NIEmotocyklowe wspomnienia „Docenta”

Po zakończeniu swoich motocyklowych opowieści (które znajdziecie w artykułach w rozdziale „Ludzie”), Docent postanowił podzielić się z nami wspomnieniami z dalszych etapów swojej młodości, która przypadła na czas PRL. Tym razem opis dotyczy czasów gdy po sprzedanych motocyklach zostały tylko wspomnienia, a przyszła kolej na inne pomniki socjalistycznej motoryzacji…

Wspomnienia „Docenta” nie związane z motorami część 1

Naprawa samochodu WARSZAWA M-20 z 1958 roku po ośmioletnim postoju

Zacznę od tego że ten opis moich przygód nie związanych z motocyklami rozpoczął się wtedy kiedy zmuszony byłem sprzedać motor i nastąpiła moja przymusowa kilkuletnia przerwa jazdy na motocyklach, która trwała od 1978 do 1981 roku i podczas której było kilka zabawnych przygód i zdarzeń które zamierzam opisać.
Po sprzedaży motocykla oczywiście przepadły wszelkie marzenia o wyjazdach na następne zloty oraz działalność mojego klubu też upadła, a fundusze po sprzedanym motocyklu zostały przeznaczone na inny pojazd czterokołowy który niedługo będzie potrzebny.
Ale ja pragnąłem czymś jeździć i przypomniało mi się jak na naszym weselu wujo od strony żony wspominał mi o jakimś samochodzie, który stoi pod jego blokiem kilka lat i że jeżeli będę chciał – to mogę zabrać go w każdej chwili, a wujo wiedział że pracuję w MPT jako mechanik samochodowy to na pewno z nim sobie poradzę i doprowadzę do stanu używalności, albo rozbiorę na części i sprzedam wszystko na złom.Ttylko że wujo nie wspomniał co to był za samochód.
Jak zrobiło się cieplej to którejś niedzieli postanowiłem z żoną odwiedzić wuja, żeby zobaczyć jakim to pojazdem chce mnie obdarować.
Tak się złożyło że ten wujo żony mieszkał niedaleko od nas bo też na Grochowie i przy tej samej ulicy co mieszkała moja żona – czyli przy ul. Grochowskiej.
Jadąc do wuja w odwiedziny zaopatrzyłem się w pół litra dobrej wódki bo mimo problemów zdrowotnych to na wypicie kieliszka mógł sobie jeszcze pozwolić, a z naszej wizyty był bardzo zadowolony.
Po obiedzie poszliśmy oglądać ten pojazd, który oferował mi do zabrania wujo i okazało się że jest to „Garbuska” czyli WARSZAWA M-20 z 1958 roku i kiedy zobaczyłem ten samochód to jego wygląd niewiele przypominał wspaniały kiedyś samochód, ponieważ całe jego nadwozie było skorodowane i nadawało się do kompletnego odtworzenia.
W tym nadwoziu niebyło progów podciągów oraz drzwi do połowy też nie istniały, ale najważniejsze było to że ten samochód był w całości nie rozszabrowany i szyby w nim też niebyły powybijane. Żona widząc ten wrak zadała mi pytanie czy zamierzam zabrać to coś co kiedyś było samochodem więc odpowiedziałem jej że tak.
Po mojej odpowiedzi żona dodała komentarz że jak to coś będzie kiedyś jeździć to na jej dłoni wyrośnie wielki kaktus i pojechała do domu zostawiając mnie z wujem który szukał dokumentów od tego samochodu.
Owszem dla mnie widok tego samochodu też nie był pocieszający, ale żona nie wiedziała o jednym że ja ten samochód dostałem za darmo i jest takie przysłowie: „Darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy”.
Czy uda mi się ten samochód doprowadzić do stanu używalności – będę wiedział jak dokonam oględzin z kanału. Jak okaże się że podłużnice są też pognite wtedy zrobię to co powiedział wujo, czyli rozbiorę samochód na części i sprzedam wszystko na złom.
Jak okaże się że główne elementy nośne są w dobrym stanie to pozostałymi blachami powinienem sobie poradzić, a w tamtych czasach byłem uparty i lubiłem trudne tematy tylko jakoś z HARLEYEM mi nie wyszło i tego nie mogłem przeboleć.
Najgorsze było to że nie miałem pojęcia w jakim stanie jest silnik ponieważ ten samochód nie był uruchamiany przez prawie osiem lat jak pamięta wujo, a to dla silnika który stoi na dworze to jest bardzo długi postój i tym tematem będę zajmował się w następnej kolejności. Teraz mając dokumenty od samochodu mogłem swobodnie przy nim majstrować i nikt nie będzie mnie posądzał że coś kradnę z tego samochodu. Teraz codziennie po pracy szykowałem samochód do przeholowania na Ochotę do garażu Janusza gdzie będę starał się przywracać do stanu używalności.
Ten samochód stał w tym miejscu prawie osiem lat i praktycznie był wlepiony w asfalt i w kołach też nie było powietrza więc przez cały tydzień walczyłem tylko z kołami i dlatego żeby mieć pewność że podczas holowania nie będę miał z nimi żadnych kłopotów to profilaktycznie wymieniłem wszystkie dętki na nowe co nie było żadnym problemem.
Po uporaniu się z kołami byłem gotowy do holowania więc umówiłem się z bratem który nadal jeździł samochodem STAR w firmie „Łączność” który na sztywnym holu przeciągnął mnie do garażu Janusza i to było pierwsze 14-ście km tego samochodu po tak długim postoju. Jak Janusz zobaczył ten samochód to w pierwszej chwili mało co nie pękł ze śmiechu, ale powiedział że pomoże mi w jego odbudowie. Mój brat widząc w jakim stanie są drzwi w tym samochodzie powiedział że postara się załatwić mi drugie drzwi w całkiem dobrym stanie bo widział jak na jego bazie kasowane były samochody marki WARSZAWA-223 wycofane z eksploatacji i nie zostały sprzedane na przetargu, a drzwi w tych samochodach były takie same jak w M-20. Gdybym takie drzwi musiał kupić w sklepie to podejrzewam że byłyby bardzo drogie i pewnie nie do zdobycia. Teraz kiedy zdecydowałem się odbudować ten samochód powiedziałem Januszowi żeby brał każdą robotę po fajrancie bo do tak wielkiego remontu będę potrzebował sporo dodatkowych pieniędzy, a na finanse od żony nie miałem co liczyć. W roku w którym rozpocząłem prace w MPT, a był to rok 1974 o czym już pisałem w poprzednich wspomnieniach, jeździło jeszcze kilka samochodów marki WARSZAWA-223 bo tabor dopiero przechodził na samochody FIAT-125p. Od spawaczy dowiedziałem się że w magazynie znajduje się jeszcze cała masa różnych blach do tego samochodu. Jako pracownik mogłem kupić je dosłownie za grosze po cenie złomu i to było dla mnie idealne rozwiązanie, a jedyne blachy jakie musiałem kupić w „Motozbycie” to były przednie błotniki i atrapa, ale od WARSZAWY-223.
Ale wyszedł większy problem niż zdobycie drzwi, a mianowicie nie miałem pojęcia gdzie zdobyć tylne błotniki ponieważ te od modelu M-20 były całkiem inne i ten model był produkowany w latach 1951-1964 i w sklepach już były nie do kupienia.
Od jednego kierowcy dowiedziałem się że w miejscowości Opacz Wielka jest jakaś zakład który dorabia różne akcesoria z żywicy między innymi błotniki i tym sposobem zdobyłem najtrudniejszy element mojej układanki.
Teraz mając wszystkie potrzebne do wstawienia elementy z wyjątkiem drzwi mogłem szykować wszystko do wstawienia tylko że robiłem po pracy i dlatego szło to bardzo powoli, a jak mieliśmy jakąś partaninę to przy samochodzie nie robiłem nic i to mnie wkurzało. Żeby przyspieszyć prace postanowiłem wykorzystać na ten cel cały trzytygodniowy urlop, a jak zabraknie mi czasu to będę zmuszony pójść na zwolnienie lekarskie. Teraz od świtu do nocy przez cały dzień męczyłem się przy swoim samochodzie, a jak po południu Janusz przyjechał z pracy to robiliśmy różne partaniny, a jak nie było żadnych partanin to Janusz pomagał mi przy szykowaniu elementów do wstawienia.
Po niecałych dwóch tygodniach mozolnej pracy wszystkie elementy miałem przygotowane do wstawienia tylko że spawacz z którym dorabiałem wielki zbiornik do motocykla na wiosnę poszedł do wojska i nie mając innego wyjścia musiałem umówić się z innym spawaczem żeby dokończyć to wielkie dzieło. Spawacz który zgodził się zająć moim samochodem po obejrzeniu tego bałaganu powiedział że postara się uwinąć z tą robotą w ciągu tygodnia ponieważ będzie to robił w wolnych chwilach po pracy.
Ja będąc jeszcze na urlopie więc od rana do przyjścia spawacza robiłem porządek z następnymi tematami: hamulcami i przednim zawieszeniem, a po południu pomagałem już tylko spawaczowi i powoli zaczynał wyłaniać się właściwy kształt samochodu co mnie cieszyło tylko do końca roboty było jeszcze bardzo daleko.
W ciągu dnia jak zgłodniałem to na obiad jechałem do rodziców bo z garażu Janusza były tylko cztery przystanki autobusem linii 175 i któregoś dnia po powrocie z obiadu zobaczyłem przy garażu całą stertę drzwi którą obiecał
mi brat więc teraz mogłem zakończyć temat blacharski i powoli szykować się do malowania, z tych drzwi mogłem wybrać najlepsze ponieważ brat przywiózł ich po dwie sztuki każdych drzwi. Przed malowaniem do oklejenia miałem tylko przednią i tylną szybę ponieważ wszystkie drzwi zostały rozbrojone do gołej blachy, a do malowania znowu przydał się mój sprzęt przy pomocy którego pomalowałem cztery
motocykle ponieważ na profesjonalne malowanie tego samochodu nie było mnie stać. Do pomalowania swojego samochodu wybrałem lakier najtańszy i najbardziej dostępny w sklepach czyli stalowoniebieski, a felgi kół pomalowałem na kolor kość słoniowa której trochę tej farby przyniosłem z pracy. Teraz rozpoczęła się naprawdę czysta i przyjemna robota czyli uzbrajanie całego samochodu po malowaniu i nareszcie ten wrak który przyholowałem zaczynał przypominać prawdziwy samochód.
Razem z drzwiami brat przywiózł mi jeszcze kołpaki na koła bo przy moim samochodzie ich nie było oraz dwa zderzaki przedni i tylny tylko brat nie wiedział że WARSZAWA M-20 posiada całkiem inne zderzaki i te co przywiózł wcale mi nie pasowały i te swoje musiałem pomalować pędzelkiem na srebrno bo na chromowanie ich nie miałem pieniędzy.
Wykończenie wnętrza samochodu też nie stanowiło żadnego problemu ponieważ na „Pawilonie” gdzie pracowałem nadal był tapicer który posiadał jeszcze wzory i według nich uszył mi pokrowce na siedzenia i obicia boczków drzwi, a na podłogę kupiłem zwykłą wykładzinę dywanową z metra i z niej powycinałem profile dywaników i teraz mój samochód z wewnątrz i z zewnątrz jakoś się prezentował. Teraz kiedy samochód miałem zmontowany i jakoś wyglądał to nie był wstyd postawić go pod blokiem bo ostatni temat jaki pozostał mi do zrobienia mogłem swobodnie zrobić w wolnych chwilach pod blokiem bo kanał do tego nie był mi potrzebny, a samochód pod garażem czasami nam przeszkadzał i musieliśmy stale go przepychać w inne miejsce.
Tak jak wspomniałem wcześniej nie wiedziałem w jakim stanie jest silnik w tym samochodzie, ale najważniejsze było to że wał korbowy obracał się co oznaczało że tłoki nie były „przylepione” do cylindrów, ale kompresja była słaba i to trochę mnie martwiło.
Żeby przeprowadzić samochód pod blok na ul. Pruszkowską ponownie musiałem umówić się z bratem i tym razem hamulce miałem już sprawne i sztywny hol nie będzie nam potrzebny. Kiedy pojawił się brat nie mógł uwierzyć że to jest ten sam samochód, a ja dodałem co powie żona i spytam się jej czy rośnie jej ten kaktus który mi obiecała. Bogdanowi powiedziałem że jak będzie mnie holował to ja będę chciał rozruszać silnik i będę miał włączony bieg i przynajmniej olej w silniku rozprowadzi się i odpadnie trochę nalotu z przylgni zaworowych i może poprawi się kompresja. Po przeholowaniu samochodu pod blok spotkałem się z kolegami z podwórka którzy nadal jeździli na motorach i trochę było mi żal że nie mogę z nimi pojeździć. Powiedziałem im że na razie będę jeździł tym pojazdem, jak uda mi się go uruchomić. Wieczorem jak kiedyś spotkałem się z nimi w „Jagusi” na piwie i opowiadałem im w jakim stanie był ten samochód jak dostałem go od wuja. Przywracanie silnika do życia musiałem rozpocząć od wymiany całego osprzętu czyli gaźnika i aparatu zapłonowego. Jeśli chodzi o ten osprzęt to nie miałem z nim żadnego problemu bo wszystko załatwił mi Janusz na silnikowni gdzie pracował, ale miałem problem z rozrusznikiem ponieważ samochód WARSZAWA M-20 posiadała rozrusznik mechaniczny uruchamiany pedałem umieszczonym nad pedałem gazu i nic do niego nie pasowało od rozrusznika uruchamianego elektrycznie. Ale i w tym temacie pomogli mi koledzy z „Pawilonu” bo z rozbitego ŻUKA który nie nadawał się do naprawy i był przeznaczony na przetarg wymontowali z niego brakujący mi rozrusznik oraz sprawny akumulator. Po zamontowaniu całego osprzętu nadeszła trudna chwila prawdy czyli pierwsze odpalanie silnika po tak długim postoju i modlić się żeby wszystko zadziałało i tylko martwiła mnie bardzo słaba kompresja w silniku.
Niestety po tej pierwszej nieudanej próbie dałem sobie spokój bo prędzej zamordowałbym rozrusznik niż uruchomił ten silnik ponieważ odzywał się tylko jeden cylinder i po tym niepowodzeniu nic mi nie pozostało jak pójść do „Jagusi” na piwo i pomyśleć co dalej robić z tym fantem. Wniosek był tylko jeden brak kompresji w cylindrach spowodowany jest nieszczelnymi zaworami które przez długi postój skorodowały i były dwa sposoby żeby przywrócić ich pierwotny stan.
Pierwszy sposób to wymontować głowice i dotrzeć przylgnie zaworów tylko że to jest sposób pracochłonny i teraz nie miałem na to ochoty i postanowiłem spróbować drugiego sposobu który był bardziej chamski i nie zawsze był skuteczny i polegał na tym żeby przeciągnąć samochód na niskim biegu i wtedy przy dużych obrotach nagar na zaworach i korozja powinna zostać „Wyklepana” i jeżeli to nie pomoże to niestety pozostaje mi tylko rozbiórka silnika.
Na którąś sobotę ponownie umówiłem się z bratem i wytłumaczyłem jemu o co mi chodzi bo ten kawałek co ciągnął mnie z garażu Janusza był za krótki więc postanowiłem powtórzyć tą operacje na dłuższym odcinku tylko przed holowaniem odłączyłem dopływ paliwa żeby nie napompować benzyny do układu wydechowego.
Brat ciągnął mnie STAREM około 60 km/h, a Ja miałem załączony pierwszy bieg żeby były większe obroty silnika i w ten sposób objechaliśmy osiedle trzy razy i kiedy rozpoczynaliśmy czwarte okrążenie poczułem że mój samochód powoli zaczyna stawiać coraz większy opór i to był znak że coś zaczyna się dziać w silniku i może to przyniesie jakiś efekt wtedy postanowiłem spróbować odpalić silnik na razie z zaciągu.
Owszem silnik odpalił i pracował na czterech cylindrach chociaż nieregularnie, ale po tak długim postoju nie było dla mnie dziwne i cieszyło mnie że w ogóle odpalił i pod blok podjechałem już o własnych siłach.
Pod blokiem spróbowałem odpalić silnik z rozrusznika i na ten dzień prób miałem dosyć i pojechałem z bratem po paliwo żeby nie dymać na piechotę, a wieczorem spotkałem się z chłopakami w „Jagusi” na piwie i pochwaliłem się im że wreszcie udało mi się uruchomić silnik w tym samochodzie tylko teraz musiałem to wszystko doregulować.
Następnego dnia z samego rana nalałem do zbiornika paliwo i zabrałem się za robotę, a głównie chodziło mi o to żeby nagrzać silnik do wymiany oleju i posprawdzać wszystkie podzespoły i zastanawiałem się czy teraz jak silnik jest zimny to mi odpali bo wczoraj był ciepły to odpalał.
Mimo moich obaw silnik odpalił bez żadnego problemu i na początku pracował nierówno ponieważ to było jego drugie odpalenie po tak długim postoju więc żeby nie tracić czasu wyjechałem na przejażdżkę.
Podczas tej przejażdżki podobnie jak przy objeżdżaniu motocykli nie oddalałem się daleko od domu tylko że w tym przypadku jakby padło coś w tym samochodzie to i tak sam niebyłym w stanie dopchać go do domu.
Z przejażdżki byłem zadowolony bo jak na razie wszystko działało tak jak należy tylko że ta przejażdżka zakończyła bardzo szybko bo po 20-stu kilometrach i nie miałem pojęcia z jakiego powodu i całe szczęście że zdążyłem wjechać w zatoczkę nie blokując przejazdu i tam spokojnie szukać przyczyny. Po sprawdzeniu wszystkiego okazało się że zabrakło mi paliwa w co nie mogłem uwierzyć ponieważ rano przed wyjazdem nalałem do zbiornika 30-ści litrów i podejrzewałem że mam dziurawy zbiornik i podczas jazdy wszystko mi wyciekło.
W moim samochodzie wskaźnik poziomu paliwa był jeszcze niesprawny więc nie mogłem kontrolować tego że kończy mi się paliwo, ale samochody WARSZAWA posiadały jeszcze rezerwowy wskaźnik poziomu w postaci bagnetu wkręconego w zbiornik którego podziałka wyskalowana była co pięć litrów i kiedy go wykręciłem to faktycznie zbiornik był pusty.
Najgorsze było to że nie znalazłem żadnych oznak wskazujących że doszło do wycieku paliwa bo pod samochodem było sucho więc dotarła do mnie okrutna prawda że mój samochód spalił 30-ści litrów benzyny.
Łatwo można było policzyć ile paliwa spalił mój samochód na sto kilometrów i wynik był dla mnie przerażający bo wynosił w granicach 150 l/100 km i Ja znałem tylko jeden samochód który miał podobne spalanie, a był to STUDEBAKER amerykański samochód z okresu drugiej wojny światowej tylko podczas wojny nikt nie przejmował się ile spala dany sprzęt miał dojechać tam gdzie musiał.
Po tym niemiłym odkryciu musiałem sprowadzić samochód pod blok więc wziąłem kanister w łapę i dymam na stację po paliwo i tego dnia wymieniłem tylko olej w silniku tak jak zaplanowałem, a do silnika nalałem olej „Superol” który był gęstszy i stosowany był głównie do silników diesla, ale do mojego starego silnika nadawał się znakomicie. Po wymianie oleju postanowiłem pójść do „Jagusi” i przy piwie pomyśleć co dalej robić z tym trudnym tematem bo wniosek był jeden że zawory są jeszcze nieszczelne i chyba przyjdzie mi rozbierać silnik na co na razie nie miałem ochoty. Chłopakom których spotkałem na piwie powiedziałem że owszem silnik odpala bez żadnych problemów, ale przeraża mnie jego duże spalanie nad którym będę walczył, ale w pierwszej kolejności wymieniłem czujnik poziomu paliwa w zbiorniku żeby obserwować jak wskazówka szybko opada do zera.
Któregoś dnia załatwiłem od znajomego kierowcy dwa kanistry paliwa bo to było zawsze taniej niż na stacji i zamierzałem zrobić jeszcze jeden eksperyment, ale trafiła nam się ciekawa i dobrze płatna robota więc w ramach przejażdżki pojechałem od garażu Janusza samochodem bo Janusz jeszcze nie miał swojego samochodu. Po robocie odwiozłem Janusza do domu bo mieszkał niedaleko też na Ochocie tylko po drugiej stronie ul. Grójeckiej przy ul. Korotyńskiego i zapytał się mnie dlaczego nie jeździmy do pracy moim samochodem więc powiedziałem jemu o tym dużym spalaniu. Janusz pracował na silnikowni i powiedział że w tym temacie mi pomoże i w ciągu dwóch dni cały temat został załatwiony i przy okazji zostały też wymienione pierścienie tłokowe i teraz po tej naprawie spalanie zamknęło się w przyzwoitych granicach i wynosiło już 15 l/100 i z takim spalaniem mogłem ruszyć się dalej, a co było najważniejsze jazda tym samochodem bardzo ułatwiała nam zadanie bo nie musieliśmy plątać się autobusami z jednego końca miasta na drugi zwłaszcza wtedy kiedy mieliśmy jakąś partaninę w garażu. Teraz kiedy sprawy silnikowe były rozwiązane mogłem wreszcie pojechać na Grochów i pokazać żonie co udało mi się zrobić z tego wraka jak ona go nazwała i co najważniejsze chciałem zobaczyć czy na jej dłoni zaczyna kiełkować mój obiecany kaktus. Cały proces przywracania tego samochodu do stanu używalności trwał długo bo ponad trzy miesiące i zabrał mi całe lato, ale niestety krócej się nie dało ze względu na koszta które rozłożone były na etapy i szkoda że ich nie spisałem ile mnie to kosztowało, a i tak robiłem to wszystko najtańszym kosztem.
Kiedy przyjechałem tym samochodem po raz pierwszy na Grochów to żona nie wiedziała co powiedzieć, a Ja powiedziałem żeby pokazała mi swoją dłoń żeby sprawdzić czy zaczyna kiełkować mój kaktus.
Jeszcze tego samego dnia po obiedzie postanowiłem pojechać do wuja i pokazać jemu że po wielu trudach udało mi się wreszcie odbudować ten jego samochód. Wujo jak zobaczył ten samochód to podobnie jak żona nie mógł uwierzyć że to jest ten sam samochód i dodał że jestem bardzo zdolny facet i dam sobie w życiu rade. Tak jak wspomniałem całe lato przeleciało przy odnowie samochodu, ale rozpoczął się sezon grzybowy i nagle wszyscy zapragnęli niedzielnych wycieczek do lasu na grzyby. O paliwo musiałem troszczyć się ja, bo nikt nie zapytał się ile ma dołożyć do tego wyjazdu. Po kilku takich dalszych wyjazdach wymienione pierścienie powoli zaczęły układać się w cylindrach i spalanie też spadło do przyzwoitego wyniku i wynosiło 10,5 l/100 km i to była pocieszająca wiadomość dla mnie. Najciekawsze było to że silniki dolnozaworowe montowane w samochodach WARSZAWA M-20 był bardziej oszczędne od silników nowszej generacji S-21 górnozaworowych stosowanych w późniejszych samochodach WARSZAWA-223, o czym przekonałem się sam dwa lata później jak jeździłem takim samochodem i nigdy nie osiągnąłem wyniku spalania poniżej 12,5 l/100 km przy ekonomicznej jeździe 90 km/h. Ale po jakimś czasie wyszedł inny poważniejszy problem – cieknąca chłodnica, której nie byłem w stanie naprawić ponieważ była tak zmurszała, że gdybym próbował to ruszyć to mogłaby się rozlecieć podczas naprawy. To nie był duży wyciek ale kłopotliwy i do póki było ciepło to jeździłem na wodzie i dolewałem, ale przed zimą musiałem coś wymyślić bo jak naleje płynu to przez noc wszystko mi wycieknie. Do samochodów WARSZAWA pasowała chłodnica od samochodu ŻUK ponieważ posiadały te same silniki tylko że taka chłodnica w sklepie byłaby droga i praktycznie nie do zdobycia. Najgorsze było to że w pracy nic nie mogłem załatwić ponieważ taksówek bagażowych było mało, a rozbite trafiały się może dwie na rok. Nie mając innego wyjścia zamontowałem chłodnice od samochodu FIAT-125p bo takich mogłem załatwić sobie kilka sztuk tylko i nie wiedziałem jak to wpłynie na prace silnika.
Całą zimę przejeździłem na tej chłodnicy zamontowanej od FIATA i wcale mi to nie przeszkadzało, a czasami nawet pomagało mi bo w tym czasie co skrobałem szyby z lodu to samochód szybko nagrzał się i było w nim ciepło jak w ulu.
Ale kiedy po zimie nastały cieplejsze dni to powstawał inny spory problem ponieważ chłodnica nie spełniała swojego przeznaczenia. Kiedy samochód był w ruchu i leciało na nią powietrze to było jeszcze w miarę dobrze, ale wystarczyło zatrzymać się pod światłami, albo w korku i wskazówka była cały czas w pobliżu czerwonego pola co oznaczało że silnik przegrzewa się. Któregoś dnia wracając z pracy i jechaliśmy do garażu utknęliśmy na Trasie Łazienkowskiej w korku z powodu jakiegoś wypadku i myślałem że ugotujemy się w tym samochodzie. Jak staliśmy w tym korku to nie było nadmuchu powietrza na chłodnice i żeby nie przegrzać silnika włączyłem ogrzewanie żeby nagrzewnica odebrała trochę ciepła, a my czuliśmy się jak w łaźni rzymskiej mimo że wszystkie szyby w drzwiach były poopuszczane.
Nagrzewnica trochę pomogła i silnik nie został przegrzany, ale gdybym miał przed chłodnicą elektryczny wentylator jakie teraz są stosowane to niebyło by żadnego problemu podczas stania w takich korkach.
Przez przypadek udało mi się zdobyć właściwą chłodnice która pochodziła od samochodu ŻUK była używana ale w bardzo dobrym stanie, a tą chłodnice posiadał Janusza kolega który dla odmiany potrzebował chłodnicy do FIATA więc bez namysłu postanowiliśmy dokonać wymiany i teraz nie bałem się stać w korku z myślą że dojdzie do przegrzania.
Któregoś dnia Janusz powiedział że przez jakiś czas nie będzie brał żadnych robót po pracy ponieważ będziemy mieli inną ciekawą robotę przy samochodzie podobną do tej co miałem Ja przy swojej WARSZAWIE tylko jeszcze nie wie kiedy dokładnie to będzie. Tak się złożyło że Janusz miał w swojej rodzinie samych wojskowych bo jego ojciec był w stopniu kapitana, a teść w stopniu podpułkownika i właśnie teść przez swoje znajomości załatwił dla Janusza samochód marki FIAT-125p 1300 który nie trafi na przetarg i można go było kupić jak to się mówi za małe pieniądze. Kiedy Janusz miał już wszystkie dokumenty to pojechaliśmy po odbiór tego samochodu z Janusza ojcem ponieważ on wiedział dokładnie gdzie to jest, a było to na terenie wojskowych warsztatów przy lotnisku na Bemowie.
Kiedy zobaczyliśmy ten samochód który mieliśmy zabrać to jego wygląd podobny był do mojej WARSZAWY tylko mój samochód był kompletny i nie podejrzewaliśmy że ten FIAT będzie tak rozszabrowany z czego się dało i po tym fakcie Janusza ojciec strasznie się spienił bo wiedzieliśmy że ten samochód jest nie na chodzie, ale sądziliśmy że na terenie jednostki wojskowej będzie kompletny, a jednak było inaczej. Wszystkie braki w osprzęcie silnika były najmniej istotne ponieważ Janusz pracował na silnikowni to powoli mógł te braki uzupełnić, ale najgorsze było to że przy tym samochodzie nie było żadnego zacisku hamulcowego więc nie mogliśmy go holować co jeszcze bardziej wkurzyło Janusza ojca no i nas więc nasze plany padły i nasz wolny dzień poszedł się jebać.
Następnego dnia Janusz umówił się ze swoim znajomym który jeździł na firmowym pogotowiu technicznym i na motylu przeciągnął ten samochód do garażu Janusza i role odmieniły się bo teraz Ja będę Januszowi pomagał tak samo jak on pomagał przy moim samochodzie, a na razie żadnych większych wydatków nie planowałem więc na razie dodatkowe pieniądze nie były mi potrzebne.
Teraz kiedy w garażu mieliśmy sporo roboty przy samochodzie Janusza to mój samochód okazał się w tej sytuacji bardzo przydatny ponieważ wracając z pracy nie byliśmy zależni od komunikacji miejskiej. Wtedy właśnie doszło do poważnej awarii w moim samochodzie którą na szczęście udało mi się usunąć we własnym zakresie i przy nakładzie niedużych nakładów finansowych co było bardzo istotne dla mnie. Tym razem Janusz był na urlopie bo zależało jemu żeby szybko przygotować samochód do prac blacharskich, a Ja po pracy szybko dojeżdżałem do niego i łapaliśmy się za robotę. Po obiedzie u rodziców jechałem do garażu gdy nagle samochód zaczął tańczyć po całej jezdni jadąc slalomem i nie reagował na żadne ruchy kierownicą więc zatrzymałem się w zatoczce dla autobusów bo dalsza jazda w tym stanie była niemożliwa żeby sprawdzić co powoduje takie zachowanie się samochodu.
Gdyby wypiął się któryś drążek kierowniczy to sprawa byłaby jasna bo koła rozjechałyby się na boki i samochód natychmiast zatrzymałby się i dopiero po otwarciu maski znalazłem przyczynę tej dziwnej jazdy samochodu.
Przekładnia kierownicza niebyła przymocowana do podłużnicy ponieważ jej mocowanie przegniło i odpadło i całe szczęście że do garażu Janusza miałem już niedaleko tylko musiałem w jakiś sposób prowizorycznie usztywnić przekładnie żeby dojechać do garażu. Teraz przypomniała mi się podobna historia kiedy naprawiałem z chłopakami na zlocie w Brzuzie w 1973 roku rozbitego WILLISA w którym po kraksie też odpadła przekładnia kierownicza i dorobiłem do niej prowizoryczne mocowanie. Teraz czekała mnie podobna robota przy moim samochodzie z tą różnicą że nie musiałem szukać jakiegoś kowala po okolicznych miejscowościach, ale w pierwszej kolejności jakoś przestawić samochód pod garaż. Ja czasami miałem wariackie pomysły dlatego chłopaki nazwali mnie „Docent” o czym już pisałem swoich opowieściach motocyklowych i teraz jedyne co mi przyszło do głowy to paskiem od spodni przypiąć przekładnie do podłużnicy i po tej operacji udało się dojechać do garażu. Przyspawanie nowego mocowania nie wchodziło w rachubę ponieważ nie było do czego spawać, a wymieniać całą podłużnicę w tym samochodzie była nieopłacalna więc pozostało mi tylko jedno rozwiązanie w pracy dorobić podobną klamrę jaką dorabiałem do WILLISA.
Po uporaniu się z tym kłopotliwym problemem dało się jakoś jeździć co było dla mnie najważniejsze. W pierwszej kolejności odbudowaliśmy cały układ hamulcowy żeby do spawacza samochód przeholować we własnym zakresie i nie pieprzyć się z lawetami, albo z motylami. Sprawa brakujących zacisków została rozwiązana w bardzo prosty sposób jak na przeglądzie podczas naprawy hamulców urwał się odpowietrznik to nikt nie bawił się w jego wykręcanie tylko montowało się nowy zacisk, a stary szedł do magazynu złomowego.
My z Januszem za drobną opłatą powybieraliśmy z tego magazynu brakujące nam zaciski, a znajomy tokarz usunął z nich pourywane odpowietrzniki i po wymianie reperaturek mieliśmy już pełnosprawne zaciski gotowe do montażu. Przed oddaniem samochodu do spawacza wymontowaliśmy z niego wszystko co tylko się dało żeby nie przeszkadzało czyli całe wyposażenie wnętrza z wszystkimi wykładzinami oraz wymontowaliśmy silnik ze skrzynią biegów, a przednie zawieszenie mieliśmy wymontować na miejscu u tego spawacza. Ten spawacz który naprawiał moją WARSZAWĘ był już zajęty więc Janusz skorzystał z usług innego spawacza który posiadał garaż w Pruszkowie gdzie robił różne roboty po pracy i zgodził się zająć Janusza samochodem więc zaciągnęliśmy go do Pruszkowa i tam wymontowaliśmy przednie zawieszenie żeby wymienić w nim co trzeba w garażu. Januszowi pasowało że samochód nie był robiony w garażu bo i tak mało było w nim miejsca, a druga sprawa jak garaż był pusty to w wolnych chwilach można było zająć się jakąś partaniną bo mino wszystko dodatkowe fundusze potrzebne są też i Januszowi.

