„Żeby tylko szelma nie zgasła” – czyli Szajba w Toruniu

13.10.2007

W piątek wieczorem dzwoni telefon, zerkam na wyświetlacz i wszystko jasne – Szajba.
– No to jak, przyjdziesz z tymi piernikami? Ja już pakuję kawę do samochodu.
– Jasne, że będę! O której przyjedziecie?
– Przyjedziemy w nocy,tak bym miał czas jeszcze się wyspać przed startami próbnymi…
Badania techniczne od godz. 7.00, przejazdy próbne od 9.00… trzeba być rannym ptaszkiem, jeśli się chce coś osiągnąć w polskim sprincie motocyklowym. Nastawiam budzik by nie zaspać.
Oczywiście zaspałem! Na lotnisku Aeroklubu Toruńskiego zjawiłem się parę minut po dziewiątej. Kręcę się lekko ogłupiały po parku pełnym maszyn. Wszędzie ruch, hałas rozgrzewanych silników, krzątanina wokół otwartych masek „drag carów”. Szukam miejsca gdzie stoją motocykle. Bez trudu, już z daleka dojrzałem błękitną „Szajbabusę” jak pręży muskuły pośród innych motocykli. W padoku Szajby panuje rodzinna atmosfera. Żona Arka od razu ratuje mnie gorącą kawą. Oprócz niej, Arkowi towarzyszy jedna z córeczek i dwóch kumpli z „szajbniętej” ekipy z Lubska. Później przekonałem się, jak dobrze mieć takich kumpli na zawodach. Pełnią rolę nie tylko kierowcy busa, ale też mechaników, konsultantów a nawet… trenera 😉
Szajba jest już ubrany w kombinezon, gotowy do przejazdów próbnych. Trafiłem właśnie na dyskusję jaką wybrać oponę i jakie ciśnienie. Szajba wita mnie serdecznie, choć po raz pierwszy widzi mnie „w realu”. Do tej pory znaliśmy się jedynie z rozmów telefonicznych i Internetu. Widać, że jest podenerwowany:
– Znowu odebrałem na ostatnią chwilę motocykl z serwisu. Nie miałem jak przetestować nowego zmieniacza biegów. Nie wiem nawet czy zestroili mi go tak jak chciałem. Przyjdzie mi robić testy dopiero na zawodach. Czuję się jak klient warsztatu samochodowego za czasów PRL. Zapłaciłem kupę kasy i nie jestem pewien czy wszystko będzie działać…
Po krótkiej naradzie Szajba decyduje się założyć „Drag Slicka” na tylne koło, choć wszyscy wokół mają założone opony drogowe. Mimo, że jest już po godz. 9.00 przejazdy próbne jeszcze się nie zaczęły. Pod bramą wjazdową gromadzi się coraz dłuższa kolejka samochodów. Szajba zakłada kask, dopina kombinezon i jak wytrawny motocyklista z gracją przeciska się swoją przedłużoną Hayabusą Supercharger między pojazdami stojącymi grzecznie w korku. Po paru chwilach stoi już pod samą linią startu. Jego koledzy – motocykliści robią to samo. Na szczęście nie wzbudza to agresji ani niezadowolenia u czekających kierowców. Pracownicy techniczni toru też patrzą na to przez palce. Motocyklistów jest tu zaledwie garstka w porównaniu z samochodami i puszczenie ich wszystkich parami zajmie w sumie może 5 minut….

