Ace Trip

Szajbę poznałem wkrótce po jego nieoficjalnym biciu rekordu Polski w prędkości jazdy motocyklem. Na liczniku miał 340 km/h, ale uczciwie podał prędkość z GPS-a: 309 km/h. Może nie za wiele, ale „był zakręt…” a zresztą, minęło już kilka lat i jakoś nikt nie wychylił się z lepszym wynikiem. Pomyślałem sobie wtedy, że ten gość, to prawdziwy „Ton Up Boy” w polskim wydaniu, tylko pół wieku później. Wyskoczyć na świeżo otwartą obwodnicę, na której kumple „na chwileczkę” zablokowali ruch, by sprawdzić swój Ton Up – to jest dopiero rock and roll! Dlatego, gdy dowiedziałem się, że Arek „Szajba” Pawlukowicz planuje zbudować cafe racera – byłem spokojny o wynik budowy.
Dokładnie mówiąc, Szajbie nie zależało na budowie kopii kawiarnianej wyścigówki z lat pięćdziesiątych, tylko chciał stworzyć współczesny motocykl, w którym drzemałby duch Ton Up i cafe racingu. Jako główny konsultant, z miejsca zasypałem go setkami zdjęć oryginalnych ścigantów z epoki jak i współczesnych wydumek w tym stylu. Tłumaczyłem mu dlaczego rama ma być zamknięta typu „Featherbed”, koła muszą mieć wąziutkie opony i koniecznie felgi na szprychach, a wszystkie części motocykla powinny być nawiercane gdzie się tylko da – dla obniżenia wagi – bo inaczej nie uchwycimy ducha „Ton Up”. Szajba wszystkiego uważnie słuchał, od czasu do czasu zadawał jakieś szczegółowe pytania a potem… wszystko zrobił po swojemu! No może nie wszystko, motocykl został podzielony na dwa profile. Profil lewy nawiązuje do ponadczasowej linii cafe racerów. Króluje tam surowe, polerowane aluminium zamknięte w ponadczasową linię klasycznych brytyjskich wyścigówek. Za to po przejściu na drugą stronę motocykla, zaskakują nas żeberka radiatorów na baku, przezroczysta pokrywa sprzęgła na silniku, krótki wydech „4 w 1” wystający spod karteru… Jednym słowem: pełen szpan i hi-tech. Jak to ktoś powiedział: „symetria jest estetyką głupców”. Teraz zrozumiałem, czemu Szajba niezbyt dokładnie słuchał moich rad. Jeśli się czegoś nie da połączyć, nie próbujmy robić tego na siłę. Duch „Ton Up” to nie materialny kształt motocykla, tylko uczucie, jakie jego widok wywołuje u motocyklisty. Motocykl Szajby zdaje się mówić: „Przestań już pieprzyć, tylko wsiadaj na mnie i odkręcaj manetę do oporu!”.
Matką chrzestną motocykla została córka Arka – Martynka. To ona wymyśliła nazwę Comar. Leciutka konstrukcja i duże prześwity skojarzyły się Martynce z motorowerem Komarem. Ja postanowiłem ogłosić się ojcem chrzestnym Comara. A co! W końcu jakaś satysfakcja za pół roku konsultacji mi się należy! Nie pozostało nam nic innego jak zorganizować Comarowi ceremonię chrztu. Tu była pełna zgoda między mną a Szajbą. Chrzest musi się odbyć w jedynej świątyni cafe racerów, jaką jest londyńska Ace Cafe. „Papieżem” w tej świątyni jest Mark Wilsmore, postać doskonale znana wśród miłośników cafe racerów na całym świecie. Potrzebowaliśmy jeszcze tylko jego zgody, by ogłosić premierowy pokaz Comara w jego knajpie. Ku naszej radości, Mark zgodził się bez wahania, choć nie znał nikogo z nas, ani nie widział jeszcze na oczy motocykla Szajby.
Datę ustaliliśmy na 16. marca. Wieść o imprezie w Ace Cafe szybko rozniosła się po Polsce jak i wśród polskich motocyklistów mieszkających w Londynie. Swój udział zapowiedzieli kumple Szajby (ci od blokowania na chwileczkę obwodnicy), tworzą oni z Szajbą nieformalną grupę „Dziki Zachód – pozytywnie szajbnięci”. Niedługo potem swoją wizytę w Londynie zapowiedział klub Boxer MC. W sumie w Londynie miało się stawić 20 znajomych z Polski. Sprawa zaczęła nabierać oficjalnego charakteru. Niby nie mogliśmy się z Arkiem doczekać dnia wyjazdu do Londynu, ale gdzieś tak z tyłu głowy tliła się niepewność, jak Comar zostanie oceniony w ojczyźnie cafe racerów. Czy my na pewno wiemy co robimy???

