Adam M. – Rok 1975

14.02.2015

Czy macie takie lata w życiu, które są bardziej znaczące od innych?
Takie, które zmieniają postrzeganie otaczającego was świata, otwierają nowe horyzonty ?
Dla mnie takim rokiem na pewno był rok 1975, wypełniony działaniami i wycieczkami motocyklowymi, praca w serwisie motocyklowym „na dzikim zachodzie” Europy i spotkaniem z holenderskimi klubami HD.
Do napisania tego wspomnienia zainspirował mnie najnowszy odcinek wspomnień „Siwego Docenta”, wiec jemu je poświęcam. Mam nadzieję, ze czyta nasze forum.
To był okres zakończenia mojej edukacji, kończyłem wydział Ekonomii na UW i właściwie zajmowałem się pisaniem swojej pracy magisterskiej, w każdym razie w wiosenno letnich semestrach tego roku. Pisanie pracy szło mi jak z kamienia jako, ze jednocześnie zajmowało mnie szeroko rozwinięte życie motocyklowe, którego część socjalna była również spora. Częste spotkania z kolegami motocyklowymi z Żoliborza, kolegami z warszawskiego klubu HD, stała dziewczyna mieszkająca na Woli, wreszcie praca przy własnym motocyklu były wydarzeniami o wiele ciekawszymi od przesiadywania w bibliotekach w poszukiwaniu materiałów dokumentujących „Politykę cenową wielkich korporacji”.
Do tego materiałów tłumaczonych na polski było naprawdę niewiele, a moja ówczesna znajomość angielskiego mogła z dużym trudem wystarczać dla rozumienia erotyczno seksualnych listów do Playboy’a ale absolutnie nie pomagała w rozumieniu tekstów choćby popularno naukowych.

Z końcem poprzedniego lata dość niespodziewanie dla siebie sprzedałem swego Sokola 1000 za bardzo okrągłą dla mnie sumkę ówczesnych złotych i z pieniędzmi palącymi się w kieszeniach oddałem się bez reszty poszukiwaniom następnego motocykla. Miała być to popularna w owym czasie składanka „Kaśki” lub Urala 650 (zależało mi na ramie z w miarę współczesnymi zawieszeniami) z silnikiem BMW R75 – wojennego modelu zwanego do dziś w Polsce Sahara, mimo ze producent nigdy tej nazwy nie używał.
Nie zdawałem sobie wówczas sprawy z tego ze silnik ten w fabrycznym wykonaniu ma 26 KM przy jakiś 4000 obr/min i ze na pewno rakieta z tej krzyżówki wyjść nie może.
Podczas całej swojej przygody sokołowej miałem okazję obserwować podobny motocykl zbudowany przez mego ówczesnego kolegę – Cienkiego i musiałem przyznać, że jeżeli chodzi o zwrotność, szybkość i przyspieszenia, dźwięk i wygodę w codziennym użytkowaniu to Sokół nie miał do tego motocykla startu. Poruszający się dość dostojnie, nawet po zmianie przełożeń na mocno solowe, duży i ciężki, specjalnie w ruchu miejskim wymuszał b.ostrożną jazdę.
Może największą tego przyczyną był całkowity brak skutecznych hamulców, jako ze przedni praktycznie nie istniał, a tylny blokował kolo przy jakimkolwiek mocniejszym naciśnięciu. W porównaniu z tym kiepskie w gruncie rzeczy hamulce BMW Cienkiego były objawieniem.
Druga przyczyna zdecydowania się na kupno takiej składanki był mój ówczesny poziom wiedzy na tematy mechaniki motocyklowej. Mówił on, że części do niej są do znalezienia i nabycia za niewielkie pieniądze prawie wszędzie, a również ja sam jestem sobie w stanie poradzić z jakimikolwiek problemami technicznymi, które mogą wystąpić. Nie okazało się to całkowita prawda, ale o tym później.

TucholaCienkiWwa2
Cienki ze swoim BMW – inspiracja dla mojej Kasi.

Już pierwsze podejście do problemu, czyli zakup motocykla nie okazało się łatwe. Co prawda w sąsiedztwie miałem człowieka jeżdżącego na R66 (które było o kilka koni mocniejsze i o wiele lżejsze od tego co zmierzałem kupić), ale on słuchać nie chciał o sprzedaży, a kolejne adresy wyszukiwane i podawane przez kolegów okazywały się nietrafione, lub nieaktualne.
Na bezowocnym szukaniu zeszła mi cala jesień, zima i wczesna wiosna, ale w końcu w maju jeden z telefonów okazał się strzałem w dziesiątkę – ktoś w okolicach warszawskiego Dworca Południowego chciał się pozbyć motocykla wyglądającego z opisu jak coś, co zamierzałem zbudować, tyle że już byłlo to gotowe.
Dzwoniący kolega mówił coś o przeróbkach silnika, tłokach na wyższe sprężanie, ale w to już nie moglem uwierzyć po 20 kolejnych „opowieściach dziwnej treści”, z których żadna nie okazała się prawdziwa.
Dostałem telefon do sprzedawcy, wiec niewiele myśląc umówiłem się na spotkanie i obejrzenie motocykla.
Musiałem co prawda przejechać przez cala W-wę, ale w porównaniu do poprzednich, bezowocnych wypraw to była to pestka. Po przyjechaniu na miejsce stwierdziłem, że ktos „ukradł” mój pomysł i to b. dokładnie bo oprócz części mechanicznej którą jakoś sobie wyobrażałem, zrobił ładnie wygląd motocykla zakladając lekko powiększony zbiornik od R51 i ładną obszerna kanapę. Rama, w której siedział silnik R75 była bezsprzecznie kaśkowa, razem z wahaczem i tylnymi amortyzatorami, natomiast przód razem z półkami, lampą, kołem i błotnikiem na pewno nie był rosyjskiej produkcji.
O wiele porządniej i zgrabniej wyglądający z polerowanymi, aluminiowymi goleniami, chromowanym szklankami sprężyn i pełnopiastowym przednim hamulcem, wyglądał na coś w miarę współczesnego i bardzo angielskiego.
Później dowiedziałem się, że pochodził z AJS-a 18M. Na górnej półce zamontowano obrotomierz i szybkościomierz jak mi się wydawało, ale szybko przekonałem się, że są to tylko niedziałające atrapy tych zegarów. Zamiast fabrycznego iskrownika Norris (będącego w tych silnikach siedliskiem różnorakich problemów) zamontowano coś dużego, długiego i okrągłego. Po dokładniejszych oględzinach stwierdziłem, że to lotniczy iskrownik Scintilla z wyjściami na 4 cylindry, z których 2 przeciwlegle połączone były ze świecami motocykla przewodami WN.