Następna przygoda z udziałem mojego samochodu mały pożar

Między partaninami robiliśmy z Januszem remont silnika i w skrzyni biegów też został wymienione to co było trzeba. Najgorsze były dojazdy do Pruszkowa bo zanim się tam dojechało i rozwinęło z robotą to przychodził czas zwijać narzędzia, ale innego wyjścia nie było i jeździliśmy tam jak była potrzeba. Wreszcie prace blacharskie dobiegały końca więc przez cały tydzień jeździliśmy do Pruszkowa prawie codziennie i montowaliśmy do niego to co było można i nie przeszkadzało spawaczowi, a w pierwszej kolejności zamontowaliśmy przednie zawieszenie i samochód stał już na własnych kołach. Najważniejszy montaż – czyli zamontowanie silnika, skrzyni i uruchomienie samochodu zaplanowaliśmy na sobotę, żeby cały ten proceder zakończyć jednego dnia zabrać samochód do garażu Janusza żeby już tu nie przyjeżdżać i spokojnie szykować nadwozie do lakieru. W sobotę z samego rana zapakowaliśmy silnik i skrzynie do mojego samochodu, bo było wygodniej, a resztę osprzętu zapakowaliśmy do FIATA Janusza ojca i pojechaliśmy kończyć ostatni etap tej roboty. Janusza ojciec w pewnym sensie pomagał nam podczas tej roboty i nie tylko ponieważ jak zasiedzieliśmy się w tym garażu do późnej nocy to przywoził nam coś do zjedzenia żebyśmy nie padli z głodu podczas tej roboty. Teraz też wiedział że będziemy siedzieć cały dzień żeby aż skończymy więc po południu przyjechał z obiadem dla nas. Tak jak było do przewidzenia cała sobota zeszła się nam na ostatecznym montażu i zastał nas wieczór, ale samochód został dokończony i uruchomiony i najważniejsze było to, że nie wystąpiły jakieś nieprzewidziane problemy podczas pierwszego odpalania silnika i po wykonaniu jazdy próbnej mogliśmy wracać do Warszawy. Po spakowaniu wszystkich klamotów wyjechaliśmy z Pruszkowa i wracaliśmy dwoma samochodami. Podczas tego powrotu dopadła mnie następna poważna awaria, która mało co nie skończyła się tragicznie dla mojego samochodu.
Ja jechałem swoją „Garbuską” pierwszy, a Janusz jechał za mną i całe szczęście bo nie wiem jakby zakończyła się ta jazda gdybym jechał za Januszem. Jechaliśmy jeszcze boczną drogą i w lusterku zobaczyłem jak Janusz jedzie slalomem omijając wielkie płonące kałuże tylko nie miałem pojęcia z czego pochodzą te kałuże i dopiero jak mój samochód przestał jechać, a na przednią szybę buchnęły płomienie to zrozumiałem że pali się silnik w moim samochodzie tylko nie wiedziałem jaka była przyczyna. Jak wyleciałem z gaśnicą to Janusz gasił już od dołu, a ja po otwarciu maski rozpocząłem gasić od góry i całe szczęście że nasze gaśnice były sprawne i jakoś ten groźny pożar został opanowany. Po tym pożarze mój samochód nie nadawał się do dalszej jazdy i teraz Janusz musiał mnie holować do garażu i trochę martwiliśmy się o silnik w jego FIACIE, ponieważ był dopiero co złożony, ale jakoś powoli bez wariowania dociągnął mnie do garażu bo gdyby coś stało się w jego silniku to obaj stalibyśmy teraz w szczerym polu do rana. Po dojechaniu na miejsce nie bawiłem się w żadne naprawy bo było bardzo późno, ale przy lampce z ciekawości chciałem sprawdzić jaka była przyczyna tego pożaru. Z gaźnika został wyrwany metalowy przewód doprowadzający do niego paliwo i pompa cały czas podawała paliwo które lejąc się po silniku zapaliło się od gorącego kolektora i dlatego były te płonące kałuże które omijał Janusz, a samochód jechał do czasu jak skończyło się paliwo w gaźniku.
Po tym odkryciu jechać na Grochów było bez sensu bo dojechałbym chyba dopiero rano, a następnego dnia chciałem szybko naprawić samochód więc Janusz odwiózł mnie do rodziców na Ochotę i umówiliśmy się na następny dzień.
Janusza garaż znajdował się na tyłach jednostki wojskowej na całkowitym odludziu więc mogliśmy w nim majstrować nawet w niedziele bez obawy że komuś zakłócamy spokój. W niedziele rano łapiemy się za robotę Janusz rozbraja swój samochód do lakieru, a Ja doprowadzam swój samochód do stanu używalności po pożarze i teraz przy świetle dziennym okazało się że straty są nieduże bo do wymiany był gaźnik w którym zniszczony był gwint, spalonych zostało kilka przewodów przy silniku i cała wiązka przewodów wysokiego napięcia. Z tego wszystkiego najgorzej wyglądała maska ponieważ cały lakier na niej uległ spaleniu i tylko żeby ją pomalować nie miałem już tej farby którą był pomalowany samochód i zmuszony byłem pomalować na inny kolor, a miałem tylko czarny mat. Po dwóch godzinach dłubaniny samochód mój był już sprawny i wtedy pomagałem Januszowi. Janusza ojciec miał jakiegoś znajomego lakiernika w Żyrardowie i w poniedziałek pojechali do niego zostawić samochód a że ja nie miałem wolnego dnia i nie byłem im do tego potrzebny więc nie pojechałem. Po tygodniu FIAT Janusza był już pomalowany i uzbrojony w detale zdjęte do lakieru i teraz do pracy jeździliśmy na przemian jednego dnia jechaliśmy jego FIATEM, a drugiego dnia moją „Garbuską” – bo było bez sensu jechać w to samo miejsce dwoma samochodami, tym bardziej że mieszkaliśmy niedaleko od siebie.
Ale na wiosnę 1979 roku musiałem rozstać się ze swoją „Garbuską” i została sprzedana, a to z powodu wyjazdu na kontrakt do byłego CSSR, który załatwił Janusz i oczywiście pojechaliśmy tam razem, a nie chciałem żeby samochód stał pod blokiem przez czas trwania kontraktu czyli prawie dwa lata.

Holowanie i rozbiórka FIATA-131p „Mirafiori”

Po powrocie z Czechosłowacji nie wróciliśmy już do MPT i każdy z nas pracował gdzie indziej, ale w wolnych chwilach po pracy tak jak dawniej nadal robiliśmy razem jakieś różne naprawy w garażu Janusza. Któregoś dnia bliski znajomy Janusza poprosił nas że jak będziemy mieli trochę wolnego czasu to żebyśmy zajęli się jego starym samochodem który stoi kilka lat przed jego blokiem. Z Januszem myśleliśmy że chodzi o jakąś grubszą naprawę albo uruchomienie samochodu który długo stał, ale jemu chodziło żebyśmy rozmontowali jego samochód i wywieźli na złom ponieważ stoi pod blokiem i zajmuje cenne miejsce na osiedlowym parkingu. Kiedy pojechaliśmy tam z Januszem na rekonesans obejrzeć jak to wygląda i co to jest za samochód do rozmontowania. Na miejscu okazało się że to jest FIAT-131p „Mirariori. tylko nie pamiętam z którego był roku i po oględzinach doszliśmy do wniosku że rozbiórka tego samochodu na tym parkingu jest w ogóle niemożliwa. Samochód ten ogólnie nie był stary tylko strasznie zaniedbany i skorodowany przypominał mi moją WARSZAWĘ przed naprawą i podejrzewam że stał trochę krócej ponieważ w jego kołach było jeszcze powietrze i najważniejsze że przy tym samochodzie były zaciski tylko nie wiedzieliśmy w jakim są stanie. Do rozbiórki tego samochodu w tym miejscu brakowało jednego elementu, a mianowicie nie było gdzie podłączyć się z elektronarzędziami takimi jak wiertarka czy szlifierka które przy takiej robocie są niezbędne więc postanowiliśmy że ten samochód przeciągniemy do garażu Janusza gdzie są idealne warunki do tego typu roboty i tam go rozbierzemy.
Po oględzinach doszliśmy do wniosku że najlepszym dniem do holowania tego samochodu będzie sobota ponieważ tego dnia ruch na drodze był dużo mniejszy niż w powszedni dzień kiedy jest popołudniowy szczyt powrotów z pracy.
W sobotę podczas przygotowania do tego holowania wyszedł spory problem ponieważ przednie koła były zablokowane przez zardzewiałe zaciski i nawet czołgiem trudno byłoby go ruszyć z miejsca.

Tak wyglądał FIAT-131, który produkowany był w latach 1974-1984. Ten samochód który rozbieraliśmy był w wersji dwudrzwiowej Coupe.

Tak wyglądał FIAT-131, który produkowany był w latach 1974-1984. Ten samochód który rozbieraliśmy był w wersji dwudrzwiowej Coupe.

