Motocyklowe wspomnienia „Docenta” Część III

25.05.2015

Wreszcie doczekałem się i nadeszła ta upragniona chwila, czyli czas wystawienia motoru z piwnicy. Po zamontowaniu „Gmola” i ostatnich kosmetykach na podwórku, motocykl miałem gotowy do jazdy i tym akcentem rozpocząłem nowy sezon motocyklowy w 1985 roku.
Teraz po pierwszych jazdach próbnych dookoła osiedla na dalszą przejażdżkę postanowiłem pojechać do klubu. Jak byłem w klubie to dowiedziałem się o planowanych czterech jak na razie zlotach, na które chciałbym pojechać o ile do tego czasu maszyna nie padnie.

Zlot Pruszków rok 1985

Oprócz małego rozpoczęcia sezonu, które od trzech lat organizowali na Ursynowie chłopcy z klubu „Kardan” to zlot w Pruszkowie był pierwszym moim zlotem, na który miałem zamiar pojechać. Chociaż do Pruszkowa nie było daleko – bo z Ochoty było tylko około 20 km – ale życie pokazało, że nawet na najbliższą imprezę można nie dojechać albo nie wrócić z powodu jakiejś awarii.
Owszem byłem na otwarciu na Ursynowie i na zlot do Pruszkowa też miałem zamiar pojechać, ponieważ w tym mieście urodziłem się i wychowałem.

Tak prezentowała się moja JAWA z nowym reflektorem półką na zegary do motocykla CZ i z dorobionym „Gmolem”. Zdjęcie to zostało zrobione na zlocie w Lubaszu w 1985 roku.

Tak prezentowała się moja JAWA z nowym reflektorem półką na zegary do motocykla CZ i z dorobionym „Gmolem”. Zdjęcie to zostało zrobione na zlocie w Lubaszu w 1985 roku.

W 1963 roku moi rodzice dostali mieszkanie w Warszawie na nowym osiedlu Rakowiec i to był czysty przypadek, bo nasz blok znajdował się przy ulicy Pruszkowskiej. Ale wracamy do zlotu tak się złożyło że w tym tygodniu co zaplanowany był wyjazd na zlot zleceń w terenie było niedużo i na zlot mogłem pojechać już w piątek zaraz po obiedzie jak wrócę z pracy. Zlot ten zorganizowany był przez klub motocyklowy „MC Nornica” tylko nie pamiętam skąd ten klub pochodził i miejsce jakie wybrali na organizacje tego zlotu było na pograniczu Pruszkowa i Komorowa w zupełnie szczerym polu bez żadnego drzewa w okolicy.
Jadąc na ten zlot sądziłem, że to będzie jakaś miejscowa impreza dlatego nie brałem żadnego namiotu ponieważ wieczorem miałem zamiar wrócić do Warszawy.

Znaczek ze zlotu w Pruszkowie z 1985 roku.

Ale jak zobaczyłem że przyjechali chłopaki z Olsztyna i z Płocka to zrozumiałem że szykuje się jednak jakaś większa impreza i niezwłocznie pojechałem do domu po cały sprzęt do spania i jakieś zapasy na kolację. Po godzinie byłem z powrotem i motocykli na placu było już więcej i cały czas dojeżdżały następne.
Chłopaki z Olsztyna siedzieli już w barze. Ja po rozstawieniu namiotu niezwłocznie do nich dołączyłem i przy piwie wspominaliśmy poprzednie zloty przeżyte razem. Jak siedzieliśmy w barze to zauważyłem że dojechali następni moi koledzy z klubu „Weteran”, oraz z tą grupą przyjechali również bracia Nadolni oraz Maniek Nagawski „Rura wydechowa” i po ich przyjeździe wiedziałem, że teraz zabawa na tym zlocie będzie taka sama jak na poprzednich zlotach z ich udziałem. Kiedy chłopaki się rozlokowali to po rejestracji ponownie poszliśmy do baru i siedząc w nim, witaliśmy przyjeżdżających nadal motocyklistów. Po ich rejestracjach wiedzieliśmy, że niektórzy przyjechali z daleka – bo były motocykle z Wrocławia, Poznania, Białegostoku i wspomniani koledzy z Olsztyna i Płocka. Niektórzy motocykliści dojeżdżali już w nocy, bo widocznie mieli jakieś kłopoty na drodze ze swoim motocyklem i dla mnie to, nie było wcale dziwne, ponieważ jadąc nie raz w daleką trasę, miałem podobne problemy na drodze. Majważniejsze było to że jakoś dojechali i teraz byli już z nami. Najgorsze było to, że mimo późnej pory nadal było parno i duszno i zapowiadało się że w nocy będzie burza, bo na horyzoncie było widać dalekie błyski i słychać było odległe grzmoty. Jakoś to do nas nie dotarło i kiedy kładliśmy się spać to zaczynało już świtać. Tak zakończyliśmy piątek – pierwszy dzień tego zlotu. Sobota rano – po przespaniu się kilku godzin wstajemy w nowy dzień i tak jak było do przewidzenia od samego rana był nieznośny upał, a nie wiedzieliśmy co będzie w południe. Mogliśmy się tylko domyślać że po południu będzie istna patelnia i najgorsze było to, że nie było żadnego schronienia przed słońcem bo dookoła żadnego drzewa. Całe szczęście, że piwo w barze miało odpowiednią temperaturę – bo jakby człowiek przy tym upale napił się ciepłego piwa, to byłoby całkiem do dupy. Będąc na tym zlocie muszę opisać bardzo miłe wydarzenie do jakiego doszło po zakończeniu parady, ale wszystko po kolei. Jeśli chodzi o mnie to w ogóle nie miałem zamiaru ruszać się z terenu zlotu żeby jechać na paradę, tym bardziej w taki upał i wolałem do powrotu chłopaków posiedzieć w barze i leczyć kaca po wczorajszym ciekawym dniu.
Jednak po namowie kolegów zdecydowałem z nimi pojechać bo to też był rodzaj leczenia kaca po prostu przewietrzyć się.
Przy okazji po paradzie wykorzystać talon na obiad chociaż przy takim upale to i jeść się nie chciało, ale człowiek nie może żyć tylko piwem.

To jest fragment muru który otaczał ten obóz  przejściowy z napisem upamiętniającym tamte dzieje. Taki sam napis widniał na tablicy przy głównej bramie gdzie składane były kwiaty od uczestników zlotu.

To jest fragment muru który otaczał ten obóz przejściowy z napisem upamiętniającym tamte dzieje. Taki sam napis widniał na tablicy przy głównej bramie gdzie składane były kwiaty od uczestników zlotu.

Po namowie kolegów zdecydowałem się z nimi pojechać, bo to też był jakiś rodzaj leczenia kaca – po prostu przewietrzyć się, a przy okazji wykorzystać talon na obiad, chociaż przy takim upale to i jeść się nie chciało, ale człowiek nie może żyć tylko samym piwem.
No to chciał nie chciał pojechałem z nimi, a do przejechania
był spory kawałek drogi, bo do centrum miasta było około pięciu kilometrów i do tego pętla przez całe miasto głównymi ulicami przy takim upale to była mordęga, a parada zaplanowana była w samo południe i pogody na termin zlotu się nie wybiera o czym już pisałem opisując inne zloty. Po objechaniu całego miasta czoło kolumny z organizatorami zlotu zatrzymało się przed bramą główną zakładów ZNTK co oznaczało Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego. To był największy zakład przemysłowy w Pruszkowie i jeden z większych zakładów tego typu w Polsce w tamtych czasach. Właśnie na terenie tych zakładów Niemcy w czasie okupacji zorganizowali obóz przejściowy. Skąd odjeżdżały transporty do Oświęcimia i innych obozów koncentracyjnych w Niemczech, a po upadku powstania Warszawskiego spędzono w to miejsce całą ocalałą ludność cywilną z Warszawy. Ci wszyscy ludzie szli tutaj na piechotę i wielu z nich nigdy nie doszło do tego obozu. Dlatego przy głównej bramie tych zakładów została wmurowana pamiątkowa tablica upamiętniająca tamte tragiczne dla Warszawiaków – i nie tylko – wydarzenia z czasów wojny.
Na tej tablicy widniał napis „TĘDY PRZESZŁA WARSZAWA 6 VIII-10 X 1944 ROKU” i pod tą tablicą zostały złożone kwiaty od uczestników tego zlotu, a kilku uczestników z zagranicy którzy przyjechali na ten zlot i byli na tej uroczystej paradzie dopytywali się po powrocie co to jest za szczególne miejsce i co tutaj było podczas wojny, a że nie znali dokładnie historii naszego kraju to zostało wszystko im wytłumaczone i wtedy zrozumieli. Po zakończonej paradzie nie wracaliśmy już razem, tylko każdy na własną rękę. My też całą paczką najpierw pojechaliśmy na obiad do baru, w którym były wykupione dla nas obiady i po obiedzie wróciliśmy razem na teren zlotu. Wyjazd na paradę i wizyta w barze na obiedzie zajęła nam prawie dwie godziny i zaraz po powrocie z miasta obowiązkowa wizyta w barze bo przy tym upale język miałem jak kołem i musiałem go czymś zmiękczyć, a najlepiej było to zrobić zimnym piwem co oczywiście zostało zrobione. Dopiero po napiciu się piwa człowiek zaczął powoli wracać do zdrowia i teraz nie mając nic innego do roboty chowaliśmy się w cieniu własnych namiotów, bo tylko taki mieliśmy do dyspozycji. Owszem był wielki baldachim nad stolikami przy barze, tylko tam cały czas był tłok jak przed sklepem mięsnym w dniu dostawy towaru. Reszta dnia też zapowiadała się ciekawie tylko nie dla wszystkich, ale wszystko po kolei. Kiedy prawie wszyscy uczestnicy powrócili już z miasta to organizatorzy szykowali się przeprowadzenia różnych konkursów sprawnościowych.

Po wywrotce ten piękny napis na deklu odbił się na moim udzie jak stempel i wyglądałem jak oznakowana krowa.

Po wywrotce ten piękny napis na deklu odbił się na moim udzie jak stempel i wyglądałem jak oznakowana krowa.

Ja osobiście nie przepadałem za takimi konkursami i bardzo rzadko w nich brałem udział, ponieważ nigdy nie byłem w tym dobry, a druga sprawa: byłem za bardzo nerwowy. Dlatego wolałem posiedzieć z boku przy piwie i przyglądać się jak w tych konkursach męczą się inni.
Ale niektórzy koledzy – zwłaszcza z Olsztyna – pamiętali jak hasałem swoją JAWĄ po jeziorze Pogoria na zlocie w Sosnowcu w zeszłym roku i namawiali mnie żebym razem z nimi spróbował swoich sił w tych konkursach, tylko że ja chciałem się od tych konkursów wymigać, ponieważ tego dnia byłem trochę słaby i nie w formie. Tylko że te harce wodne po jeziorze w Sosnowcu to nie były żadne konkursy tylko ja chciałem opłukać swój motor z piachu po tym jak chłopaki rano dla żartów zakopali moją JAWE w dole i to później przerodziło się właśnie w te wygłupy, ale po ich namowach postanowiłem nie pękać i spróbować swoich sił w tym konkursie i to dla mnie zakończyło się bardzo nieciekawie. Ten konkurs do którego namówili mnie koledzy nie należał do trudnych i to było coś w rodzaju małego toru przeszkód i w skład jego wchodziło ostry start następnie przejazd slalomem między słupkami przejazd przez duży rów w którym był mały strumyk i ostatni etap to był przejazd przez huśtawkę na której ja niestety poległem i to dosłownie.
Z pierwszymi trzema etapami jakoś dałem sobie rade, ale na huśtawkę wjechałem za wolno i doszło do mojej wywrotki i takie właśnie są efekty jak ktoś nie ma wprawy i treningu.
Po tej wywrotce chłopaki pomogli mi wydostać się z pod motocykla i przydał się „Gmol”, ale niestety ja trochę ucierpiałem.
Te konkursy rozgrywaliśmy w nieznośnym upale i dlatego jeździliśmy tylko w majtkach i na bosaka i Ja tak samo jechałem w samych majtkach i kiedy doszło do tej wywrotki to motor się na mnie przewrócił i poparzyłem sobie udo, ale mimo mojej wywrotki chłopaki bawili się dalej. Ja oczywiście po tym zdarzeniu z dalszej rywalizacji wycofałem się i byłem maksymalnie wkurwiony dlatego poszedłem do baru i przy piwie przyglądać się jak z tej huśtawki spadają inni, wywrotkę miało jeszcze kilku kolegów.
Po jakimś czasie zauważyłem że na moim udzie wyłania się piękny napis JAWA tylko był w lustrzanym odbiciu i w negatywie, a ten napis był na deklu rozrządu na głowicy i jak stempel odbił się na moim udzie i w ten sposób zakończył się następny i ostatni dzień tego zlotu.