Calość stała na mur i nie dawała się przekręcić. Właściciel powiedział mi, że zalożył uralowską skrzynię biegów w miejsce skrzyni emkowskiej i od tej pory nie może uruchomić silnika. Spędziłem kilka godzin oglądając motocykl, który bardzo mi się zresztą spodobał i próbując dojść o co w tym szaleństwie chodzi, wreszcie stwierdziłem, że to sprawa zbyt grubej podkładki pod przegubem krzyżakowym walu napędowego blokuje silnik. Nie bylem pewien ustawienia zapłonu z zastosowaniem pierwszy raz widzianego iskrownika wiec umówiłem się ze sprzedającym, że kupię motocykl w stanie takim jak go widzę za 15 tys zł i za tydzień – w niedzielę – odbiorę go od niego.
Cały tydzień zajęlo mi przygotowanie tej operacji. Umówiłem się z jednym z kolegów żoliborskich zwanym „Sledz”, najbardziej kumatym mechanikiem w naszej grupie i jednocześnie zawodowym kierowcą jakiegoś zjednoczenia, że weźmie na niedziele służbowego Fiata, do którego załadujemy narzędzia, nowy akumulator i linkę holowniczą z postanowieniem ze spróbujemy uruchomić motocykl, a jeśli się to nie uda, to po prostu Śledź zholuje mnie na lince Wisłostradą na Żoliborz.
Następnej niedzieli z samego rana zameldowaliśmy się u sprzedającego, którego rodzina miała ładny domek z wewnętrznym garażem, tak że pierwszy raz w życiu miałem okazję pracować przy motocyklu na wykafelkowanej podłodze. Dość szybko udało nam się wymontować tylne kolo i dyfer z wałkiem napędowym, wymienić podkładkę i złożyć wszystko w kupę. Teraz można było zacząć kręcić silnikiem więc wzięliśmy się do szybkiego ustawienia zaplonu na pierwszym cylindrze, znanym sposobem na bibułkę papierosowa.

Nie muszę mówić jak zdziwiony był nasz gospodarz, który wpadł na chwile do garażu zobaczyć jak nam robota idzie akurat w momencie gdy po wlaniu paliwa i podłączeniu akumulatora silnik zaskoczył od drugiego czy trzeciego kopnięcia i zaczął pięknie wkręcać się na obroty. Dla mnie też było to lekkie zaskoczenie, bo nigdy nie słyszałem by silnik Sahary pracował w taki sposób.
W każdym razie postanowiliśmy jechać na Żoliborz, a poprzedni właściciel dostał pieniądze, tyle że nie za bardzo chciał je brać tłumacząc, że za motocykl zapłacił o wiele więcej i gdyby wiedział, że tak szybko można go uruchomić – to nigdy by go nie sprzedawał. W końcu wymógł na mnie żebym cenę sprzedaży trzymał w tajemnicy. Spisaliśmy umowę i pojechaliśmy.
Puściłem Śledzia pierwszego na motocyklu, a sam jechałem z tylu, obserwując z lekkim zdziwieniem jego technikę jazdy polegającą na próbach ciągłego przyśpieszania – przy którym motocykl wystrzeliwał do przodu – i zwalniania, gdy najwyraźniej z najwyższym trudem utrzymywał kierunek jazdy.
W końcu zrównałem się z nim na którymś skrzyżowaniu i Śledź zaczął pokazywać na główkę ramy, mówiąc, że coś jest nie tak z łożyskami, ale w tym momencie światło się zmieniło i Śledź znowu wystrzelił do przodu z najwyraźniej rozanielonym wyrazem twarzy.
Po dotarciu na miejsce (ja kilka minut za Śledziem) zobaczyłem jak chodzi w kolo stojącego motocykla i kręci z niedowierzaniem glową. „Ty, ale jak to chodzi !!!” było jedynym, co udało się wydobyć z niego przez dluższy czas. Na pytania jaki miał problem z prowadzeniem motocykla, stwierdził, że to nieistotny szczegół.
Niewiele myśląc sam postanowiłem spróbować świeżego zakupu, odpaliłem, wsiadłem no i…. to samo, motocykl „zebrał się w sobie” i wystrzeli do przodu jak rakieta. Nie było tu porównania nie tylko do Sokola, ale również do przeróbki Cienkiego, motocykl o wiele lepiej przyśpieszał (i hamował) od wszystkiego, co do tej pory widziałem i czym oczywiście jeździłem. Były również dwa problemy, które musiałem usunąć, wyciek oleju spod uszczelek pokryw głowicy i męczący objaw zakleszczania się przodu w jednym – niekoniecznie właściwym – położeniu w momencie osiągnięcia stałej szybkości.
W ciągu następnego tygodnia udało mi się usunąć obie usterki. Okazało się, że angielski przód założony był do rosyjskiej ramy trochę „na żywca” i łożysko główki ramy zaczepia o jej krawędź.
To załatwiła podkładka pod bieżnią łożyska, natomiast przy okazji wycieku spod pokryw klawiatury miałem okazję obejrzeć trochę wnętrza silnika, który naprawdę miał tłoki na zwiększony stopień sprężania, powiększone zawory ssące i rozwiercone na większy przelot gaźniki.

