Motocyklowe wspomnienia „Docenta” Część II

14.02.2015

Rok 1976

Zakończenie starego i przywitanie nowego roku odbyło się skromnie w mojej piwnicy, ponieważ na jakieś wielkie balety nie było pieniędzy, a druga sprawa – nie miałem z kim iść na sylwestra, więc żadnych szaleństw nie było. Na początku stycznia wreszcie można było ruszyć z robotą pełną parą ponieważ razem z wypłatą została wypłacona premia kwartalna i ona czasami była większa niż wypłata. Teraz postanowiłem zabrać się za sprawy silnikowe, bo kosmetyka silnika była zrobiona, wał korbowy był już zregenerowany i cały blok silnika też miałem zmontowany teraz następny temat: cylindry.

Żeby zrobić szlif cylindrów brakowało mi tłoków i zamierzałem dorabiać je w tym samym miejscu co dorabiałem do TRIUMPHA, ale któryś z kolegów z klubu (członkiem klubu już nie byłem ale czasami jak miałem sprawę to kolegów odwiedzałem) powiedział mi że pasują od FIATA-132 GLS 1600 cm3 i będą lepsze od tych dorabianych. Tylko że takie tłoki można było kupić w sklepie „Peweksu”, gdzie dostępne były części do samochodów zachodnich.
Nie mając innego wyjścia kupiłem na bazarze dolary. Wyszedł mały problem, ponieważ w tym sklepie mogłem kupić cały komplet czyli cztery tłoki i wtedy dogadałem się z jednym kolegą, który też potrzebował takie same tłoki i wspólnie je kupiliśmy, a ich koszt nie był większy od tych dorabianych. Po tygodniu cylindry miałem zrobione i silnik został zmontowany do końca, podobnie jak skrzynia biegów, z którą też zrobiłem w postaci zamontowania nowych łożysk, uszczelniaczy i co najważniejsze wymieniony został trzeci bieg który szwankował i tak zakończył się następny temat tej przeróbki. Brak silnika w ramie blokował mi następne tematy i pierwszym z nich był układ wydechowy który w ogóle nie pasował od motocykla M-72 i trzeba było dorobić całkiem nowy. Drugim tematem był oczywiście brak oryginalnej prądnicy i o jej zdobyciu mogłem tylko pomarzyć. W tym silniku był osobny niezależny od prądnicy układ zapłonowy w postaci iskrownika i jak na razie był sprawny. Na dobrą sprawę dopóki nie znajdę prądnicy, to mogłem jeździć bez niej ponieważ nie było wtedy obowiązku jazdy na światłach przez całą dobę, ale ja zamierzałem na tym motocyklu zaliczyć kilka fajnych zlotów i w dalszej trasie niestety światła były potrzebne, bo akumulator na długo by nie wystarczył. Wtedy zaświtał mi pomysł żeby zamontować alternator. Po zamontowaniu silnika okazało się, że jest możliwość zamontowania alternatora, ponieważ z przodu było dużo miejsca i w niczym nie będzie przeszkadzał.Nie będzie problemu z jego napędem, bo z przodu silnika wystawał czop wału korbowego na którym zamocowana była oryginalna prądnica. Teraz tylko musiałem porobić odpowiednie wsporniki przyspawać i na nowo pomalować ramę. Ale jak to bywa podczas różnych przeróbek po rozwiązaniu jednego problemu wychodzą dwa albo i trzy następne. Nie miałem pojęcia gdzie zdobyć taki alternator, bo gdybym miał stary, to zamieniłbym u chłopaków w pracy na sprawny, a takie miejsca jak obecne szroty wtedy jeszcze nie istniały. Przez przypadek dowiedziałem się, że na Grochowie jest taki sklep „Bomis”, do którego były dostarczane wybrakowane części z FSO lub podzespoły wymontowane podczas napraw gwarancyjnych i właśnie w tym sklepie kupiłem alternator od FIATA-125p, który wyglądał na prawie nowy i w domu usunąłem uszkodzenie w ciągu piętnastu minut, tyle ile grzała się lutownica, bo po rozebraniu okazało się, że nie był przylutowany jeden przewód do komutatora. W ten sposób za małe pieniądze miałem już sprawny alternator. Mimo, że prace podczas przeróbki szły w miarę sprawnie, to najbardziej wkurzał mnie temat budowy zbiornika. Mimo, że prace nad nim zaczęliśmy pod koniec października to wlokły się ślimaczym tempem i bałem się, że jak tak dalej pójdzie, to jego budowę zakończymy w połowie sezonu, a jeszcze trzeba będzie go pomalować. Kktóregoś