Maszyna odliczająca czas ruszyła! Szajba ustawia się do pierwszej próby, obok niego – na sąsiednim torze – stoi jakieś wypasione BMW. Żółte światła przestają pulsować, pojawia się czerwone…, po chwili żółte… i Zielone. Poszli!
„O k…rwa! Zgasła mu” – słyszę subtelny komentarz pod nosem jednego z kumpli Szajby. Faktycznie, pod koniec dystansu w oddali było słychać dwa pyknięcia, jakby ktoś radośnie strzelił z tłumika. „Cieniutko” – spokojnym głosem żona Arka skwitowała wynik jaki się pojawił na tablicy zegara: czas przejazdu łącznie z czasem reakcji (ET+RT) – 11,04 s. Sam przejazd (ET) – 10,55 s.
Czekamy na nawrót Arka. Ten podjeżdża do boksu, szybko łapie manometr i upuszcza trochę powietrza z tylnej opony.
„Zgasła ci?” – pytamy. „Tak! Nie mogę odkręcić jej na maksa! Mam chyba za wysokie ciśnienie paliwa i ją zalewa”. Zanim się obejrzałem Szajbabusa miała już zdjęte siodło, podniesiony bak, a Arek ze śrubokrętem w ręku majstrował coś przy pompie co chwila kręcąc manetką gazu. Po chwili odkręca maksymalne obroty. Silnik z pustym wydechem wydaje hałas powodujący ból bębenków uszach. Kierowcy puszek z sąsiednich boksów coś wykrzykują w naszym kierunku łapiąc się za uszy. Trudno, panowie, stopery w uszach u takich zawodowców jak Wy, to powinna być podstawa w pracy…
– No teraz to już chyba nie zgaśnie; stwierdza Arek i szykuje się do kolejnego próbnego przejazdu. Koledzy w tym czasie szybko skręcają bak i siodło na swoje miejsca. Postanowiłem tym razem obserwować przejazd nie zza linii startowej tylko z boku. Poszli! Przejazd wygląda bardzo efektownie. Prawie przez całą pierwszą połowę dystansu spod tylnego koła wydobywa się lekki dymek palonej gumy. Wspaniały widok! Jestem dumny, że mam takiego kolegę jak Szajba! Moją euforię studzą jednak kumple Arka.
– Niedobrze! Ma zbyt dużo mocy i gubi trakcję. Na trzecim biegu ciągle pali gumę. Poza tym biegi nie zmieniają się chyba wtedy, kiedy powinny.
Gdy Szajba wjeżdża do swojego boksu witamy go niezbyt tęgimi minami. Czas jest co prawda lepszy, ale może on zrobić wrażenie jedynie na kierowcach samochodów. To nie jest jeszcze to, czego oczekuje się w klasie Moto Maxi czy King of Moto. „Szajba! Może zmienić oponę na bieżnikowaną?” Pyta kolega spoglądając na „slicka”, który cały oblepiony jest drobnymi ziarenkami betonu zabranego z toru. „Ta będzie dobra, trzeba ją tylko dobrze rozgrzać przed startem. Gorzej, że mam źle zestrojone zmiany biegów. Wchodzą mi przy całkiem innych obrotach, niż powinny. Mam za długą dwójkę, a z kolei trójka jest za krótka”. Niestety, w elektronice nie jesteśmy już w stanie nic poprawić. Co zostało schrzanione przez fachowców w bardzo drogim i renomowanym warsztacie, tak już zostanie. Najgorsze jest to, że zmiana biegów za pomocą przycisków też nie bardzo wychodzi, widać to nawet na parkingu, serwomechanizm poruszający dźwignią jest jakiś ospały.
– Trudno, będziesz musiał zmieniać biegi nogą. To chyba nie robi aż tak wielkiej różnicy. Mówię z głupio-mądrą miną.
– Aż tak wielkiej to nie. Trzy do pięciu metrów na każdej setce. Odpowiada z anielską cierpliwością Szajba.
Szkoda czasu. Zaraz zamkną wolne przejazdy, więc szybko szykujemy się do następnej próby. Szajba przed podjechaniem do linii startu długo i dokładnie rozgrzewa tylną gumę wzbudzając przy tym tumany dymu i uśmiechy zadowolenia na twarzach obsługi toru. Jest zielone! Szajba wystrzelił ze startu jak z procy. Chyba za mocno, po minięciu pierwszej setki widać wyraźnie uślizg tylnego koła! Czuję złowrogie ciarki na plecach, znane mi, gdy sam wpadam w jakieś opały na motocyklu, ale Szajba prostuje jakoś i daje czadu dalej. Znów prawie przez cały przejazd nie odstępuje go dym palonej gumy. Pod koniec jazdy – gdy prawie znika nam z oczu – znów słyszymy z oddali „pykanie” wydechu. „Znowu szelma mi zgasła” skwitował krótko Arek po powrocie do boksu. Nastroje w naszym obozie nietęgie. Zamknięto już przejazdy próbne, a Szajba ma kompletnie rozstrojony motocykl. Z kamienną miną wyciąga komórkę i dzwoni do właściciela warsztatu tuningowego. Nikt nie odbiera. Szajba więc siada przy stole i pisze do niego bardzo długiego SMS-a. Ma przy tym taką minę, że bałbym się tego SMS-a odebrać… Ale widać, że Arek nie potrafi być długo ponury. Po kilku minutach już rozrabia z córką, żartuje z kumplami i żoną. Nie przyjechał tu przecież, by walczyć na śmierć i życie – walkę o punkty w tym sezonie już sobie odpuścił – te wyjazdy to ma być frajda! Rywalizacja jest bardzo ważna, ale starty dostarczają adrenaliny z samej jazdy. Po każdym wyjeździe na kolejne eliminacje przybywają nowe doświadczenia i umiejętności, a także wspomnienia z odwiedzanych nowych miejsc…