Nie tracąc czasu złapaliśmy się za próbę odblokowania przednich hamulców, ale niestety w żaden sposób nieudało nam się tego zrobić ponieważ tarcze i tłoczki były strasznie skorodowane i musieliśmy je wymontować i holować tylko z hamulcem ręcznym który o dziwo był sprawny i nie blokował. Po uporaniu się z tymi upierdliwymi hamulcami byliśmy już gotowi tego trudnego holowania tylko ja miałem pewne obawy że jak ruszymy tego wraka z miejsca to podczas jego holowania może rozpaść się w połowie drogi na kawałki. Bo jeżeli ten samochód rozpadłby się to my mielibyśmy mieli na drodze niezły bigos i spore kłopoty z tego powodu. Najgorzej wyglądał przód tego samochodu ponieważ cały przedni pas z reflektorami ledwo trzymał się reszty nadwozia i wystarczyłby większy powiew powietrza a te blachy jak żagiel pofrunęłyby do góry. No i wreszcie pojechaliśmy w ten trudny kurs, a do przejechania nie mieliśmy daleko bo około 4,5 km tylko martwił mnie przejazd przez tory tramwajowe na ul. Komarowa obecna ul. Wołowska bo na nich mogłoby dojść do nieprzewidzianej sytuacji. Trasa naszego holowania biegła od al. Niepodległości dalej ulicami Odyńca, Racławicką do Żwirki i Wigury i dalej po skręcie w lewo za ul. 1-szego Sierpnia skręcało się już do garażu Janusza wydawało się że to jest prosta trasa. Najtrudniejszy był przejazd przez skrzyżowanie ulic Racławickiej ze Żwirki gdzie skręcaliśmy w lewo i właśnie na tym skrzyżowaniu doszło do dramatycznego zdarzenia którego się obawiałem.
Janusza poniosła fantazja i zapomniał że ciągniemy wraka który może rozpaść się w każdej chwili bo po zapaleniu się żółtego światła chciał szybko zjechać ze skrzyżowania i gwałtownie dodał gazu. Efekt jego manewru był natychmiastowy te przednie blachy podniosły się do góry zasłaniając mi cały widok więc Ja w panice zaciągnąłem hamulec z całej siły zrywając hol i zostałem sam w tym wraku na środku skrzyżowania bo Janusz pojechał dalej i całe szczęście że na tym skrzyżowaniu było sporo miejsca i ludzie mogli mnie ominąć bez żadnych problemów. Kiedy zatrzymałem się to te blachy opadły na swoje miejsce i całe szczęście bo gdyby pęd powietrza rzucił je za mój samochód to mogłoby dojść do uszkodzenia samochodu jadącego za mną i wtedy byłby większy problem. Za nim Janusz objechał dookoła i wrócił po mnie to ja z pomocą przechodniów usunąłem samochód ze środka skrzyżowania na pobocze. Dobrze że w tym czasie nie napatoczył się jakiś radiowóz, bo gdyby zauważył to widowisko to na 100% mielibyśmy murowany mandat za stworzenie groźnej sytuacji na drodze. Po tej przygodzie Janusz już nie szalał w dalszej drodze nie mieliśmy skrzyżowań ze światłami więc nie zatrzymywaliśmy się i powoli dociągnęliśmy tego wraka do garażu w całości. Ja w pierwszej kolejności po dojechaniu żeby nerwy mi puściły po tym wariackim holowaniu poszedłem do pobliskiego sklepu po piwo i dopiero po tym zastrzyku mogłem zabrać się za jakąś robotę. Rozbiórka tego samochodu nie trwała długo bo prawie całe blachy rozpadały się w rękach zwłaszcza te przednie i cała ta operacja zajęła nam około czterech godzin, tylko podczas tej rozbiórki mieliśmy problem z wymontowaniem tylnych bocznych szyb bo ten samochód, który rozbieraliśmy to była wersja dwudrzwiowa „Coupe”. Tych szyb w żaden sposób nie mogliśmy wyjąć wyglądało jakby coś je trzymało, a zależało nam żeby je uratować tylko że nic z tego nie wyszło i jak jedna z tych szyb pękła to cały dach zawalił się na mnie to był wniosek że ta zgnita konstrukcja wspierała się na tych szybach. Wreszcie po tej robocie było wszystko pozamiatane i czekało na wywiezienie. Właściciel tego samochodu zabrał tylko silnik ze skrzynią, a reszta trafiła do składnicy złomu i za to wszystko wpadło nam trochę dodatkowego grosza. Z tego samochodu zostały jeszcze całe koła które Janusz zatrzymał dla siebie ponieważ pasowały do jego samochodu bo jak wszystkie FIATY posiadały ten sam rozmiar czyli 13-ście cali.

Moje przygody podczas pracy na pogotowiu technicznym PPGK

Ciekawa i nietypowa naprawa silnika w samochodzie GAZ-63

Ten opis mojej pracy w terenie będzie dotyczył nietypowej naprawy silnika w samochodzie GAZ-63 które jeździły w tej firmie, a była to firma PPGK Państwowe Przedsiębiorstwo Geodezyjno Kartograficzne która wykonywała jak sama nazwa wskazuje wykonywali różne prace geodezyjne i pomiary do wykonywania map. W tej firmie pracowały trzy zespoły które zajmowały się tak zwaną zabudową i budowały wieże triangulacyjne na potrzeby geodetów, a dodatkowo zajmowały się budową wież przeciwpożarowych na zlecenie nadleśnictw co dawało niezłe dodatkowe dochody dla przedsiębiorstwa dlatego do awarii tych samochodów jeździliśmy w pierwszej kolejności. Te zespoły używały samochodów marki STAR-660 i GAZ-63 i jeden z tych zespołów pracował w okolicach Kartuz stawiając wieże przeciwpożarowe na zlecenie miejscowego nadleśnictwa.
Któregoś dnia dyspozytor otrzymał zgłoszenie od tego zespołu że w ich samochodzie GAZ-63 jest zablokowany silnik i najciekawsze było to, że do zablokowania tego silnika nie doszło podczas jazdy tylko kierowca zgłosił że rano nie może uruchomić silnika ani obrócić go korbą i nie wie jaka jest tego przyczyna.

To jest samochód GAZ-63 który produkowany był w ZSRR w latach 1948-1968 i takie cztery samochody jeździły w naszej firmie, tylko w wersji dłużycowej do wywozu drzewa.

To jest samochód GAZ-63 który produkowany był w ZSRR w latach 1948-1968 i takie cztery samochody jeździły w naszej firmie, tylko w wersji dłużycowej do wywozu drzewa.

Od naszego kierownika technicznego dostaliśmy polecenie wyjazdu do Kartuz celem naprawy tego silnika albo jego wymianę jeżeli to będzie konieczne.
Jeśli chodzi o samochody GAZ-63 to w naszym przedsiębiorstwie potrzebne były w wersji dłużycowej przystosowane do wywozu drzewa na budowę tych wież i to bardzo dobre samochody ponieważ posiadały napęd na cztery koła i praktycznie nie było terenu gdzie nie mogłyby wjechać, ale wadą tych samochodów były ich silniki ponieważ były to silniki benzynowe dolnozaworowe o pojemności około 3,5 litra które pracując w trudnym terenie miały bardzo mały przebieg między naprawami i był w granicach 15000-20000 km bo czasami pracowały na wysokich obrotach przy małej prędkości co je wykańczało. Po zapoznaniu się z tym tematem z magazynu pobraliśmy wszystko to co będzie nam potrzebne do naprawy tego silnika na miejscu oraz zabraliśmy też drugi silnik na zamianę i tak wyposażeni wyjechaliśmy do Kartuz.
Z bazy wyjechaliśmy dosyć późno i do Kartuz dojechaliśmy około godziny 19.00 i pogoda była paskudna jak w lutym było ciemno, zimno i sypał śnieg. Ten zespół mieszkał w motelu na skraju miasta, a samochód zaparkowany był na zapleczu naprzeciwko kotłowni żeby kierowca rano miał bliżej do kranu z wodą ponieważ wtedy wszystkie te samochody w układzie chłodzenia miały wodę zamiast płynu niezamarzającego i na noc trzeba było ją spuszczać z silnika.
Ale teraz mimo tego zimna jeszcze tego samego dnia chcieliśmy pobieżnie sprawdzić co się stało i ustalić grafik roboty na następny dzień więc z pokoju przenieśliśmy się do kotłowni gdzie mogliśmy ogrzać się podczas tej roboty, a kierowca zabrał ze sobą butelkę żeby przy okazji rozgrzać się od środka bo dalsza jazda niebyła planowana.
Jak chłopaki rozgościli się w kotłowni to ja walnąłem kielicha żeby lepiej się pracowało i poszedłem sprawdzać silnik. Jeżeli z bloku wystawał jakiś kawałek metalu to sprawa byłaby jasna że coś się w min urwało i zablokowało silnik i jutro czekała nas poważna robota czyli wymiana uszkodzonego silnika. Po oględzinach silnik wyglądał normalnie, ale w żaden sposób niemożna było obrócić korbą wału więc postanowiłem zrobić to w inny sposób, a mianowicie wymontować osłonę koła zamachowego i przy pomocy łyżki do opon spróbować cofnąć wał w przeciwnym kierunku bo jeżeli zablokowany był mechanicznie to przynajmniej kawałek powinien się ruszyć. Po odkręceniu wszystkich śrub osłona powinna odpaść sama, a tu ciekawostka ona była jak przyklejona co mnie bardzo zdziwiło i dopiero przy pomocy młotka odpadła wraz z bryłą lodu w środku. Okazało się że do tej osłony wlała się woda spuszczona z bloku, a że otworek odpływowy zatkany był błotem więc tam pozostała i w nocy mróz zrobił swoje woda zamarzła skutecznie blokując koło zamachowe. Po tym odkryciu wiedziałem że to była przyczyna zablokowania silnika bo obróciłem wał w jedną i w drugą stronę i żadnych zacięć nie było więc poszedłem do kotłowni po kluczyki od stacyjki żeby odpalić silnik i upewnić się że wszystko jest w porządku. W kotłowni walnąłem sobie drugiego kielicha, a chłopaki pytali się mnie jak sprawa wygląda więc powiedziałem im że za chwilę sam będę wiedział czy to da się naprawić dzisiejszego dnia.
Silnik odpalił beż żadnego problemu i jak oni usłyszeli warkot silnika to wszyscy wylecieli z kotłowni jak oparzeni i pytali się jaka była przyczyna że silnik był zablokowany więc pokazałem im osłonę koła zamachowego pełną lodu z odbitymi jak w matrycy zębami koła zamachowego, ale nikt nie przypuszczał że taka błaha przyczyna narobi tyle bałaganu. Jak z silnikiem było już wszystko w porządku poskładałem wszystko do kupy i w osłonie powiększyłem otworek odpływowy żeby nie doszło do podobnej sytuacji. Po skończeniu roboty przenieśliśmy się na pokoje, a że ten zespół zajmował w tym motelu pokój dziesięcioosobowy i były w nim dwa wolne łóżka więc zakwaterowaliśmy się do nich i teraz mogliśmy pić do rana. Następnego dnia Włodek w piękny sposób rozpisał całą to naprawę i zostaliśmy w tym zespole jeszcze dwa dni.

Trudna wymiana głowicy w samochodzie UAZ-469

Jeżdżąc na pogotowiu technicznym w tej firmie robiliśmy w terenie i w różnych warunkach przeróżne naprawy tych zdezelowanych samochodów, a były to głównie samochody UAZ-469, 452, ale było też kilka STARÓW-660 i GAZ-63
Kiedy przyjechaliśmy do tego zlecenia mieliśmy do wymiany głowice w samochodzie UAZ-469 nic nie zapowiadało poważnych problemów związanych z wymianą tej głowicy bo to miała być zwykła robota którą wykonuje się nawet z małymi problemami około dwóch, trzech godzin, ale ta robota miała zakończyć się całkiem inaczej i dlatego postanowiłem ją opisać jako następną moją ciekawą przygodę. Podczas wymiany głowicy w każdym silniku największy problem stanowi odłączenie układu wydechowego od kolektora ponieważ bardzo często urywają się zapieczone śruby.
Praca przy tym silniku od samego początku szła jak z kamienia i myślałem że to zakończy się holowaniem tego samochodu do Warszawy bo mój kumpel z którym jeździłem już poddawał się tylko nie ja. Już na samym początku podczas odkręcania rury urwały się wszystkie szpilki, ale to nie był taki problem ponieważ jadąc do zgłoszenia z wymianą głowicy zawsze mieliśmy w zapasie drugi kolektor żeby nie bawić się z rozwiercaniem urwanych śrub tutaj w terenie.
W tym przypadku wyszedł całkiem inny poważniejszy problem który bardzo utrudnił naszą wymianę tej głowicy w tym samochodzie, ale wszystko po kolei.
Blok silnika w samochodzie UAZ wykonany był ze stopu lekkiego w który wmontowany były tuleje cylindrowe i w blok wkręcone były szpilki które mocowały głowice. Każda konstrukcja posiada swoje wady i zalety ta na przykład pozwalała na wykonanie dużej naprawy silnika bez konieczności wyjmowania go z ramy, ale w tej konstrukcji czasami dochodziło do tego że podczas rozbiórki silnika te szpilki wykręcały się z bloku i niszczył się gwint w bloku i żeby to naprawić były dwa rozwiązania pierwsze to dorobić drugą szpilkę z większym gwintem i wkręcić w blok, a drugie to wymienić cały blok co było bardzo kosztowne. Tak się złożyło że podczas rozbierania tego silnika doszło do tego czego się najbardziej obawiałem na jednej ze środkowych szpilek nakrętka trzymająca głowice zapiekła się i podczas odkręcania wykręciła się z bloku i po kilku obrotach zablokowała się w głowicy.

To jest zdjęcie mojego samochodu służbowego, którym jeździłem na pogotowiu technicznym po całej Polsce, a był to UAZ-452 tak zwana Takim samochodem jeździłem w teren to jest UAZ-452. Na tym zdjęciu jestem ja, a ten w czapce to jest mój kierownik warsztatu.

To jest zdjęcie mojego samochodu służbowego, którym jeździłem na pogotowiu technicznym po całej Polsce, a był to UAZ-452 tak zwana Takim samochodem jeździłem w teren to jest UAZ-452. Na tym zdjęciu jestem ja, a ten w czapce to jest mój kierownik warsztatu.

Przyczyna jej zablokowania była prosta ta szpilka była dorabiana i posiadała większy gwint od strony bloku i ten większy gwint wkręcił się w głowice blokując tą szpilkę skutecznie. Podczas dalszych prób z jej odkręcaniem urwała się i wtedy powstał poważny problem co teraz zrobić z tym fantem. Jedyne rozwiązanie jakie przyszło nam do głowy to uciąć szpilkę między blokiem a głowicą, tylko że my nie posiadaliśmy na wyposażeniu szlifierki – więc zmuszeni byliśmy zaciągnąć samochód do najbliższego warsztatu i tam ucięliśmy tą szpilkę. Po ucięciu szpilki kawałek tkwiący w bloku wykręciliśmy bez żadnego problemu i całe szczęście że gwint w bloku nie został uszkodzony i po dorobieniu drugiej szpilki mogliśmy drugą głowice montować bez żadnych problemów i najgorsze było to że ta cała niby prosta robota trwała ponad sześć godzin i jakoś to trzeba było rozpisać, ale i tak czasami bywało. Drugi koniec tej szpilki pozostał w głowicy i po powrocie z terenu pokazałem chłopakom jaka przytrafiła mi się przygoda podczas wymiany głowicy.

Następna ciekawa naprawa: nietypowa wymiana sprężyny zaworowej

Tak jak wcześniej wspomniałem różne zgłoszenia trafiały do kierownika technicznego i wtedy jechaliśmy w teren naprawiać te zdezelowane samochody, a sposób ich naprawy należał do naszego wyboru. W naszym przedsiębiorstwie najwięcej było samochodów marki UAZ-469 i 452 bo około stu rozrzuconych po całym kraju i każdy zespół posiadał jeden samochód czasami wyjątkowo dwa i w skład typowego zespołu pomiarowego wchodził dysponent, kierowca i dwóch lub trzech pomiarowych zależnie od wykonywanych prac pomiarowych. Kierowca zajmował się tylko obsługą samochodu i czasami żeby mu się nie nudziło to pomagał geodetom, ale w ramach redukcji zatrudnienia etat kierowcy został zlikwidowany. Teraz dysponent posiadający prawo jazdy zastępował kierowcę otrzymując za to dodatek funkcyjny tylko że ci ludzie nie mieli w ogóle zielonego pojęcia o obsłudze samochodu i wzywali pogotowie techniczne do różnych usterek z którymi etatowy kierowca poradziłby sobie bez problemu i wezwałby pogotowie techniczne dopiero wtedy jakby był poważniejszy problem z którym nie dałby sobie rady, albo byłaby większa awaria.
A ci dysponenci zgłaszając awarie nie byli w stanie dokładnie określić czego dotyczy problem w ich samochodzie.
C2D4.tmp FC7C.tmp Takich samochodów w naszym przedsiębiorstwie było najwięcej są to UAZ-469 i UAZ-452. Na bazie tego samochodu było nasze pogotowie techniczne na którym przejeździłem ponad dziesięć lat.

Tak było i podczas tego zgłoszenia awarii dysponent podał tylko że samochód niema siły jechać ponieważ coś dzieje się w jego silniku bo słychać w nim jakieś stuki i żadnych dokładniejszych szczegółów dotyczących pracy silnika nie podał bo nie umiał ich sprecyzować. Oczywiście kierownik zgłoszenie awarii przyjął, ale nie jeździliśmy do jednego samochodu tylko przed wyjazdem spisywaliśmy wszystkie zgłoszone awarie i z magazynu pobieraliśmy odpowiednie części do ich naprawy. Po ustaleniu grafika wyjeżdżaliśmy w teren i całą trasę rozpoczynaliśmy od najbliższego zgłoszenia i tak po kolei załatwialiśmy pozostałe zlecenia i przed powrotem do bazy dzwoniliśmy i pytaliśmy się kierownika czy nie doszły jakieś nowe awarie do zrealizowania w drodze powrotnej. Tak jak wspomniałem tych zdezelowanych samochodów w naszym przedsiębiorstwie było sporo więc mieliśmy co robić. W tej firmie były dwa takie zespoły techniczne jedno obsługiwało rejony północne, a drugie rejony południowe i żeby nam się nie nudziło to co dwa tygodnie zamienialiśmy się rejonami. Po dojechaniu do tego zgłoszenia zabraliśmy się od razu za diagnozowanie usterki żebyśmy wiedzieli co będziemy robili dalej i po odpaleniu silnika już było wiadomo że jeden z cylindrów nie pracuje i musieliśmy tylko sprawdzić dlaczego. Po sprawdzeniu ciśnienia sprężania w silniku okazało się że w jednym cylindrze w ogóle nie było ciśnienia i kiedy wymontowałem pokrywę klawiatury znalazła się przyczyna braku ciśnienia w tym cylindrze ponieważ w jednym z zaworów pękła sprężyna i ten zawór był cały czas otwarty i gdyby nie talerzyk z zamkami który go trzymał to pewnie wpadłby do cylindra i wtedy narobiłoby się trochę więcej bałaganu i silnik byłby do wymiany.
Naprawa tego uszkodzenia wymagała jednak wymontowania głowicy z silnika i teraz przypomniała mi się historia z poprzedniego wyjazdu gdzie też mieliśmy tylko wymienić głowice i wtedy cała robota zamieniła się w horror.
Po tym odkryciu mój wspólnik z którym jeździłem poszedł przebierać się żeby zabrać się ze mną za wymianę głowicy, ale Ja pomysłowy chłopak którego nie na darmo chłopaki nazywali „Docent” postanowiłem wymienić tą sprężynę na silniku bez zdejmowania głowicy. Sposób wymiany tej sprężyny był bardzo prosty należało tylko w jakiś sposób zablokować zawór żeby nie wpadł do cylindra i wtedy dokonać wymiany sprężyny. Do tego celu dorobiłem ze starego śrubokręta odpowiednio wygięty haczyk i przez otwór od świecy zapłonowej zawór został zablokowany i wtedy Włodek przy pomocy przyrządu wymienił pękniętą sprężynę. Po zmontowaniu silnika i wyregulowaniu luzów na zaworach silnik pracował jak pszczółka z czego byliśmy bardzo zadowoleni i cała nasza robota trwała niecałą godzinę. Po tej robocie Włodek powiedział mi że na taki sposób naprawy nigdy by nie wpadł więc ja odpowiedziałem, że w tej firmie może być tylko jeden „Docent” – czyli ja. W naszych papierach cała ta robota została przez Włodka rozpisana w odpowiedni sposób i z takich robót mieliśmy zawsze dodatkowe godziny nadliczbowe które spędzaliśmy w domu albo w garażu Włodka w Karczewie przy jakiejś partaninie.

Następny ciekawy wyjazd do zgłoszonej awarii

Podczas tych dziesięciu lat jazdy na pogotowiu technicznym wyjeżdżaliśmy do przeróżnych zgłoszeń zwłaszcza po tym jak etatowych kierowców zastąpili dysponenci posiadający prawo jazdy i zostali upoważnieni do prowadzenia służbowych samochodów i tak jak wspomniałem w poprzednim opisie ci ludzie niewiele znali się samochodach i czasami zgłaszali duperele jako poważne awarie. Tak samo było i w tym przypadku. Zgłoszona była usterka i podana częściowo przyczyna, tylko na miejscu okazało się coś innego i to było bardzo bolesne przeżycie – zwłaszcza dla kierowcy dysponenta – ale wszystko po kolei.
Któregoś dnia przez kierowcę dysponenta została zgłoszona awaria, że w jego samochodzie wysiadła pompa paliwa, ponieważ po uruchomieniu silnika odjechał od hotelu niedaleko bo około 200 lub 300 m i silnik nagle zgasł i nie można go było w żaden sposób ponownie uruchomić. Żadnych dodatkowych szczegółów dotyczących tego uszkodzenia nie podał. Jadąc do tego zgłoszenia podejrzewałem że coś może być nie tak ponieważ pompa nie psuje się w nocy jak samochód stoi, ale złośliwość rzeczy martwych jest naprawdę nieprzewidywalna więc mogło tak być że samochód dojechał na parking, a rano wystąpił ten problem. Kiedy byliśmy już na miejscu zapytałem się dysponenta dlaczego podejrzewał zepsutą pompę, bo to że samochód przestał jechać to mogło być kilka innych przyczyn. Odpowiedział mi że przed zgaśnięciem silnika samochodem strasznie szarpało jakby kończyło się paliwo. Po otwarciu maski stwierdziłem że pompa paliwowa jest sprawna ponieważ poruszając ręczną dźwignią wyczuwało się opór pracującej przepony i powiedziałem kierowcy że w tym samochodzie niema benzyny i dla sprawdzenia podłączyłem do silnika butelkę z benzyną i bez żadnego problemu odpaliłem silnik. Po odpaleniu silnika kierowca był bardzo zdziwiony i powiedział że wczorajszego dnia tankował samochód i zbiorniki powinny być pełne. Ale nie były. Wtedy powiedziałem, że będzie miał poważny problem z tą sytuacją i kazałem zajrzeć pod samochód, by zobaczył to samo co ja zobaczyłem. Kiedy zajrzał, to nie mógł oczom uwierzyć i zbladł jak ściana. W samochodach UAZ-469 są dwa zbiorniki paliwa umieszczone po obu stronach i każdy z nich miał pojemność 45-ciu litrów, a w tamtych czasach kiedy benzyna była na kartki to kradzieże paliwa były bardzo częste. Wlewy paliwa w tych samochodach były dobrze zabezpieczone, ale w zbiornikach były korki spustowe którymi posłużyli się złodzieje i opróżnili oba zbiorniki z tego samochodu, a teraz kierowca będzie miał problem żeby jakoś rozpisać te brakujące paliwo, a z tego wyszło że my przyjechaliśmy po to, żeby kierowcy powiedzieć że w nocy ukradli mu paliwo – bo sam na to nigdy by nie wpadł, że do tej kradzieży doszło. Rozpisać taką ilość paliwa nie było takie łatwe i żeby się z tym szybko uporać kierowca musiał dopisywać w karcie drogowej jazdę w trudnym terenie w który nigdy nie wjeżdżał, ale innego wyjścia nie miał. My tą swoją robotę w papierach rozpisaliśmy normalnie tak jak była zgłoszona czyli wymiana pompy paliwa i jakieś duperele. Niektórzy dysponenci jak coś takiego ich spotkało byli bardziej pomysłowi w tym temacie bo jak mieli nadgoniony grafik w swojej geodezyjnej robocie to jechali na tak zwane dni wolne, ale w kartach drogowych rozpisywane było że samochód jeździł przez ten tydzień. Kiedy tego typu kradzieże powtórzyły się to kierowcy mieli obowiązek zostawiać samochody na noc z jak najmniejszą ilością paliwa i rano tankować tylko tyle ile potrzebne będzie do pracy na cały dzień co było kłopotliwe dla niektórych zespołów którzy mieszkali w miejscowościach, w których nie było stacji benzynowych i następnego dnia musieli specjalnie jeździć w przeciwnym kierunku po to tylko żeby zatankować samochód. Jeden z zespołów w jakimś mieście mieszkał niedaleko komendy milicji i doszli do wniosku że jeżeli zaparkują przed nią to ich samochód będzie dobrze chroniony. Tak nie było ponieważ złodzieje odjechali ich samochodem i na odludziu załatwili swoją sprawę, czyli spuścili paliwo z całego samochodu. Kiedy rano geodeci przyszli po samochód byli bardzo zdziwieni kiedy zobaczyli że pod komendą nie ma ich samochodu, więc od razu zgłosili jego kradzież z pod komendy milicji. Milicjanci też byli zdziwieni, że doszło do kradzieży pod ich nosem, ale tamtego dnia pod komendą stały cztery takie same samochody UAZ i milicjanci sądzili że to odjeżdża jeden z milicyjnych samochodów. Wniosek był tylko jeden: na złodzieja niema żadnej siły. Jak w tym przysłowiu: „ najciemniej jest pod latarnią”.