dnia doszło do zabawnego zdarzenia, a mianowicie roboty służbowej nie było prawie wcale, więc jakoś postanowiliśmy wykorzystać ten czas tym bardziej, że na 100% byliśmy pewni, że kierownika nie ma na „Pawilonie”, bo pojechał na drugą bazę do dyrekcji. Jednak tak nie było. Nagle pojawił się na hali i dopadł nas podczas roboty przy zbiorniku, a my w pierwszej chwili nie mieliśmy pojęcia co mamy zrobić. Kierownik z uśmiechem popatrzył się na nas co robimy i powiedział, że mamy tydzień czasu na dokończenie tego baniaka i po tygodniu nie chce go tutaj widzieć chyba że będzie stał na lakierni. Teraz mając oficjalne pozwolenie kierownika prace przy zbiorniku nabrały tempa i w ten nietypowy sposób w ciągu tygodnia zbiornik został ukończony i gotowy był do lakierowania, a przez ten pośpiech nie raz poparzyłem sobie ręce.
Teraz pozostała najważniejsza robota czyli próba szczelności spawów których było sporo oraz ile wody wejdzie do niego i wtedy wyszły wielkie jajca. Podczas próby szczelności okazało się że do mojego zbiornika zmieściło się 51 litrów wody, a nie 35 jak sądziłem i nie miałem pojęcia dlaczego jest taka duża różnica. Wiedziałem że te moje wymiary różnią się od oryginału i mogłem pomylić się o 5 litrów, ale nie o 16 i teraz nic już więcej nie mogłem zrobić ani poprawić i musiało zostać i w ten sposób powstał największy zbiornik paliwa do motocykla w Polsce, a może i w Europie. W domu sprawa wyjaśniła się. Patrzyłem na ten plakat i zastanawiałem się, w którym miejscu popełniłem błąd. W końcu znalazłem. Z boku było kilka małych obrazków na które Ja nie zwróciłem uwagi, a jeden właśnie dotyczył zbiornika, na którym był jego przekrój i z niego wynikało że pod zbiornikiem była wielka wnęka, której ja nie uwzględniłem i dlatego wyszła taka różnica. Wspomnę tylko, że jak byłem w 2010 roku w Modlinie na jubileuszowym spotkaniu z okazji 30-sto lecia powstania klubu „Weteran”, którego byłem członkiem w latach 80-tych, dowiedziałem się że ten mój zbiornik przetrwał do naszych czasów! Zadowolony byłem, że coś materialnego zostało po starym siwym „Docencie”, bo ludzie niestety odchodzą bardzo szybko i to czasami przedwcześnie. A te piękne czasy będą jeszcze opisywane w dalszych częściach moich wspomnień. Na zbiorniku sprawy blacharskie nie skończyły się, ponieważ musiałem jeszcze dorobić dwie małe boczne skrzynki na narzędzia i to już nie był poważny temat i został ogarnięty w ciągu dwóch dni. Jak wcześniej wspomniałem przy tego rodzaju przeróbkach pokona się jeden problem, a jego miejsce przychodzą następne dwa które trzeba rozwiązać. Tak było i w tym przypadku przednie zawieszenie w ogóle nie pasowało do sylwetki motoru który chciałem stworzyć. Więc pozbyłem się oryginalnych osłon oraz przedniego błotnika i golenie ze sprężynami poszło do chromu tylko pozbywając się tych osłon nie miałem do czego przykręcić obudowy reflektora i musiałem coś dorobić. Wtedy zaświtał mi pomysł żeby zbudować obudowę na podwójny reflektor który pasowałby do tego wielkiego zbiornika, a elementy optyczne do niego wykorzystałbym od FIATA-125p i jak miałem wszystkie elementy blaszane gotowe to postanowiłem je pomalować na jakiś ładny kolor który dodałby blasku temu motocyklowi. To był mój jedyny motocykl którego malowanie powierzyłem profesjonalnym lakiernikom w moim zakładzie bo nie miałem zamiaru eksperymentować z dorabianiem lakieru jak to robiliśmy podczas malowania „Bizona” HARLEYA – tylko kupiłem w sklepie „Peweksu” lakier niebieski metalik firmy „Glasurit”. Do pomalowania było pięć elementów i lakiernicy porobili mi w fachowy sposób ozdobne paski jak na BMW. Kiedy wszystko było pomalowane, to przewiozłem to do domu i na jakiś czas umieściłem dla bezpieczeństwa w swoim pokoju, co oczywiście ponownie nie spodobało się mojemu ojcu, który powiedział że mieszkanie to nie jest magazyn części motocyklowych tylko że ja jego słowa miałem gdzieś głęboko.