To jest znaczek z następnego zlotu jaki był po Pruszkowie, a był to zlot w Legionowie.

To jest znaczek z następnego zlotu jaki był po Pruszkowie, a był to zlot w Legionowie.

W niedziele rano kiedy minęła narkoza alkoholowa pieczenie uda było nie do zniesienia i nie mogłem doczekać się kiedy dojadę do domu i w „Jagusi” zostanie powtórzona ponownie narkoza alkoholowa żeby jakoś spokojnie przespać noc. W poniedziałek zamiast do pracy poszedłem do lekarza i mimo że w domu zrobiłem sobie prowizoryczny opatrunek to mój stempel wyglądał całkiem okazale, a moje udo całe było spuchnięte i wyglądałem teraz jak oznakowana krowa, a od
lekarza jak na razie dostałem dwa tygodnie zwolnienia i przez jakiś czas mogłem pobyczyć się w domu.

Zlot Legionowo rok 1985

Do następnego zlotu jaki wypadł po zlocie w Pruszkowie który miał być w połowie maja miałem nadzieje że ten mój piękny stempel na udzie powinien już zniknąć. Ten następny zlot organizowany był w Legionowie, a więc też nie był daleko od Warszawy bo tylko około 35 km i w tej miejscowości już byłem na zlocie na HARLEYU Marka de Nisau w 1975 roku – równo dziesięć lat temu, tylko w innym miesiącu i tylko nie pamiętam po tylu latach czy tamten zlot był w tym samym miejscu bo ten nie był organizowany w samym mieście tylko w lesie w okolicach jakiś bunkrów których nie brakowało w tamtych rejonach.
Tak samo nie pamiętam, który klub motocyklowy organizował ten zlot bo na znaczku widnieje napis „Weteran” LOK, ale wiele klubów motocyklowych w tamtym okresie przyjęło właśnie taką nazwę, a chłopaki z klubu, z którym rozmawiałem też nie pamiętają czyja to była impreza. Będąc na zwolnieniu myślałem że uda mi się załatwić jaszcze jego przedłużenie tylko że z tego nic nie wyszło i wróciłem do pracy na tydzień przed zlotem, a o wadach i zaletach swojej pracy w terenie pisałem już nie raz, ponieważ bardzo często kolidowały z moimi wyjazdami na zloty. Tak samo było i w tym i w tym przypadku. Z delegacji wróciliśmy przed południem w sobotę i całe szczęście, że na ten zlot do Legionowa nie było daleko, więc zaraz po powrocie do domu i szybkim obiedzie wskoczyłem na motor i pognałem na zlot. Żeby nie tracić czasu postanowiłem nie zabierać sprzętu do spania bo zanim bym go rozstawił to byłoby już ciemno.
Pogoda zapowiadała się bardzo dobra więc z domu zabrałem tylko gruby sweter i koc i jakoś tą jedną noc człowiek przekima się bez żadnego problemu. Chłopaki przyjechali na ten zlot już w piątek po południu albo w sobotę rano, a mnie tym razem tak wypadło jak wypadło i kiedy wreszcie dojechałem na miejsce to chłopaki bawili się przy ognisku na całego więc nie tracąc czasu dołączyłem do nich. Po skończonej zabawie noc spędziłem z chłopakami przy ognisku i następnego dnia gdzieś około południa powróciłem do domu z tego najkrótszego zlotu, a że na nim nie poszalałem dużo więc po obiedzie z chłopakami jak zwykle odwiedziny w „Jagusi” na piwie.

Zlot Lubasz rok 1985

W miesiącach czerwcu i żadnych wyjazdów na zloty nie było i najbliższy zlot jaki wypadał w moich planach to był dopiero w sierpniu i miał odbyć się w Lubaszu. Przez te wszystkie lata jak zacząłem jeździć na zloty starych motocykli było kilka miejsc gdzie zloty organizowane były wielokrotnie jak na przykład Wolsztyn, Gdańsk, Olsztyn, Różan i wiele innych. Warto było tam pojechać ponownie bo można było spodziewać się znakomitej zabawy. Tak się złożyło że w zeszłym roku nie mogłem pojechać do Lubasza z powodu awarii silnika w JAWIE podczas powrotu ze zlotu w Sosnowcu, a motocykl M-72 był jeszcze rozmontowany do adaptacji prądnicy od FIATA-126p i nie zdążyłem go zmontować przed tym zlotem, ale czasami tak w życiu bywa.

11E3.tmp

Na zlocie w Lubaszu byłem z chłopakami w 1983 roku dlatego zależało mi bardzo na ten zlot pojechać w tym roku. Na ten zlot tym razem nie jechałem samotnie bo jechaliśmy razem czyli bracia Nadolni, Ja Maniek „Rura wydechowa” i jeszcze dwóch Mańka kolegów więc na zlocie będziemy jak na poprzednich zlotach w tym samym składzie.
Na tym zlocie Mańka dopadła podobna przygoda jaką miał
dwa lata temu tylko przez jego słabość do odwiedzania kolegów bo jak sobie popił to zawsze wędrował po terenie i ich odwiedzał, a kolegów to miał naprawdę bardzo dużo na każdym zlocie i kiedy zamierzał wracać do namiotu to było już ciemno i podobnie jak poprzednio zaczepił nogą o jeden z motocykli które stały przed namiotem i wywalił się jak długi wpadając między motory i nie mógł sam wydostać się z tej dziwnej pułapki.

Taki nietypowy JUNAK  przyjechał na zlot do Lubasza JUNAK-V-700, a zdjęcia tego motoru zdobyłem przez przypadek jak byłem na zlocie w Toruniu w 1985 roku.

Taki nietypowy JUNAK przyjechał na zlot do Lubasza JUNAK-V-700, a zdjęcia tego motoru zdobyłem przez przypadek jak byłem na zlocie w Toruniu w 1985 roku.

D7C3.tmp

Dopiero jak wracaliśmy z baru do namiotów na zasłużony odpoczynek usłyszeliśmy między motorami jakieś przekleństwa i jęki i jak podeszliśmy bliżej żeby sprawdzić kto to buszuje między naszymi motorami to okazało się że to biedny Maniek wpadł w pułapkę i całe szczęście że te motory miały „Gmole” i nie został przygnieciony.
Ale na zlotach przeżywaliśmy już bardzo różne przygody i przynajmniej nie było nam nudno. Po piątkowych przygodach w sobotę nic już się nie działo i na przemian siedzieliśmy przed namiotem albo w barze i wtedy po południu na teren zlotu wjechał motocykl JUNAK, tylko że warkot jego silnika był jakiś inny i nie przypominał warkotu oryginalnego silnika. Sądziliśmy, że ktoś w ramę JUNAKA wmontował silnik od innego motoru i powstała „Wydumka”. Ten motor zaciekawił nas więc podeszliśmy bliżej żeby zobaczyć od jakiego motoru został wmontowany silnik do tej maszyny i okazało się, że w tym motocyklu jest oryginalny silnik od JUNAKA tylko bardzo mocno przerobiony, co widać na tych załączonych zdjęciach, a które zdobyłem przez przypadek jak byłem na zlocie w Toruniu. Silnik tego motocykla posiadał dwa cylindry w układzie V które pochodziły z oryginalnego silnika tak samo jak głowice i reszta całego osprzętu jak gaźniki, iskrowniki. Jeśli chodzi o blok tego nietypowego silnika to został on poważnie przerobiony, albo całkowicie od nowa odlany i obrobiony żeby zamontować w nim drugi cylinder, a skrzynia biegów zamontowana była osobno za silnikiem i pochodziła od jakiegoś angielskiego motocykla tylko nie pamiętam od jakiego. Na tych dwóch zdjęciach które zamieściłem do tego opisu widać wyraźnie, że człowiek który stworzył tę konstrukcję musiał się dobrze napracować, bo to nie było takie łatwe dokonać takiej przeróbki ponieważ oprócz bloku został przerobiony wał korbowy cały rozrząd i układ smarowania silnika. Ten chłopak podejmując się takich przeróbek musiał mieć dostęp do odpowiednich maszyn, albo jakieś znajomości bo w zwykłym garażu na pewno by tego nie zrobił. Z rejestracji motocykla wynikało że ten chłopak przyjechał z Poznania i podczas rozmowy z nim okazało się że pracował w słynnych zakładach metalowych im. Hipolita Cegielskiego gdzie produkowane były silniki okrętowe i lokomotywy. W zakładach tych on pracował na wydziale narzędziowym gdzie miał dostęp do różnych maszyn więc miał idealne warunki do tego typu prac. Chłopak ten jakieś dwa lata temu wpadł na pomysł żeby przerobić silnik w swoim JUNAKU na dwucylindrowy i przy pomocy kolegów z tego zakładu dokonał takiej przeróbki która właśnie zajęła mu dwa lata i efekt jego pracy wyszedł zajebisty co widać na zdjęciach. Rozmawiając z tym chłopakiem chcieliśmy dowiedzieć się o jego osiągach to odpowiedział nam że to jest jego drugi dalszy wyjazd i jeszcze tego nie sprawdzał, a druga sprawa to wszystko było jeszcze świeże więc nie chciał ryzykować, ale odejście było lepsze i Ja się wcale nie dziwiłem.

EF66.tmp

Oprócz tego pięknego JUNAKA który bardzo mi się podobał to były jeszcze dwa dziwne motocykle które też były zrobione na bazie motocykla JUNAK i miały po dwa silniki które ustawione były jeden za drugim co widać na tym zdjęciu które zamieściłem. Ale te „Wydumki” mimo że były całe w chromach i pięknie odpicowane nie podobały mi się wcale. W sobotę wieczorem jak na każdym zlocie na zakończenie balanga mniejsza lub większa i tym razem Maniek już nie wędrował po placu w poszukiwaniu wrażeń i był cały czas pod naszą opieką. Po zakończeniu zlotu w niedzielę miałem zamiar wyjechać w miarę wcześnie ponieważ zapowiadał się upalny dzień, a w moim silniku zamontowany był nowy tłok i bałem się jechać w taki upał.
Ale tak wyszło że po sobotniej balandze wstaliśmy później i musieliśmy powoli dojść do siebie i dlatego w drogę powrotną do Warszawy wyjechaliśmy dopiero około południa i mimo tego upalnego dnia z moim silnikiem nic się nie działo i do domu dojechałem bez żadnych problemów. Tak się złożyło że to był wyjątek kiedy po powrocie nie odwiedziłem „Jagusi” ponieważ z tego zlotu wróciłem na styk pusty jak gwizdek bo sporo pieniędzy miałem zablokowanych w służbowych rozliczeniach i te odzyskam dopiero w poniedziałek.
Po zlocie w Lubaszu wypadał jeszcze jeden zlot o którym było wiadomo i miał odbyć się w Toruniu za miesiąc czyli na początku września i jak się później okaże ten zlot będzie moim ostatnim zlotem w tym sezonie.