TucholajaiKasia
Tu właśnie kończę pierwszą wizytę we wnętrzu mego silnika. Wielka kałuża oleju pod motocyklem to dowód, że nie miałem wówczas żadnego systemu zabezpieczania podłoża przed materiałami ropopochodnymi, a nawet przyznam – nie widziałem takiej potrzeby.

No oczywiście, razem ze zmiana motocykla zmieniłem przynależność klubową, przeniosłem się z HDC W-wa do klubu Skorpion zrzeszającego właścicieli „szybkich” motocykli o pojemności powyżej 500 ccm.
Szybkich w cudzysłowie jako, że to co wówczas wydawało się szybkie, dzisiaj wcale takie nie jest.
W każdym razie wówczas były to głównie motocykle angielskie i składaki podobne do mojej Kasi okraszone jedną BMW R60 która nigdy chyba dobrze nie jeździła.
Zmiana przynależności klubowej była o tyle łatwa, że obie siedziby klubów to była ta sama piwnica Teatru Ochoty wysprzątana i wyremontowana przez nas do tego ozdobiona świetnymi rysunkami M. Parzydły na ścianach. Wiosną zacząłem już przyjeżdżać na spotkania klubowe i jeździć po mieście a potem dość niespodziewanie wybuchło lato. Pod koniec czerwca zrobiło się naprawdę ciepło i z przyjemnością planowałem wyjazd do Lublina w pierwszych dniach lipca. Był tam organizowany coroczny zlot FIM, a takiej okazji obejrzenia współczesnych motocykli (których wówczas prawie w ogóle w PRL nie było) nikt z nas nie mógł przepuścić.
Ten wyjazd planowałem razem z moja ówczesną dziewczyna, Basia która i tak spędzała ze mną dużo czasu na motocyklu i już na Sokole dała się poznać jako świetny, odporny i wytrwały towarzysz motocyklowych wypraw. W przypadku Sokoła nie było to wcale łatwe, jako że oryginalne siodło pasażera zamontowane było daleko nad błotnikiem tylnego kola, na bagażniku.
W dodatku ten bagażnik mocowany był na długich wysięgnikach mniej więcej ze środka ramy i wyposażony w sprężyny łączące go z końcem tejże ramy.
Zamysł konstruktora był szczytny, bo pasażer miał jakieś resorowanie, ale z drugiej strony każdy jego ruch oddziaływał na prowadzenie motocykla co kiedyś zaowocowało zgubieniem mojej pasażerki podczas przejazdu przez dość głęboki piach. Na szczęście nowy motocykl nie dostarczał tak mocnych wrażeń.

W każdym razie plany wyjazdu były już daleko posunięte gdy okazało się ze Basia ma kłopoty z nerkami i odczuwa dość silne bóle. Jej rodzice oczywiście zakazali jej jakichkolwiek wyjazdów z obawy o pogorszenie sytuacji, ale Baska zaparła się, że jedzie choćby się waliło i paliło.
No i oczywiście postawiła na swoim, tyle że wyjechaliśmy późnym popołudniem i ostatnich może 20 km jechaliśmy już w kompletnych ciemnościach. Moja nowa Kaśka była w temacie instalacji elektrycznej dalej do tylu niż Sokół (w którym miałem wspaniale działającą prądnicę Bosch 60W i jako takie światła) jako że jej prądy oparte były o oryginalną prądnicę 45W, tyle ze ona nie działała wcale, a ja nie zdążyłem zainteresować się problemem przed wyjazdem. Zresztą w tematach elektrycznych byłem całkowitym głąbem, tak samo jak większość moich ówczesnych kolegów i uważałem je za czarną magię. Krótko mówiąc, musiałem jechać korzystając ze światła postojowego zasilanego przez wspaniały 6V akumulator i wiedząc, że zbyt długo to nie potrwa.
Mieliśmy w Lublinie spanie u mego ‚sokołowego” kolegi – Krzyśka Adamiaka, tzn. mieliśmy rozbić namiot w jego ogródku, ale na szczęście po przyjeździe Krzysiek zaofiarował nam spanie w normalnych warunkach – Baska z jego siostrą, a ja w jego pokoju. Dzięki temu mogłem odespać stresy podróżowania „na ślepo.”
Następnego dnia wybraliśmy się na stadion na otwarcie rajdu FIM, oglądanie motocykli i zwiedzanie Lublina i stąd to zdjęcie:

kaskaadambaska

Wśród masy nowych motocykli moja uwagę zwracały głównie b.ciekawe i niewidywane w Polsce staruszki, jak np ten 4 cylindrowy Indian poniżej:
czeskiIndian4wLublinie