Teraz mając wszystkie elementy lakierowane w domu, niektóre z nich mogłem zamontować, a zbiornik położyć na ramie i zobaczyć jak będzie wyglądał razem z tym wypolerowanym silnikiem. Chciałem zobaczyć minę chłopaków jak zobaczą ten wielki zbiornik. W sobotę postanowiłem im pokazać co udało mi się zbudować i dlatego z samego rana zamontowałem tylny błotnik i położyłem zbiornik na ramie, wszystko zostało przykryte kocem i poleciałem do sklepu po piwo. Potem czekałem na chłopaków. Po południu zaczęli schodzić się i każdego interesowało co ukrywam pod tym kocem, więc odpowiedziałem im że to jest mój nowy motor, na którym będę jeździł w tym sezonie i dokonałem odsłony. Oczywiście zaskoczenie było pełne i wtedy zasypała mnie lawina pytań gdzie zdobyłem ten zbiornik i ile mnie kosztował.
Ja odpowiedziałem im, że jedyne koszta jakie poniosłem to był zakup lakieru w „Peweksie” i dobra wódka, którą postawiłem lakiernikom w pracy, a ten zbiornik to jest całkowicie moja konstrukcja, którą przy pomocy jednego spawacza z pracy budowaliśmy prawie przez cztery miesiące i wyszedł efekt zajebisty, co widać na zdjęciach, które zamieściłem. Pokazałem im też przedni podwójny reflektor, który nie był jeszcze zamontowany, ponieważ przednie zawieszenie było w chromie i nie mogłem doczekać się kiedy zobaczę go zamontowanego na motocyklu. Chłopaki zgodnie przyznali że tym razem udało mi się i to był mój wielki sukces. Mimo, że na motocyklu przebywało coraz więcej elementów to było jeszcze kilka rzeczy do dorobienia, jak na przykład jakaś półkę na zegary, ponieważ w obudowie którą dorobiłem na podwójny reflektor nie było miejsca na szybkościomierz i stacyjkę. Najpierw po wypłacie kupiłem dwa jednakowe zegary szybkościomierz i obrotomierz tylko nie pamiętam od jakiego to było motoru czy od JAWY czy od CZ i według ich wymiarów zrobiłem wzór takiej półki, ale obrotomierz niestety został wstawiony tylko dla ozdoby ponieważ zegar ten był o napędzie mechanicznym, a ja nie miałem do czego go podłączyć bo w dzisiejszych czasach ten problem by nie istniał ponieważ kupiłoby się obrotomierz elektroniczny i sprawa załatwiona. Po dorobieniu półki pozostały jeszcze dwa ostatnie tematy układ wydechowy i instalacja elektryczna. Dorobienie kolanek nie było problemem, ale nie miałem pojęcia gdzie zdobyć odpowiednie tłumiki ponieważ te oryginalne w ogóle nie pasowały mi do tej sylwetki i wtedy w tym temacie pomógł mi Michał Stankiewicz. Michał miał jakiegoś blacharza który dorabiał do ich motocykli takie fajne stożkowe tłumiki, które nazywali „Cygarami” i te już pasowały do sylwetki mojego motoru. Michał załatwił mi dwa takie w stanie surowym, bo były tańsze, a ja w pracy pospawałem je w jedną całość i dorobiłem odpowiednie mocowania. Tak jak wspomniałem oryginalny przedni błotnik też nie pasował do całości i został