Veteran Cup 2011 – czyli nie od razu Horice zbudowano

Pewnie tak jak wszyscy byłem bardzo zawiedziony, że tegoroczny Veteran Cup nie odbędzie się na drogach publicznych. Jednak już pierwsze kilometry pokonane motocyklem w stronę Trzebieży poprawiły mi humor. To był mój pierwszy daleki wyjazd motocyklem w sezonie i po raz pierwszy od długiego czasu przez sześć godzin nie pomyślałem ani razu o pracy i obowiązkach. Interesowały mnie tylko zakręty i to co mnie spotka za nimi. Wiatr wywiał mi spod czaszki wszelkie inne zbędne myśli. Humor poprawił mi się jeszcze bardziej gdy w połowie drogi spotkałem czekającego już na mnie Szymona aka SzymonFZS. Zawsze jestem ciekaw pierwszych spotkań z ludźmi, z którymi miałem kontakt jedynie w necie. Staram się sobie wcześniej wyobrazić jak wyglądają, czym się zajmują… i zawsze się mylę! W jednym się nie pomyliłem: Szymon okazał się bardzo sympatyczny a jego Estrelka jeszcze ładniejsza niż na zdjęciach. Nie było czasu na długie przywitanie, bo bardzo późno wyjechałem z Torunia a chcieliśmy dojechać na miejsce jeszcze przed zachodem słońca. Może by się to udało gdyby Szymon po dojechaniu do Szczecina nie wypuścił mnie na prowadzenie. Pomyślał sobie biedaczyna, że skoro jestem od niego dużo starszy to pewnie mądrzejszy i doprowadzę go najkrótszą i bezpieczną drogą. No cóż…. powiem krótko, że jechaliśmy cały czas w dobrym kierunku, jednak na miejsce dotarliśmy już grubo po godz. 22.00. Na miejscu: cisza i hula wiatr. W recepcji ośrodka turystycznego powiedzieli nam, że organizatorzy siedzą gdzieś w pobliskim hotelu z zawodnikami i omawiają z nimi regulamin. My jako skromni kibice nie chcieliśmy przeszkadzać w odprawie i postanowiliśmy czekać na parkingu. Na szczęście nie byliśmy sami. W pobliżu stał grill a przy nim bardzo sympatyczna ekipa z kolegą „Magdą” na czele, która szybko przygarnęła nas do siebie i uraczyła kiełbaską z rusztu i piwem. Te kiełbaski postawiły nas na nogi, ponieważ nic nie jedliśmy po drodze, licząc że na miejscu będzie jakaś knajpa. Niestety przeliczyliśmy się – nie tylko na miejscu, ale w całej okolicy było tak jakby ogłoszono jednocześnie: ciszę nocną, godzinę policyjną i powszechne zaciemnienie. Wszędzie hulał tylko przenikliwy zimny wiatr od pobliskiego Zalewu Szczecińskiego. Wreszcie odprawa się skończyła i przyjechał szef imprezy i zarazem szczecińskiej Motokliniki – Krzysiek „Redu”. Na samym wstępie wręczył nam gratisy: identyfikatory, okolicznościowe koszulki i po puszce piwa. Zakwaterowaliśmy się w czteroosobowym domku letniskowym. My trafiliśmy na pojedyncze łóżka w jednym pokoju, a podwójne „łoże małżeńskie” z salonu przypadło bardzo sympatycznym kolegom, którzy przyjechali tuż po nas. Okazało się, że to tata z synem. Tata jest „security chief” Boxer MC ze Słubic – tak można było wyczytać na naszywkach jego kamizelki i kazał mówić do siebie Zibi. Syn dostał ksywkę Młody. Na drugi dzień dojechał do nich jeszcze jeden klubowy kolega o ksywie „Ziomek”. Przez całą imprezę trzymaliśmy się już razem. Niestety Zibi i Młody, podobnie jak my, nie chcieli tracić czasu na zakupy spożywcze i alkoholowe licząc na miejscową gastronomię. Ta jednak miała otworzyć podwoje dopiero w sobotę z samego rana. Zasiedliśmy więc w czterech chłopa do nocnej imprezy mając jedno piwo na głowę i troszkę whisky, którą Zibi znalazł jeszcze na dnie butelki w swoim bagażu. „Impreza” oczywiście szybko się skończyła, zwłaszcza że następnego dnia już o w pół do ósmej wszyscy mieli meldować się przy swoich motocyklach, by punktualnie o ósmej