Po dniu pełnym wrażeń i „nocnych polaków rozmowach” następnego dnia spakowaliśmy się i pojechaliśmy na Pętle Bieszczadzką. Tam rozbiliśmy się na jakimś kempingu i spędziliśmy może z tydzień jeżdżąc po bieszczadzkich drogach, opalając się i ogólnie wypoczywając. Podczas tych jazd rozciąłem sobie przednią oponę na kamyku wtopionym w asfalt i to na połowie długości i musiałem kupić polską oponkę, znacznie węższą przeznaczoną chyba do WSK. Opona wyglądała dość dziwnie na moim przednim kola ale na szczęście pracowała. Co dziwniejsze, Baśki bóle nerkowe całkowicie zanikły, nie wiadomo czy z powodu wygrzewania się na słońcu, czy naszych długich sesji „materacowych”, spędzanych w namiocie o symptomatycznej nazwie Amor 2.
Po tygodniu zwinęliśmy się i rozpoczęli drugą część zaplanowanej podróży, która tym razem miała za cel Trójmiasto, gdzie odbywał się międzynarodowy zlot żaglowców. Oczywiście droga wiodła przez W-wę, gdzie musieliśmy zmienić garderobę i pokazać się rodzicom. Dziś później i na krótko udało mi się siąść do pisania, więc kontynuujemy drogę Bieszczady, Lublin, W-wa.
Pamiętam tylko, że był upał, zdjęliśmy kurteczki i jechaliśmy w samych koszulach z krótkimi rękawami a i tak czułem się jak w piecu. Wyjechawszy za Lublin zacząłem przyśpieszać i dystans do W-wy przebyliśmy w półtorej godziny. Odwiozłem Baśkę do rodziców nie będąc zbytnio pewien przyjęcia, ale byli zadowoleni dowiedziawszy się, że wszystkie dolegliwości córki minęły. Potem popędziłem do siebie na Żoliborz.
Mieliśmy może dwa dni oddechu w W-wie i następna pętla naszych wakacji zawiodła nas do Trójmiasta na organizowany tam zlot żaglowców pełnomorskich odbywający się jak sądzę do dziś. Bardzo niewiele pamiętam z tamtej podróży, jakiś nadmorski kemping, koncert Czerwonych Gitar, smażalnię ryb, gdzie jedliśmy „uroczysty” obiad urodzinowy ze spotkaną przypadkowo żoną kolegi, zwiedzanie pomieszczeń załogi jakiegoś żaglowca. Cała podróż musiała przebiec bez jakichkolwiek wydarzeń, choć pamiętam również, że wracając zahaczyliśmy o miejscowość Borowski Las, gdzie jako uczeń spędzałem wakacje z rodzicami i jeździłem na polowy ryb. Już wówczas stwierdziłem, że to miejsce zmieniło się bardzo od „moich” czasów i lekko rozczarowany pojechałem dalej.

