Ace Trip (Comar w Ace Cafe)

25.03.2012

Comar w Ace Cafe

Czy to normalne, żeby Polak woził do Anglii motocykle zamiast je stamtąd przywozić? Czy to normalne, żeby dwudziestu chłopa wybrało się w podróż z Lubska do Londynu, by po raz pierwszy zobaczyć motocykl, który jeszcze dzień wcześniej stał w garażu w Lubsku u ich sąsiada? Czy to normalne, żeby rzucić pracę, gdy szef nie chce dać wolnego i przyjechać w piątek do Londyńskiej Ace Cafe, żeby zobaczyć prezentację motocykla?? Nie – to nie jest normalne. Trzeba być dobrze „szajbniętym” by się zdobyć na takie rzeczy. Tak szajbniętym, jak Arkadiusz „Szajba” Pawlukowicz z Szajba’s Garage i jego „szajbnięci” przyjaciele. Żeby jednak wszyscy zrozumieli o co tu chodzi, muszę zacząć od początku…

W zeszłym roku zadzwonił do mnie Szajba: „w sprawie cafe racera”. Nie od razu zdradził o co chodzi. Na początku poprosił mnie o jakiś większy zestaw piosenek w stylu rockabilly, rock’n’rolla i w ogóle muzyki z lat 50/60-tych do, jak się wyraził, posłuchania w warsztacie przy robocie. Chodziło mu o złapanie klimatu z lat, gdy w Londynie po raz pierwszy zjawili się Ton Up Boys. Później zaczęło się przeglądanie setek zdjęć z oryginalnymi cafe racerami i ich współczesnymi wersjami. W ogólnym zarysie Arek chciał stworzyć motocykl, który będzie wyglądał jak zbudowany przez typowego rockersa z lat 50-tych, któremu udostępniono współczesne możliwości. Krótko mówiąc: ówczesna stylistyka i estetyka, plus silnik i osprzęt „Hi-Tech”. Od razu zapaliłem się do tego pomysłu. Uważam, że Arek – człowiek, który kocha prędkość – najlepiej wyczuje psychikę chłopaków ścigających się od kawiarni do kawiarni i kochających… prędkość!
Nieco się załamałem, gdy usłyszałem, że za bazę projektu posłuży Yamaha XJ6 z 2010 roku. Spodziewałem się raczej jakiejś bardziej „jadowitej” maszyny. Zaraz jednak pomyślałem, że naszych idoli sprzed 60 lat też nie było stać na ekstra sprzęty z najwyższej półki i do przeróbek używali raczej „średnio budżetowych” motocykli. Zresztą z oryginalnej XJ6 wkrótce niewiele zostało. Praktycznie tylko silnik, który wylądował w nowej ramie zaprojektowanej przez Arka, opartej jednak na geometrii oryginału.


Już na początku budowy motocykl zyskał miano „Comar”. To przez swoją lekką, wręcz filigranową budowę, kojarzącą się nieco z naszym poczciwym Komarem. Aby jeszcze bardziej zacieśnić ten związek, w lampie Comara znalazł się oryginalny przełącznik z tego kultowego motoroweru. Jednak najbardziej zaskakujący jest pomysł zróżnicowania lewej i prawej strony motocykla. Szajba nadał w ten sposób Comarowi dwa oblicza. Z lewej strony widzimy niemal klasyczny cafe racer wykonany w polerowanym aluminium. Z prawej zaś przykuwają wzrok żeberka radiatora biegnące poziomo po przedniej części baku, przezroczysta obudowa sprzęgła, krótki tłumik… krótko mówiąc, rasowy współczesny street fighter. Gdy obejrzałem zdjęcia gotowego motocykla, wiedziałem już, że półroczna, wytężona praca Arka w warsztacie nie poszła na marne. Jednak Arek miał jeszcze jeden plan związany z Comarem. Postanowił po raz pierwszy pokazać go światu w londyńskiej Ace Cafe – mekce wszystkich Ton Up Boys, ulubionym miejscu spotkań właścicieli pierwszych Cafe Racerów, jakie pojawiły się na świecie. Pomysł był zarówno świetny jak i ryzykowny. Z jednej strony trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce dla takiej prezentacji, z drugiej zaś – Anglicy traktują cafe racery jako nienaruszalną część swojego dziedzictwa narodowego. Kazać im powiedzieć, że jeszcze ktoś poza nimi potrafi zbudować taką maszynę nie zatracając jej duszy to tak, jakby kazać im przyznać, że ktoś jeszcze potrafi grać tak dobrze w piłkę nożną jak oni. Tylko ktoś „szajbnięty” mógłby się porwać na taki ryzykowny wyczyn. Znacie takiego kogoś? Ja tak.

Dzień prezentacji ustaliliśmy z Markiem Wilsmorem na 16-go marca. Czym bardziej zbliżał się termin wyjazdu – tym większy czułem niepokój o uznanie dla Comara . Jednak nie było odwrotu. Nie wypada złamać słowa danego angielskiemu dżentelmenowi. To dopiero byłby wstyd…

Miejsce zbiórki przed wyjazdem ustaliliśmy w Szajba’s Garage. Jadąc do Lubska obmyśliłem sobie dowcip jaki zrobię Szajbie. Gdy pokaże mi wreszcie na żywo Comara – obejdę go z kamienną miną dookoła i powiem „ No taki sobie. Na zdjęciach wyglądał lepiej…” Jednak moje wyszukane poczucie humoru na nic się zdało, gdy wysiadając z samochodu zobaczyłem stojący na podwórku Arka motocykl. Obszedłem go dookoła z rozdziawioną gębą i z trudem wydusiłem z siebie tylko takie zdanie: „ O k…wa!”. Motocykl wyglądał jeszcze lepiej niż na zdjęciach. To niezbyt cenzuralne słowo padło z moich ust, gdy po obejrzeniu „klasycznej” połowy motocykla, przeszedłem na jego drugą stronę. To naprawdę miło czuć zaskoczenie, gdy człowiekowi wydaje się, że przed chwilą zobaczył coś tak pięknego, że już nic lepszego po drugiej stronie go nie zaskoczy.