w asyście policji pokonać w paradzie trzydzieści kilometrów dzielące nas od toru kartingowego w Szczecinie. Parada na pewno wyglądała efektownie i robiła spore wrażenie na nielicznych jeszcze o tej porze przechodniach, jednak po czterdziestu minutach jazdy w tempie 30-50 km/h w otoczeniu podrasowanych dwusuwowych 125-tek i 250-tek już wiedziałem na pewno, ze wracam sam – żadnej asysty i parady. Moi koledzy zrobili podobnie. Wreszcie zajechaliśmy na tor. Pogoda mimo porannego chłodu – idealna na wyścig. Zawodnicy rozpoczęli „warm up”. W parku maszyn zaczęliśmy szukać znajomych z Cafe Racera. Bez trudu (Truda niestety nie było 😉 ) znaleźliśmy Marcina vel „Pochopowicz”. Jego Suzuki GS550 podziwiana była przez tłumek widzów. Po chwili Szymon podchodzi do mnie mówiąci: „nie wiem jak ty, ale ja mam zamiar pojeździć” i nie zdejmując nawet sakw podróżnych odpalił swoją Kawasaki Estrella. Po pierwszym okrążeniu słyszałem już jak przyciera podnóżki na zakrętach. Ponieważ Redu nie miał nic przeciwko temu, nawet zachęcał – spróbowałem tego „miodu” i ja. To było to! Po pierwszym ostrożnym kółku zapoznawczym (tor jest raczej krótszy od lubelskiego, bardzo kręty z kilkoma nawrotami) prawie zapomniałem, ze chciałem oglądać wyścigi uliczne! Wszyscy oczywiście objeżdżali mnie jak krowę przy rowie, ale po pierwsze: to był trening zapoznawczy, więc nie wypadało nikomu przeszkadzać, a po drugie na zdjęciach nie widać czy to ja wyprzedzam, czy mnie. Mojej żonie – gdy oglądała te zdjęcia – tłumaczyłem, że walczyłem „ramię w ramię” z „Redu” i „Pochopowiczem” 😉 Udało mi się zrobić kilka kółek, gdy obsługa dała znak do opuszczenia toru. W parku maszyn rozpoczęło się coś jakby piekło. Od rumoru i hałasu zatrzęsła się ziemia. To sidecary rozpoczęły przygotowania do rozgrzewki. Przyjechało ich cztery: po dwa z Holandii i Czech. Z Holandii BMW (zielony) i Norton Commando (czarny). Z Czech Suzuki 1000 (błękitny) i Honda 750 (fioletowy). W tym ostatnim załogę stanowiło rodzeństwo, „pająkiem” albo jak to mówili Czesi – „małpą” była siostra kierowcy. Pojazdy miały już swoje lata, najmłodszy (Suzuki 1000) był chyba w wieku mojego motocykla – czyli miał 35 lat, jednak zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Po raz pierwszy oglądałem je „na żywo”. Bałem się, że ich załogi odmówią grupowego startu na tak ciasnym torze, jednak chyba nie wiedziałem z jakimi „twardojajecznymi” miałem do czynienia. Mimo, że przyjechali do Szczecina towarzysko i raczej w celu wypromowania tej „zabawy” – to na torze szli na całość. Na mnie zrobił wrażenie zwłaszcza pająk z błękitnej Suzuki. Wychylał się efektownie szorując miejscami kaskiem i plecami po torze. Zamarłem, gdy raz głowa odskoczyła mu do tyłu po zawadzeniu kaskiem o opony wytyczające zakręt, ale nawet po takiej przygodzie nie odpuścili ani trochę. Zdarzyło się oczywiście raz komuś „przestrzelić” zakręt, lądując w piachu na poboczu. To tylko uświadomiło mi jak hardcorowa jest ta zabawa. Jadąc motocyklem przeżywasz podobne emocje, ale tu dochodzą nowe elementy: wzajemne zaufanie i odpowiedzialność za drugiego w teamie, a ten drugi ryzykuje o wiele więcej niż np. taki pilot rajdówki WRC – zapięty pasami w klatce bezpieczeństwa. Najlepsze jest to, że po wyścigu ludzie biegnący do sidecarów po to, by zobaczyć twarze tych twardzieli widzą wesołych luzaków w „średnim wieku”, ciągle żartujących, wręcz wygłupiających się jak dzieci, pozbawionych jakichkolwiek oznak „śmierci w oczach”. Ot po prostu: starsi panowie dobrze bawiący się na wakacyjnym pikniku…