Nad morzem spędziliśmy jakieś dwa tygodnie i po powrocie zacząłem się przygotowywać do wcześniej zaplanowanego i zorganizowanego wyjazdu do Bredy (Holandia), gdzie mieszkała bliska rodzina matki.
Nie był to mój pierwszy wyjazd do Holandii, ale tym razem wymyśliłem, że pojadę tam na motocyklu i będę starał się załapać do bezpłatnej pracy wakacyjnej jako praktykant w którymś z tamtejszych warsztatów motocyklowych. Wiedziałem, że w okresie urlopowym jest taka szansa, nie wiedziałem jak niewielka ona jest. Ze smutną Basią umowiłem sie na kilkudniowy wypad do jakiegoś ośrodka nad Zegrzem po moim powrocie.
Pierwszego sierpnia z samego rana dokładnie zapakowany, wyruszyłem na trasę w kierunku Poznania by dostać się po przekroczeniu granicy w Świecku na autostradę okrążającą Berlin i przecinającą ówczesne Niemcy Wschodnie. Na wylocie z W-wy na szosie poznańskiej zauważyłem autostopowiczkę usiłującą zatrzymać jakiś samochód.
Zatrzymałem się, zapytałem czy nie boi się jechać na motocyklu i usłyszawszy odpowiedź pozytywną, dałem jej kask pasażerski, który wziąłem ze sobą. Dziewczyna wsiadła i pojechaliśmy. Była w odróżnieniu od Basi dość „przykoścista”, co dobrze wpłynęło na prowadzenie i komfort jazdy. Moja Kaska zachowała cechy mego Sokoła – przyjemniej się na niej jechało z pasażerem niż solo. Dość twarde tylne amory zaczynały lepiej pracować, moglem bardziej skutecznie hamować hamulcem tylnym – jednym słowem same plusy.
Niezbyt szybko przebijaliśmy się zatłoczona szosa do Sochaczewa, po minięciu którego spodziewałem się większego luzu na szosie, ale tak się nie stało, dalej musiałem walczyć z wyprzedzaniem dużych ciężarówek i ogólnie nie mogłem „odkręcić”. Taka szarpanina trwała cały czas, ale wiedziałem, że od Wrześni wyjadę na „autostradę” z dwoma pasami ruchu i byłem pewien, że tam wreszcie będę mógł rozwinąć skrzydła. Wreszcie dobrnęliśmy do tego miejsca, droga w miarę pusta stała przed nami otworem. Dodałem gazu i……… motocykl nie przyśpieszył, więc zdziwiony spróbowałem jeszcze raz.
Usłyszałem gwizd połączony z łomotem wewnątrz silnika, ale trwało to sekundę i odruchowo wcisnąłem sprzęgło czując, że tył wpada mi w poślizg. Silnik stanął z dźwiękiem mówiącym że nie robi tego z własnej woli, a ja wytraciłem szybkość i zjechałem na pobocze.
Zsiedliśmy z motocykla i po wzięciu kilku głębokich wdechów i wydechów spróbowałem go kopnąć, ale kopniak stal na mur. Spróbowałem więc skoczyć na kopniak, by ciężarem całego ciała spowodować jego działanie, ale tylko odbiłem się od niego jak od elementu stałego motocykla. Spróbowałem jeszcze raz – ze sprzęgłem i wówczas bez wysiłku obróciłem walkami skrzyni. Wówczas to sobie uświadomiłem – zatarłem wal korbowy.
To, że byłem zaskoczony to za mało powiedziane – przez dłuższą chwilę nie moglem przyjąć do wiadomości tego co się stało! Przecież przejechałem tym motocyklem całą Polskę wszerz i wzdłuż i teraz taki numer?
No ale nie było co myśleć nad rozlanym mlekiem, zawiadomiłem pasażerkę, że właśnie nadszedł koniec wspólnej podróży, rozpakowaliśmy jej bambetle i poszła na szosę łapać kogoś innego, a ja zacząłem zastanawiać się co dalej. Wracać nie miałem jak za bardzo, bo co z motocyklem? Ze swoich poprzednich podróży wiedziałem, że pociąg Wwa – Berlin zatrzymuje się w Poznaniu i tam będę mógł kupić na niego bilet. A co z motocyklem? Bez większego przekonania zepchnąłem go ze skrzyżowania, przy którym się zatrzymałem i popchałem do najbliższych domów, szczęśliwie było lekko z górki. Zatrzymałem się przy jakimś gospodarstwie i zapytałem kiedy będzie autobus do Poznania, ale okazało się, że dopiero następnego dnia rano. Zapytałem więc czy ktoś tu miałby miejsce żeby przenocować i kobieta podała mi adres. Poszedłem tam i wyjaśniłem gospodarzowi sytuację. Chcę się przespać do jutra i zostawić motocykl do ….jesieni ogólnie mówiąc, bo nie jestem nawet pewien kiedy będę z tej Holandii wracał.
Facet ku mojemu zdumieniu zgodził się na to, zapłaciłem mu za nocleg i poszedłem się przejść. Poszedłem spać z kurami, jako że ten pierwszy autobus odchodził około 7 rano a ja chciałem być w Poznaniu jak najwcześniej by być przygotowanym na jakiekolwiek niespodzianki.
No i niespodzianka się zdążyła – po przyjechaniu do Poznania i sprawdzeniu że kasa dworcowa jest jeszcze nieczynna poszedłem na dobre śniadanko do jakiejś hotelowej restauracji.
Po powrocie na dworzec poszedłem znowu do kasy (jedyna przy której nie było nikogo) i tam kasjerka podała mi cenę biletu lekko przewyższającą posiadaną przeze mnie ilość złotówek. Przed śniadaniem mogłem bilet kupić, ale po – już nie.
Na szczęście miałem jeszcze trochę guldenów i część z nich udało mi się wymienić na złotówki w tymże hotelu, gdzie zwierzyłem się recepcjoniście ze swoich kłopotów. Ten tylko wziął ode mnie guldeny i przyniósł złotówki (po kursie czarnorynkowym), których ilość wystarczała na bilet i następny posiłek. Teraz już spokojnie wystarczało poczekać na pociąg, który około godz. 4 pojawił się na dworcu.
Podróż przebiegła spokojnie, w międzynarodowym towarzystwie i przy akompaniamencie opowieści młodego Amerykanina tłumaczącego nam, ciemnym Europejczykom, dlaczego USA jest najlepszym do mieszkania krajem na świecie. W nocy oczywiście o żadnym spaniu nie mogło być mowy. Kontrole paszportów przy przekraczaniu granicy DDR, Berlina Zachodniego (2 razy) i Niemiec Zachodnich urozmaicane były kontrolami celników i konduktorów sprawdzających bilety. Na granicy DDR / Niemcy Zachodnie pogranicznicy ze Wschodnich Niemiec ganiali wzdłuż pociągu z psami, lustrami które wsadzali pod wagony i innym sprzętem, co ostro kolidowało z zachowaniem pograniczników zachodnich, leniwie przechodzących z wagonu do wagonu i robiących wrażenie, że wszystko to ich nic nie obchodzi.
Było to mylne wrażenie, ale o tym przekonałem się wiele lat później, gdy przejeżdżając przez Niemcy Zachodnie miałem tam wizę pobytową.