Do startów zostało jeszcze kilkanaście minut. Zapada decyzja by jeszcze trochę obniżyć ciśnienie paliwa. Arek po namyśle przestraja zawieszenie, dociąża bardziej tylne koło.
Zbliża się chwila startów, ale najpierw część oficjalna: przedstawienie publiczności sędziów oraz oficjalne otwarcie zawodów. W głośnikach słychać hymn Polski. To wszystko robi miłe wrażenie na klanie Pawlukowiczów. Pierwszy raz słyszę coś takiego – mówi Arek – w ogóle trzeba przyznać, że Toruniacy bardzo się przykładają do organizacji zawodów. W porównaniu z Pruszczem Gdańskim to niebo, a ziemia. Zwłaszcza jak traktują tutaj zawodników – motocyklistów. Czyżby wreszcie zmieniało się coś na lepsze? Ja jednak patrząc na białe kamyczki, jakimi oblepione są opony motocykla Szajby, nie czuję się jakoś specjalnie dumny w imieniu gospodarzy…
Nie mamy jednak czasu na głębokie przemyślenia, bo ogłaszają już starty w klasie Kinf of Moto. Biegnę na swoje miejsce na widowni by zrobić kilka fotek, a Arek zakłada kask. „Żeby tylko szelma nie zgasła” – słyszę na odchodne…
W pierwszej parze eliminacji staje Arek i Maciej Białobłocki – nr startowy 2001. Już po próbnych przejazdach widać, że Białobłocki jest perfekcyjnie przygotowany do zawodów i czeka go miejsce na pudle. Ruszyli! Arek ma rewelacyjny start! Maciek wygląda przy nim jakby stał w miejscu. Od razu Szajba ucieka mu na dwie, trzy długości motocykla! Szybko giną nam z oczu. Oddychamy z ulgą. Niezły czas – 10,724 (ET – 10,331). Niemożliwe, żeby Białobłocki odrobił taki dystans do Arka! Jesteśmy tego tak pewni, że nawet nie zauważamy wyniku Maćka – 10,660 sek!

