Jak to dawniej na zlotach bywało…

W_jak_wiosna

Andrzej Pokojski na swój pierwszy zlot motocyklowy wybrał się w 1969 roku. Jeździł wtedy motocyklem WFM 125. Przy którymś z „garażowych posiedzeń” naciągnąłem go na wspomnienia jak wtedy wyglądały zlotowe atrakcje. Oto co udało mi się zapamiętać z tych wspomnień:

-Byłem wtedy młodziutkim pracownikiem PKP w Toruniu. Ja i i wielu moich kolegów posiadaliśmy motocykle. W większości były to WFM,WSK i SHL i później Gazele. Junaki były rzadkością. Podobnie motocykle z NRD, które były wówczas bardzo drogie. Pamiętam, że syn sąsiadów jeździł „jaskółką”, ale oni uchodzili za bogatą rodzinę… My w większości ujeżdżaliśmy używane WFM-ki ,WSK-i ,Jawy i Gazele. Z czasem i ja dorobiłem się Junaka. W Toruniu na ul. Targowej co tydzień – w dni targowe – przy okazji rynku odbywało się coś w rodzaju giełdy motoryzacyjnej, gdzie zjeżdżali się właściciele motocykli na sprzedaż i chętni kupcy. Pamiętam, że WFM w dobrym stanie można było kupić wtedy za ok. 3000 zł. Później – w latach 70-tych – przesiadłem się na Jawę 175.
Przy Toruńskich PKP działał Motocyklowo – Samochodowy Klub PTTK. Kolejarze byli zrzeszeni w oddziałach przy Lokomotywowni Toruń i Wagonowni Kluczyki. Prezesem kolejarskiego oddziału był Stefan Fidos. Jeździliśmy na zloty organizowane przez ten klub głównie na terenie naszego regionu. Było ich sporo, odbywały się w ośrodkach wczasowych w takich miejscowościach jak: Wągrowiec, Charzykowy, Przyjezierze, Płotki, Suchatówka, Iława, Ostróda, Tuchola, Chojnice, Partęczyny, Żnin, Pasłęk, Lidzbark Warmiński, Nowe Miasto Lubawskie, Ruciane Nida, Czersk… możliwe, że było tego więcej ale tylko tyle pamiętam. Wpisowe było naprawdę niewielkie – zwłaszcza gdy rezygnowało się z opłaty za domek i wybierało pole namiotowe. W ramach wpisowego dostawało się posiłki, miejsce noclegowe w domku lub na polu namiotowym i proporczyk zlotowy lub „blachę”.Były również znaczki ceramiczne.

Cafe Racer: Jak wtedy wyglądała organizacja takich zlotów?