Po przejechaniu do Niemiec Zachodnich pociąg zrobił znany mi z poprzednich podróży trick – wagony przestały zataczać się jak pijany po wyjściu z baru i zaczęliśmy nabierać niespotykanych do tej pory szybkości wyprzedzając większość samochodów jadących usytuowaną wzdłuż torów autostradą. Otoczenie też się zmieniło – kolory szaro-bure i wrażenie ogólnego zaniedbania wszystkiego, typowe dla państw demokracji socjalistycznej ustąpiło miejsca feerii barw z typowym dla Niemiec wyrównaniem wszystkiego „pod sznurek”. Wszędzie widać było rękę gospodarza mądrze zawiadującego swoim majątkiem. Nawet powietrze zaczęło inaczej pachnieć. Minęliśmy jeszcze jedną granicę, nawet jej chyba nie zauważając i znaleźliśmy się w Holandii. Mniej uporządkowana niż Niemcy, ale dalej bajecznie kolorowa, co przy świetnej pogodzie tego dnia, jeszcze bardziej zachwycało przybysza z szarej i brudnej Polski. O jakiejś 11 rano dojechaliśmy do Bredy. Nie pamiętam już w jaki sposób dostałem się do domu wujostwa, gdzie jak zwykle zaserwowano mi prysznic, posiłek i zaprowadzono do pokoju, w którym miałem mieszkać.
Następnego dnia rano zacząłem poszukiwania pracy. Już przed wyjazdem zaplanowałem, że tym razem chcę znaleźć coś, co mnie naprawdę interesuje, czyli pracę w warsztacie motocyklowym przy współczesnych motocyklach co w PRL-u było raczej nieosiągalnym marzeniem.
Moje poszukiwania zacząłem od mapy. Okazało się ze w Bredzie działają dwa warsztaty motocyklowe, jeden dość duży, połączony ze sklepem – jako że firma była chyba dealerem Hondy – a drugi „ogólnowojskowy”, o wiele mniejszy i dość daleko położony.
Na szczęście wujostwo kupili mi używany rower, więc mogłem wybrać się na poszukiwania i oczywiście skierowałem się do bliższego i bardziej reprezentacyjnego warsztatu. Tam po prostu nie chciano ze mną nawet rozmawiać. Sprzedawca, którego zagadnąłem o prace mechanika – płynnym angielskim (o jakim ja nie moglem nawet marzyc) wyłuszczył mi, że nie są zainteresowani pracownikiem tylko na wakacje. Planując całą sprawę oczywiście nie przyszło mi do głowy, ze „kandydaci” na stanowisko mechanika w takim warsztacie mogą mieć stawiane pewne wymogi, jak choćby miejscowa szkoła ze zdanymi egzaminami i miejscowa praktyka warsztatowa, o czym ja nie miałem zielonego pojęcia. W każdym razie lekko zdołowany pojechałem do drugiego warsztatu. Tam pierwszym problemem było dogadanie się z właścicielem, który po angielsku dawał sobie radę gorzej niż ja, ale po długiej konwersacji słowno manualnej i ustaleniu, że nie wymagam wynagrodzenia za swoja prace, jako że chcę się czegoś nauczyć i mam dużą praktykę mechaniczną związaną z motocyklami obejrzał mnie dokładnie i powiedział: „OK, przyjdź po przerwie na lunch i zobaczymy”.
Po tej przerwie, którą spędziłem wałęsając się po okolicy pokazał mi stojącą na podnośniku Hondę CB350 i powiedział „wyjmij silnik” po czym znikł. Patrzyłem na Hondę jak wół na malowane wrota nie mając pojęcia od czego zacząć, kiedy jeden z pracujących obok mechaników podszedł i szybko pokazał śruby mocujące silnik, wiec wziąłem się do zdejmowania osprzętu i odkręcania ich. Wszystko szlo mi oczywiście niezmiernie powoli, ale w końcu zdjąłem i odkręciłem wszystko, tyle że silnik dalej nie chciał opuścić ramy. Wówczas ten sam mechanik pokazał mi jak trzeba silnik przekręcić by była szansa wyjęcia go, co też się udało i po powrocie właściciela silnik stał już na stole, gotowy do rozbiórki. Właściciel wydawał się pozytywnie zaskoczony i stwierdził, żebym przyszedł jutro na godz. 9 rano, jako że czas pracy się skończył. Niezmiernie zadowolony „pofrunąłem” na holenderskim rowerze do domu.
Później okazało się, że pomagający mi mechanik był harlejowcem z klubu HD Breda i razem z grupą kolegów wybrał się zeszłego roku (1974) na zlot HD do Wolsztyna. Tam zobaczył mojego Sokola, który bardzo mu się spodobał i również zapamiętał mnie.
On też w czasie przerwy lunchowej przekonał szefa, żeby przyjął mnie jako pomocnika (przynieś, podaj, pozamiataj) i że dam sobie radę. Tak naprawdę później pracowałem raczej ściśle przy motocyklach i żadnych pomocniczych czynności nie musiałem wykonywać oprócz oczywiście utrzymania w porządku swojego stanowiska pracy, ułożenia z powrotem narzędzi na miejsce itp.
Natomiast dzięki tej znajomości zacząłem być zabierany przez kolegów tegoż mechanika na miejscowe imprezy harleyowe, między innymi na zlot HD w Utrechcie, Amsterdamie i Bredzie.
Miało to b.poważne i pozytywne skutki dla mojego późniejszego życia „businesowego” jeśli tak to nazwiemy i spowodowało, że podczas późniejszych pobytów w Holandii nie musiałem już tam pracować. Miało to również poważne skutki dla mojego ówczesnego widzenia świata i relacji z dziewczynami, które bardzo odbiegały od tego co działo się w Polsce. Dla przykładu: pewnego weekendu wybrałem się na wycieczkę z Bredy do Roterdamu – jakieś 40 km, które postanowiłem przejechać rowerem. Holandia ma wspaniałą sieć dróg rowerowych i taką właśnie drogą popedałowałem sobie spokojnie na miejsce, by znaleźć nocleg w hostelu (za grosze, ze śniadaniem wliczonym w nocleg) gdzie powiedziano mi tylko, że muszę stawić się tam najpóźniej do godz. 10 wieczorem, żeby mnie wpuszczono. Oczywiście się zgodziłem i postanowiłem pójść pozwiedzać miasto. Nie wiem jak po dłuższym spacerze znalazłem się przed witryną jakiegoś bardzo dobrze zaopatrzonego sklepu modelarskiego gdzie modele statków, samolotów, czołgów i samochodów rwały po prostu oczy.
Stałem i oglądałem wielki, piękny, zrobiony z drewna model holenderskiego wojennego okrętu żaglowego z XVIII wieku, gdy nagle poczułem, że ktoś klepie mnie delikatnie w pupę. Obejrzałem się i stwierdziłem, że stoi za mną para bardzo atrakcyjnych dziewczyn, które zalały mnie natychmiast falą szybkiego holenderskiego, z którego moglem wyłowić tylko pojedyncze wyrazy. Powiedziałem po angielsku, że niestety niewiele kumam, wiec jedna z nich przeszła na angielski pytając czy bym się z nimi nie wybrał na całonocną dyskotekę. Z lekka mnie zamurowało, jako że takie propozycje w ówczesnym PRL-u były po prostu niewyobrażalne i wytłumaczyłem, że z żalem – ale muszę zrezygnować z powodu hostelu. Zamieniliśmy jeszcze kilka zdań i z widocznym ociąganiem (z obu stron) pożegnaliśmy się. Wróciłem do hostelu, a cały weekend spędziłem wałęsając się po centrum Roterdamu, zwiedzając port (największy wówczas na świecie) i w poniedziałek rano wróciłem od razu do pracy na popołudnie. To był jedyny mój wolny weekend, jako że reszta z nich była zajęta przez imprezy harlejowe, gdzie bylem zabierany jako oficjalny „gość” klubu w Bredzie przez miejscowych harlejowców natychmiast po skończeniu pracy w piątek wieczorem. Dzięki temu nudnawe w założeniu wakacje z holenderska rodzinką zmieniły się w rodzaj przedłużonej na 6 tygodni balangi towarzysko, taneczno – alkoholowej. Zaczynało się zwykle niewinnie, gdyż każdy z naszej grupy stawiał kolejkę piwa po przyjeździe na miejsce, ale w związku z dużą liczbą przyjeżdżających, z których niektórzy wcale nie musieli liczyć się z pieniędzmi, liczba kolejek ciągle się zwiększała, opowiadane historie i dowcipy robiły się coraz odważniejsze, dziewczyny wędrowały z jednych kolan na inne w ogólnym nastroju „kochajmy się”, muzyka oczywiście już grała….