Nadszedł dzień wyścigów. Sędziowaniem i „komandorią” wyścigów zajęli się Czesi, których doświadczenie w tej materii przekracza nasze o całe lata świetlne. Poza tym oni mają odpowiednie licencje i uprawnienia od swojego związku motorowego, które są honorowane w całej Unii Europejskiej i których od naszego „pezetmot” pewnie w życiu nikt nigdy nie dostanie. Wyścigi jak wyścigi. Po raz kolejny okazało się, że nie ma sensu szykować dużego ciężkiego motocykla na tor kartingowy, skoro taką samą przyjemność i czasy przejazdu może dać lekka dwusuwowa WSK lub MZ. Oto przykład: zawodnik numer 5 – miejscowy chłopak o ksywie „Pavulon” startujący na WSK 125, który w swojej klasie dublował konkurencje, wystartował ponownie w klasie 175 – ponownie wygrywając. Wąski i kręty tor ogranicza maksymalną prędkość przejazdu do osiągalnej dla wszystkich. Cięższe maszyny mogą więcej na prostej, ale są mniej zwrotne w zakrętach. Nie wiem czy dobrym pomysłem było startowanie „na dobieg” na wzór zawodów endurance w Le Mans. Wiadomo, że na takim torze o wszystkim decyduje start, nie ma szans na odrobienie strat po długim odpalaniu motocykla czy po wypadnięciu z toru – jeśli wyścig trwa osiem okrążeń. Powoduje to, że motocykle po takim starcie jadą „gęsiego” do samej mety. Myślę, że start w stylu MotoGP byłby efektowniejszy i dał więcej emocji widzom i zawodnikom.
Nie pytajcie mnie o wyniki, bo chyba dla was też nie są takie ważne. Myślę, że na tego typu imprezy powinno się jeździć dla przyjemności, a nie dla złota. Solą takich imprez są ludzie!
Tacy ludzie jak ekipa z Politechniki Łódzkiej, która stwarza nastrój zabawy, przygody, niezapomnianych klimatów przy zwariowanych naprawach dokonywanych na poboczu toru.
Tacy ludzie jak ekipa klubu Apanonar, która gotowa jest podjąć się realizacji każdego najbardziej zwariowanego projektu wyścigowego nie bacząc na rozrywające się tłoki „samoróbki” i opór starej materii motocyklowej.
Tacy ludzie jak Marcin vel Pochopowicz i jego kumpel Sławek (też odwiedza naszą stronę!). Stworzyli piękny motocykl, który nie tylko „wygląda”, ale też się ściga! Marcin przyjechał na nim w Towarzystwie Sławka na żółtym Ducati 1100 aż spod Oświęcimia. Dotarli do Trzebieży grubo po północy. Następnie zaraz po wyścigu Marcin wsiadł na swoją Suzuki, która na torze dzielnie stawiała czoła replice MV Agusty i ruszył ze Sławkiem przez całą Polskę w drogę powrotną do domu!
To tacy ludzie jak wspomniani wcześniej Czesi i Holendrzy, dzięki którym człowiek nabiera nowego zapału do zabawy w motocykle.
Wreszcie to tacy ludzie jak Krzych „Redu”, który nie tylko organizuje wyścigi, ale sam bierze w nich udział. Może przez to jest trochę przeciążony obowiązkami i zapomni czy ktoś mu wpłacił wcześniej pieniądze na obiad czy nie, ale który zadba o to, by na torze w czasie treningów pojawił się bufet z darmowymi kanapkami i napojami dla zawodników…