zastąpiony małym błotnikiem od motocykla WSK, który został pochromowany. Po wypłacie poszła ostatnia partia części przewidzianych do chromowania: przedni błotnik, oraz kolanka i tłumiki. Motor wreszcie nabierał kształtów, mógł stanąć na własnych kołach i tylko czekać jak wydech będzie gotowy. Teraz zabrałem się za najbardziej nielubiany przeze mnie temat – za instalację elektryczną. Podczas tej przeróbki instalacja elektryczna została trochę rozbudowana i potrzebowałem więcej przewodów o różnych kolorach i przekrojach, więc w tym samym sklepie, w którym kupowałem alternator znalazłem uszkodzoną wiązkę elektryczną od samochodu FIAT-125p i po rozplątaniu miałem do wyboru to co chciałem, a kupowanie przewodów na sztuki było zbyt kosztowne i nieopłacalne. Chłopaki którzy codziennie odwiedzali moją piwnice z ciekawości jak idą mi prace nad tym monstrum co zbudowałem stwierdzili, że teraz mój motor w 80-ciu % podobny jest do tego z plakatu i któryś chłopak dodał, że gdyby miał kierunkowskazy to by pasowały do tej sylwetki. Ja widziałem takie kierunkowskazy na motocyklu WSK KOBUZ w wersji eksportowej, ale w sklepie „Motozbytu” na ul. Nowolipki były one nie do zdobycia. Dowiedziałem się, że takie lampy można dostać w sklepie przyfabrycznym w Świdniku, gdzie te motocykle były produkowane, ale jechać specjalnie do Świdnika było nieopłacalne i w tym temacie pomógł mi Darek Juszko, bo któregoś dnia jechał w delegację w tamtym kierunku i kupił mi to co potrzebowałem i problem został rozwiązany. Teraz mając już wszystkie odbiorniki i dołożyłem jeszcze dwa sygnały dwutonowe też oczywiście od FIATA-125p, które zamontowałem pod podwójnym reflektorem. Ostatnim akordem było powiększenie półki pod drugi akumulator, ponieważ po zamontowaniu alternatora cała instalacja była teraz 12V, a nie pamiętam czy w tamtych czasach były produkowane akumulatory 12V do motocykli, więc musiałem zastosować dwa 6V połączone szeregowo. Instalacja elektryczna kończyła w zasadzie cały cykl przeróbki motoru i do nowego sezonu było jeszcze sporo czasu, więc nie było pośpiechu i czasami jak dopadł nas leń, to siedzieliśmy na stołkach w mojej piwnicy i chlaliśmy piwo.
To był chyba koniec marca i widać już było finał tej wielkiej roboty, która trwała z małymi przerwami prawie siedem miesięcy i pochłonęła ogromne środki finansowe. Szkoda tylko, że nie zapisałem tego wszystkiego. Teraz czekałem tylko na wystawienie motoru, a jeszcze bardziej nie mogłem się doczekać kiedy przejadę się nim i gdyby nie brak wydechu, który był jeszcze w chromie to motor byłby wystawiony zaraz bo pogoda była zachęcająca do jazdy. Jak zrobiło się cieplej to wznowiliśmy działalność w garażu Janusza po zimowym postoju, ponieważ jego garaż był nieogrzewany i w duże mrozy trudno było w nim pracować, ale teraz trzeba było odrabiać braki finansowe.