Ciekawa historia podczas wymiany silnika w samochodzie GAZ-63

Jeśli chodzi o wymianę silnika w tego typu samochodzie w terenie to był bardzo prosty temat ponieważ po wymontowaniu wszystkich bocznych blach była tylko goła rama, a w niej silnik i wtedy należało wyjąć stary i wmontować nowy, a potem wszystkie wymontowane blachy poskładać w jedną całość i kilka takich silników wymieniliśmy przez te lata.
Podczas takiej roboty był tylko jeden problem gdzie to zrobić bo owszem mieliśmy ręczną wyciągarkę, ale trzeba ją było na czymś zawiesić i wtedy korzystaliśmy z gościnności innych przedsiębiorstw takich jak POM Państwowy Ośrodek Maszynowy, albo jakaś inna baza transportowa, a raz podczas zimy swojego pomieszczenia użyczyli nam strażacy w Kuźni Raciborskiej i silnik wyjmowany był przy pomocy drabiny strażackiej. Bywało też że jak ten zespół mieszkał na kwaterach prywatnych w jakiejś miejscowości to wystarczyło skorzystać z uprzejmości przygodnego gospodarza i tam w jego stodole dokonać wymiany silnika. Samochód w którym mieliśmy silnik do wymiany stacjonował w Legnicy w motelu na przedmieściach miasta i rano mieliśmy pojechać znaleźć odpowiednie miejsce do wymiany silnika wtedy kierowca że jest takie fajne miejsce niedaleko motelu, a że pogoda była wspaniała to mogliśmy to zrobić na świeżym powietrzu więc jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy obejrzeć co to jest za miejsce i jak to wygląda. Zespół ten w okolicznych lasach budował wieże przeciwpożarowe już ponad miesiąc i zdążyli poznać miasto i kierowca żeby nie turlać się z przyczepą dłużycową przez całe miasto to wymacał skrót przez polną drogę która biegła obok jakiejś rzeczki nad którą był wiadukt kolejowy i stwierdziliśmy że tutaj na odludziu jest idealne miejsce żeby dokonać tej wymiany silników tym bardziej że ten wiadukt miał konstrukcje kratownicową i mogliśmy na nim powiesić naszą wyciągarkę więc innego miejsca już nie szukaliśmy. Z samego rana pojechaliśmy w to miejsce i zabieramy się za robotę i najważniejsze było to że nie blokowaliśmy przejazdu ponieważ ta polna droga była dosyć szeroka i sporo samochodów nią jeździło skracając sobie przejazd przez miasto więc im nie przeszkadzaliśmy. Nasza robota przedłużyła się o jakieś trzy godziny z powodu niespodziewanej interwencji panów z milicji. Kiedy byliśmy już na półmetku z naszą robotą i stary silnik wisiał na haczyku to pech tak chciał że nagle i niespodziewanie pojawił się patrol milicyjny, który akurat tamtędy przejeżdżał i bardzo zaciekawiło ich co tutaj robimy przy tych samochodach i postanowili to sprawdzić, a zresztą od tego oni byli żeby sprawdzić jakąś podejrzaną sprawę. No i wszyscy zostaliśmy zabrani na komendę, a na miejscu pozostał tylko kierowca który miał pilnować tego rozmontowanego bałaganu do naszego powrotu. Milicjanci wykonali odpowiednie telefony do dyrekcji i kierownika technicznego i po trzech godzinach cała sprawa była wyjaśniona i zostaliśmy wypuszczeni z komisariatu i szybko pojechaliśmy dokończyć rozgrzebaną robotę. Po dokończeniu roboty było już późno i nie było sensu na noc gonić do Warszawy więc zanocowaliśmy u chłopaków i w dalszą drogę pojechaliśmy rano.

Jazda bez tylnego mostu

My tym samochodem jeździliśmy praktycznie na okrągło w poniedziałek wyjechaliśmy w teren i wracaliśmy w piątek lub w sobotę, a w następnym tygodniu od nowa ten sam młyn. Owszem zawsze znalazł się czas żeby zrobić w samochodzie jakiś większy przegląd, ale jakiejś nieprzewidzianej awarii nigdy się nie przewidzi. Tak się złożyło że i nasze pogotowie techniczne kiedyś dopadła poważna awaria i najgorsze było to że dopiero co wyjechaliśmy z bazy i byliśmy w połowie drogi od pierwszego zlecenia. Nie było sensu wracać się do Warszawy żeby usunąć tą awarię. Kiedy tak sobie jechaliśmy samochód zaczął zwalniać i w tylnym moście coś zagrzechotało i było po sprawie. Samochody UAZ są samochodami terenowymi z napędem na cztery koła i przedni most można było załączyć wtedy kiedy była potrzeba, a jadąc po drodze kiedy jest odłączony samochód dużo mniej pali bez tego obciążenia. My tym pogotowiem jeździliśmy tylko po asfalcie tak że nasz przedni most był praktycznie nieużywany więc postanowiliśmy dalszą część delegacji przejechać na przednim moście musieliśmy tylko wykonać kilka operacji. Konstrukcja tylnego mostu w samochodzie UAZ pozwalała na jazdę bez napędu na tylne koła po jego zablokowaniu wystarczyło tylko z niego powyjmować półośki i odłączyć wał napędowy od skrzyni biegów i awaryjnie pojechać na przednim moście chociaż ten most był napędem pomocniczym i nie powinno się go używać jako samodzielnego napędu, zwłaszcza w trudnym terenie, ponieważ można był w nim pourywać półośki. Po wyjęciu półosiek koła zostały odłączone od reszty mostu i samochód będzie toczył się na piastach.Kiedy kończyliśmy całe przygotowanie do dalszej jazdy pewien facet który przyglądał się naszej robocie powiedział że ten samochód nasz bez wału nie pojedzie bo widział jak wymontowany wał chowałem do samochodu.

Samochodem UAZ-452 na pogotowiu jeździłem ponad osiem lat, ale w naszej firmie zaczęto zamieniać samochody z silnikami benzynowymi na te z silnikami diesla i tak zakończyła się era UAZA-452. Tak wyglądało nasze nowe pogotowie techniczne samochód ROBUR w wersji „Towos”.

Samochodem UAZ-452 na pogotowiu jeździłem ponad osiem lat, ale w naszej firmie zaczęto zamieniać samochody z silnikami benzynowymi na te z silnikami diesla i tak zakończyła się era UAZA-452. Tak wyglądało nasze nowe pogotowie techniczne samochód ROBUR w wersji „Towos”.

Ten facet był bardzo zdziwiony kiedy odjechaliśmy tym samochodem bez wału, a Ja wyglądałem przez okno i przyglądałem się na jego reakcje jak ze zdziwienia wypadła mu fajka z ust. Ten gość nie wiedział o tym że nasz samochód posiada napęd na cztery koła i właśnie jeden z nich straciliśmy, ale mogliśmy dalej pojechać na tym drugim napędzie. Po załatwieniu wszystkich zleceń powróciliśmy do bazy bez żadnych problemów, a w poniedziałek z samego rana tylny most został wymieniony i samochód mieliśmy ponownie sprawny do następnych wyjazdów. Nadszedł czas że era naszej „Życiodajnej krówki” która dostarczała nam tyle benzyny, która była na kartki dobiegła końca – ponieważ w naszym przedsiębiorstwie pod koniec lat 80-tych nastąpiły wielkie zmiany w taborze. W pierwszej kolejności rozpoczęto wymianę od najstarszych samochodów z silnikami benzynowymi takich jak STAR-660 i GAZ-63, zastępując je samochodami z silnikami diesla takimi jak STAR-244 i 266 oraz ROBUR-4×4. Dyrekcja zakupiła też dwa samochody ROBUR w wersji „Towos” na potrzeby pogotowia technicznego i tak musieliśmy pożegnać się z naszym poczciwym samochodem UAZ-452, na którym jeździłem osiem lat. Następna poważna awaria jaka dopadła nasze pogotowie techniczne przytrafia się nam jak jeździliśmy już tym nowym samochodem. Tym samochodem jeździliśmy dopiero półtora roku i mimo że był nowy to natłukliśmy sporo kilometrów, a w roku robiliśmy tak przeciętnie około 80000 kilometrów. Dalsza część przygód w geodezji

Jechaliśmy do Wolsztyna naprawiać sprzęgło w ostatnim samochodzie STAR-660, jaki jeszcze pozostał w tej firmie, gdy w naszym samochodzie też zaczęło szwankować sprzęgło i przez ostatnie 10 kilometrów ledwo jechaliśmy, ale jakoś pod hotel udało się dojechać. W pierwszej kolejności wykonaliśmy telefon do kierownika technicznego zgłaszając awarie sprzęgła w naszym samochodzie, a chodziło o to, żeby zaopatrzeniowiec jak najszybciej zakupił potrzebne części do naprawy ROBURA i wtedy zabraliśmy się za wymianę sprzęgła w samochodzie geodetów, żeby mogli pojechać do pracy.
Po ukończeniu naprawy STARA złapaliśmy się za rozbieranie naszego samochody i po wyjęciu skrzyni biegów sprawa była jasna. W docisku pękła sprężyna centralna i dlatego był problem z wrzucaniem biegów, ponieważ sprzęgło niecałkowicie rozłączało silnik i potrzebne było nowe sprzęgło.
Teraz nie było wyjścia trzeba było jechać do Warszawy po nowe sprzęgło, bo było bez sensu wysyłać do nas drugi zespół pogotowia technicznego, który w tym czasie potrzebny był w innym miejscu i też był bardzo zajęty
Z samego rana wyjeżdżam z Wolsztyna do Poznania żeby złapać jakiś pociąg do Warszawy, a mój kolega pozostał z tym rozebranym bałaganem sam i w tym czasie mógł sobie pozwiedzać to piękne miasto w którym ja już byłem dwa razy w latach 70-tych, ale wieczorem jak powrócili geodeci którym naprawialiśmy STARA to miał ich towarzystwo więc nie było mu nudno i czekał na mój powrót z Warszawy.

To zdjęcie zostało zrobione na parkingu przed hotelem w Wolsztynie i na nim ostatni STAR-660 którego tam naprawialiśmy i obok niego stoi nasz zepsuty ROBUR, którego naprawiliśmy dopiero wtedy jak przywiozłem nowe sprzęgło.

To zdjęcie zostało zrobione na parkingu przed hotelem w Wolsztynie i na nim ostatni STAR-660 którego tam naprawialiśmy i obok niego stoi nasz zepsuty ROBUR, którego naprawiliśmy dopiero wtedy jak przywiozłem nowe sprzęgło.

Jadąc do Warszawy w pociągu wspominałem jak 12-ście lat temu razem z Jarkiem Pruszyńskim jechaliśmy do tego miasta na nasz drugi w życiu zlot motocyklowy i jechaliśmy pociągiem, ponieważ mój HARLEY padł dwa dni przed zlotem, a bardzo chcieliśmy na tym zlocie być. Tylko jadąc do Wolsztyna jechaliśmy w przeciwnym kierunku i to ze sporymi kłopotami. Rano zjawiłem się na bazie i pobrałem nowe części potrzebne do naprawy naszego ROBURA i żeby nie tracić czasu na dojazd tramwajem do dworca to zaopatrzeniowiec jadąc po części podwiózł mnie na dworzec swoim samochodem i pojechałem w drogę powrotną do Wolsztyna. Kiedy wieczorem dotarłem wreszcie na miejsce było za późno żeby rozwijać się z robotą więc z geodetami zrobiliśmy wspólną kolację, do której wypiliśmy po butelce na głowę żeby jakoś przyjemnie zakończyć ten ciekawy i bogaty we wrażenia dzień. Następnego dnia po szybkim i skromnym śniadaniu zabieramy się za składanie naszego ROBURA i gdzieś około południa wyjechaliśmy w dalszą drogę żeby zrealizować pozostałe zlecenia które niestety musiały poczekać trochę dłużej z powodu awarii naszego samochodu i w ten sposób zakończyliśmy ten pracowity tydzień z nieplanowanymi przygodami.

Następna ciekawa przygoda z naprawą sprzęgła w samochodzie UAZ-469

W tym tygodniu dla odmiany wypadała nasza zmiana jazdy w północne rejony i jedno z pierwszych zleceń wypadło w Malborku, w którym było do wymiany sprzęgło w samochodzie UAZ-496 i to była zwykła prosta robota tylko że to nowe zamontowane sprzęgło rozpadło się następnego dnia z niewiadomych przyczyn i jeszcze przed naszym powrotem do bazy kierowca zgłosił ponowną awarie sprzęgła w swoim samochodzie co dla kierownika było bardzo dziwne. Po powrocie do bazy w poniedziałek nawet nie mieliśmy czasu rozliczyć się z poprzedniego tygodnia tylko od razu zostaliśmy wezwani do kierownika technicznego żeby wyjaśnić dlaczego w samochodzie który naprawialiśmy rozpadło się sprzęgło następnego dnia i kierownik podejrzewał że doszło do jakiś machlojek z naszej strony więc nakazał nam natychmiast jechać do Malborka celem naprawy tego samochodu i wyjaśnienia całej tej nietypowej sprawy. My z Włodkiem też byliśmy bardzo zdziwieni bo owszem robiliśmy różne interesy i czasami były wpisane w zleceni naprawy jakieś części które niebyły zamontowane żeby zarobić dodatkowe pieniądze, ale w tym samochodzie sprzęgło zostało zamontowane nowe i dlatego to było dla nas bardzo dziwne. Z magazynu pobraliśmy drugie nowe sprzęgło i zaraz po zatankowaniu samochodu natychmiast wyjechaliśmy z bazy, a kierownik na odchodne powiedział nam żebyśmy wszystkie części z tego samochodu przywieźli do pokazania i dodał że jeżeli okaże się że sprzęgło nie zostało wymieniane to zostaniemy obciążeni finansowo za ten dodatkowy kurs. Kiedy dojechaliśmy na miejsce dysponent tego zespołu wkurwiony był jak i my tylko że on jeszcze tego tygodnia chciał zakończyć robotę w tym rejonie, a ta awaria uziemiła jego samochód. Podczas rozmowy z nimi chcieliśmy się dowiedzieć w jakich okolicznościach doszło do uszkodzenia tego sprzęgła więc powiedział że wracając z roboty zatrzymali się w przydrożnym barze żeby coś zjeść i po obiedzie odpalając silnik usłyszał jakieś zgrzyty i sprzęgło przestało działać i co gorsza niemożna było ponownie uruchomić samochodu. Tego dnia było za późno żeby wymieniać sprzęgło, ale nie zasnąłbym żeby jeszcze tego samego dnia przynajmniej zajrzeć i sprawdzić co się stało i jak to wygląda dlatego postanowiłem wymontować osłonę koła zamachowego i od dołu można było zobaczyć jak wygląda sprzęgło. Po wymontowaniu osłony wysypała się z niej cała kupa metalu z rozwalonego sprzęgła i kilka kawałków aluminiowego metalu który mógł pochodzić z innego podzespołu, a mianowicie z rozrusznika i postanowiłem wymontować go z tego silnika żeby to sprawdzić. Po wymontowaniu rozrusznika moje przypuszczenia były słuszne, ponieważ w rozruszniku nie było całej głowicy, która rozleciała się i jej kawałki wpadając do nowo zamontowanego sprzęgła zniszczyły je. Teraz po tym odkryciu z Włodkiem byliśmy już spokojni że to nie jest jakiś nasz błąd podczas montażu tylko czysty przypadek, że po naszej robocie następnego dnia rozleciał się rozrusznik robiąc tyle bałaganu w sprzęgle i wtedy razem spokojnie poszliśmy na piwo, ale najpierw schowałem wszystkie kawałki metalu które znalazłem w osłonie sprzęgła do pokazania kierownikowi jako dowód, że to niebyły żadne machlojki tylko czysty zbieg okoliczności. Następnego dnia nie spiesząc się wymieniliśmy sprzęgło w tym feralnym samochodzie. oraz rozrusznik i zaraz po robocie wyjechaliśmy w drogę powrotną do Warszawy.
Jeszcze tego samego dnia powróciliśmy do Warszawy i przed fajrantem byliśmy już na bazie i natychmiast udaliśmy się do kierownika technicznego na spowiedź z ostatniego wyjazdu. Zabraliśmy do pokazania wszystkie części wymontowane z tego feralnego samochodu. Kiedy kierownik zobaczył to rozwalone sprzęgło to sam był zdziwiony że to sprzęgło nie zdążyło się nawet przykurzyć jak my to nazywamy i wtedy pokazaliśmy mu pozostałe części zwłaszcza rozrusznik w którym brakowało całej głowicy, a jej kawałki narobiły tyle bałaganu w sprzęgle. Cała ta dziwna sprawa została dla nas szczęśliwie wyjaśniona, ale rozliczyć się musieliśmy następnego dnia przed wyjazdem w następny kurs ponieważ magazyn był już zamknięty.

Następna ciekawa historia z rozrusznikiem

Do takich sytuacji kiedy pękła głowica rozrusznika dochodziło bardzo rzadko, ale dochodziło i do następnego takiego przypadku doszło w Nowym Sączu, gdzie oczywiście pojechaliśmy tylko że w tym przypadku straty były bardzo minimalne bo zakończyło się to tylko zablokowaniem silnika i to skutecznie i jak na razie to wymiany był tylko rozrusznik.
Kierowca zgłaszając tą awarie podał że doszło do niej rano przed wyjazdem do pracy uruchamiając silnik usłyszał nagle zgrzyt i silnik został zablokowany z niewiadomej dla niego przyczyny owszem zaraz po tym otworzył maskę i oglądał silnik, ale nic z tego silnika nie wystawało co mogłoby sugerować że podczas rozruchu coś się w nim urwało i zablokowało go. Jak dojechaliśmy do Nowego Sącza gdzie stał ten samochód z zablokowanym silnikiem to kierowca nie miał pojęcia dlaczego do tego doszło i że oglądał silnik, ale nic nietypowego przy nim nie znalazł więc my postanowiliśmy jeszcze raz swoim okiem obejrzeć ten silnik ponieważ kierowca nie mając doświadczenia mógł czegoś nie zauważyć. Jeżeli silnik był zablokowany to postanowiłem obrócić wał w przeciwnym kierunku i żeby to zrobić musiałem od dołu dostać się do koła zamachowego po wymontowaniu osłony która je zakrywa podobnie jak to było w Kartuzach przy zablokowanym silniku w samochodzie GAZ-63 tylko że tamten silnik był zablokowany z całkiem innego powodu o czym pisałem w osobnym rozdziale. Po wymontowaniu osłony znalazłem w niej takie same kawałki aluminiowego metalu które pochodziły z rozwalonej głowicy rozrusznika tylko że w tym przypadku te kawałki nie powpadały do sprzęgła jak to miało miejsce w Malborku. Domyślałem się że silnik został zablokowany przez jeden z tych kawałków metali który został porwany przez wieniec zębaty na kole zamachowym i z dużą siłą wciśnięty pomiędzy obudowę sprzęgła, a koło zamachowe co skutecznie zablokowało silnik i teraz trzeba było w jakiś sposób ten kawałek metalu wydłubać.
Wszelkie próby obrócenia wału w przeciwną stronę żeby odblokować silnik nic nie dały ponieważ mimo użytej dużej dźwigni wał nawet nie drgnął i wyglądał jakby był przyspawany i bałem że prędzej połamie zęby na wieńcu niż uda mi się ten wał obrócić. Miałem w głowie jedno rozwiązanie jak odblokować ten silnik tylko musiałem dostać się do górnej części obudowy sprzęgła co w tym samochodzie nie było takie trudne. W samochodach UAZ-469 skrzynia biegów wymontowywana była do wnętrza pojazdu i żeby było więcej miejsca do jej wyjęcia trzeba było wymontować oba przednie siedzenia i część podłogi która ja przykrywała i po wymontowaniu jej był dostęp również do górnej części obudowy sprzęgła na czym najbardziej mi teraz zależało. Mój plan był taki żeby w obudowie wykuć otwór w tym miejscu w którym utkwił ten kawałek metalu blokując silnik. Po wymontowaniu podłogi miałem już ułatwione zadanie i wiedziałem w którym miejscu mam wykuć ten otwór ponieważ ten kawałek metalu który został wciśnięty zrobił w obudowie spore wybrzuszenie które na dodatek popękało. Z wykonaniem tego otworu zeszło nam się około godziny i udało nam się odblokować silnik, ale niestety skrzynia biegów była do wymontowania ponieważ na wieńcu zębatym zostały wyłamane trzy zęby bo gdyby brakowało tylko jednego zęba to nie byłoby żadnego problemu. Wymontowanie skrzyni biegów musieliśmy przełożyć na następny dzień ponieważ było już za późno żeby rozwijać się z tą robotą i całe szczęście że w tych naszych skarbach które woziliśmy znalazł się jeden nowy wieniec zębaty bo czasami zabieraliśmy w teren dodatkowe części które mogły przydać się nam podczas napraw. Następnego dnia cała robota związana z wymianą wieńca zębatego przebiegła już bez żadnych dodatkowych utrudnień i po czterech godzinach geodeci mieli sprawny samochód i pojechali do pracy, a my pojechaliśmy dalej naprawiać następne pozostałe zgłoszone zlecenia.