Zlot Toruń rok 1985

Wyjeżdżając na zloty zawsze staraliśmy się w miarę możliwości jechać razem bo to było raźniej i w razie problemów na drodze to jeden drugiemu zawsze pomoże, ale tak w życiu bywa że czasami komuś z nas może coś wypaść nagłego. Więc tydzień przed wyjazdem na zlot umawialiśmy się co do wspólnego wyjazdu na zlot do Torunia i w planach był piątek po południu ponieważ tam nie było daleko około 215-stu km z Warszawy.

To jest zdjęcie znaczka ze zlotu w Toruniu, który odbył się w dniach 7-9 września 1985 roku na który dojechałem innym środkiem lokomocji.

To jest zdjęcie znaczka ze zlotu w Toruniu, który odbył się w dniach 7-9 września 1985 roku na który dojechałem innym środkiem lokomocji.

Chłopaki znali charakter mojej pracy więc uprzedzałem ich że mogę nie wrócić w terminie z delegacji bo wyjeżdżając z bazy znałem grafik napraw i miejsc gdzie są zgłoszone, ale czasami dochodzą nowe zlecenia które trzeba załatwić w drodze powrotnej. Tak jak przypuszczałem z tej delegacji wróciłem w piątek w nocy więc w sobotę swobodnie mogłem pojechać na następny zlot. Chłopaki pojechali w piątek po południu tak jak to było wcześniej zaplanowane, a Ja znowu na zlot będę jechał samotnie i na to nic nie mogłem poradzić bo do tych samotnych wyjazdów byłem już przyzwyczajony. Tak jak wcześniej wspomniałem ten zlot okazał się dla mnie ostatnim wyjazdem w tym sezonie z powodu poważnej awarii która uziemiła mój motocykl na amen. Nie licząc symbolicznego zakończenia sezonu na Ursynowie to zlot w Toruniu kończył sezon i gdyby nie ta awaria to można byłoby jeszcze pojeździć ponieważ pogoda była sprzyjająca do jazdy motorem. Przez te wszystkie lata jazdy starymi motocyklami różnych marek dopadło mnie sporo przeróżnych awarii i prawie wszystkie zostały opisane w tych moich wspomnieniach. Czasami tak się dzieje że niektóre awarie dają znać o sobie w postaci jakiś nietypowych odgłosów dochodzących z silnika lub skrzyni biegów, albo spadają niespodziewanie jak grom z jasnego nieba. Dla ciekawości powiem że były tylko dwa przypadki kiedy z powodu awarii musiałem zostawić motocykl u jakiegoś gospodarza w szopie, a pozostałe awarie nawet te bardzo poważne udało mi się naprawić na miejscu i pojechać dalej. A takich awarii poważnych było kilka jak na przykład naprawa prądnicy w TRIUMPHIE podczas drogi na zlot do Wolsztyna w 1973 roku, albo naprawa sprzęgła w motocyklu M-72 w centrum Dęblina w 1975 roku co było już opisywane.
Pierwszy przypadek kiedy zmuszony byłem pozostawić motocykl w stodole przytrafił mi się podczas powrotu ze zlotu w Olsztynie w 1976 roku kiedy w moim motocyklu BMW padł iskrownik i nie było możliwości naprawy jego na miejscu. Teraz też podczas tego wyjazdu do Torunia doszło do poważnej awarii mojego motocykla po której musiałem pozostawić u kogoś bo tej awarii nie byłem w stanie naprawić na miejscu w żaden sposób.

To jest zdjęcie trójkołowca, który został zrobiony na płycie podłogowej FIATA-126p.

To jest zdjęcie trójkołowca, który został zrobiony na płycie podłogowej FIATA-126p.

Pogoda była wspaniała więc nie śpiesząc się jechałem sobie w granicach 80÷90 km/h. Myślałem, że niedługo będę na miejscu i spotkam się z chłopakami na piwie. Ale niestety do tego nie doszło, ponieważ dopadła mój motor wspomniana wcześniej awaria prawie przed samym Toruniem. Jadąc tak sobie motor nagle stracił ciąg mimo że
silnika nadal pracował co było bardzo dziwne, a spod dekla sprzęgła było słychać dziwne odgłosy mielenia się metalu i nie miałem pojęcia jaka była tego przyczyna. Po zatrzymaniu się najpierw zapaliłem papierosa żeby pomyśleć co dalej z tym fantem zrobić.
Po odpoczynku chciałem ponownie odpalić silnik żeby jeszcze raz posłuchać tych dziwnych dźwięków, ale okazało się że kopniak nie obracał wału korbowego to już wiedziałem że nie ma przeniesienia napędu z silnika na skrzynie biegów tylko nie wiedziałem dlaczego.
Teraz żeby przekonać się co padło i jaka jest przyczyna braku napędu to musiałem wymontować dekiel zakrywający sprzęgło co w tym motocyklu nie było trudne, tylko musiałem położyć motor na boku żeby olej ze skrzyni nie wylał się na jezdnie.
Do zdejmowania dekla sprzęgłowego na drodze nie byłem przygotowany i zadowolony byłem że uszczelka z pod dekla nie została porwana tylko to co zobaczyłem pod deklem to już mnie nie cieszyło i byłem wręcz wkurwiony. To co zobaczyłem po wymontowaniu dekla przedstawiało totalny obraz zniszczenia ponieważ łańcuch, który łączył silnik ze skrzynią biegów praktycznie przestał istnieć i pozostała tylko kupa zmielonego metalu po rolkach z ogniw które rozleciały się nie wiadomo dlaczego i dalsza jazda w tym stanie była niemożliwa. Po tym bardzo niemiłym odkryciu ponownie papieros w gębę i intensywne myślenie co teraz zrobić z motocyklem bo naprawić go tutaj na miejscu nie miałem żadnej możliwości i inne pomysły nie przychodziły mi do głowy. Teraz po 30 latach jak siedzę sobie w wygodnym fotelu opisując przeżyte przygody to człowiek analizuje pewne sprawy i doszedłem do wniosku że było bardzo proste rozwiązanie z tej trudnej sytuacji. Wystarczyło pojechać do Torunia i w sklepie z częściami do motocykli kupić nowy łańcuch sprzęgłowy od motocykla JAWA-350 który posiadał ten sam rozmiar czyli 3/8 ˝ jak w moim motocyklu i mimo uszkodzonych kół zębatych jakoś do domu bym dojechał tylko że wtedy byłem w dużym stresie i dlatego taki pomysł nie wpadł mi do głowy, a szkoda. Kiedy przekonałem się że teraz i tutaj nic nie jestem w stanie zdziałać to poskładałem wszystko do kupy i zastanawiałem się w którą stronę mam pchać motor ponieważ stałem w szczerym polu między miejscowościami. Po tej awarii nie miałem pojęcia jak daleko jest do Torunia bo z tego wszystkiego nie zapamiętałem licznika przed wyjazdem z Warszawy i nie wiedziałem też jak daleko może być do najbliższej miejscowości, a wracać się nie miałem zamiaru bo to nie było w moim stylu. Po namyśle postanowiłem pchać motor w kierunku Torunia bo to jakby nie było przybliżało mnie do celu. Po jakimś czasie okazało się, że wybrałem dobry kierunek bo za zakrętem widać było zabudowania jakiejś miejscowości. Ta miejscowość do której dopchałem motor nosiła nazwę Steklin i od miejsca awarii było około dwóch kilometrów. Motor postanowiłem zostawić u pierwszego lepszego gospodarza w centralnej części tej miejscowości naprzeciwko przystanku autobusowego. Tylko razem z motocyklem musiałem zostawić swój największy bagaż czyli cały sprzęt do spania i zabrałem tylko kask który mógł mi się przydać i do plecaka zapakowałem koc który nie był ciężki i zmieścił się, bo nie miałem pojęcia jak na tym zlocie będzie ze spaniem. Po spisaniu sobie dokładnego adresu gospodarza żebym wiedział gdzie mam przyjechać po motor bo na razie nie wiedziałem kiedy może to nastąpić udałem się na przystanek ponieważ teraz najbardziej interesowało mnie jak najszybciej znaleźć się na zlocie wśród kolegów. Od gospodarza dowiedziałem się że do Torunia jest niecałe 35 km, a więc nie było daleko. Na przystanku małe rozczarowanie – ponieważ rozkład jazdy był nieczytelny i nie wiedziałem kiedy mam najbliższy autobus do Torunia, ale obok przystanku był sklep więc w nim dowiedziałem się że najbliższy autobus będzie za jakieś 45 minut to postanowiłem ten czas wykorzystać i oczekując na autobus napić się piwa. Próbowałem zatrzymać jakąś okazje, ale niestety bezskutecznie.
Popijając piwo przed sklepem usłyszałem warkot motocykli, ale jechały tak szybko że nie zobaczyłem skąd były te motory i kto na nich jechał. Domyślałem się, że jeżeli jechały w kierunku Torunia to na pewno podążali też na zlot.
Zdążyłem wypić piwo kiedy nadjechał autobus i po półgodzinie dojechałem do Torunia tylko miałem mały problem bo nie miałem pojęcia w którym miejscu mam wysiąść żeby dojść do miejsca zlotu.
Jadąc autobusem przez boczną szybę trudno było mi wypatrzyć znaki kierunkowe na teren zlotu, bo gdybym jechał motorem to na pewno bym takie znaki zobaczył, a nie znając miasta postanowiłem pojechać do przystanku końcowego który był przy dworcu kolejowym i tam dowiedzieć gdzie znajduje się zlot motocyklowy.
Po wyjściu z autobusu od przechodniów nic się nie dowiedziałem, ale zobaczyłem dwa stare motocykle podążające na zlot więc udałem się w tamtym kierunku i po jakimś czasie zobaczyłem znak kierunkowy z napisem „Zlot 500 m” i gdybym ten znak zobaczył z autobusu to wysiadłbym wcześniej i nie nachodziłbym się tak.
Wreszcie po wielu trudach dotarłem do miejsca w którym zorganizowany był ten zlot i zobaczyłem że na tym terenie oprócz motocykli było duże miasteczko wielkich wojskowych namiotów podobnych do takich jakie były trzy lata temu na zlocie w Lubaszu w 1983 roku. Miasteczko to ustawione było na terenie dużego campingu który był w samym centrum miasta i pomyślałem że może z noclegiem nie będzie tak źle i jakoś tą jedną noc uda się przekimać w normalnych warunkach i nie grozi mi spanie pod drzewem jak zając. Jak dochodziłem do recepcji to z baru który był obok zauważyli mnie chłopaki Maniek Nagawski „Rura wydechowa” i bracia Nadolni Marek i Andrzej i byli bardzo zdziwieni że jestem na piechotę i co stało się z moją JAWĄ. Po rejestracji dołączyłem do nich i przy piwie powiedziałem że mój motor dopadła poważna awaria i nie byłem w stanie jej usunąć na miejscu i zmuszony byłem zostawić motor u chłopa w szopie przed Toruniem, a sprawdzanie przyczyny oraz pchanie motoru zajęło mi sporo czasu więc połowa pięknej soboty poszła się jebać. Przy rejestracji okazało się że mogę skorzystać z miejsca noclegowego w jednym z tych dużych namiotów i z tego byłem bardzo zadowolony, a chłopaki powiedzieli mi do którego namiotu mam pójść żeby zostawić swoje rzeczy. Tych namiotów było naprawdę dużo i organizatorzy ponumerowali je i każda grupa spała w innym namiocie i tak na przykład Gdańsk nocował w namiocie nr 1, Olsztyn w namiocie nr 2 i tak dalej tylko dzisiaj nie pamiętam który numer posiadał namiot w którym zakwaterowana była grupa Warszawy i okolic. Najciekawsze było to że w tych namiotach poustawiane były łóżka polowe z poduszkami i kocami jak na żadnym zlocie więc spanie było luksus jak w letnim hotelu. Po zostawieniu klamotów w namiocie powróciłem do chłopaków do baru napić się piwa.

W tamtych latach była moda na robienie własnych konstrukcji, albo w ramę typowego motocykla wkładano różne silniki samochodowe. Na tym zdjęciu jest przykład typowej „Wydumki”: motor zrobiony od podstaw z silnikiem FORDA V-4 1,7. Zdjęcie to zrobiłem w 2010 roku w Modlinie.