Któregoś dnia zadzwonił do mnie „Tosiek” z Wrocławia, z którym byłem w stałym kontakcie po zlotach w Wolsztynie i Poniatowej i zapowiedział, że niedługo przyjedzie do Warszawy załatwiać jakieś sprawy, tylko nie znał dokładnie daty przyjazdu. Podczas tej rozmowy powiedziałem jemu, żeby przed wyjazdem podał dokładnie dzień kiedy będzie jechał, żebym był w tym czasie w domu, ponieważ razem z kolegą mamy dużo roboty po zimowym zastoju, a potrzebny jest nam każdy dodatkowy grosz, także na przyszłe wyjazdy w plener. „Tosiek” często odwiedzał Warszawę w sprawach służbowych i jak chciał kogoś odwiedzić, to z dworca jechał taksówką, ale tym razem pogoda była łaskawa, więc przyjechał swoim żółtym HARLEYEM i co najgorsze że nie uprzedził mnie o tym fakcie jak go prosiłem i w tym czasie nie było mnie w domu, bo byłem w garażu z Januszem. „Tosiek” nie znał Warszawy, ale do mnie z głównej trasy było trafić najłatwiej i do „Fiszera” na Saską Kępę pojechali byśmy razem. W domu był brat i wiedział że może przyjechać mój kolega z Wrocławia. Brat dobrze znał Warszawę, ponieważ jeździł jako kierowca w MZK, tylko że on nie wiedział gdzie znajduje się Janusza garaż. Kiedy przyjechał „Tosiek”, to na Saską Kępe do „Fiszera” z nim pojechał mój brat, ale tam nie dojechali bo mieli wypadek. Jak wyjeżdżali z Ochoty to pogorszyła się pogoda, zaczął mżyć deszcz i wtedy zjeżdżając z Trasy Łazienkowskiej doszło do wywrotki, podczas której „Tosiek” doznał otwartego złamania podudzia i do szpitala zabrał go karetka, a brat został sam z HARLEYEM i nie miał pojęcia co ma dalej robić. Całe szczęście, że bratu nic się nie stało, tylko nie miał pojęcia jak takim motorem pojechać dalej, więc do „Fiszera” go zapchał, ponieważ tam było najbliżej – niecały kilometr. Gdybym ja jechał z „Tośkiem”, to nie byłoby żadnego problemu z jego motorem, ponieważ bym sobie z nim poradził i jakoś przejechałbym nim na Ochotę, żeby stał u nas na parkingu. Wieczorem Bogdan powiedział mi, że mieli wypadek i „Tosiek” jest w szpitalu na ul. Barskiej, a jego motor zapchał do „Fiszera”, bo do nas na Ochotę niedbały rady i dodał że w tym motorze coś jest uszkodzone, bo przednie koło opierało się o zawieszenie i ciężko mu się pchało. W pierwszej kolejności zadzwoniłem do Wrocławia do jego żony i powiedziałem jej co się stało i że jego motor jest pod naszą opieką i został zabezpieczony. Następnego dnia prosto z pracy pojechałem do „Fiszera” celem zabrania jego motoru do siebie, ale „Fiszer” oświadczył że ten motor będzie stał u niego do czasu jak „Tosiek” wyjdzie ze szpitala i sam go odbierze. Po południu odwiedziliśmy z Jarkiem „Tośka” w szpitalu i kiedy powiedziałem jemu jak wygląda sprawa z jego motorem, to strasznie się spienił i powiedział że napisze mi specjalne upoważnienie do odbioru jego motoru, ale nie zdążył tego zrobić, ponieważ po drugiej operacji został przetransportowany na dalsze leczenie do Wrocławia i nie miałem pojęcia w jaki sposób rozwiązać problem z „Tośka” motorem. Po kilku dniach sprawa jego motoru wyjaśniła się sama w dziwny sposób, bo któregoś dnia zadzwonił do mnie „Fiszer” i powiedział że mam trzy dni na zabranie „Tośka” motoru z jego podwórka i nie miałem pojęcia z jakiego powodu tak nagle zmienił decyzje, ale Ja byłem z tego zadowolony. Po motor pojechałem razem z Jarkiem i okazało się że w przednim kole jest pęknięta ośka która była przyczyną tej wywrotki i po jej wymianie przestawiliśmy motor „Tośka” na nasze podwórko. Jak tylko jego motor znalazł się pod naszą opieką natychmiast powiadomiłem o tym jego żonę, a ona jego i był już z tego faktu zadowolony.