Ciekawe holowanie samochodu NYSA przez pół Polski

Przed każdym następnym wyjazdem w teren Włodek spisywał wszystkie zgłoszone zlecenia z zeszytu kierownika technicznego następnie robił spis części potrzebnych do ich naprawy i podczas rozliczania pobieraliśmy wszystko z magazynu i przed wyjazdem ustalaliśmy grafik od którego zlecenia rozpoczynamy wyjazd chyba że było odgórne polecenie które zgłoszenie jest w pierwszej kolejności do załatwienia.
Podczas tego wyjazdu było pilne zlecenie na końcu naszej trasy, a w tym tygodniu wypadła nam bardzo ładna i ciekawa trasa, którą rozpoczynaliśmy w Kaliszu dalej był Ostrów Wlkp., Rawicz i to ostatnie było w Kowarach koło Jeleniej Góry i tego zlecenia najbardziej się z Włodkiem obawialiśmy ponieważ kierowca zgłaszał jakieś stuki w silniku, których nie umiał zdiagnozować, a jeździł samochodem NYSA i czarno widziałem naprawę tego samochodu w terenie.
Po załatwieniu wszystkich zleceń z którymi nie było żadnych nie przewidzianych problemów pojechaliśmy do Kowar gdzie stała ta nieszczęsna NYSA w której były zgłoszone stuki w silniku. Kierowca tych stuków nie mógł zlokalizować więc postanowiłem odpalić silnik i posłuchać. Faktycznie w silniku waliło jakby w środku siedział kowal z wielkim młotem, więc żeby się dokładnie upewnić postanowiłem wymontować miskę olejową i po jej wymontowaniu sprawa była już jasna.
Z powodu niskiego stanu oleju w silniku rozleciała się panewka na drugim korbowodzie i tego silnika nie byliśmy w stanie naprawić w naszych warunkach i pozostało nam tylko holowanie tego samochodu do bazy w Warszawie i z Kowar było tak około 465 km i to był kawałek drogi. Po zgłoszeniu kierownikowi technicznemu jakie są uszkodzenia w tym samochodzie kierownik podjął decyzje że mamy holować ten samochód do bazy ale nie bezpośrednio do Warszawy ponieważ doszły dla nas dwa bardzo pilne zlecenia do załatwienia.

Czasami żeby skrócić sobie drogę i dojechać do drugiego zlecenia to korzystaliśmy z miejscowych promów i to zdjęcie zostało zrobione na takim promie jak przekraczamy rzekę San w małej miejscowości Chałupki niedaleko Rudnik.

Czasami żeby skrócić sobie drogę i dojechać do drugiego zlecenia to korzystaliśmy z miejscowych promów i to zdjęcie zostało zrobione na takim promie jak przekraczamy rzekę San w małej miejscowości Chałupki niedaleko Rudnik.

Nas taka decyzja kierownika też bardzo zdziwiła bo on wiedział że będziemy ten samochód holować drogą okrężną przez wiele kilometrów, ale taka była decyzja kierownika ponieważ chodziło jemu o czas i o to żeby ten samochód nie stał tutaj do następnego tygodnia jak będziemy mogli po niego specjalnie przyjechać, a drugie pogotowie techniczne też miało pełne ręce roboty i nie mogło po ten samochód przyjechać. Te dwa dodatkowe zlecenia były w różnych miejscach. Jedno było w Skawinie na południe od Krakowa – gdzie mieliśmy do naprawy sprzęgło, a drugie zlecenie było w Nowej Dębie w dawnym województwie Tarnobrzeskim i tam sprawa była bardziej skomplikowana, ponieważ kierowca zgłaszał brak ciśnienia oleju co mogło oznaczać że to jest drobna usterka w postaci niesprawnego czujnika lub coś bardziej poważniejszego jak na przykład uszkodzenie pompy oleju lub jej napędu. Z Kowar do Skawiny mieliśmy spory kawałek drogi do przejechania bo około 393 km więc skoro świt podczepiamy NYSE na sztywny hol i wyruszamy w kierunku Krakowa.
Kierowca z tej NYSY nie miał zamiaru plątać się z nami przez pół Polski i dlatego jechał z nami tylko do Jeleniej Góry skąd pojechał bezpośrednio do Warszawy, a jego miejsce w holowanym samochodzie musiałem zająć ja.
Podróż z tym ogonem zajęła nam prawie cały dzień i jak dojechaliśmy do bram Krakowa to nie mieliśmy potrzeby wjeżdżać do miasta tylko na obwodnicy pojechaliśmy w kierunku Skawiny. NYSY tam nie nie było sensu ciągnąć i dlatego zostawiliśmy ją przy obwodnicy na dużym parkingu dla TIR-ów i dalej pojechaliśmy naprawiać sprzęgło w Skawinie.
Następnego dnia po naprawie sprzęgła zabraliśmy NYSE z parkingu i jedziemy dalej do Nowej Dęby załatwiać ostatnie zlecenie. Tym razem do przejechania mieliśmy dużo mniej kilometrów bo tylko około 180. Jak dojechaliśmy do głównej trasy Warszawa-Rzeszów to z mapy wynikało że wracając z Nowej Dęby do Warszawy będziemy jechali tą drogą więc zrobiliśmy to samo co w Krakowie, a mianowicie w miejscowości Łoniów na parkingu przy stacji CPN ponownie zostawiliśmy NYSE i do Nowej Dęby pojechaliśmy już bez niej bo było bez sensu ciągnąć ją tą samą drogą dwa razy i marnować paliwo. Po dojechaniu na miejsce zabieramy się od razu za robotę bo jak na razie wiadomo było że w tym samochodzie w jego silniku nie było ciśnienia oleju i nie wiedziałem co będziemy musieli wymienić. W pierwszej kolejności postanowiłem sprawdzić jakie jest faktyczne ciśnienie oleju i do jego pomiaru mieliśmy zwykły mechaniczny manometr który wkręcało się w miejsce czujnika elektrycznego który mógł być popsuty. Po uruchomieniu silnika manometr wskazywał zero czyli sprawa była jasna w tym silniku coś padło i dlatego nie było ciśnienia więc rozpoczął się następny etap szukanie przyczyny braku ciśnienia. W silniku samochodu UAZ pompa olejowa napędzana jest wałkiem podstawy aparatu zapłonowego który zakończony jest płetwą, a podstawa połączona jest z wałkiem rozrządu za pomocą przekładni ślimakowej i po wymontowaniu podstawy okazało się że na wałku brakuje płetwy do napędu pompy, która się ukręciła. Myślałem że po zamontowaniu nowej podstawy zaraz będzie po robocie, ale niestety tak nie było ponieważ żeby mieć pewność. że to się nie powtórzy przed zamontowaniem nowej podstawy chciałem sprawdzić jak obraca się pompa oleju bo jakaś przyczyna musiała być że taki kawałek metalu ukręcił się. Próbowałem śrubokrętem obrócić wałek pompy ale w żaden sposób nie mogłem tego zrobić i był tylko jeden wniosek, że pompa mimo pracy cały czas w oleju to z jakiegoś powodu się zatarła. Teraz nie było wyjścia żeby się o tym przekonać musiałem dostać się do pompy, a żeby to zrobić należało wymontować miskę olejową co oczywiście przedłużyło naszą robotę przy tym samochodzie.
Po wymianie pompy silnik został złożony i po uruchomieniu wszystko w nim działało tak jak powinno, ale po tej robocie wracać do Warszawy było już za późno – tym bardziej że mieliśmy do holowania NYSĘ, którą zostawiliśmy na parkingu w Łoniowie i ciągnąć jej po nocy nie mieliśmy zamiaru – więc postanowiliśmy zostać na noc u gościnnych geodetów i zrobić z nimi wspólną kolacje. Jeszcze przed kolacją korciło mnie z ciekawości zajrzeć do tej pompy oleju i po zdjęciu dekla okazało się że cała pompa wypełniona była nagarem który wytrącił się z oleju i zbierając się zatykał do czasu aż zablokowała się co doprowadziło do ukręcenia się płetwy na wałku. Następnego dnia już bez żadnych problemów wyjeżdżamy z Nowej Dęby w drogę powrotną do Warszawy zabierając po drodze NYSE z parkingu. Tym razem kierownik nie zlecił nam żadnych dodatkowych zleceń, tylko mieliśmy już bezpośrednio ciągnąć ten samochód do bazy. Całe to nietypowe holowanie zakończyliśmy w sobotę późnym popołudniem po przejechaniu 775 km i tak zakończyliśmy ten trudny tydzień, ale czasami i tak bywało w tej firmie.

Następne ciekawe przygody związane z małymi interesami

Jeśli chodzi o miasto Nowa Dęba to odwiedzane było przez nas wielokrotnie tak jak wiele i innych miast w których była większa liczba zespołów lub przebywali długo z powodu pracochłonnych pomiarów jakie wykonywali i z tym miastem mamy z Włodkiem dobre wspomnienia ponieważ przez przypadek zrobiliśmy tam mały interes, ale wszystko po kolei.
Młodzi ludzie nie pamiętają tamtych dziwnych czasów za komuny gdzie w sklepach nic nie było i większość produktów było na kartki, a niektóre były na talony dla MM co oznaczało młode małżeństwa i jednym z takich produktów było zwykłe żelazko elektryczne.

 Oto przykład takiego talonu na zwykłe obuwie.

Oto przykład takiego talonu na zwykłe obuwie.

W tamtych czasach owszem można było zarobić, ale w sklepach nic nie było. Były sklepy dla wybranych w których było wszystko, ale za dolary i jak człowiek chciał coś sobie kupić w tym sklepie to musiał na bazarze Różyckiego kupić dolary jak nie miał rodziny za granicą która mu by przysyłała. Ale wracamy do tematu tak się złożyło że w ten tydzień też jechaliśmy w rejony południowo-wschodnie i dwa pierwsze zgłoszenia były właśnie w Nowej Dębie.

Następny przykład talon na zwykłe zeszyty szkolne, a jak trzeba było kupić papier toaletowy to należało do skupu zanieść dwa lub trzy kilogramy makulatury i też dostawało się talon. Takie to były czasy.

Następny przykład talon na zwykłe zeszyty szkolne, a jak trzeba było kupić papier toaletowy to należało do skupu zanieść dwa lub trzy kilogramy makulatury i też dostawało się talon. Takie to były czasy.

Z bazy wyjechaliśmy dosyć wcześnie i na miejscu byliśmy po południu i geodeci mając świetną pogodę byli jeszcze w terenie więc musieliśmy na nich czekać. Tak czekając na nich najpierw zjedliśmy obiad i po obiedzie postanowiliśmy odwiedzić sklep przyfabryczny, który znajdował się przy tutejszych Zakładach Metalowych (obecnie „Dezamet”) w których produkowano szeroki asortyment wyrobów z metalu od czajników, żelazek, opiekaczy poprzez silniki motocyklowe do amunicji i w latach 70-tych i 80-tych firma należała do zjednoczenia „Predom”. W sklepie tym chcieliśmy zobaczyć czy będzie można kupić coś ciekawego bo już w poprzednich moich wspomnieniach opisywałem jak niedaleko Kuźni Raciborskiej w wiejskim sklepie GS-u przez przypadek kupiłem opony 3,50×19 do swojego motocykla M-72 na którym wtedy jeździłem, a takie opony w Warszawie były nie do zdobycia. Tak jak przypuszczaliśmy cały ten nieduży sklep zawalony był produktami z tych zakładów i naszą uwagę zwrócił wielki stos zwykłych żelazek elektrycznych sięgający aż do sufitu i kiedy Włodek w żartach zapytał się ile może kupić tych żelazek bo dla nas było dziwne że we wszystkich to był towar deficytowy sprzedawany na talony dla MM. Wtedy sprzedawczyni powiedziała że jeżeli nam starczy pieniędzy to możemy zabrać wszystkie i jak sklep będzie pusty to z produkcji dostarczą jej nową partię towaru.
Tak się złożyło że byliśmy po wypłacie i mieliśmy pobraną zaliczkę i po wspólnym obliczeniu kasy zostawiliśmy pieniądze na paliwo i zabraliśmy z tego sklepu cały jeden karton z żelazkami i dzisiaj tylko nie pamiętam ile tych żelazek było w tym wielkim kartonie i ile kosztowały. Jeżdżąc po Polsce czasami zabieraliśmy pasażerów na tak zwanego „Łebka” i w ten sposób wpadło trochę dodatkowego grosza na jakiś skromny obiadek, a w tamtych czasach przepisy niebyły tak rygorystyczne jak obecnie że wszyscy pasażerowie muszą być obowiązkowo przypięci pasami. Włodek jedno żelazko położył na wierzchu obok siebie i każdy z pasażerów których wieźliśmy pytał się gdzie kupiliśmy to żelazko to Włodek powiedział że kupił dwa i jedno może odsprzedać i w ten sposób pozbyliśmy się żelazek odzyskując pieniądze z małym zyskiem, a do Warszawy dowieźliśmy tylko pięć żelazek Włodek dla siebie dwa mnie wystarczyło jedno i dwa żelazka podarowaliśmy kierownikowi technicznemu bo to był dobry i wyrozumiały człowiek. Następny interes jaki zrobiliśmy dotyczył całkiem innego tematu, a muszę przyznać że Włodek też miał głowę do interesów podobnie jak mój kolega Darek Kowalski „Gruby” o którym tyle pisałem w swoich wspomnieniach motocyklowych.

To zdjęcie nie wymaga żadnego komentarza tak wyglądał sklep mięsny w latach 80-tych i była w nim bezrobotna ekspedientka co widać. Takie to były dziwne czasy, ale się jakoś przeżyło.

To zdjęcie nie wymaga żadnego komentarza tak wyglądał sklep mięsny w latach 80-tych i była w nim bezrobotna ekspedientka co widać. Takie to były dziwne czasy, ale się jakoś przeżyło.

Tak jak wcześniej wspomniałem wszystkie samochody starszej generacji takie jak GAZ-63, GAZ-51 i STAR-660 zostały zastąpione nowymi samochodami z silnikami diesla takimi jak STAR-244, STAR-266 i ROBUR 4×4, a te pierwsze samochody poszły na przetarg lecz żaden z nich nie został sprzedany ponieważ nie było żadnego zainteresowania tymi samochodami i dlatego cały ten sprzęt został pocięty i wywieziony na złom z wyjątkiem podzespołów które stanowiły jakąś większą wartość niż cały samochód. Te najbardziej chodliwe to była skrzynia biegów i tylny most od samochodu GAZ-63 lub GAZ-51 i na bazie tych podzespołów górale budowali bardzo sprytne ciągniki własnej konstrukcji jak ten widoczny na zdjęciu, a do ich napędu stosowali silniki jedno lub dwucylindrowe typu ES polskiej produkcji robionych w Andrychowie. Podczas pobytu na Podhalu w miejscowości Murzasichle gdzie kwaterowały dwa zespoły geodetów gospodarz dopytywał się czy nie możemy załatwić takich podzespołów i Włodek pomyślał że na tym można by było zrobić
Niezły interes i powiedział że spróbuje się dowiedzieć. Po powrocie z tej delegacji zaczęliśmy robić w tym kierunku pewne przygotowania.

Tak wyglądały traktorki które montowali sobie górale na podzespołach od samochodu GAZ-63. W tym traktorku został zastosowany silnik S-322.

Tak wyglądały traktorki które montowali sobie górale na podzespołach od samochodu GAZ-63. W tym traktorku został zastosowany silnik S-322.