Chyba pora na podsumowanie 🙂
Tak sobie myślę, że to w sumie dobrze się stało z tym odwołaniem wyścigów po ulicach. „Siwy” ma rację. Najpierw musi wykrystalizować się prężne środowisko doświadczonych kierowców, obsługi toru i kibiców. Obserwując beztroskę niektórych „wirażowych” czy zawodników, którzy są pełni dobrych chęci, ale to wszystko czym dysponują, to może trochę za wcześnie. No bo wyobraźmy sobie, że jakiś wszechmocny sponsor cudotwórca nagle załatwia Motoklinice wszystkie zezwolenia i mamy do dyspozycji całe miasteczko Trzebież. Mamy kilku- albo nawet kilkunastokilometrowy tor uliczny i co wtedy??? Przyjeżdża garstka „zawodników” na sprzętach, które wytrzymują ledwie osiem okrążeń na torze. Przy takiej ilości widzowie widzieliby może co kilka albo kilkanaście minut jeden motocykl przemykający po ulicy. Taki widok to przecież mają na co dzień. Czy na pewno porządkowi będą w stanie zabezpieczyć poprawnie taki tor np. przed przejazdem sidekarów??? Na torze kartingowym byli sami sympatycy, więc słuchali poleceń spikera i sami się pilnowali, ale jak będzie na ulicy? Przecież to wysiłek porównywalny z organizacją rajdu samochodowego czy wyścigu kolarskiego w środku miasta! Ja wiem, że Motoklinika jest zdolna to zrobić teraz przy pomocy wolontariuszy – ratowników medycznych i klubu CB radio. Ale pomyślcie jakie to ryzyko dla imprezy jak za pierwszym razem coś się nie uda albo broń Boże doszłoby do jakiegoś nieszczęścia. Ludzie wieszaliby na Redu i Motoklinice psy do końca życia, a szansa organizacji w Polsce wyścigów ulicznych klasyków i zabytków spadłaby do zera!!! Niech Motoklinika zaprosi jeszcze raz na tor kartingowy gości zza granicy. Niech wokół nich zintegruje się środowisko. Niech podpatrzą od nich jak sobie radzić w tym sporcie. Jak organizować zawody. Niech nawiążą jakąś współpracę. Niech polscy zawodnicy postarają się wzorem Light Speed Team o czeskie licencje. Niech ludzie z Trzebieży i Polic zobaczą jakie to fajne i niech domagają się więcej. Nie od razu Kraków zbudowano – Horice też.

P.S.
Postaram się jak najszybciej zmontować i wrzucić na stronę film z imprezy. Na razie mamy ponad 200 zdjęć w galerii, kliknij TUTAJ >>>>
Chciałem jeszcze dodać, że najpoważniejsza awaria jaka mnie spotkała to awaria zamka błyskawicznego w spodniach motocyklowych, przez co musiałem jechać, ale też chodzić po parku maszyn z rozpiętym cały czas rozporkiem na co nic nie mogłem poradzić. Tym samym przepraszam wszystkich za ten widok…

A tak w ogóle to: sidecary rządzą!!!!!
Tekst i zdjęcia: wojkop

I jeszcze dwa linki dosłane przez Redu:

Posluchajcie audycji – wyznawca bogow predkosci sie wypowiada:
http://www.radio.szczecin.pl/index.php?idp=1&dtx=&szukaj=&s=4&idx=71311

I jeszcze zdjęcia z lokalnej gazety:
http://www.gs24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20110501/SZCZECIN/211078298

Możliwość komentowania jest wyłączona.