Rozpoczęcie sezonu rok 1976 na motocyklu M-72 przerobionym na wzór BMW R-75/5

Wreszcie nadszedł ten wielki dzień czas wystawienia motoru z piwnicy na światło dzienne po długiej przeróbce, ale podczas wystawiania wyszedł mały problem, ponieważ ten silnik który miałem zamontowany był górnozaworowy i w związku z tym był trochę szerszy od silnika motocykla M-72. Na schodach mieścił się prawie na styk i bałem się, że zostaną porysowane moje świeżo wypolerowane dekle na głowicach zakrywające klawiaturę zaworową. Więc do tej operacji wszystko co przeszkadzało zostało zdemontowane: czyli dekle, klawiatura i dodatkowo powykręcałem szpilki które służyły do mocowania dekli. Dla bezpieczeństwa nie montowałem zbiornika paliwa i całego układu wydechowego. Przy wystawianiu motoru pomagali mi koledzy, którzy akurat byli na podwórku i potraktowaliśmy ten dzień jak nasze prywatne rozpoczęcie nowego sezonu motocyklowego w tym roku, które będzie oblane wieczorem w „Jagusi” po pierwszych jazdach.
Jak motor znalazł się już bezpiecznie na podwórku, to zabrałem się za montowanie wszystkiego co zostało wcześniej zdemontowane do jego wystawienia, bo nie mogłem się już doczekać kiedy przejadę się na tym wielkim byku. Z odpaleniem silnika nie było żadnych problemów, w przeciwieństwie do pierwszego odpalania HARLEYA, tylko musiałem przyzwyczajać do nowej sylwetki swojego motoru, a zwłaszcza to tego wielkiego zbiornika paliwa, który ledwo obejmowałem kolanami. Teraz tylko interesowało mnie jak będzie spisywał się mój patent z alternatorem, bo o resztę rzeczy byłem spokojny. Jak zwykle podczas pierwszego objeżdżania motocykla nie jechałem daleko od domu. Zrobiłem tylko kilka okrążeń dookoła naszego osiedla, tak około 30-stu km i po powrocie na podwórko wyłoniły się pierwsze dwa problemy dotyczące właśnie alternatora. Pierwszy dotyczył paska klinowego, bo niewiele z niego zostało i pomyślałem, że jak tak dalej będzie – to na sto kilometrów będę potrzebował cały zapas nowych pasków. Montując alternator popełniłem poważny błąd, bo dorabiając koło pasowe na wał korbowy starałem się zachować takie same przełożenie jakie jest w samochodzie, tylko nie pomyślałem że tyle prądu co w samochodzie to ja nie potrzebuję. Wtedy okazało się że nie mogę dobrać odpowiedniego paska klinowego do jego napędu. Najkrótszy pasek jaki mogłem kupić od samochodu pochodził od FIATA-126p, ale był za długi o pięć centymetrów, więc dobrałem pasek, który wymiarami pasował idealnie, ale pochodził od pralki „Frania”, której obroty nie przekraczają 800-set na minutę, a mój silnik czasami mógł mieć i 3000-ce obrotów na minutę i dlatego ten pasek nie wytrzymał takich obrotów. Drugi problem dotyczył akumulatora, bo z jednego z nich wydobywał się dym i był gorący co oznaczało że gotował się z powodu dużego prądu ładowania i dziwiło mnie to że dymił tylko jeden akumulator i okazało się że dymił ten starszy akumulator, bo musiał być zasiarczony i niestety musiałem kupić drugi nowy, żeby oba były jednakowe i chwilowo problem z gotowaniem się akumulatorów został załatwiony. Regulator napięcia też był od FIATA-125p, tylko że w tamtych czasach regulator był mechaniczny i prąd ustawiało się ręcznie. Mimo, że ustawiony był na najniższy prąd jaki można było ustawić to i tak był za duży na te małe akumulatory. Doszedłem do wniosku że mnie nie jest potrzeba tyle prądu co w samochodzie i po zlocie w Olsztynie postanowiłem zmienić przełożenie, żeby zmniejszyć