W zakupie tych podzespołów pomógł nam nie kto inny jak tylko sam kierownik techniczny z którym bardzo dobrze żyliśmy ponieważ jeżdżąc po całej Polsce zawsze coś ciekawego mu przywoziliśmy jak wspomniane wcześniej żelazka, a z któregoś kursu przywieźliśmy jemu komplet garnków emaliowanych które kupiliśmy w przyfabrycznym sklepie w Olkuszu gdzie były produkowane. Ale kierownik najbardziej zadowolony był z lasu który przywoziliśmy w kawałkach przez kilka lat w postaci sadzonek. Kierownik techniczny był wielkim miłośnikiem zieleni i na tym wielkim placu między budynkami postanowił zrobić mały kawałek lasu i dlatego my jak przebywaliśmy w okolicach Chojnic albo Bytowa przywoziliśmy ze szkółki leśnej różne sadzonki sosen i jodły i taki las udało mu się stworzyć i szkoda tylko że ten piękny las nie dotrwał do naszych czasów. Kiedy w latach 90-tych firma zaprzestała działalności cały teren przeszedł w inne ręce i wszystkie budynki zostały zrównane z ziemią a las wykarczowany i czasami kiedy jestem na Mokotowie w tamtych okolicach to specjalnie przejeżdżam przez ul. Magazynową gdzie przepracowałem ponad dwanaście lat to aż serce pęka jak patrzę na to miejsce co z niego pozostało.
Ale koniec czułości wracamy do tematu przewodniego kierownik techniczny też miał kawałek ziemi w okolicach Salomei pod Warszawą i też chciał taki ciągnik sobie zrobić tylko że osobiście tych podzespołów sam nie mógł kupić więc my z Włodkiem do spółki kupiliśmy cztery takie zestawy jeden dla szefa i trzy na handel dla tego górala. Ten zestaw dla szefa zawieźliśmy na jego posiadłość gdzie mieszkał, a w sobotę zaprosił nas na dobrą kolację za tą przysługę. My te nasze zakupy przewieźliśmy do Włodka do Karczewa i czekaliśmy tylko na zgłoszenie od geodetów z Murzasichle żeby mieć powód do wywiezienia tych klamotów o które prosił ten góral. Kiedy geodeci z Murzasichle zgłosili awarie samochodu wiedzieliśmy, że to jest tylko pretekst żeby przywieść części dla tego górala i żadnej roboty przy ich samochodzie nie będzie, ale do Murzasichle z Warszawy było około 430 km to w związku z tym nie jechaliśmy tylko tam lecz mieliśmy jeszcze do załatwienia po drodze kilka poważnych zleceń i zastanawialiśmy się czy zabierzemy się z całym tym towarem. Ponieważ podczas tego wyjazdu jak na złość trafiło się nam niemało roboty i musieliśmy zabrać z magazynu kilka dużych podzespołów bo w terenie mieliśmy do wymiany w samochodach UAZ dwa mosty tylne jeden przedni oraz skrzynie biegów w samochodzie ŻUK który jeździł na stałej placówce na terenie huty w Częstochowie nie licząc innych napraw, a Włodkowi udało się załatwić jeszcze dla tego górala dwa kompletne koła od samochodu GAZ-63 które niestety też trochę ważyły. Włodek obawiając się że może nam się wszystko nie zmieścić do samochodu postanowił zabrać z bazy przyczepkę bagażową, tylko nie mogliśmy wykazać na karcie drogowej, że jedziemy z nią ponieważ nie mieliśmy motywacji żeby legalnie ją zabrać z bazy. Ale kiedy wreszcie wyjechaliśmy z Karczewa po zapakowaniu całego towaru samochód wlókł się jak ślimak z tym zestawem ponieważ był obciążony do granic możliwości, albo nawet jeszcze bardziej i zastanawialiśmy się jak będzie wyglądała nasza jazda kiedy wiedziemy w górskie drogi i czy silnik wytrzyma takie przeciążenie ponieważ pierwszy raz jechaliśmy z takim ciężkim zestawem i w dodatku w góry.
Nasze obawy nie sprawdziły się ponieważ samochód na tych górkach radził sobie znakomicie i nawet nie doszło do przegrzania silnika czego się obawialiśmy, chociaż ci co jechali za nami to trochę się wkurzali, że się tak wleczemy, ale nic więcej w tym temacie nie mogliśmy zrobić i tylko pragnęliśmy doturlać się jak najszybciej do Murzasichle. Zjeżdżając z tych z takim ciężkim zestawem też nie szarżowaliśmy żeby za bardzo nie rozpędzić się i nie doprowadzić do spalenia hamulców bo wtedy byłaby dupa blada i dodatkowa nasza robota. Owszem gdyby doszłoby do takiej sytuacji to do naprawy hamulców byliśmy przygotowani ponieważ wszystkie części mieliśmy na wyposażeniu naszego pogotowia tylko że jak wspomniałem zmuszeni bylibyśmy do tej roboty gdzieś na jakimś parkingu, albo w polu na przystanku autobusowym, ale udało się dojechać na miejsce bez uszkodzenia hamulców. Hamulce to był pryszcz, ale największym naszym zmartwieniem było spalanie samochodu podczas jazdy z tym zestawem po tych górskich drogach i wiedzieliśmy że z tego wyjazdu żadnych oszczędności w temacie paliwa nie będzie, ale jak w tym przysłowiu „Nie można mieć wszystkiego na raz”. Gdybyśmy z tą przyczepką jechali legalnie to w karcie drogowej byłaby uwzględniona jazda z nią i norma spalania byłaby wtedy odpowiednio wyższa i straty paliwa mielibyśmy dużo mniejsze, ale na bazie nikt nie wiedział że będziemy wieźli taki ciężar i na dodatek w góry. Wreszcie po długiej męczącej podróży nasza jazda z tym zestawem po górskich drogach dobiegła końca i pod wieczór byliśmy w Murzasichle i w pierwszej kolejności zabraliśmy się za wypakowanie całego towaru który przywieźliśmy dla tego górala, a były to dwa zestawy od samochodu GAZ-63 czyli dwa tylne mosty i skrzynie biegów razem z reduktorami oraz kilka wałów napędowych, które będzie musiał przerobić sobie i dopasować, ale kół od tego samochodu przywieźliśmy tylko dwa ponieważ nie byliśmy w stanie zabrać się z czterema na raz i obiecaliśmy że w następnym kursie dowieziemy pozostałe dwa. Podczas rozliczania wyszedł mały problem ponieważ zabrakło mu złotówek, a nie był w Zakopanem żeby dokonać wymiany, ale Włodek powiedział że niema sensu teraz specjalnie jechać bo możemy zapłatę przyjąć w dolarach bo to też był pieniądz i tak dobiliśmy targu.
O powrocie tego dnia do Warszawy nie było mowy ponieważ było za późno, za daleko, a druga sprawa gospodarz postanowił nas ugościć po góralsku i przygotował dla nas nocleg i porządną kolację w której uczestniczyli też geodeci, którzy kwaterowali u niego ponad miesiąc. Podczas kolacji gospodarz powiedział nam co jeszcze będzie potrzebował do budowy tego traktorka i jak będziemy mogli załatwić to będzie bardzo wdzięczny i podał nam listę co by mu się przydało, a potrzebował jeszcze piasty z czopami do przedniej osi oraz kompletne koła od samochodu UAZ.
Następnego dnia wyjeżdżamy do Warszawy dosyć późno bo przed południem ponieważ musieliśmy jeszcze trochę odpocząć po wczorajszym wielkim pijaństwie. Wreszcie wyjechaliśmy z gościnnego Murzasichle i podczas drogi powrotnej dodatkowych zleceń do realizacji nie mieliśmy więc jechaliśmy bezpośrednio do Warszawy, a że za kierownicą siedział Włodek to ja mogłem sobie walnąć piwo albo i dwa żeby kac mnie tak mocno nie męczył. Wracając do Warszawy z pustą przyczepką spalanie w naszym samochodzie było już dużo mniejsze, ale całego przepału z tego kursu nie zdążyliśmy zlikwidować podczas powrotu i dopiero podczas następnego kursu wyszliśmy na prostą. I tak zakończyliśmy ten trudny i pracowity tydzień, a w Warszawie byliśmy dopiero późno w nocy, ale najważniejsze było to że ten wyjazd nam się opłacał.
Po trzech tygodniach bo wcześniej ni ebyło możliwości geodeci zgłosili awarie swojego samochodu z Poronina do którego przenieśli się z Murzasichle bo teraz tutaj na miejscu mieli więcej roboty , ale wiedzieliśmy że to jest pretekst do tego żeby przywieźć pozostałe części dla tego górala które mu były jeszcze potrzebne do budowy tego traktorka, a z Poronina do Murzasichle było tylko 11 km więc niedaleko i te parę kilometrów więcej to był już mały pryszcz. Oprócz obiecanych dwóch kół od samochodu GAZ-63 przywieźliśmy jemu wszystko co jeszcze potrzebował do budowy tego traktorka tylko że piasty które potrzebował do przedniej osi były używane ponieważ nowe były nie do zdobycia. W tych piastach pourywane były śruby trzymające półośkę i dlatego zostały zdjęte z samochodu, ale wyrzucić na złom było szkoda ponieważ do budowy przyczepki, albo wspomnianej osi nadawały się znakomicie bo dekielek zakrywający dostęp do łożysk mógł być przykręcony tylko na dwie śruby.
I takich uszkodzonych, ale sprawcach piast sprzedaliśmy rolnikom kilkadziesiąt sztuk i byli z nich zadowoleni my zresztą też bo był z tego dodatkowy grosz. Jeśli chodzi o koła od samochodu UAZ pasujących do tych piast to mieliśmy dla niego tylko dwa, ponieważ ten temat też był trudny do załatwienia owszem jeździliśmy z nowymi felgami w teren bo czasami znalazł się jakiś gamoń, który zmieniając koło zapomniał go dokręcić i otwory w feldze uległy zniszczeniu, ale starą felgę musieliśmy przywieźć do pokazania. W zdobyciu tych kół ponownie pomógł nam kierownik techniczny ponieważ on też potrzebował dwa takie koła do swojego traktorka który budował z tych części które mu wcześniej załatwiliśmy, dlatego kierownik techniczny zlecił nam jedną ciekawą robotę którą mieliśmy robić w wolnych chwilach między wyjazdami w teren.
Ta robota polegała na rozmontowaniu samochodu UAZ-452, który od kilku miesięcy stał pod plandeką ponieważ był całkowicie rozbity i nie został sprzedany na przetargu ze względu na duże zniszczenie nadwozia i nieopłacalną naprawę więc dyrekcja podjęła decyzję o likwidacji tego samochodu i pocięciu na złom.
Po rozmontowaniu tego samochodu wszystkie jego podzespoły trafiły do magazynu jako części do odzysku rama i nadwozie zostało pocięte na kawałki i wywiezione do składnicy złomu, a cztery koła z tego samochodu pozostały dla nas dwa zawieźliśmy do kierownika, a drugie dwa mieliśmy dla tego górala. Interes z tym góralem zakończył się ponieważ geodeci którzy tam mieszkali zmienili lokalizacje i przenieśli się z robotą w okolice Nowego Sącza i było za daleko żeby specjalnie jechać 98 km do niego więc więcej już do Murzasichle nie jeździliśmy, a szkoda ponieważ robiło się z nim dobre interesy i nigdy nie marudził i my też byliśmy z tego zadowoleni.

Rozdział II
Następne moje przygody tym razem podczas pracy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich

Na początku 1992 roku nasza praca w PPGK zakończyła się ponieważ firma zaczęła rozpadać się i nastąpiły zwolnienia grupowe które niestety objęły i nas obu. Po odejściu z geodezji przez jakiś czas pracowaliśmy dorywczo i szukaliśmy jakiejś nowej pracy i wtedy Włodka kolega którego poznał na kontrakcie w Libii zaproponował nam prace na wyjazdową na prywatnym kontrakcie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich z czego oczywiście skorzystaliśmy.

B26B.tmp

2FA6.tmp
Na pierwszym zdjęciu jest brama główna firmy VOLWO & YANMAR w Dubaju gdzie miałem okazje pracować. Na drugim zdjęciu jest zestaw drogowy w postaci ciągnika siodłowego VOLVO i naczepy cysterny przy których pracowałem. Zdjęcie zrobiłem w okolicach Fudżajry gdzie byliśmy na wycieczce z chłopakami.

Po dwóch miesiącach wszystkie odpowiednie dokumenty potrzebne do tego wyjazdu mieliśmy pozałatwiane i w czerwcu 1992 roku polecieliśmy samolotem BOEING-767 do obcego kraju do pracy i po ośmiu godzinach wylądowaliśmy na lotnisku w Dubaju i na samym wstępie przeżyłem mały szok ponieważ kiedy wychodziliśmy na płytę lotniska poczułem jakbym wchodził do nagrzanego pieca bo było prawie 32˚, a była dopiero godzina szósta rano tamtejszego czasu i pomyślałem co dopiero będzie w południe. Po trzydniowej kwarantannie podczas której robiliśmy badania lekarskie w Abu Zabi rozpoczęliśmy prace w firmie Volvo Trucks w Dubaju oczywiście jako mechanicy samochodowi co widać na załączonych zdjęciach i na tym warsztacie były naprawiane samochody ciężarowe marki VOLVO, MAN i MAGIRUS, oraz było stanowisko serwisowe do przeglądu wielkich naczep cystern do przewozu paliw płynnych ponieważ w Emiratach nie było ani jednej linii kolejowej i cały transport towarów oparty był na trakcji kołowej. Po przybyciu na warsztat okazało się że nie jesteśmy sami bo tam już pracowali Polacy i my do nich dołączyliśmy stanowiąc Polską grupę mechaników, a mieszkaliśmy na terenie tej bazy w barakach pozostałych po pracownikach „Dromeksu” którzy w Dubaju budowali drogi w całym mieście. Nasza praca na tym warsztacie trwała osiem godzin nie licząc dwugodzinnej przerwy która wypadała w czasie największego upału który był w granicach 45˚, ale czasami przekraczał nawet 47˚ w cieniu.
Zjednoczone Emiraty Arabskie znajdują się w strefie tropikalnej ponieważ zwrotnik raka przebiega właśnie przez kraj kilkadziesiąt kilometrów na południe od miasta Dubaj. Mimo wysokiej temperatury praca w tym obcym tropikalnym kraju była bardzo ciekawa i co najważniejsze przydała mi się słaba znajomość języka angielskiego którego się uczyłem w latach 70-tych, ale w sklepie zawsze się jakoś dogadałem.
7195.tmp
315A.tmp
Następne zdjęcia zrobione w Emiratach Ja przy naczepie którą naprawiam zakładając wielkie koła specjalnym wózkiem do tego celu. Na drugim zdjęciu ja po pracy przy tej samej cysternie.

Dla nas Europejczyków było to bardzo ciekawy kraj i wszystko nas w nim interesowało. Na przykład w tym kraju tak samo jak i w innych krajach Arabskich dniem wolnym od pracy był piątek i na początku ciężko było nam się do tego przyzwyczaić że w niedziele musimy wstawać do pracy, ale w każdy czwartek po pracy chodziliśmy wszyscy razem do pobliskiego pubu „Jazz Club” na piwo lub coś bardziej mocnego bo powrocie można było trochę dłużej pospać i odpocząć po małej balandze.

8545.tmp
F602.tmp
Ja Włodek i Zbyszek przy samochodzie MAGIRUS na drugim zdjęciu ja z Włodkiem delektujemy się piwem Amstel w pubie „Jazz Club”, do którego chodziliśmy w każdy czwartek.

Jeśli chodzi o sprzedaż alkoholu w tym kraju to w sklepach był on zakazany i można go było dostać i spożywać tylko w niektórych pubach lub restauracjach hotelowych i to nie dla wszystkich. Podczas któregoś pobytu w tym pubie miło było spotkać przy drugim stoliku grupę Polaków z Gdańska, którzy pracowali na terenie stoczni remontowej przy naprawach statków, a konkretnie zajmowali się remontem kotłów w maszynowni i oni zarabiali dwa razy więcej niż my, ponieważ pracowali na innych warunkach niż my. Ja najdłużej pracowałem na stanowisku w „Servis Petroleum” gdzie były wykonywane przeglądy wielkich cystern takich jak na tych zdjęciach, a jak nie było roboty na tym dziale – co rzadko się zdarzało – to pomagałem kolegom na sąsiednim stanowisku przy naprawach ciągników siodłowych VOLVO.
Pracując przy tych ciągnikach byłem trochę zdziwiony dlaczego wszystkie śruby przy nich są calowe, ale okazało się że te samochody produkowane były w Brazylii i teraz przypominałem sobie jak w 1974 roku składałem HARLEYA który też posiadał wszystkie śruby calowe. Był też i Polski akcent podczas napraw na tym warsztacie, a mianowicie w jednym z ciągników VOLVO wymienialiśmy z Włodkiem tuleje cylindrowe w silniku co zajęło nam niecałe trzy dni i kiedy pobieraliśmy z magazynu pudełka z nowymi zestawami to okazało się że są Made in Poland i pochodziły z zakładów w Stalowej Woli gdzie takie zestawy były produkowane dla firmy VOLVO jako części zamienne. Serwis VOLVO w Dubaju był jednym z większych tego typu w regionie i dlatego tam przyjeżdżało najwięcej samochodów na przeglądy gwarancyjne jak i na różne naprawy pogwarancyjne nawet z sąsiedniego Omanu. Któregoś dnia Darek – ten sam, który ściągnął nas do pracy w tym kraju, a teraz był kierownikiem całej naszej Polskiej grupy – przydzielił mi jedną ciekawą robotę. Z sąsiedniego Omanu przyjechał ciągnik siodłowy VOLVO z naczepą, który był jeszcze na gwarancji i jego kierowca zgłaszał jakieś usterki przy samochodzie, które ja miałem odnaleźć i usunąć. Powiem szczerze, że trochę obawiałem się tej roboty, ponieważ nie wiedziałem czy będę w stanie znaleźć tą usterkę. Nie miałem doświadczenia przy naprawach samochodów ciężarowych bo co innego gdy masz konkretną robotę jak na

5326.tmp DFDC.tmp
Na pierwszym zdjęciu: ja z moim brygadzistą Szuresem, a na drugim zdjęciu – brama wejściowa na teren firmy „Sajpem”, w której pracowałem po powrocie z urlopu.

przykład wymiana szczęk hamulcowych, albo wymiana resorów, a co dopiero szukanie jakiejś usterki niewiadomo gdzie.
Nie mogłem powiedzieć Darkowi że nie znam się na samochodach ciężarowych ponieważ przyjechałem tutaj jako mechanik samochodowy i musiałem radzić sobie sam, a że wtedy byłem uparty to postanowiłem spróbować. Jak nic nie znajdę to wtedy będę konsultował się z Darkiem co będziemy robić dalej.

3223.tmp 7BFF.tmp
Następne zdjęcia z warsztatu w „Sajpemie”. Na pierwszym zdjęciu cała nasz brygada, do której zostałem przydzielony. Cała zbieranina ludzi z Iranu, Bangladeszu, Pakistanu i z Tajlandii, a ten gruby facet w środku był Włochem, bo całe kierownictwo tej bazy było Włoskie. Na drugim zdjęciu: ja – przy małym silniku od ciągnika CATERPILLAR, który pomagałem składać.

Jak na razie nie wiedziałem o jaką usterkę chodzi w tym samochodzie i czego dotyczy więc Darek powiedział że mam pojechać z tym kierowcą jako pasażer na jazdę próbną i podczas tej jazdy on wszystko mi wytłumaczy.
Kiedy wyjechaliśmy z miasta na główną autostradę w kierunku Abu Zabi to kierowca rozpędził ten zestaw do 150 km/h i pokazał mi że przy tej szybkości zaczyna drgać kierownica i nie można jechać szybciej. Pomyślałem tylko że ja w Polsce nie miałem okazji jechać samochodem osobowym z taką szybkością. a co dopiero takim 60-tonowym zestawem, ale oni wszyscy tak tam jeździli, ponieważ drogi mieli znakomite nie to co u nas. Po powrocie na warsztat zabrałem się za szukanie tej przyczyny i stwierdziłem że w przednim zawieszeniu nic nie znajdę, ponieważ to był jeszcze nowy samochód i cała przyczyna może być tylko w przednich kołach, albo w ogumieniu. Podczas oględzin opon, bo podejrzewałem że może któraś opona ma guza i powoduje te drgania przy większej szybkości, zauważyłem, że na jednym kole są ciężarki wyważające, a na drugim było ich brak i trochę byłem zdziwiony że takie duże koła w samochodach ciężarowych też są wyważane. Ale skoro były na nich ciężarki to wynikało, że takie koła też się wyważa, a z jednego koła ciężarki musiały poodpadać więc pozdejmowałem oba przednie koła i oddałem je do ponownego wyważenia.
Po zamontowaniu wszystkie bule ustąpiły i nawet dostałem od kierowcy dziesięć dolarów napiwku za szybką obsługę.
Do tych upałów człowiek zdążył się przyzwyczaić i tak przepracowało się pierwsze pół roku. Wtedy dowiedziałem się, że po tym okresie pracy przysługuje mi tygodniowy urlop tylko, że bilet na przelot do Warszawy i z powrotem musiałem kupić sobie sam prywatnie. Mój urlop wypadał mi w grudniu więc tak zaplanowałem wylot do kraju, żeby przez ten tydzień zaliczyć Święta i sylwestra w domu z czego byłem bardzo zadowolony, a lecąc do Warszawy samolot lądował na lotnisku w Larnace na Cyprze gdzie dobierał paliwo na dalszy lot to na pokład wsiadali Polscy piłkarze razem z naszym słynnym trenerem Kazimierzem Górskim którzy też lecieli z Cypru na Święta do kraju. A dodam, że posiadam zdjęcie z panem Górskim jak kiedyś uczestniczył w dniach Karczewa, ponieważ wielu słynnych piłkarzy z Warszawskiej Legii takich jak Grotyński, Gadocha czy Niedziółka pochodziło właśnie z miejscowego klubu „Mazur Karczew” z Karczewa.

To zdjęcie zrobił mi kolega jak wracaliśmy z Emiratów podczas postoju samolotu na Cyprze gdzie tankował, a że nie było miejsca w terminalu - to pozwolono nam wyjść tylko na płytę żeby rozprostować nogi.

To zdjęcie zrobił mi kolega jak wracaliśmy z Emiratów podczas postoju samolotu na Cyprze gdzie tankował, a że nie było miejsca w terminalu – to pozwolono nam wyjść tylko na płytę żeby rozprostować nogi.

Po powrocie w styczniu z urlopu nie trafiłem już do serwisu VOLVO w Dubaju ponieważ w międzyczasie większość naszej grupy została przeniesiona do oddalonego o 37 km miasta Szardża gdzie znajdowała się wielka baza remontowa korporacji „Sajpem” na której były przeprowadzane remonty kapitalne ciężkiego sprzętu, który był używany do układania rurociągów transportujących ropę naftową z szybów do terminali w portach. Najgorsze było to, że na terenie Emiratu Szardża obowiązywała pełna prohibicja i dlatego tam nie było żadnego pubu albo restauracji gdzie moglibyśmy napić się piwa i zmuszeni byliśmy jeździć na piwo do Dubaju. Na tym warsztacie miałem okazje pracować przy wielkim sprzęcie podobnym do małych czołgów co widać na zamieszczonym zdjęciu jak stoję przy silniku od takiego ciągnika marki CATERPILLAR.

To jest wnętrze kabiny samolotu BOEING-737 które zrobiłem podczas powrotu z Emiratów Arabskich do domu.

To jest wnętrze kabiny samolotu BOEING-737 które zrobiłem podczas powrotu z Emiratów Arabskich do domu.

W Zjednoczonych Emiratach Arabskich przepracowałem dziesięć miesięcy i z dalszej pracy zrezygnowałem sam, ponieważ w firmie „Sajpem” wygasł nasz kontrakt i proponowali nam inną prace w grupie naprawczo remontowej przy budowie rurociągu na środku pustyni ponad 300 km od najbliższego miasta co oczywiście mi nie odpowiadało. Gdybym nie wiedział jak wygląda praca tam na pustyni to może bym się zgodził, ale tak się złożyło że miałem okazje przekonać się o tym ponieważ któregoś dnia zostałem przydzielony jako pomocnik do grupy remontowej i przez tydzień usuwaliśmy awarie w jakimś ciągniku w ramach gwarancji. Z naszej grupy jaka pracowała na „Sajpemie” na propozycje tej pracy zgodziło się tylko trzech chłopaków, a reszta podobnie jak ja postanowiło wracać do kraju i nie marnować zdrowia w tym surowym klimacie. Wracając do kraju z tego kontraktu leciałem już innym samolotem który był lotem rejsowym i tą trasę obsługiwały samoloty średniego zasięgu i były to maszyny typy BOEING-737 i ze względu na swój zasięg miały międzylądowanie na lotnisku w Larnace na Cyprze żeby samolot zatankował paliwo do dalszego lotu.
Ja już raz miałem okazje lądować na tym lotnisku jak leciałem na urlop tylko że wtedy lot odbywał się w nocy i nie widziałem jak i gdzie samolot ląduje, a teraz lecieliśmy w dzień i zaciekawiło mnie że samolot cały czas zniżał lot i morze było widać coraz wyraźniej, a dookoła nie było widać żadnego lądu i pomyślałem że samolot ma jakąś awarie i będzie wodował.

Ja i kolega Mirek z Olkusza na pokładzie samolotu BOEING-737 podczas powrotu do kraju z Emiratów, a reszta kolegów siedziała na siedzeniach obok.

Ja i kolega Mirek z Olkusza na pokładzie samolotu BOEING-737 podczas powrotu do kraju z Emiratów, a reszta kolegów siedziała na siedzeniach obok.

Ale niespodziewanie pojawił się ląd i zaraz samolot gładko przyziemił na pasie i okazało się że na tym lotnisku pas na którym lądowaliśmy biegł wrzesz wąskiego cypla na samym końcu wyspy od jednego urwiska do drugiego urwiska.
Do kraju wracaliśmy sporą grupą, a że lot trwał dosyć długo to podczas lotu wypiliśmy sobie po drinku i po kilka piw żeby było weselej i szybciej minął nudny lot. Ja mam taką naturę że jak trochę sobie wypije to jestem bardziej śmiały i szczery więc zapytałem się stewardesy czy będę mógł zrobić zdjęcie pilotowi jak będziemy lądowali w Warszawie bo niecodziennie człowiek leci samolotem, a jeszcze rzadziej zwykły człowiek ma okazje wejść do kabiny pilotów podczas lotu.

To jest zdjęcie zrobione w Holandii gdzie pojechaliśmy buszować na złomowiskach, a na nim prezes „Strimu”, ja i Piotrek. Czwarty kolega – Janusz - robił zdjęcie. Na drugim zdjęciu montuję instalacje gazową do samochodu FORD ESCORT 1,3 z 1975 roku, który odkupiłem od kolegi za grosze z rozwalonym silnikiem.

To jest zdjęcie zrobione w Holandii gdzie pojechaliśmy buszować na złomowiskach, a na nim prezes „Strimu”, ja i Piotrek. Czwarty kolega – Janusz – robił zdjęcie. Na drugim zdjęciu montuję instalacje gazową do samochodu FORD ESCORT 1,3 z 1975 roku, który odkupiłem od kolegi za grosze z rozwalonym silnikiem.