W tamtych latach była moda na robienie własnych konstrukcji, albo w ramę typowego motocykla wkładano różne silniki samochodowe. Na tym zdjęciu jest przykład typowej „Wydumki”: motor zrobiony od podstaw z silnikiem FORDA V-4 1,7. Zdjęcie to zrobiłem w 2010 roku w Modlinie.

Wspomnę że w tamtych latach była moda na tworzenie, a w śród nich był trójkołowiec zrobiony na bazie FIATA-126p co widać na zdjęciu które zamieściłem do tego opisu. W klubie „Weteran” też kilku kolegów robiło podobne konstrukcje tak jak mój kolega Zbyszek Bożęcki „Filon” w ramę motocykla ZÜNDAPP zamontował silnik od samochodu SYRENA i ten jego sprzęt ganiał tak jakby diabeł go gonił.
Na tym zlocie ognisko nie było organizowane z powodu braku na nie miejsca, ale organizatorzy zagwarantowali nam rozrywkę innego typy bo urządzili pokaz na video filmów o tematyce motocyklowej takie jak „Easy Rider”, „Mad Max”, albo „Znikający punkt” i inne filmy, ale dokładnie nie pamiętam jakie i jeżeli komuś nie odpowiadał ten pokaz to siedział w barze, albo namiocie.
Dopóki trwała zabawa nie martwiłem się o powrót z tego zlotu ponieważ z Torunia było do Warszawy bardzo dobre i bezpośrednie połączenie kolejowe i mogłem z niego w każdej chwili skorzystać. Po zakończonym pokazie filmów bar też był już zamknięty więc cała zabawa przeniosła się do namiotu bo spać nam się jeszcze nie chciało i bawiliśmy się prawie do rana. W tym samym namiocie nocowali też chłopaki którzy przyjechali na ten zlot z Nowego Dworu Maz. w małej grupie dwóch motocykli M-72 i samochodu FIAT-126p w którym mieli wolne jedno miejsce więc dogadałem się z nimi że mnie zabiorą w drodze powrotnej po zlocie.
A z Nowego Dworu do Warszawy miałem już niedaleko tylko przysłowiowy rzut beretem ponieważ kursowały pociągi podmiejskie z Nasielska i zatrzymywały się niektóre pociągi osobowe jadące z Olsztyna lub Gdyni. Niedziela zawsze kończy zlot i miłe chwile spędzone z kolegami i czas pożegnać się i oczekiwanie na ponowne spotkanie się na następnym zlocie które nastąpi dopiero w przyszłym sezonie przynajmniej dla mnie. Gdyby były jeszcze w tym sezonie jakieś zloty to Ja niestety nie będę w nich uczestniczył z powodu tej paskudnej awarii, która uziemiła mój motocykl. Napęd sprzęgła w silniku oczywiście zostanie naprawiony podczas zimowego postoju tylko nie wiedziałem jeszcze w jaki sposób to będzie zrobione i jakie będą koszta tej naprawy, ale na pewno nie małe.
Wracamy do sprawy powrotu ze zlotu. Gdzieś około południa wszyscy moi koledzy wyjechali już w drogę powrotną do Warszawy, a ja byłem uwiązany z tymi chłopakami, którzy zgodzili się mnie zabrać w drodze powrotnej. Wspomnienia „Docenta” część setna

Chłopaki z Nowego Dworu wracali trochę później ponieważ załatwiali jeszcze jakieś interesy w Toruniu i zeszło im się.
Z Torunia wyjechaliśmy późnym popołudniem i podczas jazdy martwiłem się czy jak dojedziemy do Nowego Dworu to załapię się na jakiś pociąg do Warszawy bo inaczej czeka mnie koczowanie na dworcu do rana na pierwszy pociąg.
Jak dojechaliśmy wreszcie do Nowego Dworu to chłopaki podwieźli mnie pod sam dworzec i powiedzieli żebym się pospieszył bo za 15 minut będzie ostatni pociąg z Nasielska, a następny dopiero rano.
Po zakupie biletu siedziałem na peronie oczekując na przyjazd pociągu, a miałem zamiar wyskoczyć do baru obok dworca napić się piwa ponieważ mój organizm tego napoju potrzebował , ale bałem się że mogę nie zdążyć więc dałem sobie spokój z tym piwem. W Warszawie byłem późno w nocy i „Jagusia” była już zamknięta, a do sklepu nocnego nie chciało mi się pedałować więc piwa się nie napiłem i zadowolony byłem, że jakoś w nietypowy sposób wróciłem z ostatniego w tym sezonie zlotu. Następnego dnia jak spotkali mnie koledzy z podwórka to zadali mi takie same pytanie co koledzy na zlocie w Toruniu: gdzie podziałem swoją piękną JAWĘ i moja odpowiedź była taka sama, że motor padł i zmuszony byłem go zostawić u jakiegoś przygodnego chłopa w szopie pod Toruniem. T ylko nie wiedziałem kiedy po niego pojadę.
Pogoda była jeszcze wspaniała i szlak mnie trafiał że nie mogę dalej pojeździć, ale tak Bóg chciał i na to nie było siły.
Jak co roku chłopaki z klubu „Kardan” organizowali na Ursynowie symboliczne zakończenie sezonu, a że z Ochoty było niedaleko więc pojechałem tam autobusem i przynajmniej mogłem napić się piwa z niektórymi kolegami którzy podobnie jak Ja byli na tej imprezie bez motocykli.
Wieczorem zakończyliśmy ten dzień w „Jagusi” i rozmawialiśmy o niedawno zakończonym sezonie i myśleliśmy już o sezonie w następnym roku.
Jeśli chodzi o sprawę przywiezienia mojego motocykla którego zostawiłem po awarii pod Toruniem to nie miałem z tym żadnego problemu i były dwa rozwiązania w tym temacie. Gdyby do tej awarii doszło w środku sezonu to zależałoby mi na tym żeby motocykl sprowadzić jak najszybciej i szybko go naprawić, więc skorzystałbym z pomocy kolegi i pojechałbym jego ŻUKIEM. Musiałbym załatwić do niego paliwo, co trochę by kosztowało. Teraz było już po sezonie – więc takiego pośpiechu nie było i mogłem po motor pojechać samochodem służbowym. Nic by mnie to nie kosztowało tylko musiałem poczekać jak będzie jakiś wyjazd w tamtym kierunku. Tak jak wcześniej wspominałem nadal pracowałem w Przedsiębiorstwie Geodezyjnym i nadal jeździłem na pogotowiu technicznym po całym kraju naprawiając te zdezelowane samochody służbowe.
2A29.tmp C2D4.tmp

Na tych zdjęciach zamieściłem wizerunki samochodów jakie jeździły w moim przedsiębiorstwie, które naprawiałem wielokrotnie. Na pierwszym zdjęciu GAZ-63, który produkowany był w latach 1948-68 i u nas jeździł jako dłużyca do wyboru drewna, a najmłodszy był z 1965 roku. Na drugim zdjęciu jest UAZ-469 B i produkowany był w latach 1972-2007, a więc niektóre z nich niebyły tak stare i tego typu samochodów było ponad 50 sztuk więc było co robić przy nich na okrągło.

A było co naprawiać ponieważ prawie cały park maszynowy w tym przedsiębiorstwie stanowiły samochody marki UAZ-469 i UAZ-452 kilka ŻUKÓW i NYS oraz kilka samochodów marki GAZ-63 pamiętających lata 60-te i STAR-660. Było kilka całkiem nowych samochodów takich jak ROBUR z napędem 4×4 oraz STAR 244 i 266 które miały zastąpić stare samochody GAZ-63, ale mimo że były nowe to przy nich było więcej roboty ponieważ firma kupiła je za pół ceny jako odrzucone z eksportu i wiecznie coś w nich dolegało. Między jedną a drugą delegacją była wizyta w biurze dyrekcji, rozliczanie się z wcześniejszych wyjazdów i pobranie zaliczki na następny wyjazd. Podczas rozliczenia spotkałem znajomego dysponenta i zapytałem się gdzie aktualnie przebywa bo mam do niego prywatną sprawę.
Okazało się że on też rozlicza się z jednej roboty i przenosi cały zespół z pod Olsztyna gdzieś w okolice Grudziądza albo Malborka, a do tych miast droga biegła właśnie przez Toruń i to mi pasowało.
Podczas krótkiej rozmowy z nim powiedziałem jemu że potrzebny mi jest wyjazd w tym kierunku bo mam sprawę do załatwienia a okolicach Torunia i jakby mógł zgłosić jakąś awarie żeby był pretekst do wyjazdu i obiecał, że mi pomoże.
Po tygodniu jest zgłoszenie awarii z Malborka dotyczące niesprawnego rozrusznika i wiedziałem że to jest lipne zgłoszenie, które podał znajomy dysponent żebym mógł załatwić swoją sprawę. Ten chłopak postarał się i nie zapomniał o mnie. Akurat w tym tygodniu wypadała nasza zmiana wyjazdów w północne rejony i z tego faktu byłem bardzo zadowolony. Układając grafik kolejności zgłoszeń tak zaplanowaliśmy trasę żeby Malbork załatwić na samym końcu i po robocie w drodze powrotnej jechać bezpośrednio przez Toruń i po drodze zabrać swój motor. Trasa w którą mieliśmy jechać była naprawdę ciekawa bo najdalsze zgłoszenie było ze Słupska, kilka w okolicach Gdańska i ostatnie we wspomnianym Malborku. Po załatwieniu wszystkich zleceń pojechaliśmy do Malborka, ale kiedy tam dojechaliśmy było już za późno żeby brać się za jakąś robotę więc załatwiliśmy sobie nocleg w tym samym hotelu co mieszkali geodeci i zrobiliśmy sobie porządną kolację. Oczywiście głównym sponsorem byłem ja. Następnego dnia z samego rana zabieram się za wymianę rozrusznika, bo mimo że zgłoszenie było lipne to nie mogłem z nowym rozrusznikiem wrócić na bazę tylko musiałem mieć stary na zdanie do naprawy. Wtedy kierowca powiedział, że będziemy zmieniali rozrusznik, ale nie w jego samochodzie. Obok hotelu był postój taksówek i jeden kierowca jeździł samochodem WOŁGA GAZ-24. Wiedział, że cały osprzęt silnika jest taki sam jak od UAZA więc dogadał się z geodetami żeby załatwili jemu nowy rozrusznik i dlatego było to zgłoszenie.
I tym sposobem ja miałem rozrusznik na zdanie, taksówkarz miał zamontowany nowy rozrusznik za małe pieniądze, a przy okazji wpadło nam parę dodatkowych złotych i przynajmniej wydatek za wczorajszą kolację zwrócił się i jeszcze trochę z tego zostało. Jak zwykle po zakończeniu ostatniego zlecenia przed powrotem musieliśmy kontaktować się z bazą czy przez ten tydzień nie doszły jakieś nowe zlecenia do załatwienia po drodze lub w okolicy. Dzwoniąc z poczty do bazy myślałem tylko żeby nie było jakiegoś zlecenia gdzieś w okolicach Augustowa, bo to byłby prawdziwy pech, a nie raz tak było, że ze Śląska kazano nam jechać do Zielonej Góry. Po telefonie okazało się że doszło nam jedno dodatkowe zlecenie, ale na szczęście było ono zgłoszone w samym Toruniu więc było po trasie naszego powrotu do Warszawy, tylko żeby załatwić tą awarie musieliśmy zanocować ponieważ w tym samochodzie co był do naprawy trzeba było wymienić sprzęgło. Po załatwieniu tego dodatkowego zlecenia pojechaliśmy już bez żadnych problemów prosto do Warszawy i po drodze wreszcie zabrałem swój motor, który stał u tego gospodarza prawie ponad miesiąc i on myślał że o nim zapomniałem. Po powrocie z Torunia moja JAWA wreszcie ląduje w piwnicy, ale na razie nie było czasu żeby rozmontować uszkodzony napęd sprzęgła do naprawy i jak na razie nie było takiego pośpiechu w tym temacie, a w niedziele mi się nie chciało. Do rozpoczęcia nowego sezonu była jeszcze cała zima i z naprawą napędu sprzęgła powinienem się wyrobić przez ten czas tylko zastanawiałem się skąd wezmę części do jego naprawy. Do końca roku znalazłem czas i wymontowałem tylko cały napęd razem ze sprzęgłem co mogłem zrobić bez wyjmowania silnika z ramy ponieważ po zdjęciu dekla do wszystkiego był dostęp i to było na tyle w tym roku.