Andrzej: Musisz pamiętać, że wtedy nie było jeszcze wolnych sobót. W soboty pracowało się do godz.13.00. Dopiero po pracy można było się umawiać na wyjazd. Punkty zbiórek były wyznaczane najczęściej na wylotowych drogach w kierunkach miast, gdzie odbywały się zloty. Zwykle przyjeżdżało nas od kilkunastu do dwudziestu kilku chłopa. Mimo, ze przyjeżdżaliśmy na samych dwusuwach rodzimej produkcji – to tak liczna grupa motocyklistów w jednym miejscu wzbudzała zainteresowanie lub podziw w oczach przechodniów – co oczywiście napawało nas dumą.
Wszystko co było potrzebne do biwakowania pakowaliśmy na tylnych bagażnikach, w które były wyposażone nasze pojazdy. O czymś takim jak sakwy boczne czy „tank pady” nigdy nawet nie słyszeliśmy. Jeśli chodzi o stroje do jazdy, to każdy z nas po prostu ubierał się w ciepłe ubranie i buty. Jeśli po drodze padał deszcz – to nasiąkaliśmy nim jak gąbki. Skóry nie były wtedy tak dostępne ani tanie. Gdyby nam taka wpadła w ręce, to pewnie szkoda by było jej na motor… 🙂
Drogi co prawda nie były wtedy tak ruchliwe jak teraz, jednak nie zawsze i wszędzie był położony asfalt. Jazda w deszcz po kostce bazaltowej ,brukowej nie należała do przyjemności.
W drodze – zwłaszcza na dłuższych dystansach – nie obywało się bez awarii, do których byliśmy już przyzwyczajeni i nie robiły na nas wrażenia. Każdy z nas woził ze sobą obowiązkowo korki od butelki, szkiełko, papier ścierny, scyzoryk i „Hermetic”. W naszych poczciwych Fumkach i Wueskach często padały tarcze sprzęgła, zwłaszcza na dłuższych trasach. Szukało się wtedy odpowiedniego rowu, w którym dało się tak położyć motocykl by nie wyciekał olej. Wycięty odpowiednio korek – namoczony i wciśnięty w tarczę szlifowało się papierem ściernym. By uzyskać równą płaszczyznę pod papier podkładało się szybkę. Tak odbywała się regeneracja tarcz sprzęgłowych. Zabierane były również części zamienne, które były bardzo zawodne to: platynki, kondensator, cewka zapłonowa i obowiązkowo – świece.
Pamiętam, jak kiedyś w drodze na zlot zgubiłem stopkę zmiany biegów. Prawie całą drogę tam i z powrotem zmieniałem biegi za pomocą kombinerek. Biorąc pod uwagę, że kombinerki musiałem trzymać w prawej ręce a dźwignia była po lewej – nie było to takie proste by wysprzęglić i zmienić bieg. To był chyba jedyny raz, gdy cieszyłem się, że mój motocykla ma tylko trzy biegi! 🙂
Do obowiązkowego wyposażenia motocyklisty przed dalszą wyprawą należał też sznur do holowania. W przypadku poważniejszej awarii, przekładało się w odpowiedni sposób sznur przez kierownicę bez zawiązywania i jego koniec trzymało się razem z rączką kierownicy w lewej ręce, a drugi koniec przywiązywało do motocykla holującego. W razie jakiś nieprzewidzianych sytuacji zawsze można było wypuścić sznur uwalniając się z holu. Takich rzeczy uczono wtedy na kursach na prawo jazdy i można było się liczyć z takim pytaniem na egzaminie. Należało też pamiętać o zabraniu dodatkowego pojemnika z paliwem. Przy polskich drogach nie było wtedy tak licznych stacji benzynowych jak obecnie…
Po przyjeździe na miejsce zlotu najpierw były załatwiane sprawy organizacyjne. Byliśmy rozlokowywani w sektorach, oddzielnych dla grup z poszczególnych miast czy oddziałów PTTK. Następnie odbywało się uroczyste powitanie i przedstawienie programu zlotu z podaniem jakie konkurencje o której godzinie będą się odbywać.

Na program składały się głównie zawody sprawnościowe takie jak: przeciąganie liny, bieg w workach, rzuty do celu, jazda ze szklanką wody, konkursy na najszybszy i najwolniejszy przejazd po wyznaczonej trasie slalomu no i obowiązkowo quiz z wiedzy o historii i zabytkach danego regionu. Wszystkie konkursy były rozgrywane drużynowo i obok indywidualnych nagród były przyznawane nagrody drużynowe.

Cafe Racer: Jakie to były nagrody?

Andrzej: Dyplomy uznania, proporczyki, oraz drobiazgi takie jak sprzęt turystyczny czy… długopisy. Pamiętam, że w Suchatówce odbywał się konkurs między innymi na podjazd pod górę. Z miejscowości do których jeździliśmy to tylko tam mieli odpowiednie warunki do organizacji takiej konkurencji. Kiedyś udało mi się na mojej Jawie 175 zająć tam trzecie miejsce. Może dałbym radę wygrać, ale przy podjeździe zębatka stała się kołem, no i straszny lęk powrotu na „wstecznym” .Oczywiście konkurencję zaliczałem na pustych wydechach. Dostałem wtedy w nagrodę za przebytą odległość podjazdu – plecak. Był to bardzo „wypasiony” prezent, którego zazdrościli mi wszyscy kumple…
Ponieważ zloty zaczynały się w soboty po południu a w niedzielę po południu trzeba było już się żegnać, program imprezy był bardzo napięty. Oczywiście był czas i na ognisko, jak i długie nocne rozmowy przy kufelku piwa… Można było również uczestniczyć w zabawie tanecznej organizowanej przeważnie na tzw. Scenie. Na żadnym ze zlotów w których uczestniczyłem nie organizowano parad. Czegoś takiego nie znaliśmy wtedy.