„Arek! Jak to się stało?!” Pytamy Szajbę po powrocie do boksu. „Nie odkręcałem do końca, bo się bałem, że mi szelma znowu zgaśnie. Jakbym wiedział, że Maciek jest tak blisko za mną to bym się nie wahał. Mój błąd…”
Ten błąd kosztował Szajbę wszystko! System rozgrywek pucharowych w King Of Moto jest nieubłagany. Maciej i Arek byli najszybszą parą w eliminacjach, ale do dalszej gry przechodzi jedynie zwycięzca z każdej pary. Wygrał zawodnik numer 2000 – Konrad Sobczyk -wyeliminował Białobłockiego startując z nim w parze w kolejnej serii startów – z czasem 10,214, a czas jaki wykręcił Szajba w swoim jedynym starcie był trzeci w całym cyklu rozgrywek… Szkoda!
Jednak nie czas siedzieć i płakać, gdy przed nami jeszcze start w klasie Moto Maxi! Szajba wydaje kumplom nowe dyspozycje: zmieniamy oponę na bieżnikowaną i jeszcze leciutko dociążamy tył za pomocą regulacji zawieszenia. I znowu horror! zbliża się pora startu Arka, a nowe tylne koło – nie wiedzieć czemu – nie chce się swobodnie obracać! Tym razem przeciwko nam był zacisk hamulca. Dosłownie w ostatniej chwili Arek zapina kask i wskakuje na motocykl, przy którym koledzy dokręcają jeszcze ostatnie śrubki. Zlani potem (nie wiem czemu ja też byłem mokry, bo nie kiwnąłem przy tym palcem) idziemy na widownię obserwować start. Oglądanie wyścigu to sama przyjemność! Arek ma rakietowy start, zginęły kłopoty z trakcją (koledzy żałują, że nie udało im się wcześniej przekonać Arka do zmiany opony). Niestety w ćwierćfinałach „znowu szelma zgasła”…
Dla nas jest już po zawodach. Pomagam chłopakom zapakować „Szelmę Szajbabusę” do busa gdy w drzwi samochodu wtyka głowę Konrad Sobczyk:
– A wy gdzie się wybieracie? Właśnie gadałem z organizatorami. Mają otworzyć tor z zegarem dla zawodników. Będzie można ścigać się poza konkursem, dopóki nie podliczą wyników we wszystkich klasach i nie napiszą protokołów.
Patrzymy po sobie niezdecydowani, motocykl jest już w połowie przypięty pasami do podłogi. „Arek, no co ty! Po to jechałeś 400 km by się przejechać trzy razy po torze? Jest okazja potrenować…” Kusi Konrad. No i skusił! Motocykl z powrotem wraca na ziemię. Szajba ponownie ubiera się w skóry i głośno myśli:
„Założymy większą zębatkę tylną, podnieście bak – muszę jeszcze zmniejszyć ciśnienie paliwa…”
Udało się zrobić siedem przejazdów z pomiarem prędkości. Większa o trzy zęby zębatka i kompletnie zużyta opona nie pozwoliły marzyć o rekordowych czasach, ale najważniejsze, że każdy przejazd był szybszy! Szajba jak natchniony po każdym przejeździe coś tam poprawiał i wracał na start. Hayabusa wreszcie przestała się zalewać, a Arek już wiedział jak długa musi być jazda na poszczególnym biegu.
Znowu motocykl wraca do busa. My idziemy obejrzeć dekorację zwycięzców, pakujemy do samochodu mebelki ogrodowe. W międzyczasie ekipa powiększyła się o żonę jednego z kolegów i ich córeczkę, które do jechały do nas z Bydgoszczy. Obiecuję oprowadzić wszystkich po toruńskiej starówce. Wreszcie przyszła pora na spóźniony obiad. Po obiadku znowu spacerek bulwarami nad Wisłą. Arek odbiera telefony od znajomych, ciekawych jak mu poszło. Napięcie towarzyszące nam przez zawody opadło. Teraz nastał czas dla rodziny. Szajba szaleje z dziećmi rozganiając stada gołębi na Starym Rynku. Ciekawi ich każdy zaułek i zakątek starego miasta. Zagadują policjanta na motocyklu czy pozwoli im zrobić sobie zdjęcie z policyjną maszyną. Jednak co chwila Szajba wraca myślami do swojej Szajbabusy. „W poniedziałek od rana jadę na obwodnicę zestroić motocykl. Już chyba wiem co nie gra” – słyszę nagle. Koledzy na zimno analizują kolejne przejazdy. Wywiązuje się rozmowa na temat „całokształtu” sprintu motocyklowego. O tym jak są traktowani „per noga” przez niektórych sędziów i działaczy Stowarzyszenia Sprintu Samochodowego, do którego się przytulili ze swymi motocyklami.
– Nie możecie założyć jakiej własnej sekcji czy oddzielnego stowarzyszenia? Występowalibyście wtedy jako współorganizator zawodów wspólnie z „SSS” a nie jak ubodzy krewni.
– Jest nas zbyt mało. To drogi sport.
– Jednak widać nowych, młodych, na seryjnych motocyklach. To się chłopakom podoba.
– Tak, ale ciągle ubywa „starych”. Maciej w tym roku wygrywa z kim chce i jak chce, ale już ogłosił, że szuka kupca na motocykl i w przyszłym sezonie nie wystartuje. Myślisz, że się znudził? Ma dosyć takiego lekceważenia jego sukcesów i nas wszystkich. Mordowania się z trakcją na nieprzystosowanych torach.
– Ty też zrezygnujesz?
– Na pewno nie! Oprócz mnie jest jeszcze paru, których wyścigi „na ćwiartkę” zawszę będą kręcić, na przykład Konrad… Nas się tak łatwo nie pozbędą! Po dzisiejszych doświadczeniach z polskimi tunerami i trakcją na ojczystych torach podjąłem już decyzję. Prawdziwych tunerów i dobrych torów trzeba szukać za granicą. Weź pod uwagę, że ode mnie z domu do Berlina jest 153 km, a do Torunia prawie 400. Tam też organizują zawody na 1/4 mili. Miałbym bliżej, a i tor lepiej przygotowany. A tak w ogóle chciałbym pojechać z moim motocyklem do Anglii. Dać go zestroić dobremu tunerowi, spróbować szczęścia w tamtejszych zawodach…. Może uda mi się to wszystko jeszcze w tym roku.
– A jak wygląda sprawa z rekordem szybkości?
– Właśnie! Znalazłem idealny kawałek prostej! A po dzisiejszych przejazdach poza konkursem czuję, że 350 km/h mam w zasięgu ręki.
– Droga publiczna?
– Tak, ale myślę, że koledzy (tu pada porozumiewawcze spojrzenie na kumpli) poradziliby sobie z zatrzymaniem ruchu na chwilkę. Zresztą udało mi się zainteresować sprawą…. (tu pada nazwa redakcji motoryzacyjnej znanej stacji telewizyjnej)…Są poważnie zainteresowani.
– Kiedy by to mogło nastąpić?
– Wojtek! Mówię bez kitu. Jakby się znalazł choć jeden konkretny sponsor, który zechciałby to zorganizować – to od razu! Póki jest jeszcze ciepło! Tylko pomóż znaleźć mi takiego sponsora!!

Link do strony z oficjalnymi wynikami zawodów w Toruniu w 2007 roku:
http://www.sss.org.pl/event.php?view=010907

Możliwość komentowania jest wyłączona.