„Czy wy na pewno wiecie co robicie?” Spytał nas celnik na promowej odprawie granicznej. Przez moment gapiliśmy się na niego wybałuszonymi gałami. No to koniec – pomyślałem – nawet tutaj wiedzą, że nasz Comar zostanie wygwizdany przez Anglików. Przecież kazać im podziwiać polskiego cafe racera to tak, jakby w meczu futbolowym Polska – Anglia mieli kibicować polskiej drużynie zamiast swojej. „…No bo ja pierwszy raz odprawiam Polaków, którzy wiozą do Wielkiej Brytanii motocykle, zamiast je stamtąd wywozić” – dokończył swoją myśl pogranicznik.
Anglicy są narodem kochającym tradycję i swoje dziedzictwo narodowe. Ponieważ motocykle są częścią jednego i drugiego, nie znam narodu, który bardziej kochałby motocykle. Przepraszam, znam! Drugi taki naród to Czesi. Gdy dojechaliśmy wreszcie do Ace Cafe i otworzyliśmy drzwi busa by wypakować Comara, zaczął on niczym magnes przyciągać wzrok przypadkowych przechodniów i kawiarnianych gości. Ludzie w różnym wieku zagadywali nas o motocykl. Widać, że sprawiał na nich spore wrażenie. Niektórzy sięgali nawet po telefony komórkowe, by zrobić nimi zdjęcie przybyszowi z Polski. Ja jednak najbardziej byłem ciekaw oceny Marka Wilsmora. Mark dotarł do nas nieco spóźniony, bo przeciągnął się wywiad, jakiego przed chwilą udzielił jakiejś ekipie telewizyjnej. Przywitał się z nami uprzejmie i rzucił okiem na Comara. Wiedziałem z opowiadań, że Mark znany jest jako oaza spokoju i do wylewnych typów nie należy. Wiadomo – prawdziwy Anglik. Dlatego nie spodziewałem się żadnych jego żywiołowych reakcji na widok Comara. Wiedziałem też, że gdy Comar nie przypadnie mu do gustu, jako człowiek taktowny nie powie nam tego wprost, że z takim złomem to on nas nie wpuści do swojej knajpy. Co najwyżej uprzejmie przeprosi, że ma awarię kanalizacji, albo brak prądu i musi odwołać prezentację. Z kamiennej twarzy Marka niewiele można było wyczytać, ale gdy zaproponował nam, że przez cały czas pobytu możemy korzystać bezpłatnie z menu jego knajpy (z wyjątkiem alkoholu na jego szczęście), pomyślałem sobie, że to pewnie widok Comara nastroił go do nas pozytywnie.
Weekendowe wieczory w Ace Cafe wyglądają jak średniej wielkości zloty motocyklowe w Polsce. Po kawiarnianym parkingu żwawo uwijają się pracownicy knajpy uprani w jaskrawe służbowe kurki i sprawnie kierują nieustannym potoczkiem wjeżdżających motocykli, ratując parking przed totalnym zatorem. Wśród parkujących motocykli często słychać polską mowę a tego wieczoru czułem się na placu przed Ace Cafe jak na polskim zlocie motocyklowym. Nie oznacza to wcale, że angielska prezentacja Comara odbyła się w zamkniętym polskim gronie. Wśród licznych gości Mark pokazał mi ekipę z legendarnego klubu „59” a obiektyw mojego aparatu co chwila trafiał na „ciekawe twarze” starych rockersów, po których widać było, że pamiętają niejeden „record race” z czasów świetności fabryk Triumpha, BSA i Nortona.
„Event” skończył się o godz 23.00. Personel knajpy zabrał się za sprzątanie a my za pakowanie busa. Mark Wilsmore jeszcze raz dosiadł Comara. Pochylił się na nim, przyjmując wyścigową pozycję, po czym spytał Szajbę czy siedział kiedyś na oryginalnym cafe racerze. „Nie” – odpowiedział zgodnie z prawdą Szajba. Mark zaprowadził nas do swojego Tritona i kazał usiąść na nim Arkowi. No jak? – spytał Mark. Panowie wymienili porozumiewawcze spojrzenia między sobą i uśmiechnęli się tajemniczo. Ja stałem z boku i czułem jak duch „Ton Up” wypełnia Ace Cafe.

Tekst: Wojtek Kopczyński
Magazyn Custom nr 3/2012

Możliwość komentowania jest wyłączona.