A w poniedziałek rano następna japonia do naprawy i opowieści o weekendowych przygodach.
Warsztat, w którym pracowałem był niewielki (3 mechaników), ale dzięki zaangażowaniu właściciela w życie motocyklowe miasta, rodzinną i luźną atmosferę, oraz możliwość „hangout – owania się” w czasie pracy czy po pracy z pracownikami, był małym centrum motocyklowego życia Bredy i robił zupełnie niezłe obroty. Wiele wieczorów również miałem zajętych przez zawożenie naprawionych, lub pobieranie zepsutych motocykli razem z szefem – reszta mechaników niechętnie traciła swój wolny czas na te przejazdy. Na pewno b.dużo się nauczyłem jeśli chodzi o mechanikę motocyklową, diagnozowanie usterek, ustawianie gaźników, a również zupełnie banalne, ale nieprzyjemne roboty typu zmiany opon. Gorzej było ze znajomością elektromechaniki, w której sam szef nie był za bardzo kumaty, ale podstawowe sprawy, jak np. dynamiczne ustawianie zapłonu z lampa stroboskopowa mi pokazał.
To były rzeczy zupełnie wówczas nieosiągalne w PRL, gdzie motocyklowy Polmozbyt takich narzędzi na oczy nie widział, co dopiero mówić o ich stosowaniu. W połowie września zacząłem się zbierać do powrotu, jako że od października zaczynałem pracę. Przed zakończeniem pracy dostałem trochę pieniędzy od szefa, których większość i tak wydałem w jego sklepie, kupując porządny kask, włoskie buty motocyklowe (służyły mi przez następne 30 lat) i najważniejsze – wypatrzony wśród części używanych – wałek rozrządu do BMW R69S, który na oko wyglądał podobnie do walka mego silnika R75 sprzed 30 lat.
Najlepsze, że po przyjeździe do Polski porównałem oba walki i okazało się, że rozstaw i położenie krzywek jest identyczne, jedyną różnicą był kształt krzywek dający dłuższe czasy otwarcia zaworów późniejszemu silnikowi, który zamiast 26KM dawał 42KM.
Miałem znajomego tokarza na wydziale Mechaniki Precyzyjnej PW, który podjął się „przełożenia” tych krzywek na mój wałek i w ten sposób mój silnik zaczął kręcić obroty, które były dwa razy wyższe od tego, co założyli konstruktorzy. Ale wybiegam tu w przyszłość.
Podróż powrotną odbyłem również pociągiem, oglądając przez okno kolejne zmiany rzeczywistości z kolorowych i czystych Holandii i Niemiec Zach. do szarości i smrodu Niemiec Wschodnich i wreszcie PRL-u. Na dworcu poznańskim miałem okazję usłyszeć wiadomości przez radio z dokładnym opisem czynności Pierwszego Sekretarza i od razu wiedziałem ze jestem w domu. Wieczorem dobiłem do dworca W-wa Gdańska i potem kilka przystanków tramwajem, by wysiąść przy ul Bohomolca. Na miejscu, w domu rodziców, oczywiście bezładne opowiadania i telefon do Basi, że już jestem. Zgodnie z planami ostatnie dni „wakacji” spędziliśmy w domku kempingowym nad Zegrzem, ale pogoda nie była łaskawa. Było zimno i popadywało. Po motocykl zostawiony pod Poznaniem pojechałem dopiero w połowie października z żoliborskim kolegą Andrzejem (Grubym) na jego Zundappie KS600. Cala operacja musiała być zorganizowana i wykonana w ciągu weekendu. W sobotę pojechaliśmy na miejsce i przespaliśmy noc u gospodarza, u którego zostawiłem motocykl. W niedzielę zbudziliśmy się o świcie i przeprowadziliśmy podmianę zepsutego walu korbowego na drugi, dobry – który przywiozłem ze sobą. To z kolei wymagało wyjęcia silnika ze skrzynią i dyfrem z motocykla, pełnego rozebrania silnika i ponownego złożenia go razem z ustawieniem rozrządu i zapłonu, po czym zamontowania wszystkiego w ramie. Po pożegnaniu się z właścicielem gospodarstwa pognaliśmy do W-wy, ale było już około drugiej po południu, a dni były dużo krótsze niż latem, tak że od jakiejś 18.30 jechaliśmy w zupełnych ciemnościach.
Ja miałem głównie światła pozycyjne z aku 6V, które nie dawały żadnego oświetlenia drogi przed motocyklem, jako że moja prądnica nie działała, a światła Andrzeja z dzialającą prądnicą nie były o wiele lepsze. Ale i na to znalazło się lekarstwo – wyprzedziliśmy jakiegoś „Żubra” (były takie ciężarówki, poruszające się zwykle z szybkością 70 – 80 km/godz) i jechaliśmy potem w jego snopie świateł świetnie oświetlających nam drogę do samej Warszawy. Dopiero tam z niewypowiedzianą ulgą zostawiliśmy życzliwą ciężarówkę w tyle i pognaliśmy „ile maszyny dały” na Żoliborz.
To był dopiero właściwy koniec mojej wyprawy, a początek dość szarej i nudnej codzienności w pracy, która zabierała większość dnia, ale za to nie dawała pieniędzy, za które można było samodzielnie się utrzymać. Na razie dalej mieszkałem z rodziną i miałem „wikt i opierunek”, a zarobione pieniądze moglem wydawać na swoje przyjemności, ale zacząłem się orientować, że mowy nie ma – żebym mógł np wynająć osobne mieszkanie i utrzymać się z olbrzymiej sumy chyba 2700 zł, którą zacząłem dostawać po 3 – miesięcznym okresie próbnym.
Zdecydowanie trzeba było coś w tym zmienić, ale na razie nie miałem za bardzo pojęcia co i to przekonanie narastało we mnie tym bardziej, im dłużej pracowałem. Drugim problemem było zdanie sobie sprawy z całkowitego bezsensu tego co robiłem, jako że sprawdzałem rozliczenia państwowych przedsiębiorstw z Budżetem Państwa – efektywnie można by to przedstawić jak przesypywanie tych samych pieniędzy z jednej do drugiej kieszeni tych samych spodni. Zmiana w tej sytuacji nastąpiła dopiero po roku i była równie niespodziewana jak obiecująca.
Ale był to już następny rok wybiegający poza ramy tej opowieści…