Rok 1986
Naprawa napędu sprzęgła w motocyklu JAWA-500 ohc

Ja jak co roku bawiłem się z kolegami w męskim towarzystwie na skromnym sylwestrze, bo żadnej pani nie miałem i po tych małych baletach sylwestrowych nadszedł czas zabrać się za jakąś robotę tym bardziej, że była okazja ponieważ ostra zima przerwała prace niektórym zespołom i w związku z tym liczba wyjazdów w teren zmniejszyła się znacznie. Całe popołudnia po pracy siedziałem w piwnicy i chlałem z kolegami piwo – bo na razie nic nie mogłem zrobić. Najprostszym sposobem naprawy byłoby zdobyć gdzieś drugie części i je wymienić, ale już wspominałem, że łatwiej było zdobyć części do motocykla HARLEY niż do tego modelu JAWY, a potrzebny był kompletny napęd sprzęgła: czyli zębatka na wał korbowy, zębatka na kosz sprzęgła lub cały kosz i nowy łańcuch sprzęgłowy z którym nie było problemu ponieważ jego rozmiar był taki sam jak we wszystkich JAWACH czyli 3/8˝. Przypomniało mi się że w notesie miałem adres kolegów z Czechosłowacji który zostawili mi jak byłem na zlocie w Złotoryi w 1984 roku i mogłem do nich napisać z zapytaniem o potrzebne mi części, ale podejrzewam że cała ta sprawa z załatwianiem tych części trwałaby bardzo długo więc ten sposób zdobycia części też odpadał. Teraz na zdobycie potrzebnych mi części miałem dwa rozwiązania jedno spróbować doprać coś od innego motocykla, a drugie to dorabianie całkiem nowych zębatek. Po odbiorze premii kwartalnej mając kasę mogłem pojechać do znajomego mi sklepu z myślą że coś dobiorę od innego modelu JAWY lub od innego motocykla tak jak w 1973 roku kupiłem regulator napięcia od JAWY-350 który pasował do mojego TRIUMPHA-350 który był z 1936 roku. W sklepie czekało mnie rozczarowanie, ponieważ tylko jedna część pasowała i to połowicznie ponieważ owszem ta zębatka miała taką samą średnice i liczbę zębów tylko posiadała inne mocowanie do wału korbowego, ale to było już coś i dlatego postanowiłem ją kupić i przerobić ją. Temat przerabiania zębatek już przechodziłem mając HARLEYA i dobrze był mi znany kiedy to z dwóch zębatek robiło się jedną polegało to na tym, że z zębatki która miała wycięte zęby wykorzystywało się piastę, a z nowej zębatki od JUNAKA – bo ta posiadała taki sam moduł zęba jak w HARLEYU – wykorzystywało się wieniec zębaty i po połączeniu tych dwóch elementów miało się właściwą nową zębatkę i to było dużo tańsze od dorobienia całkiem nowej zębatki od podstaw. Tą zębatkę kupioną w sklepie postanowiłem przerobić w ten sam sposób jak przerabiałem poprzednie zębatki, ale był problem, ponieważ wieniec zębaty na kosz sprzęgłowy nie pasował od żadnego modelu JAWY, ani od żadnego innego motocykla. Nie mając innego wyjścia zmuszony byłem dorobić nowy wieniec. Przypomniało mi się o Marku de Nisau, który nadal pracował w tym samym miejscu, w którym dorabiał do mojego motocykla części do montażu aparatu zapłonowego od FIATA-126p i wiedziałem że w tym temacie też mi pomoże. W tym przypadku jadąc do niego nie robiłem żadnych rysunków technicznych, ponieważ nie miałem pojęcia jak je zwymiarować i po prostu zabrałem stary wieniec, żeby frezer sam po swojemu porobił odpowiednie pomiary według oryginalnego wieńca do kompletu. Zabrałem też nową zębatkę na wał korbowy do przeróbki i żeby miał wzór nowego zęba bo ta na koszu była prawie łysa. Wybierając się do Marka oprócz tych części do dorobienia zabrałem ze sobą jak poprzednim razem butelkę 0,7 żeby nam się lepiej rozmawiało i kurczaka do upieczenia na zakąskę. Teraz interesowało mnie ile będzie kosztowała cała ta zabawa w dorabianie części, ale innego wyjścia nie miałem żeby mieć motor sprawny w następnym sezonie. Po dwóch tygodniach wszystkie elementy do napędu sprzęgła były gotowe do odbioru i jadąc do Marka po ich odbiór wiedziałem, że znowu będzie okazja napić się z nim więc zaopatrzyłem się w taki sam zestaw obiadowy jak poprzednio. Pojechałem na Jelonki i jak Marek pokazał mi dorobione elementy to wyglądały wspaniale. Marek nawet przynitował nowy wieniec do kosza sprzęgłowego, bo ja z tym bym sobie nie poradził. Teraz mogłem zająć się składaniem napędu, ale do kompletu brakowało mi nowego łańcucha, który bez problemu mogłem dostać w sklepie z tą różnicą, że łańcuch oryginalny od JAWY-350 był do mojego motoru za krótki i dlatego musiałem kupić dwa łańcuchy i z nich według starego zmontować taki jaki miał być. Podczas montażu też wyszedł mały problem na który nie miałem żadnego wpływu, a mianowicie łańcuch ciężko wchodził na dorobioną zębatkę i montując koła ledwo wsunąłem na wałki, a po zamontowaniu wszystkiego łańcuch napięty był jak struna, a powinien mieć jakiś nieduży zwis żeby luźno toczył się po kołach.
Ale pomyślałem że wszystko jest teraz nowe i po odpaleniu silnika wszystko jakoś ułoży się i dojdzie do normy.

Rozpoczęcie nowego sezonu motocyklowego rok 1986 i ostatni mój zlot na motocyklu – Lubasz rok 1986

Zrobiło się ciepło i nareszcie nadszedł czas wystawienia motoru z piwnicy na światło dzienne po zimowym postoju i tym samym rozpoczął się dla mnie nowy i ostatni sezon motocyklowy w mojej karierze. Ale teraz interesowała mnie tylko jedna sprawa jak będzie spisywał się mój nowo dorobiony napęd sprzęgła i domyślałem się że na początku jego praca może bardzo głośna ponieważ tak jak wspomniałem wszystko było spasowane na styk bez żadnego luzu. Tak jak było do przewidzenia po odpaleniu silnika pracował bardzo głośno tak jakby coś mieliło się pod deklem, ale tragedii nie było.

To jest zdjęcie znaczka z mojego ostatniego zlotu jaki zaliczyłem na motocyklu w Lubaszu w 1986 roku.

To jest zdjęcie znaczka z mojego ostatniego zlotu jaki zaliczyłem na motocyklu w Lubaszu w 1986 roku.

Na pierwszą dalszą przejażdżkę wybrałem się na coroczne otwarcie sezonu które od kilku lat organizowali chłopaki z klubu „Kardan” i ta impreza była zorganizowana na terenie uczelni SGGW na Ursynowie. Po powrocie z tej krótkiej imprezy postanowiłem dokonać pierwszej odsłony i sprawdzić co tam pod deklem się dzieje i jak to wygląda. Po wymontowaniu dekla sprawa była jasna dorobiony wieniec docierał się ponieważ w oleju było pełno drobnych opiłków z metalu i było tego sporo tak że kolor oleju przybrał srebrną barwę, ale jedno mnie cieszyło ponieważ łańcuch nie był już tak napięty jak po zamontowaniu.
Olej z tymi opiłkami nadawał się bezwzględnie do wymiany ponieważ ten olej smarował również skrzynie biegów i nie miałem zamiaru zniszczyć nowych łożysk i narobić większego bałaganu, a druga sprawa ten olej nic mnie nie kosztował ponieważ w pracy miałem go pod dostatkiem bo nie stosowałem jakiegoś specjalnego tylko Hipol F-15 który był najczęściej stosowany jako olej przekładniowy. Mając zdjęty dekiel przed nalaniem świeżego oleju to profilaktycznie przepłukałem całą komorę z pozostałości po opiłkach.
Tak się złożyło że ten sezon był moim ostatnim sezonem w mojej karierze i w tym sezonie zaliczyłem tylko jeden zlot który też okazał się ostatnim moim zlotem. Ten ostatni mój zlot na który pojechałem odbywał się w Lubaszu i wyjątkowo zorganizowany był w lipcu, a nie jak poprzednie w sierpniu co widać na zdjęciu znaczka z tego zlotu które zamieściłem. Jeśli chodzi o napęd sprzęgła to było z nim coraz lepiej ponieważ jego praca wyciszyła się znacznie, ale przed wyjazdem na zlot do Lubasza żeby nie mieć żadnych niespodzianek na drodze to postanowiłem jeszcze raz dokonać kontroli łańcucha i ponownie wymienić olej w skrzyni. Po wymontowaniu dekla żadnych niespodzianek nie było. Zwis łańcucha nie powiększył się z czego oczywiście byłem zadowolony i opiłków w oleju była znikoma ilość więc zalałem świeżym olejem skrzynię, założyłem dekiel i więcej nie miałem potrzeby tam zaglądać. Na zlot do Lubasza jechałem z wielką przyjemnością już po raz trzeci i gdyby nie ta paskudna awaria silnika w mojej JAWIE podczas powrotu ze zlotu w Sosnowcu w 1984 roku, byłby to czwarty wyjazd w to wspaniałe miejsce.
Na zlot do Lubasza planowaliśmy pojechać we trzech: ja na JAWIE, „Gruby” na swoim NSU-250 i jakiś jego kolega z Jelonek na motocyklu BMW R-35, ale nie pamiętam jego nazwiska i imienia bo widziałem go tylko raz na tym zlocie.
Jak zwykle w dniu wyjazdu dla „Grubego” ważniejsze były do załatwienia jakieś interesy niż przejechać się z kolegami na łono natury, żeby odpocząć do tego codziennego bałaganu więc do Lubasza pojechałem z tym jego kolegą.
Opisywać wydarzenia na tym zlocie po raz trzeci nie ma sensu ponieważ wszystkie atrakcje były takie same lub podobne jak na poprzednich zlotach w tym miejscu czyli spotkanie ze starymi i nowymi kolegami różne zabawy, konkursy i wygłupy.
Oczywiście najważniejszym elementem każdego zlotu było raczenie się piwem albo jakimś mocniejszym trunkiem podczas wspólnych spotkań przy ognisku.

Ja z kolegą naprawiam swój motocykl podczas powrotu ze zlotu w Lubaszu w 1986 roku. Jakość tego zdjęcia jest taka jak widać.

Ja z kolegą naprawiam swój motocykl podczas powrotu ze zlotu w Lubaszu w 1986 roku. Jakość tego zdjęcia jest taka jak widać.