jego obroty i wtedy pasek do FIATA-126p będzie mi pasował i prąd ładowania też się zmniejszy. Na razie jeździłem na światłach i nie rozwijałem w mieście dużych prędkości, więc akumulator już nie gotował się. Po wystawieniu mojego motoru piwnica była pusta i chłopaki myśleli, że wstawimy do niej „Tośka” HARLEYA, ale ja powiedziałem im, że lepiej będzie jak pozostanie na parkingu obok naszych motocykli, ponieważ „Tosiek” nie zdążył zostawić mi dokumentów od swojego motocykla. Po naszym osiedlu plątał się bardzo wścibski dzielnicowy i często zaglądał do naszych piwnic w poszukiwaniu jakiś kradzionych części samochodowych i motocyklowych. Gdyby zobaczył tam motor z obcą rejestracją bez dokumentów, to miałby przypuszczenie że ten motor jest kradziony, a na parkingu motor z obcą rejestracją może stać ile chce. Po wymianie akumulatora i uporaniu się z drobnymi poprawkami, postanowiłem przejechać się po mieście trochę dalej i wracając już do domu doszło do bliskiego spotkania z tylną częścią samochodu SYRENA, czyli mówiąc po naszemu – wjechałem jej w dupę. Do tej kolizji doszło jak zjeżdżałem na Trasę Łazienkowską w kierunku Ochoty i jechała przede mną SYRENA. Byłem pewien, że pojedzie dalej, ale ona nagle zahamowała nie dając mi żadnych szans na bezpieczne zatrzymanie się i znalazłem się w jej bagażniku. Moje przednie zawieszenie przed pogięciem uratowała jedna rzecz, a mianowicie w samochodzie SYRENA rama kończy się na wysokości tylnej osi, a dalsza część pojazdu stanowią tylko blachy które w tym samochodzie były poważnie nadwyrężone przez rdzę. Jak ja wjechałem w tył tego samochodu, to te blachy po prostu rozleciały się i cały tył przestał istnieć, pozostał na jezdni. W moim motocyklu ucierpiał tylko mój chromowany błotnik który został lekko pogięty i takim akcentem rozpoczął się dla mnie nowy sezon motocyklowy. Kiedy przyjechała milicja i zobaczyli tył tej SYRENY, to nie mogli uwierzyć, że to ja swoim motorem zrobiłem takie spustoszenie i nic mi się nie stało. Po spisaniu protokołu wlepili mi mandat za nieostrożną jazdę i puścili do domu, a ten samochód powędrował na lawetę, bo do dalszej jazdy nie nadawał się. Przed odjazdem musiałem zdjąć błotnik, bo opierał się o oponę i nie mogłem wyprostować go na motocyklu. Na podwórku chłopaki dopytywali się gdzie pogiąłem błotnik więc powiedziałem im, że skasowałem jedną SYRENE, która przypadkowo napatoczyła się i pokazałem mandat który dostałem za spowodowanie kolizji. Tego mandatu nie zapłaciłem do dnia dzisiejszego. W piwnicy błotnik został szybko wyprostowany młotkiem gumowym i nawet nie wymagał ponownego chromowania. Mój wielki zbiornik czasami pełnił inną funkcje, a mianowicie był cysterną do przewozu paliwa. Darek Juszko nadal jeździł w PKS-się samochodem STAR-25 z silnikiem benzynowym i po kilku delegacjach trochę się tego paliwa nazbierało i trzeba było jakoś to przewieść na Ochotę. Nie potrzeba było jeździć z kanistrami, bo wystarczył mój wielki zbiornik. Na miejscu zdejmowaliśmy zbiornik, co nie stwarzało żadnych trudności i po zatankowaniu do pełna wracałem z tym towarem do domu, tylko podczas jazdy motor dziwnie zachowywał się z taką ilością paliwa, ale z ul. Ordona na nasze podwórko nie było daleko i jakoś dojechało się i paliwo rozlewaliśmy do innych motocykli. Ten proceder zakończył się, ponieważ z wszystkich firm transportowych powoli wycofywano samochody z paliwożernymi silnikami i zastępowano je samochodami z silnikami diesla.