39FD.tmp

To jest zdjęcie zrobione w Holandii gdzie pojechaliśmy buszować na złomowiskach, a na nim prezes „Strimu”, ja i Piotrek. Czwarty kolega – Janusz - robił zdjęcie. Na drugim zdjęciu montuję instalacje gazową do samochodu FORD ESCORT 1,3 z 1975 roku, który odkupiłem od kolegi za grosze z rozwalonym silnikiem.

To jest zdjęcie zrobione w Holandii gdzie pojechaliśmy buszować na złomowiskach, a na nim prezes „Strimu”, ja i Piotrek. Czwarty kolega – Janusz – robił zdjęcie. Na drugim zdjęciu montuję instalacje gazową do samochodu FORD ESCORT 1,3 z 1975 roku, który odkupiłem od kolegi za grosze z rozwalonym silnikiem.

My wszyscy siedzieliśmy na ogonie dlatego nie widzieliśmy lądu jak samolot lądował w Larnace na Cyprze ponieważ cały widok do przodu zasłaniało nam skrzydło. Po jakimś czasie od mojego zapytania podeszła do nas stewardesa i powiedziała żebym przeszedł do przedniej części samolotu ponieważ kapitan wyraził zgodę i wtedy byłem jak w niebo wzięty i wtedy zrobiłem to historyczne dla mnie zdjęcie kapitana pilotującego nasz samolot i to jest to zdjęcie które zamieściłem do tego opisu. Pierwsze zdjęcia jakie robiłem w tym ciekawym kraju robiłem aparatem YASHICA, który zabrałem ze sobą, ale po pół roku mając odpowiednie zarobki pozwoliłem sobie kupić nowy aparat fotograficzny i był to nowy model roku 1992 aparatu MINOLTA DYNAX 5 Xii. Tymi dwoma aparatami zrobiłem ponad 600 zdjęć tylko ze względów technicznych i finansowych nie wszystkie zostały zeskanowane i trzymam je w wielkich albumach, a te co zostały zeskanowane to też nie zamieszczałem wszystkich, ponieważ nie zmieściły by się w tym tekście i zamieściłem tylko te, które uważałem za najciekawsze do tego opisu.

ROZDZIAŁ III

Dalsze moje wspomnienia i przygody tym razem już w kraju

Po powrocie z Emiratów już na stałe rozstaliśmy się z Włodkiem na jakiś czas, ponieważ zaraz po powrocie wyjechał do Niemiec, a ja po odpoczynku rozpocząłem szukanie jakiegoś zajęcia bo z czegoś trzeba było żyć, a interesowała mnie praca w moim zawodzie. Tylko że w Karczewie nie miałem co liczyć na jakąś prace ponieważ większość zakładów były w tym mieście padły, a były to duże zakłady mięsne, zakłady mleczarskie oraz zakład chemiczny „Inco”, a do dzisiejszych czasów przetrwał jedyny zakład i to są zakłady drobiarskie które teraz noszą nową nazwę „ Super Drób”, ale dostać się tam do pracy było marzeniem ściętej głowy.

Tak wyglądał zaraz po uruchomieniu mój FORD ESCORT z 1975 roku, który z rozwalonym silnikiem odkupiłem od mojego kolegi.

Tak wyglądał zaraz po uruchomieniu mój FORD ESCORT z 1975 roku, który z rozwalonym silnikiem odkupiłem od mojego kolegi.

Nie mając innego wyjścia postanowiłem odnowić kontakt z Januszem, który nadal mieszkał na Ochocie i miałem
do niego numer telefonu. Janusz oczywiście zadowolony był że będziemy ponownie pracowali razem jak za dawnych lat kiedy pracowaliśmy w MPT i powiedział, że prace w jego firmie mam zapewnioną i będziemy po fajrancie to samo co robiliśmy kiedyś czyli partaniny, a w tym warsztacie były idealne warunki do robienia różnych napraw nie to co u Janusza w garażu ciasnota. Janusz był współudziałowcem w firmie „Strim” która zajmowała się montażem instalacji gazowych do samochodów osobowych z silnikami gaźnikowymi i warsztat mieścił się w Warszawie na ul. Bakalarskiej gdzie wynajmowany był lokal na terenie dużej bazy „Transbudu”, która niestety już nie istnieje, a w tym miejscu jest teraz bazar przeniesiony ze stadionu Dziesięciolecia.
Firma w której przyszło mi pracować razem z Januszem dopiero rozwijała się i uczyliśmy się nowego tematu na własnych błędach i na samym początku montowaliśmy instalacje gazowe pochodzące z Białorusi, a instalacje te montowane były tylko do samochodów marki FIAT-125p, POLONEZ, ŻUK, NYSA i ŁADA ponieważ w tych zestawach był mikser który pasował tylko do gaźników w tych samochodach.
D80E.tmp

872.tmp
Następne zdjęcie z mojego pobytu w Holandii. Stoję sobie przy jakiejś śluzie, których tam nie brakuje. Drugie
zdjęcie pochodzi z warsztatu w Karczewie, na którym miałem okazje naprawiać i taki samochód, a był to ROLLS ROYSE z 1956 roku, w którym urwał się wspornik stabilizujący tylny most, a że ten element nie był skomplikowany więc z kolegami dorobiliśmy taki sam z grubej blachy.

Ale te instalacje z Białorusi były bardzo słabej jakości i często zawodne, dlatego szybko z nich zrezygnowaliśmy, ale chcieliśmy coś montować i trzeba było coś wymyślić. Janusz wiedział, że w Holandii prawie połowa samochodów z silnikami benzynowymi posiadała instalacje LPG, które były naprawdę bardzo dobrej jakości i wpadł na pomysł żeby pojechać do Holandii i na różnych złomowiskach z rozbitych samochodów wymontować wszystko co się tylko da dotyczące instalacji gazowej. Tak pojechaliśmy na tygodniowy rekonesans do Holandii, żeby pobuszować po różnych złomowiskach, a pojechało nas czterech dwoma POLONEZAMI z przyczepami, a dla mnie osobiście był to następny wyjazd zagraniczny i ciekawe nowe przygody do przeżycia. Tylko że nasz pobyt trochę się przedłużył, ponieważ na miejscu okazało się, że tam gdzie mieszkaliśmy do niektórych złomowisk było dość daleko, ale nie mieliśmy wyjścia i to co chcieliśmy to załatwiliśmy. Wracając z Holandii obie nasze przyczepy załadowane były do granic możliwości zbiornikami które udało nam się wymontować i w których było jeszcze paliwo i po legalizacji zostały wykorzystane na nasz pierwszy montaż.

FDCC.tmp

2FF4.tmp
Zdjęcie samochodu FORD GRANADA który był moim następnym nabytkiem, a na drugim zdjęciu ja i „Jerzyna” –
kolega z warsztatu w Karczewie, na którym pracowałem do czasu przejścia na rentę.

Janusz zadowolony był z tego wyjazdu ponieważ udało mu się wymontować miksery do różnych gaźników które przydały się, bo coraz częściej przyjeżdżały na montaż instalacji LPG samochody zachodnie, a głównie taksówkarze.
Kiedy zaczęły się mnożyć zakłady świadczące usługi w postaci montażu instalacji LPG do samochodów, to pojawiły się w Polsce dwie duże hurtownie w których można było kupić nowe zestawy do montażu instalacji oraz różne akcesoria do nich. Jedna hurtownia oferowała instalacje firmy LOVATO, a druga firmy LANDI RENZO. Można było też kupić nowe zbiorniki które rozpoczęła produkować w szerokim asortymencie Polska firma „Stako” w Słupsku.
Po powrocie z Holandii trafił mi się do kupna za małe pieniądze samochód nie na chodzie i ten samochód okupiłem od mojego kolegi Mariana Bielawskiego, z którym jeździłem na pogotowiu technicznym w geodezji jak Włodek wyjechał do Libii, a był to samochód marki FORD ESCORT-1,3 z 1975 roku. Samochód ten stał w Żelechowie koło Garwolina i był z niego wyjęty silnik do remontu, ale Marian po jego rozmontowaniu przestraszył się zakresem jego naprawy i dlatego sprzedał go mnie, bo wiedział że ja sobie z nim na pewno poradzę. Z Januszem przeciągnęliśmy samochód do warsztatu na ul. Bakalarską i w wolnych chwilach dłubałem przy nim bo oprócz silnika było jeszcze trochę roboty przy nadwoziu i co najważniejsze do naprawy były hamulce. Po dwóch miesiącach samochód był już sprawny – co widać na zdjęciu jak wykonuję próbne jazdy na placu jeszcze bez numerów rejestracyjnych. Kiedy samochód został zarejestrowany ułatwiło mi to dojazd do pracy, a co najważniejsze jak mieliśmy z Januszem jakąś robotę po fajrancie to nie musiałem martwić się że ucieknie mi ostatni autobus do Karczewa. Mimo że do pracy dojeżdżałem samochodem i nie byłem zależny już od komunikacji miejskiej lub pociągu to zawsze taki dojazd zabierał trochę czasu, a jak na Trasie Łazienkowskiej doszło do stłuczki to mój powrót do domu potrafił wydłużyć się nawet do dwóch godzin i wtedy jadłem obiad razem z kolacją, ale czasami musiałem wracać i pociągiem do Otwocka i z dworca do Karczewa pedałować na piechotę bo niebyło już żadnych taksówek na postoju. Niestety baza „Transbudu”, na terenie której znajdował się nasz warsztat też upadła i w związku z tym nasza firma musiała szukać nowego lokalu i przeniosła się na teren Instytutu przemysłu Gumowego w Piastowie gdzie wynajmowaliśmy dwa pomieszczenia.

Następne zdjęcie z warsztatu w Karczewie. Ja przy pracy podczas wymiany klocków w samochodzie OPEL CORSA.

Następne zdjęcie z warsztatu w Karczewie. Ja przy pracy podczas wymiany klocków w samochodzie OPEL CORSA.

Po małej adaptacji tych pomieszczeń nadal montowaliśmy instalacje LPG do samochodów tylko że nasza działalność
powoli zaczynała upadać ponieważ coraz więcej na montaż przyjeżdżało samochodów z silnikami na wtrysku przy których
my nie mieliśmy żadnego doświadczenia i firma zmieniała swój profil działalności i rozpoczęła montowanie stacji do tankowania samochodów gazem oraz robiliśmy rozdzielnie do przetaczania gazu z cystern kolejowych do zbiorników stacjonarnych w rozlewniach. I jedną z większych takich rozlewni montowaliśmy ponad dwa miesiące w Kłodawie koło Konina, a że do Warszawy było daleko, więc nocowaliśmy w hotelu robotniczym i w piątek po pracy jechaliśmy do domu i wracaliśmy w poniedziałek. W firmie „Strim” przepracowałem ponad cztery lata i w tym czasie razem z kolegami zamontowaliśmy sporo instalacji do różnych marek samochodów i trafiły się nawet trzy samochody ciężarowe, dwa były marki STAR-29 i jeden ZIŁ i do tych samochodów zmuszeni byliśmy zamontować całkiem inne reduktory które były przeznaczone do silników o dużej pojemności, a takie były firmy LANDI RENZO MAGERATO.

Ostatnie moje przygody w ostatnim warsztacie w Karczewie

Moja praca w Piastowie dobiegła końca ponieważ dostałem propozycje pracy na miejscu w Karczewie w firmie Mercedes Benz, z czego oczywiście skorzystałem i odpadł upierdliwy dojazd do i z pracy. Pracowałem tam jako ślusarz spawacz przy zabudowie samochodów dostawczych. Tą prace załatwił mi mój przybrany zięć, który pracował w niej od samego początku to jest od czasu jak ten cały teren po byłym „Motozbycie” został wykupiony przez firmę Mercedes razem i wszyscy pracownicy automatycznie rozpoczęli prace w nowej firmie.

To jest zdjęcie Felka Niedziółki, któremu naprawiam ŻUKA pod jego domem i to on załatwił mi prace w tym warsztacie, w którym pracowałem do samego końca czyli do przejścia na rentę.

To jest zdjęcie Felka Niedziółki, któremu naprawiam ŻUKA pod jego domem i to on załatwił mi prace w tym warsztacie, w którym pracowałem do samego końca czyli do przejścia na rentę.

Jednak ja miałem trochę szczęścia i bardzo szybko znalazłem drugą prace na warsztacie i co najważniejsze że w Karczewie, na którym pracowałem do samego końca to jest da czasu kiedy przeszedłem na rentę a było to w 2010 roku, a było to za sprawą innego mojego kolegi, którego poznałem w latach 80-tych kiedy jeździłem z Włodkiem w geodezji i któremu bardzo często naprawialiśmy jego ŻUKA, którym jeździł na taksówce bagażowej przy PDT-cie na Woli co widać na tym załączonym zdjęciu. Tym kolegą był Felek Niedziółka były piłkarz Legii, który po zakończeniu działalności na taksówce bagażowej pobudował się w Karczewie i tam otworzył firmę w której produkował opakowania z tektury, a że nadal jeździł tym zdezelowanym ŻUKIEM, więc bardzo często spotykaliśmy się na piwie w sklepie u Stancia na ul. Karczówek. Tak się składa że w branży motoryzacyjnej postępują bardzo szybkie zmiany, ponieważ co jakiś czas pojawia się na rynku jakiś nowy model samochodu, albo modyfikacja starszych marek i mechanik samochodowy podobnie jak lekarz uczy się przez całe życie, a i tak głupim umrze. Podobnie było i w mojej sytuacji. Musiałem powoli przestawiać się na nowe tory i zapoznawać się z naprawą zachodnich samochodów jak chciałem pracować w tym warsztacie. Kiedy rozpocząłem prace w tym warsztacie w Karczewie, a było to w roku 2000, samochody które przyjeżdżały do naprawy to były głównie polskie marki takie jak: FIAT-125p, FIAT-126p, POLONEZ, ŻUK i sporadycznie przyjeżdżały samochody dostawcze LUBLIN nowej generacji, które produkowano zaraz po zaprzestaniu produkcji samochodu ŻUK.
Niestety czasy zaczęły zmieniać się, warsztat też się rozwijał, ponieważ polskie samochody bardzo szybko znikały z naszych dróg i w ich miejsce coraz częściej przyjeżdżały samochody zachodnie i chciał nie chciał – musieliśmy uczyć się je naprawiać, żeby nie wygryzła nas konkurencja.

Następne zdjęcie z warsztatu: Krzysiek, ja z ostatnim w życiu papierosem i „Kojot” - robimy przygotowania do wkładania silnika do samochodu ALFA ROMEO „Kojota”.

Następne zdjęcie z warsztatu: Krzysiek, ja z ostatnim w życiu papierosem i „Kojot” – robimy przygotowania do wkładania silnika do samochodu ALFA ROMEO „Kojota”.

Pamiętam jak dzisiaj, kiedy przyszło mi pierwszy raz w życiu wymieniać rozrząd w samochodzie VW GOLF, to miałem dusze na ramieniu ponieważ nie chciałem popełnić żadnego błędu który doprowadziłby do uszkodzenia lub zniszczenia silnika, ale ten pierwszy raz musiał kiedyś nastąpić i udało się i następne rozrządy poszły bez żadnych problemów ponieważ bardzo pomocną okazała się książka ze schematami takich rozrządów którą szef musiał zakupić.
Wymieniając rozrząd w tym samochodzie, przypomniało mi się jak przed laty składając z części HARLEYA popełniłem błąd przy ustawianiu rozrządu i przez to nie mogłem odpalić silnika, ale do uszkodzenia silnika nie doszło ponieważ to był silnik dolnozaworowy. Ja dopiero poznawałem tego typu konstrukcje i wiedziałem że w silnikach w których wałek rozrządu znajduje się w głowicy, a teraz to wszystkie silniki posiadają taką budowę i kiedy dochodzi do pęknięcia paska rozrządu to najczęściej dochodzi do uszkodzenia lub zniszczenia głowicy zwłaszcza w silnikach diesla.
Ale niektóre silniki benzynowe w samochodach z lat 80-tych posiadały budowę tak zwaną „bezkolizyjną” jak ja je nazwałem co oznaczało, że jak dojdzie do zerwania się paska rozrządu to nie dochodzi do bliskiego spotkania tłoków z zaworami, które natychmiast były niszczone i wystarczyło tylko założyć nowy pasek rozrządu i silnik ponownie był już sprawny o czym przekonałem się sam kilka razy.
Po odejściu z Piastowa Janusz dalej pracował w tej firmie i na okrągło coś robił po fajrancie i jak miał jakąś większą partaninę to prosił mnie, żebym mu pomógł w tej robocie. Mimo że pracowałem w Karczewie to z Januszem kontakt nie wygasł i trwa do dnia dzisiejszego. Jak tylko była potrzebna moja pomoc w jakiejś grubszej robocie to jeździłem do Piastowa, ponieważ z takiej roboty zawsze były dodatkowe pieniądze i nieważne było że było daleko, a że miałem samochód z instalacją gazową to dojazd był dużo tańszy. Jeszcze jak pracowałem w Piastowie to trafił mi się do kupienia następny samochód, który zastąpił tego wysłużonego FORDA z 1975 roku. Ten drugi był trochę młodszy bo był z 1983 roku i był to FOFD GRANADA 2,1 D. Ten samochód, podobnie jak ten pierwszy, silnik miał niesprawny i po jego uruchomieniu przez pół roku musiałem jeździć z silnikiem diesla, ale jak nadarzyła się okazja to wymieniłem go na benzynowy od FORDA TAUNUSA o pojemności 1,6 i od razu zamontowałem w nim instalacje gazową.

Historia z ukręconym wałkiem rozrządu

Ale wracamy do głównej sprawy: pojechałem do Piastowa i robiliśmy z Januszem jakąś poważną robotę i wtedy przyjechał do warsztatu jakiś Janusza kolega samochodem VW JETTA z lat 80-tych. Miał z nim problem, ponieważ jego silnik pracował tylko na dwóch cylindrach. Na chwile przerwaliśmy naszą robotę, żeby sprawdzić jaka może być tego przyczyna i na początek sądziliśmy że to może być jakiś duperel ale tak nie było i zaczęliśmy szukać dalej. Po dokładniejszych oględzinach okazało się że nie pracują dwa sąsiednie cylindry trzeci i czwarty wtedy padło podejrzenie na uszczelkę pod głowicą w której mogło dojść do przedmuchu między cylindrami co czasami do takich sytuacji dochodziło.
Ale podczas sprawdzania ciśnienia sprężania okazało się że w czwartym cylindrze ciśnienie jest wzorcowe co jeszcze bardziej nas zdziwiło i wniosek był tylko jeden że to nie jest wina wadliwej uszczelki jak podejrzewaliśmy i teraz zastanawialiśmy się jaka może być inna przyczyna że silnik nie pracuje jednocześnie na dwóch cylindrach. Teraz z Januszem chcieliśmy dowiedzieć się w jakich okolicznościach do tego doszło więc on powiedział że to stało się rano jak jechał do pracy to usłyszał jak coś chrupnęło w silniku, ale silnik pracował dalej tylko stracił moc i jego praca była dla niego jakaś dziwna dlatego przyjechał do nas żebyśmy sprawdzili co się w nim dzieje. Domyślałem się gdzie może być tej dziwnej pracy silnika i żeby to sprawdzić wymontowałem pokrywę zaworów, ale tak na pierwszy rzut oka nic szczególnego pod nią nie znalazłem. Jakaś ciekawość pokusiła mnie żeby odpalić silnik bez pokrywy zaworów i uwierzyć własnym oczom w to co zobaczyłem. Silnik pracował, ale obracała się tylko połowa wałka rozrządu, a że silnik był bezkolizyjny więc nie doszło do jego zablokowania i pracował nadal tylko na dwóch przednich cylindrach.
Po tym odkryciu nasunęły się tylko następne pytania bez odpowiedzi: jaka mogła być przyczyna, że taki puc metalu który miał prawie dwa centymetry średnicy ukręcił się jakby zrobiony był z plasteliny, a nie zerwał się pasek rozrządu który był zrobiony z gumy. Teraz kiedy poznaliśmy przyczynę dlaczego silnik pracował tylko na dwóch przednich cylindrach zadaliśmy sobie następne ciekawe pytanie z jakiego powodu doszło do ukręcenia się tego wałka ponieważ nie była to naturalna sprawa. Wałek rozrządu ukręcił się tuż przed trzecią podporą i kiedy wyjmowaliśmy urwaną część wałka to trzecia podpora była przyspawana do wałka co oznaczało że do tej podpory nie docierał olej i dlatego wałek zacierając się został rozhartowany co doprowadziło do jego ukręcenia się.

Następne zdjęcie z warsztatu: część naszej załogi przyglądamy się jak kolega męczy się z hamulcami przy swoim samochodzie w wolnych chwilach.

Następne zdjęcie z warsztatu: część naszej załogi przyglądamy się jak kolega męczy się z hamulcami przy swoim samochodzie w wolnych chwilach.

Żeby znaleźć odpowiedź na następne pytanie dlaczego olej nie docierał do trzecie podpory musieliśmy wymontować głowice bo pod nią była odpowiedź na nasze pytanie. Po wymontowaniu głowicy cała sprawa była już wyjaśniła się ponieważ podczas ostatniej naprawy silnika została zamontowana niewłaściwa uszczelka pod głowicą w której nie było otworka doprowadzającego olej do trzeciej podpory i dlatego wałek zatarł się i w rezultacie ukręcił. Po uszczelce było widać że jest świeża i musiała być niedawno założona tylko nie wiedzieliśmy przez kogo ponieważ my ostatnio przy tym silniku nic nie robiliśmy wtedy ten Janusza znajomy powiedział że tydzień temu jak wracał z Grodna na Białorusi padła mu uszczelka pod głowicą i w Białymstoku wymieniali mu ją w jakimś małym warsztacie tylko że ci mechanicy w pośpiechu nie porównali nowej uszczelki do starej więc nie zauważyli że na nowej uszczelce brakuje jednego ważnego otworka i dlatego doszło do takiej sytuacji. Owszem my z Januszem ten silnik naprawiliśmy, ale znalezienie odpowiedniej głowicy do tego silnika na różnych szrotach których w tamtych czasach nie było tyle co teraz zajęło nam prawie dwa tygodnie i my tym razem zamontowaliśmy już właściwą uszczelkę pod głowicą.