Teraz po tylu latach nikt nie jest w stanie policzyć ile tego piwa wypiliśmy z kolegami na wszystkich zlotach i nie tylko, ale podejrzewam że na małego TIR-a chyba by się zmieściło i to co wypiłem z nimi to tego nikt mi nie odbierze.
Ale niestety piękne chwile szybko mijają i każdy zlot musi się kiedyś zakończyć nawet jakby trwał cały miesiąc. W niedziele przed południem po pożegnaniu się z kolegami opuszczamy gościnne strony i wyjeżdżamy w drogę powrotną do Warszawy i tym razem jechaliśmy w większej grupie niż przyjechaliśmy ponieważ do Kutna jechali razem z nami ludzie z Łodzi. Przed Kutnem zrobiliśmy sobie mały postój żeby pożegnać się z chłopakami z Łodzi i kiedy chciałem zatrzymać się pękła linka od sprzęgła w mojej JAWIE, ale to nie był żaden problem ponieważ mogłem jechać dalej. W moim motocyklu był mały patent, który umożliwiał zmianę biegów podczas jazdy bez użycia dźwigni sprzęgła na kierownicy, ale był problem ponieważ mogłem z niego korzystać tylko jak motor był w ruchu. Ten patent był bardzo prosty do dźwigni zmiany biegów przymocowana była taka specjalna płetwa która połączona była z wodzikiem sprzęgła i w momencie zmiany biegów w górę lub w dół płetwa ta na chwile rozłączała sprzęgło, ale do ruszenia z miejsca potrzebna była jednak dźwignia na kierownicy. Po pożegnaniu się z Łodzianami żeby ruszyć chłopaki pchnęli mnie i pojechaliśmy dalej w kierunku Warszawy.
Do Warszawy więcej postojów nie robiliśmy i tak dojechaliśmy do pierwszych świateł i tu powstał problem ponieważ tutaj nasze drogi rozchodziły się bo chłopaki skręcali w stronę Jelonek, a Ja dalej sam jechałem w kierunku Ochoty, tylko miałem na motocyklu wysoki bagaż co widać na zdjęciu, który utrudniał mi wskoczenie na motor, a do domu było jeszcze sporo skrzyżowań ze światłami i nie mogłem liczyć że za każdym razem trafie na zielone światło. Wtedy żeby nie pieprzyć się z trudnym skakaniem na motor postanowiłem zrobić to samo co zrobiłem podczas powrotu ze zlotu w Sosnowcu w 1983 roku kiedy to w motocyklu M-72 wykorzystałem linkę od ręcznego hamulca do sprzęgła bo były takie same i tym sposobem mogłem pojechać dalej.

W motocyklach JAWA-500 i JAWA-350 na zbiorniku paliwa zamontowana była stacyjka razem z  amperomierzem.

W motocyklach JAWA-500 i JAWA-350 na zbiorniku paliwa zamontowana była stacyjka
razem z amperomierzem.

Ale to nie był koniec moich problemów podczas powrotu z tego ostatniego zlotu bo dosłownie prawie na jakieś pięć kilometrów przed domem stojąc pod światłami zauważyłem że na amperomierzu strzałka wychylona była na minus co oznaczało że prądnica przestała ładować i tylko nie miałem pojęcia dlaczego, a przyczyn mogło być kilka. Teraz na drodze nie miałem zamiaru do niej zaglądać bo i tak nic bym przy niej nie zrobił, a mając naładowany akumulator to mogłem na nim przejechać kilkanaście kilometrów tym bardziej że wtedy nie było obowiązku jazdy na światłach przez całą dobę. Po powrocie do domu z ostatniego zlotu też od razu nie rwałem się z szukaniem przyczyny tej awarii i żeby nie psuć reszty pięknego dnia rozpakowałem motor i poszedłem z kolegami na piwo w znajome miejsce żeby odpocząć po podróży. W poniedziałek po pracy zajrzałem przez dekielek pod którym był dostęp do przerywaczy w oryginalnym aparacie zapłonowym i stwierdziłem że wałek w prądnicy nie obraca się. A jeżeli nie obraca się to prądnica nie będzie pracować. Teraz był następny etap szukania przyczyny dlaczego wałek nie obraca się. Cały napęd prądnicy znajdował się pod deklem rozrządu i żeby sprawdzić co się stało musiałem wymontować ten dekiel. Po wymontowaniu dekla sprawa była jasna – w moim motocyklu doszło do identycznej awarii jaka dopadła mojego kolegę Wojtka Malanowskiego w jego motocyklu CALTHORPE-500 jak jechaliśmy na mój zlot do Kamieńczyka w 1975 roku i ten temat był opisywany wcześniej.
Teraz mając cały napęd przed oczami jak na patelni zobaczyłem że nakrętka trzymająca koło na wałku prądnicy z niewiadomych dla mnie przyczyn była luźna i dlatego doszło do zerwania klina który ustalał koło względem wałka.
Tym razem nie musiałem szukać jakiegoś sklepu żeby zdobyć nowe kliny ponieważ w piwnicy miałem ich cały arsenał różnych rozmiarów i najważniejsze było to że nie musiałem korzystać z pilniczka do paznokci jak to miało miejsce w tamtym przypadku. Ale z jednego byłem zadowolony że aparat zapłonowy miałem zamontowany w głowicy bo gdybym nadal korzystał z oryginalnego aparatu zamontowanego na końcu prądnicy to ta awaria unieruchomiłaby mój motor i do domu musiałbym go pchać. Dłużej trwało szukanie przyczyny niż jej naprawa i po usunięciu tej awarii motocykl ponownie był sprawny i w tym roku zaliczyłem jeszcze tylko zakończenie sezonu które od kilku lat organizowane było przez klub „Kardan” na Ursynowie o czym była już wspominałem.
Po tym zakończeniu sezonu dopóki pogoda na to pozwalała to jeździłem motorem do pracy albo do Karczewa jak miałem z Włodkiem jakąś partaninę i wreszcie motor powędrował do piwnicy, ale nie planowałem go rozbierać ponieważ wszystko było w nim sprawne. Tym motorem mogłem w przyszłym sezonie zaliczyć jeszcze kilka wspaniałych zlotów, ale moje sprawy prywatne potoczyły się trochę inaczej i musiałem podjąć trudną decyzje o sprzedaży motoru.

Zakończenie mojej jazdy na starych motorach

Dzisiaj po tylu latach nie jestem w stanie powiedzieć jaki był powód zaprzestania jazdy na starych motorach i decyzja o sprzedaży JAWY, ale na pewno spowodowane to było ciężką chorobą mojego ojca która nasiliła się jeszcze bardziej po wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu co miało miejsce w kwietniu tego roku i wtedy wiedzieliśmy że ojciec ma raka i niestety ojciec w grudniu zmarł, a ja po jego śmierci musiałem pomóc matce która też była schorowana. Jeszcze podczas jego choroby jak żył i leżał w szpitali to ograniczyłem swoje wyjazdy w teren żeby więcej czasu poświęcić matce i podjąłem trudną decyzje żeby sprzedać motor i kupić za to byle jaki samochód bo odwiedzając prawie codziennie ojca w szpitalu matce trudno było poruszać się autobusami, a na motor nie mogłem jej zabrać. Zakończenie sezonu na Ursynowie było moją ostatnią imprezą motocyklową w której brałem udział i na tym spotkaniu razem z „Grubym” spotkałem ponownie człowieka z Muzeum Techniki z działu motoryzacyjnego który kiedyś pomagał mi przy zarejestrowaniu motocykla TRIUMPH-350 na który nie miałem żadnych dokumentów, a później też pomagał mi przy w takiej samej sprawie podczas rejestracji HARLEYA na którego również nie miałem żadnych papierów. „Gruby” wiedział że mam zamiar sprzedać swoją JAWE, a ten człowiek zaproponował mi żebym sprzedał ten motor do Muzeum Techniki jako eksponat bo takiego modelu JAWY nie mają w swoich zbiorach.

8E90.tmp

B095.tmp
Zabytkowa fabryka Norblina na ul. Żelaznej 17 róg Prostej gdzie znajdowały się w latach 80-tych centralne magazyny Muzeum Techniki i to do tego magazynu przyprowadziłem swoją JAWĘ w lutym 1987 roku.

Owszem zależało mi na szybkim sprzedaniu motoru żeby kupić jakiś samochód i wozić matkę do szpitala, ale nie za byle jaką cenę, a propozycji kupna miałem bardzo dużo tylko że ich oferty były dla mnie niekorzystne więc postanowiłem motor sprzedać do Muzeum Techniki, a jeżeli nie dojdzie do tej transakcji to na wiosnę cena będzie bardziej atrakcyjna. Po dwóch dniach dostałem do „Grubego” formularz który po wypełnieniu miałem przesłać listem poleconym do biura Muzeum, a że do tego biura miałem niedaleko więc ten list postanowiłem dostarczyć osobiście żeby było szybciej. Po dwóch lub trzech tygodniach od złożenia formularza dostałem list z Muzeum żebym osobiście stawił się w biurze. Kiedy pojechałem do biura Muzeum komisja do spraw zakupu nowych eksponatów ustaliła cenę za mój motocykl która była dla mnie bardzo atrakcyjna i wynosiła 135000 zł na tamte pieniądze i zostanie wypłacona mi po dostarczeniu eksponatu do centralnych magazynów Muzeum Techniki, a o tym kiedy mam przekazać motocykl zostanę powiadomiony osobnym listem. Więc teraz nic mi nie pozostało jak tylko cierpliwie czekać na pismo w sprawie przekazania motoru do magazynów i myślałem że może szybko nastąpić, ale niestety biurokracja była wszędzie i do końca roku żadne pismo do mnie nie przyszło.

Rok 1987

JAWA stała w piwnicy, a ja nie mogłem doczekać się na pismo z Muzeum Techniki dotyczące mojej sprawy tym bardziej, że nadarzała mi się okazja zakupu samochodu za nieduże pieniądze. Ten samochód był nie na chodzie i właśnie przydałaby się kasa na jego zakup, ale nic nie mogłem przyspieszyć w tym temacie. O tym samochodzie dowiedziałem się przez przypadek od kolegi z pracy, który mieszkał w tym samym bloku co właściciel samochodu tylko, że ten człowiek niedawno umarł, a jego syn nie miał zamiaru kończyć tego samochodu więc wolał go sprzedać. Z informacji kolegi wynikało że to jest samochód marki WARTBURG tylko nie wiadomo było jaki to był model i z którego był roku.

W 1966 roku fabryka w Eisenach w byłej NRD wypuściła na rynek nowy model WARTBURGA o oznaczeniu 353 o całkowicie nowym nadwoziu i podwoziu. To był następca modelu 312/1.

W 1966 roku fabryka w Eisenach w byłej NRD wypuściła na rynek nowy model WARTBURGA o oznaczeniu 353 o całkowicie nowym nadwoziu i podwoziu. To był następca modelu 312/1.