Adam Medyna

SUPLEMENT

Najpierw powyższy tekst ukazał się na forum Cafe Racer:
http://www.caferacer.com.pl/forum/index.php?topic=1907.0

Uważam, że zasługuje on na pokazanie szerszemu światu i dlatego – podobnie jak Motocyklowe Wspomnienia Adama M. – znalazł się on tutaj. Postanowiłem jeszcze dodać do niego ciekawostkę: otóż w odpowiedzi na wspomnienia Adama, otrzymałem kilka zdjęć z tamtego okresu. Nadawca tych zdjęć krył się pod pseudonimem Gryf. Szybko okazało się, że Gryf to jedna z bohaterek wspomnień Adama – Basia z Warszawy. Choć los ich rzucił w różne strony świata, znów odnaleźli się w Internecie po kilkudziesięciu latach. Poniżej wklejam zdjęcia z komentarzem Basi, oraz odpowiedzi Adama.
Wojkop

Przesyłam kilka fotek, które udało mi się odszukać. Mam jeszcze kilka, ale jeszcze na nie nie natrafiłam. Zdjęcia te były robione przede wszystkim w Wolsztynie w roku 1973. Mam propozycję i prośbę. Ponieważ moja znajomość komputera jest taka sobie, chcę Cię poprosić, abyś je umieścił w „kawiarence” może ktoś będzie chciał je skomentować, może rozpozna siebie lub kogoś. Moja pamięć też jest już zawodna i pewnych twarzy już nie kojarzę. Wspominałeś, że byłeś w Lublinie FIM 1975, też tam byłam i do dzisiejszego dnia wspominam te przejazdy po mieście, które widziałam i w których brałam udział. Aż krew drży. Szkoda, że to już tylko wspomnienia.
Pozdrawiam, Gryf







Adam. M.
Na pierwszych 2 fotkach nie rozpoznaje nikogo, ( oprocz tego ze drugie to parada w Wolsztynie ) ale pozostale sa rowniez moja wlasnoscia.
– 3 zdjecie to Zygmunt Jozwiak z owczesna zona Jola jadacy na Sokole 1000,
– 4 to zoliborskie podworko Krzyska Flisa (obecnie mieszka w Edmonton jak sadze) z motocyklami przygotowanymi do jakiejs wyprawy w ktorej rowniez bralem udzial.
– 5 to ta sama scena tyle ze z aktorami – od lewej pochylony Jacek Laudanski z ktorym spotykam sie okazjonalnie w Wwie, potem Grzesiek Holka i dziewczyna Golebia ( Supel ? ) przy b.wyscigowym AJS bedacym wowczas Golebia wlasnoscia ( chyba to czubek jego glowy widac nad siedzeniem ) i ja stoje odwrocony tylem po stronie prawej,
– 6 zdjecie ewidentnie z Wolsztyna ale czlowieka na Triumphie nie rozpoznaje,
– 7 zdjecie tez chyba z Wolsztyna, Andrzej Echilczuk na swojej WLCe (obecnie San Diego Cal).
Troche nas po swiecie rozrzucilo……..
Zdjecia z przygotowaniami do wyjazdu jak z opowiesci Siwego Docenta, Jagusi tylko brakowalo

Gryf:
Cześć! Na pierwszym też nie pamiętam nikogo, ale samochód tak: był to opel admirał w kolorze ciemnym wiśniowo-brązowym, którym kiedyś właściciel wiózł nowożeńców do ślubu a motory tworzyły obstawę. Jazda przez pół Warszawy!! motor, którego widać tylko lampę to był Sokół 1000 w kolorze czerwonym; parada w Wolsztynie w samochodzie jadą dziewczyny, tę z prawej strony zapamiętałam (spotykałyśmy się w sanitariatach na campingu) miała na imię Ewa, była bardzo charakterystyczna bo w drodze na zjazd miała drobny wypadek i była cała pomalowana gencjaną, obydwie były z Warszawy; na szóstym jest gość, na którego mówiono: Motosakosz- Łopalewski, nie pamiętam, imienia. Pozostałe fotki zostały opisane prawidłowo. To był test, nie do końca zdany! Pozdrawiam, Gryf

Adam M.
Tak to prawda – Opel starszego z braci Skotnickich, a czym dluzej patrze na to pierwsze zdjecie tym bardziej mi sie wydaje ze to ja siedze na motocyklu a ty Basiu stoisz obok ???!!!

Gryf:
Myślałam, że więcej czasu zajmie Ci zdemaskowanie mnie. Zaczęłam interesować się tematem, kiedy przypadkowo zobaczyłam swoje zdjęcie w necie. Poszperałam i jestem. Lubię czytać Twoje wspomnienia. Po części są też moje. Pozdrawiam

Możliwość komentowania jest wyłączona.