawieszenia i ogólnie podniesieniem technicznego poziomu. Kiedy skończę, wrócę kiedyś znów na drogi Wisconsin w poszukiwaniu znaków węża…

M.M.M.

Źródło: http://motorbyte.com/mmm/pages/2003/58/cafe58.htm
Oryginalny tekst ukazał się w czerwcowym numerze Minnesota Motorcycle Monthly 2003 r.

Fot. Ks. Janusz Konysz

Możliwość komentowania jest wyłączona.