Więc któregoś dnia postanowiliśmy po pracy sprawdzić i obejrzeć ten samochód który był rzekomo do sprzedania oraz pogadać z synem właściciela o cenie tego pojazdu. Z naszej pracy było tam całkiem niedaleko bo jakieś 800 m na ul. Modzelewskiego. Jak byliśmy już na miejscu to faktycznie na parkingu stał tylko jeden WARTBURG i widać było że to ten samochód jest do sprzedania ponieważ jego właściciel nie zdążył go nawet pomalować bo każdy element był w innym kolorze i z daleka wyglądał jak wielka kolorowa papuga.
Najciekawsze było to że ten WARTBURG miał identyczne nadwozie jak mój poprzedni samochód który miałem w 1983 roku i został zamieniony na motocykl JAWA-500 ohc, a teraz będzie sytuacja odwrotna JAWA zostanie sprzedana i zostanie kupiony WARTBURG. Podczas oglądania tego samochodu zauważyłem że ten WARTBURG bardzo różnił się od tego którego miałem Ja ponieważ miał całkiem inne podwozie, mniejsze koła i inne oznaczenie. Mój WATRBURG był z 1963 roku i posiadał oznaczenie modelu 312, a ten był z 1968 roku i nosił oznaczenie 312/1 i był ostatnim modelem z tego typu nadwoziem. Fabryka w Eisenach w byłej NRD gdzie produkowane były samochody WARTBURG w 1966 roku wypuściła na rynek nowy model WARTBURGA o symbolu 353 który całkowicie nie był podobny do swojego poprzednika ponieważ zmieniano w nim i nadwozie i podwozie co widać na załączonym zdjęciu tego samochodu. Po uruchomieniu linii nowego modelu to na nowe podwozia montowano też pozostałe nadwozia z poprzedniego modelu bo szkoda było to zniszczyć i tak powstał model przejściowy czyli 312/1 który o dziwo sprzedawał się jak ciepłe bułeczki ponieważ był dużo tańszy od tego nowego modelu. Ale wracamy do sprawy zakupu tego samochodu umówiłem się z tym chłopakiem że jestem zainteresowany zakupem tego pojazdu tylko muszę poczekać trochę na odbiór należności za swój motocykl sprzedany do Muzeum Techniki jako eksponat. Wreszcie gdzieś pod koniec stycznia dostałem oczekiwaną wiadomość z Muzeum Techniki z informacją gdzie i kiedy mam dostarczyć motocykl wtedy otrzymam pokwitowanie za dostarczony eksponat na którego podstawie otrzymam należność.
Z pisma wynikało że motocykl mam dostarczyć na początku lutego (podany był dzień tygodnia ale niestety nie pamiętam) w godzinach porannych między 10 a 13 do centralnych magazynów Muzeum Techniki, które w tamtych latach mieściły się na terenie zabytkowej przedwojennej fabryki „Norblina” i najprościej byłoby tam pojechać tylko nie wiedziałem jaka wtedy wypadnie pogoda.
Fabryka ta znajdowała się na Woli na ul. Żelaznej 17 róg ul. Prostej i powstała w 1820 roku jako zakład platerowy i pod tą nazwą istniał do wybuchu drugiej wojny światowej, a po wojnie była w tym zakładzie odlewnia i walcownia metali kolorowych działająca aż do lat 70-tych. W latach 80-tych teren tej fabryki należał do Muzeum Techniki gdzie właśnie tutaj urządzono centralne magazyny działu motoryzacyjnego, ale teraz to miejsce świeci pustką i niszczeje tak jak większość obiektów zabytkowych tego typu w naszym kraju. Od 2005 roku kilka pomieszczeń dzierżawił klub starych motocykli „Weteran”, ale po dziesięciu latach też musiał opuścić ten teren i szukać sobie innego pomieszczenia. Tego dnia co miałem odprowadzać motocykl do magazynów wziąłem sobie dzień wolny bo nie miałem pojęcia jak długo będzie trwała cała sprawa papierowa związana z przekazaniem motoru. Całe szczęście że pogoda tego dnia była dla mnie bardzo łaskawa bo owszem był mroźny dzień jak to w lutym, ale świeciło słońce i nie padał upierdliwy śnieg którego najbardziej się obawiałem bo motocyklem solowym po śniegu raczej jeździ się nieciekawie i niebezpiecznie. Ubrałem się ciepło i po raz ostatni wsiadłem na motor i pojechałem do tych magazynów, a że od mojego domu tam nie było daleko, bo około czterech kilometrów, więc nie zmarzłem zbyt mocno i wyjeżdżając z domu zabrałem wszystkie elementy jakie zostały zdjęte podczas modyfikacji tego motoru czyli oryginalna obudowa wraz z reflektorem i dekielek z głowicy w którego miejsce został wstawiony aparat zapłonowy od FIATA-126p.
Kiedy podjechałem pod bramę strażnik który wpuszczał mnie na teren magazynów był bardzo zdziwiony co za fanatyk przyjechał motocyklem o tej porze roku. Ja na jego pytanie miałem tylko jedną odpowiedź że przyjechałem tutaj bo jestem umówiony z kustoszem tego działu bo tego dnia miałem dostarczyć swój motocykl jako następny eksponat do zbiorów tego Muzeum. Wtedy on powiedział że to jest jeden z nielicznych eksponatów który przyjechał o własnych siłach i dostał tak zwane „Dożywocie”. Tak jak było do przewidzenia sprawy papierowe związane z przekazaniem motocykla trochę przedłużyły się ponieważ trzeba było spisać protokół zgodny z dowodem rejestracyjnym i z moimi danymi i wtedy dostałem jeden egzemplarz tego protokółu oraz pokwitowanie za dostarczony eksponat i teraz z tymi dokumentami mogłem udać się do biura po odbiór pieniędzy. Z magazynów Muzeum do biura które mieściły się w Pałacu Kultury i Nauki było niedaleko więc poszedłem tam pieszo spacerkiem i tam odebrałem swoją należność za dostarczony eksponat w postaci mojego motoru JAWA-500 ohc i tym akcentem zakończyła się moja przygoda ze starymi motocyklami. W kasie odebrałem uzgodnioną wcześniej kwotę 135000 zł i gdybym teraz w dzisiejszych czasach miał tyle pieniędzy, to wybrałbym się na jakąś ciekawą wycieczkę na przykład na Bermudy lub na Hawaje, ale niestety nie mam i to jest mój problem. Teraz mogłem zrealizować plan zakupu samochodu WARTBURG-312/1 i po przeholowaniu go na swoje podwórko zabrałem się w wolnych chwilach między wyjazdami za przywracanie tego samochodu do życia co nie trwało długo. Po uruchomieniu samochodu już podczas pierwszych jazd czuło się różnice w komforcie jazdy tym samochodem niż moim poprzednim WARTBURGIEM. Teraz najważniejszą sprawą było doprowadzenie tego samochodu do jednolitego koloru czyli pomalować go bo w takim stanie wstyd było wyjechać na miasto. Owszem blacharka w tym samochodzie była zrobiona jak należy i to mnie cieszyło, ale poprzedniemu właścicielowi życia zabrakło żeby to dzieło dokończyć i pomalować ten samochód, a wstępne był już do tego przygotowany. Ja natomiast miałem idealne warunki żeby pomalować ten samochód we własnym zakresie o czym już pisałem jak malowałem swoją JAWE i cały koszt tego malowania zamykałby się tylko na zakupie lakieru i niektórych dodatków.
Ale tak się złożyło że w międzyczasie malowałem po przeglądzie NYSE na kolor niebieski więc podczas tej operacji uzbierałem sobie trochę tego lakieru co na mojego WARTBURGA powinno wystarczyć.

Tyle pozostało z mojego WARTBURGA-312/1, którego zmuszony byłem rozebrać po moim wypadku żeby zwolnić miejsce na parkingu.

Tyle pozostało z mojego WARTBURGA-312/1, którego zmuszony byłem rozebrać po moim wypadku żeby zwolnić miejsce na parkingu.

Po trzech dniach samochód był pomalowany i teraz nie wstydziłem się nim wyjechać na miasto, ale los nie był łaskawy dla tego samochodu ponieważ pojeździłem nim tylko jakieś cztery miesiące. O ile pamiętam do tego wydarzenia doszło chyba gdzieś pod koniec maja. Jadąc późnym popołudniem do Marka de Nisau na Jelonki w jakiejś sprawie doprowadziłem przez swoją nieuwagę do wywrotki samochodu która wyglądała bardzo groźnie, ale mi nic się nie stało i w tym całym wypadku najbardziej ucierpiał z trudem dopieszczony mój WARTBURG. Do tego wypadku doszło po skręcie w lewo w ul. Kasprzaka, która dalej łączy się z ul. Wolską i ja po skręcie nadal jechałem lewym pasem który po stu metrach był zamknięty z powodu jakiś prac na nim i za późno zobaczyłem barierki ochronne z powodu szybkiej jazdy bo gdybym jechał wolniej to by do tego nie doszło. Żeby nie wpaść na barierki i robotników wcisnąłem z całej siły pedał hamulca, ale one nie działały jeszcze równomiernie więc wszystko potoczyło się tak szybko jak w przyspieszonym filmie.
Najpierw postawiło mój samochód bokiem, a następnie wykonał dwa bardzo efektowne oberki przez dach i z powrotem stanął na kołach w bezpiecznym miejscu i całe szczęście że ci co jechali za mną zdążyli wyhamować albo ominąć mnie bo zrobiłby się większy bałagan, a tego bym nie chciał. Samochód stał na kołach, ale najgorsze było to że nie mogłem odjechać ponieważ podczas tych nieplanowanych ewolucji kaskaderskich akumulator wyrwał się z mocowania wyrywając wszystkie przewody i dlatego uruchomienie silnika było niemożliwe bo gdybym go uruchomił, to szybko bym spierdolił zanim zjawiłaby się milicja. Ale najgorsze było to że do tego zdarzenia doszło dosłownie naprzeciwko komendy na ul. Wolskiej i zanim zdążyłem coś zrobić przy samochodzie żeby odjechać to ci niebiescy panowie dopadli mnie. Niestety kiedy milicjanci zatrzymali mnie byłem trochę wczorajszy jak to się mówi, więc zabrali mnie na komendę drogówki na ul. Żytnią, a samochód został zabrany na milicyjny parking samochodów powypadkowych. Po spisaniu protokółu zostałem puszczony do domu, a dopiero po jakimś czasie miałem sprawę na kolegium gdzie za ten wypadek zatrzymali mi prawo jazdy na półtora roku. Po wyjściu z komendy miałem tylko jedno życzenie po tych moich dzisiejszych przygodach: uchlać się na amen – więc dalej jechałem do Marka na Jelonki, ale już autobusem i tam razem z Markiem i jego żoną wypiliśmy parę butelek wody która bardzo poprawia humor. Po tym wypadku wydawało mi się że mój samochód nie jest mocno pogięty, a jego uszkodzenia dotyczą głównie dachu z którym sobie jakoś poradzę, ale jak po tygodniu pojechałem odebrać samochód z tego parkingu to w świetle dziennym wyglądał całkiem inaczej i powiedziałbym makabrycznie i nie nadawał się do żadnej naprawy przynajmniej w moich warunkach ponieważ całe nadwozie było powichrowane i wszystkie słupki trzymające dach były połamane. Po sprowadzeniu samochodu na podwórko żal było na niego patrzeć i nie mając innego wyjścia postanowiłem rozmontować ten samochód co widać na zdjęciu zrobionym podczas tej operacji przez mojego kolegę które zamieściłem i po rozbiórce wszystko z żalem zostało wywalone na złom. Tak zakończył się krótki żywot tego wspaniałego samochodu który po pomalowaniu prezentował się całkiem znakomicie i szkoda bo jeździłem nim dopiero cztery miesiące, ale widocznie los tak chciał.