Do pierwszej konfrontacji Comara z rodowitymi angielskimi motocyklistami doszło o wiele wcześniej, niż się spodziewałem. W poszukiwaniu adresu hotelu, nieszczęsna nawigacja GPS zaprowadziła nas do samego centrum Londynu. Przedzierając się niezbyt prawidłowo przez zatłoczone ulice zobaczyliśmy przy chodniku dwóch policjantów opartych o służbowe motocykle. Na nasz widok ochoczo poderwali się do pracy, energicznymi gestami nakazując podjechać do krawężnika. Polacy? Macie na samochodzie dwa motocykle? Motocykle są bez dokumentów?! Aha, kradzione! Panie władzo, nie kradzione, tylko kolega je sam sobie w garażu pospawał na wystawę motocykli. Po minie policjanta widać było, że mogą być poważne kłopoty. Zimnym tonem kazał otworzyć tylne drzwi busa i przygotować dokumenty do kontroli. Gdy jednak ujrzał Comara i stojącego przy nim Cedziora, zatrzymał się w pół zdania. Z niedowierzaniem pomacał tylne opony motocykli i zawołał do siebie stojącego przy szoferce kolegę. Szajba nie musiał nawet pokazywać dowodu osobistego. Policjantom wystarczyła jego wizytówka. To był pierwszy znak, że Comar jest w stanie podbić serca Anglików. Ruszyliśmy dalej już o wiele spokojniejsi o efekt jutrzejszej prezentacji.

Najbardziej zależało mi na dobrej ocenie dla Comara wystawionej przez właściciela Ace Cafe, Marka Wilsmora. Mark bez wątpienia jest jedną z ikon brytyjskiego motocyklizmu. Jego pochwała lub krytyka ma swoją wagę. Krytyka nie padła. Pochwałą zaś było już samo zaproszenie do Ace Cafe, świątyni cafe racerów i ustawienie Comara na głównym ołtarzu tej świątyni, jakim jest Ace Corner, gdzie na co dzień stoją takie bóstwa jak Triton z 1959 roku, czy wyścigowy Triumph Dustall z tamtych lat. W piątkowy wieczór 16-go marca te bóstwa zostały zepchnięte ze swego piedestału, a ich miejsce zajął poganin z Polski o nazwie Comar, któremu tej nocy mieli pokłonić się brytyjscy wyznawcy boga „Motura”. Czym bliżej było wieczoru, tym większa rosła w nas trema przed prezentacją. Na szczęście przyjechało wsparcie. Samolotem prosto z Polski, specjalnie na to wydarzenie, przyleciało około 20 osób. W komplecie stawili się Pozytywnie Szajbnięci – Dziki Zachód. Pojawili się też członkowie MC Boxer. Pierwsza siedziba tego klubu powstała właśnie w Lubsku. Szajba dowiedział się też o dwóch swoich fanach, którzy pokonali 160 mil, by wreszcie poznać go osobiście i zobaczyć Comara. Jeden z nich – Szymon – gdy usłyszał od szefa w pracy, że nie dostanie wolnego na ten dzień, po prostu rzucił robotę i przyjechał do Londynu. W tak doborowym gronie, przy szklanicach Guinessa o wiele raźniej było oczekiwać na początek imprezy.

Około godziny osiemnastej parking Ace Cafe zaczął się zapełniać. Do zapadnięcia zmroku otoczenie knajpy wyglądało już jak teren sporego zlotu. Przechadzając się pośród kilkuset motocykli co chwila słyszałem zdania w polskim języku. Niemal połowa przybyłych to byli Polacy. Podobnie jak połowa pracowników Ace Cafe…

Koło podestu z Comarem tłumek robił się coraz gęstszy. Od czasu do czasu słychać było wypowiedziane z namaszczeniem, zależnie od narodowości, swojskie „o k…rwa” lub „oh f…ck”. Jakoś mnie to nie zdziwiło, gdy dowiedziałem się, że słowa te pochodzą od ludzi, którzy weszli na podest, by obejrzeć Comara z drugiej strony – tej z żeberkami na baku…

O godzinie 23.00 impreza dobiegła końca. Ace Cafe opustoszała, przyszła pora na pakowanie. Mark Wilsmore jeszcze raz usiadł na Comara, pochylając się nad kierownicą w wyścigowej pozie. Wtedy to usłyszałem z jego ust najpiękniejszą recenzję Comara. Dał nam radę, by zrobić sesję fotograficzną motocykla na tle ściany pamięci poświęconej polskim lotnikom biorącym udział w czasie II wojny w bitwie o Anglię. Jego zdaniem Comar oddaje swoim wyglądem dwie historie. Historię ulicznych zabijaków motocyklowych, kochających prędkość i wolność oraz polskiego ducha lotników z Bitwy o Anglię – kochających prędkość i ginących za wolność. Polski street fighter i polski Spitfire – z tym skojarzył mu się ten motocykl.

Nie zrobiliśmy tej sesji fotograficznej, bo było już zbyt późno, a na drugi dzień musieliśmy wyjechać o godzinie 6.00, by zdążyć na prom, ale może jeszcze wrócimy do Londynu…

Wojtek Kopczyński

Możliwość komentowania jest wyłączona.