Następne dwa ciekawe przypadki dotyczące rozrządu.

Drugi przypadek jaki mi się przydarzył z ukręconym wałkiem rozrządu miał miejsce już na warsztacie w Karczewie.
To były czasy kiedy do warsztatu przyjeżdżały do naprawy już prawie same samochody zachodnie różnych marek i sprawy związane z wymianą rozrządu poznałem na tyle dobrze że te proste mogłem wykonać już samodzielnie wykonać.
Owszem trafiły się i trudniejsze rozrządy, jak na przykład w samochodach OPEL VECTRA 2,0 16V albo DAEWOO NEXIA 1,5 16V z dwoma wałkami rozrządu, przy których pomagali mi koledzy Krzysiek lub „Kojot”, którzy mieli większe doświadczenie przy nich, a Ja chciałem poznać tego typu rozrządy. Któregoś dnia do warsztatu został przyciągnięty samochód HYNDAI H-100 2,5 D którego silnik był nie na chodzie i po pierwszych oględzinach myślałem że doszło do pęknięcia paska rozrządu bo na to wskazywały objawy jak obracaliśmy silnikiem. Po zdjęciu osłony rozrządu okazało się, że pasek jest cały i na miejscu i dopiero zobaczyłem, że wałek rozrządu składa się z dwóch części ponieważ ukręcił się i wyglądał podobnie jak ten pierwszy ukręcony wałek, który widziałem. Tylko że w tym silniku smarowanie wałka rozrządu było prawidłowe, bo na żadnej podporze nie było żadnych śladów zatarcia, a wałek ukręcił się bo musiał mieć jakąś wadę ponieważ wyglądał tak jakby ktoś równo przeciął go nożem. Mimo, że to był diesla – a więc kolizyjny – to nie było konieczności wymontowania głowicy, ponieważ wałek rozrządu nie napędzał szklanek zaworowych bezpośrednio tylko za pomocą pośrednich dźwigienek i niektóre z nich zostały połamane, a po ich wymianie i zamontowaniu drugiego wałka silnik był już ponownie sprawny.
Następny bardzo ciekawy przypadek z rozrządem w silniku bezkolizyjnym miałem też na warsztacie w Karczewie, kiedy po godzinach pomagałem Krzyśkowi koledze z pracy przeglądać jego samochód który niedawno kupił, a było OPEL CORSA 1,2. Krzysiek wymieniał w nim rozrząd, a ja robiłem coś przy przednim zawieszeniu i kiedy on skończył montować rozrząd to jeszcze przed zamontowaniem osłony chciał zobaczyć jak układa się nowy pasek, ale nie zdążył tego zobaczyć, ponieważ po chwili odpadło od wałka rozrządu duże koło, które nie było dokręcone i silnik nagle zgasł. Krzysiek wyleciał wkurzony, że rozwalił głowice to uspokoiłem go i powiedziałem że te proste silniki są bezkolizyjne, zwłaszcza te, które posiadają osiem zaworów i powiedziałem żeby ponownie zmontował rozrząd i zobaczymy co będzie się działo.
Krzysiek zmontował rozrząd i tym razem duże koło dokręcone zostało prawidłowo i po odpaleniu silnika pracował prawidłowo i nie było z nim żadnych problemów, więc na to konto po pracy wypiliśmy razem z szefem butelkę i tak zakończyła się ta nietypowa historia z Krzyśka rozrządem.

Przykład jak ludzka niewiedza doprowadziła do poważnego uszkodzenia silnika

Podczas mojej długoletniej pracy jako mechanik samochodowy miałem do czynienia z bardzo różnymi i ciekawymi zdarzeniami i awariami i zawsze pociągały mnie trudne tematy do rozwiązania, ale najbardziej byłem zadowolony z tego jak udało mi się jakiś trudny temat rozwiązać i poznać przyczynę jakiejś nietypowej awarii.
Tak było w przypadku samochodu OPEL ASTRA 1,7 D z silnikiem ISUZU który nie pracował na jednym cylindrze z niewiadomego jeszcze dla nas powodu, ale najciekawsze było to, że ten silnik zaczął pracować tak dziwnie po odbiorze z warsztatu gdzie był zabezpieczany antykorozyjnie.

Następne zdjęcie z warsztatu w Karczewie na zdjęciu Ja i Krzysiek któremu pomagałem przy samochodzie OPEL CORSA 1,2 i później przy drugim samochodzie OPEL ASTRA 1,7 D.

Następne zdjęcie z warsztatu w Karczewie na zdjęciu Ja i Krzysiek któremu pomagałem przy samochodzie OPEL CORSA 1,2 i później przy drugim samochodzie OPEL ASTRA 1,7 D.

To był samochód Krzyśka teścia i ten samochód stał w tym warsztacie prawie tydzień i kiedy wracając stwierdził że silnik nie pracuje tak jak powinien co było dla niego bardzo dziwne więc przyjechał do naszego warsztatu, żebyśmy sprawdzili jaka jest tego przyczyna. Czasami tak bywało że jak samochód postał dłużej to przez jakiś czas coś mu dolegało w jego silniku. My z Krzyśkiem też sądziliśmy, że ten postój w jakiś sposób mógł mu zaszkodzić, ale Krzyśka teść powiedział że ten jego samochód stał nieuruchamiany ponad miesiąc jak był w sanatorium, a po powrocie odpalił. Silnik pracował normalnie i nie było takich problemów z nim jak teraz. Wniosek był tylko jeden że to jest jakaś inna tajemnicza przyczyna którą chcieliśmy szybko poznać i usunąć usterkę. Czekało nas teraz długie szukanie tej dziwnej przyczyny i od czegoś trzeba było zacząć więc luzując po kolei przewody od wtryskiwaczy doszliśmy wniosku że trzeci cylinder nie pracuje.

Tak wygląda cylinder kiedy dostanie się do niego duża ilość cieczy, a stało się tak kiedy kierowca chciał szybko przejechać przez głęboką kałuże i wtedy doszło do zassania wody przez silnik co doprowadziło do pęknięcia cylindra w samochodzie VW PASSAT 1,9 D.

Tak wygląda cylinder kiedy dostanie się do niego duża ilość cieczy, a stało się tak kiedy kierowca chciał szybko przejechać przez głęboką kałuże i wtedy doszło do zassania wody przez silnik co doprowadziło do pęknięcia cylindra w samochodzie VW PASSAT 1,9 D.

Z trzeciego cylindra wymontowaliśmy wtryskiwacz żeby sprawdzić jego parametry na przyrządzie i okazało się że wtryskiwacz jest całkowicie sprawny.
Żeby mieć pewność to na próbę zamieniliśmy dwa wtryskiwacze miejscami, ale trzeci cylinder nadal nie pracował co było bardzo dziwne i niezrozumiałe dla nas. Skoro niebyła to wina wtryskiwacza to musieliśmy szukać dalej i byliśmy w kropce bo nadal nie wiedzieliśmy jaka może być przyczyna że trzeci cylinder nie pracuje więc zabraliśmy się za następny etap szukania przyczyny. Ostatnim etapem jaki nam pozostał, było sprawdzenie ciśnienia sprężania w cylindrach co przy silnikach diesla było trochę bardziej skomplikowane, ale musieliśmy to zrobić.
Podczas sprawdzania ciśnienia sprężania okazało się że na trzecim cylindrze nie było w ogóle ciśnienia co było dla nas bardzo dziwne ponieważ ciśnienie nie znika tak nagle przez tygodniowy postój samochodu i teraz żeby się dowiedzieć dlaczego tak się dzieje to Krzysiek w wolnych chwilach zabrał się za zdejmowanie głowicy ponieważ odpowiedź na to dziwne pytanie było właśnie pod głowicą. W samej głowicy nic nie znaleźliśmy co by wskazywało na brak ciśnienia, ale obracając wałem korbowym zauważyłem że tłoki w drugim i trzecim cylindrze ustawione w górnym martwym punkcie nie były w tej samej linii ponieważ trzeci tłok był o jakieś półtora centymetra poniżej krawędzi cylindra i domyśliliśmy się że korbowód został przez jakąś niewidzialną siłę wygięty tylko jak do tego doszło i to było następne nasze pytanie na które nie mieliśmy jak na razie jeszcze odpowiedzi. Sprawa była jasna nad tłok musiała dostać jakaś ciecz, a że silnik samochodowy nie jest przystosowany do sprężania płynu więc po uruchomieniu silnika korbowód nie wytrzymał i został wygięty. W tym warsztacie gdzie zabezpieczany był samochód Krzyśka teścia nie było żadnego podnośnika. Podczas prac – żeby było wygodniej – to samochód był przewracany na bok na tak zwanej kołysce i to tłumaczyło wszystko. Jak samochód był przewrócony to olej z silnika przelał się przez odpowietrznik skrzyni korbowej do kolektora ssącego i kiedy samochód postawiono na kołach to olej zlał się z powrotem do miski, ale jego część niestety przez otwarty zawór ssący przedostała się do cylindra. Po uruchomieniu silnika nagromadzony olej przyczynił się do powstania tego bałaganu i pracownicy też nie wiedzieli co się stało bo gdyby przewidzieli co się stanie to po zakończeniu zabezpieczania samochód zostałby wypchnięty i do tego by nie doszło ponieważ olej po jakimś czasie powoli spłynąłby do miski i byłoby po sprawie. Krzysiek owszem silnik naprawił, ale cała ta dziwna zabawa z szukaniem przyczyny i części potrzebnych do naprawy silnika zajęła nam prawie trzy tygodnie i samochód jeździ do dnia dzisiejszego.

Podsumowanie tych wszystkich lat w mojej pracy zawodowej

Nadszedł wreszcie czas żeby zakończyć opisywanie tych lat z mojej pracy zawodowej które uważałem za godne do opisania ponieważ były bardzo ciekawe jak zresztą w życiu czasami bywało.

Na tych zdjęciach które zamieściłem do tego opisu są samochody przy których miałem okazje pracować w swoim pierwszym zakładzie w 1967 roku, a były to samochody WOŁGA GAZ-21 i MOSKWICZ-407 które wtedy były bardzo popularne na naszych drogach w latach 60-tych i 70-tych i teraz są zabytkami motoryzacji.

Na tych zdjęciach które zamieściłem do tego opisu są samochody przy których miałem okazje pracować w swoim pierwszym zakładzie w 1967 roku, a były to samochody WOŁGA GAZ-21 i MOSKWICZ-407 które wtedy były bardzo popularne na naszych drogach w latach 60-tych i 70-tych i teraz są zabytkami motoryzacji.

D472.tmp

Tak się złożyło że cała moja praca zawodowa poświęcona była naprawom samochodów ponieważ ten zawód mechanika samochodowego był ciekawy i bardzo mnie interesował, a w późniejszym okresie byłem też pasjonatem starych motocykli co zostało opisane w osobnym rozdziale pod tytułem „Wspomnienia Docenta”.
Swoją karierę zawodową rozpocząłem bardzo wcześnie bo jeszcze przed wojskiem w 1967 roku ponieważ po przeprowadzce z rodzicami do Warszawy kończąc szkołę podstawową nie poradziłem sobie z wyższym poziomem nauki zawaliłem jeden rok przez co nie mogłem dostać się dziennej szkoły zawodowej, a do szkoły wieczorowej które były dla pracujących to musiałem się gdzieś zatrudnić.
Tym zakładem w którym rozpocząłem swoją prace w 1967 była Spółdzielnia Pracy „Auto” przy ul. Pruszkowskiej 28 gdzie pracowałem jako uczeń zawodu i przyszło mi pracować przy samochodach WOŁGA GAZ-21 i MOSKWICZ-407 i zdjęcia tych fajnych samochodów zamieściłem i te pojazdy są rzadkością na naszych drogach ponieważ są teraz zabytkami i niewiele ich już pozostało.
Szkoda tylko że ten mój pierwszy zakład już nie istnieje tak jak i wiele innych zakładów w których pracowałem, ale stał on prawie w samym centrum nowo powstającego osiedla Rakowiec i dzisiaj na jego miejscu stoi wielki biurowiec.
Przed wojskiem zaliczyłem tylko dwa zakłady.Tym drugim był III odział PKS-u na ul. Ziemowita który też niestety nie zachował się do naszych czasów.
Po wyjściu z wojska przez trzy lata zmuszony byłem pracować w zakładzie nie związanym z samochodami i dopiero w 1973 roku składając swój pierwszy stary motocykl marki TRIUMPH-350 z 1938 roku w klubie motocyklowym „Helios” poznałem człowieka który pomógł mi zatrudnić się jako mechanik samochodowy w MPT (Miejskie Przedsiębiorstwo Taksówkowe) i od tamtej pory pracowałem już tylko przy samochodach w Polsce i za granicą.
Jeśli chodzi o ten zakład to istnieje do dnia dzisiejszego tylko na innych już zasadach ponieważ nie jest firmą państwową.
Na zakończenie pisania tych wspomnień dodam że w większości miałem do czynienia z samochodami osobowymi, ale będąc na kontraktach zagranicznych w Czechosłowacji w latach 1978-1980 i w Emiratach Arabskich w latach 1993-1994 pracowałem też przy samochodach ciężarowych i maszynach budowlanych co uwieczniłem na zdjęciach które zamieściłem opisując ten temat.
Kiedy po wszystkich wypadach zagranicznych na stare lata osiadłem w Karczewie i pracowałem już tylko tam najpierw w Mercedesie, a po jego rozpadzie kolega załatwił mi prace w prywatnym zakładzie w którym pracowałem do samego końca czyli do czasu jak dopadła mnie choroba i przeszedłem na rentę.
Mimo przejścia na rentę nadal związany byłem z tym warsztatem ponieważ dorabiałem sobie pracując jako zaopatrzeniowiec jeżdżąc po różne części, albo załatwiając inne sprawy warsztatowe i przynajmniej nie nudziło mi się w domu traktując jako przerywnik podczas opisywania swoich ciekawych przygód i mogąc podzielić się z innymi.

PS. Bardzo proszę o ciekawe komentarze do tych moich opowieści.

KONIEC

4 odpowiedzi na „NIEmotocyklowe wspomnienia „Docenta”

  1. piesek mepps,czyli miszcz. pisze:

    panie wojciechu,panie docencie.nie wiem,czy publikowane wspomnienia sa dla kogos tak bliskie,jak dla mnie.mam bardzo podobna przeszlosc i doswiadczenia,czasami niezwykle zabawnymi a czasami bardzo smutnymi.tragiczne sa zwlaszcza te,ktore polegaja na probach i bledach.dlugo nie moglem pojac dlaczego spotkalo mnie nepowodzenie w „reperacji”,wymianie sworznia w simsonie-avo.z pasja maniaka wymienialem tuleje sworznia nie majac o tym najmniejszego pojecia.ciagle sie zycieraly/po kilkuset metrach!/.bo nie wiercilem od gory otworu smarujacego!.ale i czesi w crossowych silnikach 125,uzywanych w polsce do wyscigow-mtx,zapomnieli o smarowaniu skrzyni biegow.psulem przeto co sie da,nawet swoja wyscigowa f-125 i 175.czesto cos potrafilem genialnie naprawic i mozolnie zdobywac wiedze.procz nieuctwa,kolejnym grzechem,jest rutyna i arogancja.ponad 20 lat temu moj modszy synalek zamordowal silnik w austinie mg…kupilem przepiekny,tunningowany motor.wielkim wysilkiem zmienilem silnik.robilem to sam. ciezko jest zabudowac takiego dziwolaga,ktory posiada skrzynie biegow w bloku a zawieszenie przy montazu nalezy scisnac…proba rozruchu poszla gladko,jednakze w ukladzie smarowania bylo „0” cisnienia oleju!.po dwoch dobach ostrej harowki wymontowalem silnik!.rano pojechalem do znajomego prowadzacego duza firme remontujaca wszystkie silniki spalinowe.usmial sie od ucha do ucha i oswiadczyl,ze nie powinienem wymontowywac motoru…w tych silnikach pompa oleju znajduje sie b.nisko i nie jast w stanie zassac oleju…fachowo podaje sie olej pod cisnieniem do kanalu olejowego i po klopocie.gdy jeszcze raz zabudowalem motor , niesamowicie szarpal i peacowal na dwoch cylindrach!.wtedy pan bog,skarcil mnie po raz drugi.przed kolejnym montazem zdjalem kopulke z kablami,zeby jej nie uszkodzic.po ponownym zalozeniu jej,zupelnie machnalnie,zalozylem kable w kolejnosci 1-3-4-2./a powinno byc 1-4 i 3-2!/.wkurzylem sie i to piekne autko dalem w prezencie szwagrowi,szukajacemu samochodziku dla cory.na drugi dzien zadzwonil,jeszcze raz podziekowal i oswiadczyl,ze kiwnolem sie w tych przewodach wys.napiecia!.panie docencie,czytajac panskich wspomnien,naprzemian,wylem ze smiechu,lub ogarnial mnie nieopisany smutek…niech pan poczyta wspomnien tych tumanow ze swidnika gloryfikujacych koromysla wsk-swidnik a takze jakie to byly wspaniale czasy/prl/jest to prymitywna podlosc i glupota.w tych czasach nie bylo nic-wszystko sie zdobywalo,lub kradlo/a ile z wsk-swidnik!/fenomenem jest ilosc wyprodukowanych smieci-samochodow i motocykli.wszyscy moi koledzy,czesto mistrzowie polscy ze swidnika wspominaja te czasy,jako katastrofa.warto posluchac wywiadu z jaskiem kopielem w cyklu niezapomniane wspomnienia.youtube.wymadrza sie tu tez jeden z konstruktorow,inz.a jakze,jeden z wielu glupkow,ktorzy nic nie skonstruowali,bo nie mieli o motocyklu zielonego pojecia.powracajac do rzeczy…od czasow morrisa daje panu bogu wiele powodow zebym zostal karcony .stalo sie to niedawno kiedy to w aucie roboczym mojego mlodszego syna/transit ft-350-tdci-2,4,dlugi,wysoki/cos zaczelo bzykac.bylem prawie 2 miesiace na urlopie i molestowal mnie co drugi dzien telefonami.poradzilem mu zeby nastawil glosniej radio…przestalo bzykac,ale badanie komputerem wykazalo usterki w pracy 2-ch wtryskiwaczy.w czwartek zmienilem olej i wszystkie filtry.silnik pracowal jak zegarek. w piatek zawolal mnie syn i oswiadczyl,ze ponownie pojawily sie dziwne odglosy.konsultowalem sie z wieloma moimi kumplami,jednakze nie moglem dotrzec telefonicznie do znajomego,wlasciciela najwiekszych warsztatow w polsce,zajmujacego sie ukladami zasilania.szkoda.pozostali orzekli,ze mozna spokojnie jezdzic,kpl.wtryskow zamowilem i wczoraj mialem odebrac.w piatek doszlo do eksplozji silnika na autostradzie,gdzie wylal sie olej i niezlym haosem.dzis stoi to super utrzymane auto do sprzedania i kraza kolo niego niczym sepy rozni turcy,rumuni,litwini…gdy czytalem panskie zmagania z warszawa,ozyly moje wspomnienia,dole i niedole ze skoda1202-a,ktora kupilem na przetargu w lublinie z lpz-tu.dobrze ze wtedy mialem szczegolnie wydolny organizm,odwrotnie proporcjonalnie do rozumu .ale warto bylo tego doswiadczyc.to byl moj techniczny uniwersytet.tyle radosci ile mi dostarczyla moja skodzianka nigdy pozniej nie doswiadczylem.a ile wywolywala podziwu,wesolych komentarzy czlonkow rodziny i sasiadow…do dzis!.bylem nia nawet na kilku wyscigach z dwoma motocyklami i gieniem rechulem.gienio stwierdzil wtedy,ze woli byc mistrzem polski malych predkosci,jak zobaczyl co sie dzialo,chyba w ostrodzie,albo w innej dziurze po bruku i kostce bazaltowej,wsrod wiekowych drzew i wysokachnych kraweznikow.moja skodzianke polubila jedna osiedlowa kociczka ,ktora wydala w niej liczne potomstwo!.reperowalem wtedy skrzynie biegow w kuchni na czwartym pietrze i niezbyt dokladnie polozylem na miejscu pokrywe.musialem wtedy czekac ze dwa tygodnie az sie wyniesie a i dzieciaki wkladaly pod auto miseczki z mleczkiem i roznym jedzonkiem.obiektywnie musze stwierdzic,ze ta skoda,to moja pierwsza i jedyna milosc a i wcale nie takie banalne auto.na pewno o epoke wyprzedzala nasza betoniare,mikrusy i fijaty bambino.gdyby jeszcze nie ten przeklety,parafinowy olej lux.pozdrawiam i czekam na dalsze panskie fascynujace wspomnienia. panu kopczynskiemu dzieki za dobra robote .

    • majk pisze:

      Po co obrażać ludzi nazywając ich tumanami. Robili to na co w tym momencie mogli sobie pozwolić. Zasługują na szacunek jak każdy z nas, a wiedzę mieli dużo większą od pana bo to co pan opisujesz mogło spotkać tylko kompletnego laika. Pańska wiedza kończy się chyba na napinaniu łańcucha w rowerze wnuka i niech pan na tym poprzestanie bo może zrobić pan sobie krzywdę i narazić się na śmieszność, co chyba już się stało.

  2. wojkop pisze:

    Dzięki za dobre słowo „Miszczu” 🙂 Twój komentarz to też bardzo ciekawy kawałek wspomnień i miło się go czyta 🙂

  3. Olo pisze:

    Wszystko ok tylko dlaczego Docent po jawie nie jeździł już nigdy motocyklem ???