MOJE MAŁE PODSUMOWANIE TAMTYCH FAJNYCH LAT

Na zakończenie pisania swoich wspomnień postanowiłem zrobić takie małe podsumowanie tych lat które przejeździłem na starych motocyklach różnych marek razem z kolegami, a jazda na nich obfitowała w przeróżne przygody zabawne, wesołe i było kilka naprawdę bardzo dramatycznych które na szczęście zakończyły się dla mnie bardzo dobrze bo inaczej nie byłoby tych wspaniałych opowieści. Większość tych przygód i zlotów została opisana, ale w trakcie ich pisania miałem z tym problemy, ponieważ niektóre z nich mimo upływu tylu lat pamiętałem tak jakby były wczoraj, a niektóre widziałem jak przez mgłę. Podczas tego opisywania starałem się żeby wszystko zostało napisane w miarę chronologicznie i po kolei tylko, że pamięć ludzka jest zawodna i teraz po tylu latach nie mam pewności czy to zostało napisane tak jak trzeba. Nie raz bywało że po opisaniu jakiejś przygody, albo zlotu wstępnie wydrukowałem i czytając w poszukiwaniu błędów pewne szczegóły zaczynały mi się przypominać i wtedy trafiał mnie szlak ponieważ musiałem cały rozdział przepisywać od nowa. Jeśli chodzi o opisywanie różnych przygód nie związanych ze zlotami to nie miałem z tym żadnego problemu bo nie było istotne czy to miało miejsce w maju czy we wrześniu, ale najbardziej zależało mi na tym żeby była ustalona kolejność wyjazdów na zloty i z tym był największy problem ponieważ na większości znaczków ze zlotów jakie mi ocalały nie było pełnej daty i widnieje tylko rok w którym odbył się ten zlot. Największy problem miałem z ustaleniem kolejności zlotów jak opisywałem rok 1975 i 1983 ponieważ w tych latach zaliczyłem największą liczbę zlotów. W 1975 było ich siedem i niestety z tego roku nie ocalał mi żaden znaczek, a w 1983 tych zlotów zaliczyłem dziewięć mimo kłopotów z paliwem w tamtym okresie i tylko na jednym znaczku ze zlotu w Olsztynie była pełna data czyli dzień, miesiąc i rok co można zobaczyć na zdjęciu które wstawiłem opisując ten zlot. Drugi problem jaki mnie bolał było to że posiadam bardzo mało zdjęć ze zlotów i innych różnych imprez, a te które posiadam to zawdzięczam moim kolegom którzy je zrobili lub niektóre zdobyłem przez przypadek oglądając albumy innych kolegów na następnych zlotach. Mam nadzieje że może jeszcze u niektórych kolegów znajdują się jakieś moje zdjęcia które kiedyś powiększą moje skromne archiwum i druga sprawa jeżeli zdrowia mi starczy i zdobędę jakieś nowe szczegóły dotyczące moich zlotów to ten temat zostanie zaktualizowany, ale nie będę tego przepisywał od nowa tylko zamieszczę w dodatkach. Moje przygody motoryzacyjne rozpoczęły się jeszcze przed wojskiem w 1969 roku od motoroweru KOMAR, ale tego okresu nie opisywałem bo jeździłem nim tylko cztery miesiące do czasu pójścia do wojska.
Ale dopiero po wyjściu z wojska rozpoczęła się moja wielka przygoda ze starymi motocyklami i zaczęła się od motocykla TRIUMPH-350 (1936 lub 38 roku) i jeździłem nim w latach 1973-74 i zaliczyłem na nim tylko jeden zlot Wolsztyn 1973 rok, ale ten zlot był dla mnie najważniejszym ponieważ był moim pierwszym w życiu zlotem i wrażenia z niego mam do dzisiaj. Następnym moim motocyklem była wspaniała maszyna słynny HARLEY-DAVIDSON WLA-42 (1942) który miałem tylko w 1974 roku i niestety nie zaliczyłem na nim żadnego zlotu choć bardzo starałem się, ale na HARLEYU miałem okazje zaliczyć jeden swój zlot, a było to w 1975 roku na zlocie w Legionowie na HARLEYU Marka de Nisau. W tym samym czasie co szykowałem HARLEYA trafiły do mojej piwnicy przez przypadek jeszcze dwa motocykle jeden to DKW-125, drugi to NORTON-500 i niestety nie pamiętam w którym roku były wyprodukowane. Jeśli chodzi o motocykl DKW to został on odświeżony i uruchomiony w ciągu dwóch tygodni i zaraz znalazł nowego właściciela, a NORTON nigdy nie został ukończony z powodu bardzo dużych braków w częściach. Następnym moim motocyklem było radzieckie M-72 (1954) którym jeździłem w latach 1975-76 i zaliczyłem na nim kilka wspaniałych zlotów. W 1976 roku ten motor został całkowicie przebudowany dostał inny silnik od BMW R-75 „Sahara” i upodobniony był do BMW R-75/5, a do kompletu dorobiłem do niego wielki zbiornik paliwa o pojemności 50 litrów i na tym motocyklu zaliczyłem tylko trzy zloty. Niestety na wiosnę 1977 roku zmuszony byłem sprzedać swoją piękną maszynę i tak nastąpiła nieplanowana przerwa w jeżdżeniu starymi motocyklami i ta przerwa trwała do wiosny 1981 roku. Po tej przymusowej przerwie ponownie wróciłem do jeżdżenia starymi motocyklami i najłatwiej było zacząć od motocykla M-72 ponieważ do tych motocykli części były najłatwiej do zdobycia i taki motor składałem właśnie z części podobnie jak kiedyś składałem HARLEYA i tym razem postanowiłem złożyć ten motor na oryginała i pojeździć z koszem. Ten co składałem papiery miał z 1957 roku i jeździłem na nim w latach 1982-84 i na dwóch tego typu motorach zaliczyłem łącznie 13-ście wspaniałych zlotów. Swoje przygody motocyklowe zakończyłem na motocyklu JAWA-500 ohc (1957) na którym jeździłem w latach 1983-86 i na nim zaliczyłem 10 zlotów, ale niestety zmuszony byłem sprzedać ten wspaniały motor i kupiło go Muzeum Techniki jako eksponat. Teraz trochę innej statystyki podczas dziesięciu lat jazdy na starych motocyklach zaliczyłem ogółem 35 zlotów z czego 30 razy byłem kierowcą (oczywiście jadąc na daleki zlot z Jarkiem Pruszyńskim za kierownicą zmienialiśmy się). Dwa razy pojechałem na tak zwanego „Kolarza” czyli jako pasażer, dwa razy pojechałem z Darkiem Kowalskim „Grubym” samochodem i na jeden zlot pojechaliśmy z Jarkiem pociągiem wtedy jak na trzy dni przed wyjazdem padł mój HARLEY.
Była też w moich przygodach i inna statystyka ponieważ podczas tych wszystkich wyjazdów na zloty dopadło mnie aż 11 różnego rodzaju awarii mniejszych i większych, z których 9 udało mi się usunąć na miejscu i bezpiecznie powrócić do domu mimo, że niektóre były bardzo poważne i na pierwszy rzut oka były nie do naprawienia co zostało opisane. Tylko dwóch awarii nie byłem w stanie naprawić na miejscu i zmuszony byłem zostawić motor u przygodnego gospodarza w szopie i wracać innym środkiem transportu i po jakimś czasie odbierać motor.
Jednak najważniejszą materialną pamiątką po zaliczonych zlotach są znaczki okolicznościowe z tych zlotów i takich posiadałem 30 sztuk, ale niestety do naszych czasów ocalało mi ich tylko połowa bo 17 sztuk i zdjęcia tych ocalałych zamieściłem podczas opisywania danego zlotu. Najbardziej szkoda mi znaczka z pierwszego mojego zlotu jaki otrzymałem w Wolsztynie w 1973 roku i jeżeli znajdę kogoś kto posiada znaczek z tego zlotu to poproszę go żeby przesłał mi jego zdjęcie. Na dwóch zlotach zamiast znaczków były proporczyki które też nie ocalały i na jednym zlocie otrzymałem bardzo ładną plakietkę którą mam do dzisiaj tak samo jak jakimś cudem ocalał mi znaczek klubowy z 1981 roku który otrzymałem po zapisaniu się do tego klubu i teraz te ocalałe moje pamiątki przechowuje jak jakieś święte relikwie.
KONIEC

P.S. Po wakacjach mam zamiar napisać nowe części moich wspomnień dotyczących lat współczesnych pod tytułem spotkanie po latach i do tego opisu dołączę dużo współczesnych zdjęć.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników:
JACEK WACHNIK „DOCENT”.

SPIS MOICH ZLOTÓW Lata 1973 – 1986

1- 1973- Wolsztyn TRIUMPH-350 z Jarkiem Pruszyńskim „Makówa” znaczek – brak
2- 1973- Brzuza ZÜNDAPP KS-600 na kolarza z Jamnikiem” znaczek – brak
3- 1974- Wolsztyn pociągiem z Jarkiem Pruszyńskim „Makówa” znaczek – jest
4- 1975- Legionowo na HARLEYU Marka de Nisau „Bizona” znaczek – brak
5- 1975- Kamieńczyk M-72 to był mój prywatny zlot znaczka nie było
6- 1975- Czarny Piec M-72 sam. Proporczyk – brak
7- 1975- Soczewka M-72 sam. Znaczek – brak
8- 1975- Słupsk M-72 z Jarkiem Pruszyńskim „Makówa”. Proporczyk brak
9- 1975- Poniatowa M-72 z Jarkiem Pruszyńskim „Makówa”. Znaczek – brak
10- 1975- Zbójna Góra z Tadkiem Markiewiczem „Patenciarzem”. Znaczka nie było
11- 1976- Olsztyn BMW R-75 sam… Znaczek – brak
12- 1976- Nowogród BMW R-75 sam. Znaczek jest.
13- 1976- Popowo BMW R-75 sam. Plakietka jest
14- 1981- Warszawa „Garbuska” M-20 z „Grubym”. Znaczek jest
15- 1982- Gdańsk M-72 z koszem sam. Znaczek jest
16- 1983- Gdańsk M-72 z koszem sam (pierwszy zlot zimowy). Znaczek jest
17- 1983- Olsztyn WARSZAWA-224 z Darkiem Kowalskim „Grubum”. Znaczek jest
18- 1983- Różan M-72 z Tadkiem Markiewiczem „Patenciarzem”. Znaczek – brak
19- 1983- Ostrów wlkp M-72 z koszem z pasażerem. Znaczek jest
20- 1983- Nowa Sól M-72 z koszem z pasażerami. Znaczek – brak
21- 1983- Sosnowiec M-72 z koszem sam. Znaczek – brak
22- 1983- Lubasz M-72 z koszem sam. Znaczek – brak
23- 1983- Osieczna JAWA-500 ohc sam. Znaczek jest
24- 1983- Ostrów Maz. JAWA-500 ohc sam. Znaczek jest
25- 1984-Łuków JAWA-500 ohc sam. Znaczek jest
26- 1984- Złotoryja JAWA-500 ohc sam. Znaczek – brak
27- 1984- Sosnowiec JAWA-500 ohc sam. Znaczek jest
28- 1984- Łuków M-72 z koszem sam. Znaczek – brak
29- 1984- Olsztyn M-72 z koszem sam. Znaczek – brak
30- 1984- Różan M-72 z koszem sam. Znaczek – brak
31- 1985- Pruszków JAWA-500 ohc sam. Znaczek jest
32- 1985- Legionowo JAWA-500 ohc sam. Znaczek jest
33- 1985- Lubasz JAWA-500 ohc sam. Znaczek jest
34- 1985- Toruń JAWA-500 ohc sam. Znaczek jest
35- 1986- Lubasz JAWA-500 ohc sam. znaczek jest

Zapraszam do dyskusji na Forum Cafe Racer:
http://www.caferacer.com.pl/forum/index.php?topic=1858.0
wojkop

Docent dosłał suplement do swoich wspomnień. Zapraszam do lektury tutaj:
http://www.caferacer.com.pl/?page_id=10881

2 odpowiedzi na „Motocyklowe wspomnienia „Docenta” Część III

  1. Waldi pisze:

    Witam, znam tą trajkę. Ta trajka to konstrukcja Klaty z Elbląga. W późniejszym okresie bardzo kumplował się z Murzynem i ja też – miałem Harleya WLA Choppera. Niestety wtedy byłem w wojsku do 1986r i siedziałem na poligonie. Na trajce siedzi Witek Hadrych to nasza załoga z Elbląga. Miał wtedy Urala Choppera. Trajka do dziś jeździ z Klatą. Ulegała modyfikacjom tzn. ma centralnie umieszczony silnik Zaporożca a teraz Subaru i cały tył ze skrzynią od merca beczki.

  2. Adam M. pisze:

    Junak V2 ma dalsza historie.
    Bylo ich kilka a jeden z nich powstal na bazie dolu silnika junakowskiego.
    W latach 90 tych silnik zostal sprzedany Mikronkowi, ktory wsadzil go w jakiegos Junaka. Tyle ze ta „wydumka” wcale dobrze nie pracowala, ani nie jezdzila.
    W zwiazku z tym Mikronek oddal go Krzyskowi Nadrowskiemu do uruchomienia i „uzdatnienia” do jazdy, a Krzysiek, wyrywajac sobie wlosy z glowy i od czasu do czasu dostajac zalaman nerwowych jakos tego dokonal 🙂

    http://www.youtube.com/watch?v=Qz45ox59Zk8
    http://www.youtube.com/watch?v=WhUieDWhROc
    http://www.youtube.com/watch?v=2AwY9XR0gaA