Cafe Racer: Ilu motocyklistów pojawiało się na takiej imprezie?

Andrzej: Myślę, że kilkadziesiąt, maksymalnie do 100 motocykli. Sporo motocykli przywoziło dwóch pasażerów. Zdarzały się dziewczyny, ale tylko jako „plecaki”. Pojęcie dziewczyny kierującej motocyklem nie mieściło nam się wtedy w głowach! Udział w zlotach brały również samochody takie jak: Syrenki, W-wy „garbusy”, Skody Oktawie. Były one w tamtych czasach rzadkością i okazem zamożności.

Cafe Racer: Czy pojawiali się na takich zlotach właściciele amerykańskich, bądź współczesnych motocykli wyprodukowanych w zachodniej Europie. Czy wpuszczani byli właściciele motorowerów?

Andrzej: Nigdy nie spotkałem na zlotach PTTK motocykli innych niż pochodzących z bloku państw socjalistycznych. Co do motorowerów – to jak najbardziej! Wtedy mieliśmy takie parcie na jazdę, że jeździło się byle czym i za wszelką cenę. W moim zakładzie pracy mieliśmy do dyspozycji dziesięć służbowych motorowerów. Postanowiliśmy stworzyć motorowerową reprezentację naszego koła na zlot w Ostródzie. Jechali nimi głównie koledzy nieposiadający motocykli i wyjątkowo ja – dla zwiększenia frekwencji. Nie pamiętam ile czasu zajęła nam podróż z Torunia do Osródy, ale przed nocą zdążyliśmy, wzbudzając ogólny aplauz i uznanie zlotowiczów. W drodze powrotnej już tak lekko nie było. Jeden „Komar” wrócił na holu.
Jednak niewiele było rzeczy, które mogły nas powstrzymać przed zaplanowanym wyjazdem. Pamiętam jak kiedyś tuż przed wyjazdem na zlot w mojej WSK rozsypała się skrzynia biegów. Jedyny sklep motoryzacyjny w mieście otwarty był w soboty od godz. 10.00. Ponieważ – jak już wspominałem – w soboty się pracowało, po krótkiej rozmowie z szefem dostałem wolne od godz. 10.00. Po błyskawicznej wyprawie do sklepu po części rozłożyłem silnik, wymieniłem co trzeba i z jeszcze czarnymi od smaru rękami stawiłem się na miejsce zbiórki przed wyjazdem.

Cafe Racer: Jakie masz refleksje porównując obecne zloty i motocykle z tymi z czasów twojej młodości?

Andrzej: Powiem ci szczerze, że obecnie nie jeżdżę na zloty. Kiedy trafi mi się wolna chwila gdy mogę pojeździć motocyklem, trochę mi szkoda poświęcać cały weekend na siedzenie pod namiotem, picie piwa i gapienie się na motocykle. Wolę zabrać ze sobą „plecaczek” na wyjazd w jakąś ciekawą trasę, ale ilość robi zawsze jak dawniej i teraz duże wrażenie. Co do motocykli – co tu porównywać. W czasie jazdy nie słucham z niepokojem pracy silnika mojej Virago. Odpalam ją za pomocą guziczka z większą łatwością niż odkurzacz…
Mój kolega, towarzysz zlotowych wypraw z młodości, miał wtedy Gazelę. Co on na niej nie wyprawiał! Wszyscy podziwiali jego jazdę! Gdy pochwaliłem mu się moją Yamahą – jaką kupiłem po latach – popatrzył na nią bez entuzjazmu. Pomyślałem, że rozbudzę jego emocje i namówię też na kupno motocykla gdy dam mu pojeździć moim. Zrobił rundkę, ale bardzo krótką. Oddając mi kluczyk powiedział: „Chłopie sprzedaj to czym prędzej. Na tym zabić się można”. Kumple i czasy się zmieniają. Nie wrócą już lata zwariowanej młodości pachnącej spalinami dwusuwowej mieszanki, ale ja mojej Yamahy nie sprzedam…

Wspominał Andrzej Pokojski.
Notował wojkop.

Poniżej na zdjęciu od lewej: wojkop i Andrzej.

Możliwość komentowania jest wyłączona.