Zlot Olsztyn rok 1976

Wreszcie nadszedł ten dzień, kiedy mogłem pojechać na swój pierwszy w tym sezonie zlot motocyklowy do Olsztyna. Ten pierwszy zlot zorganizowany był przez ludzi z „Rotor Klub Olsztyn”. Jako miejsce tego zlotu wybrali bardzo piękne miejsce, które nosiło nazwę „Słoneczna Polana” – nad jeziorem Krzywym na Olsztyńskiej dzielnicy Dajtki. Wyjazd do Olsztyna nie był taki daleki, bo z Warszawy było 220 km, ale ja nie miałem pojęcia ile mam zabrać ze sobą pasków klinowych, bo jeszcze przed wyjazdem na zlot zdążyłem zniszczyć już trzy paski. Na ten zlot do Olsztyna wybierał się też Darek Kowalski „Gruby”, ale nie zamierzał jechać na swoim NSU tylko samochodem WARSZAWA-224 i sądziłem, że pojedziemy razem, bo jakby coś padło w tym jego wraku, to ja zawsze bym pomógł w naprawie, ponieważ on w tym temacie był zielony jak koperek o czym już wspominałem. W dniu wyjazdu nie było jego landary na podwórku i nie wiedziałem czy pojechał już na zlot czy był jeszcze na swojej działce na Jelonkach. Reszta kolegów z mojego klubu postanowiła ten zlot sobie odpuścić, a ja do samotnych wyjazdów na zloty byłem już przyzwyczajony i teraz też nie miałem zamiaru tracić ładnej pogody na poszukiwanie „Grubego” gdzieś na Jelonkach, więc na zlot ponownie pojechałem sam. Wyjeżdżając z Warszawy założyłem nowy pasek żeby sprawdzić na jak długo on wystarczy na trasie, a na zapas zabrałem jeszcze pięć pasków.
Dojeżdżając do Płońska zapaliła się kontrolka od ładowania to był znak, że następny pasek poszedł się jebać, a do przejechania pozostał jeszcze około 150-ciu km i cała droga powrotna.
Wtedy nie było obowiązku jazdy na światłach przez całą dobę, jak to jest obecnie i mając osobne źródło zasilania do zapłonu w postaci iskrownika na dalszą część drogi nie zakładałem już paska ponieważ w trasie nie używałem często światła stopu, ani kierunkowskazów i dodatkowo odłączyłem wtyczkę od alternatora żeby uzwojenie wzbudzania nie pobierało bez potrzeby prądu. Gdzieś w połowie drogi do Olsztyna spotkałem chłopaków na motocyklu M-72 którzy również jechali na ten zlot i padła im prądnica i akumulator też mieli rozładowany, a Ja dla odmiany prądu miałem pod dostatkiem i dwa naładowane akumulatory więc nie wypadało mi im nie pomóc i tylko nie pamiętam skąd oni jechali.
Powiedziałem im że teraz szkoda czasu na zaglądanie do prądnicy i po zamianie akumulatorów pojechaliśmy dalej.
Pasek klinowy założyłem dopiero jak wjechaliśmy do miasta i na teren zlotu dojechaliśmy już bez dodatkowych przygód.
Najciekawsze było to że przy recepcji zobaczyłem landarę „Grubego” i byłem zdziwiony że nie padła gdzieś po drodze, bo w tym samochodzie wszystko było możliwe, ale widać cuda się czasami zdarzają skoro dojechał. Jak zawsze po rejestracji – przygotowanie sobie noclegu i wreszcie odwiedziny w barze na zasłużonym piwie. Znalazłem tam „Grubego”, który podobnie jak to było w Czarnym Piecu zamiast przywitania został zjebany że nie poczekał na mnie. Po powrocie z baru poszedłem bo chłopaków po swój akumulator. Chłopaki naprawili już prądnicę, bo jej uszkodzenie nie było poważne i przy okazji ciekawiło ich, dlaczego na trasie jechałem bez paska klinowego. Powiedziałem im że źle wyliczyłem przełożenie na alternator i pasek pochodzi od pralki który nie wytrzymuje takich obrotów i dlatego zakładam go dopiero w mieście kiedy używam stopu i kierunkowskazów. „Gruby” za kare że mi uciekł, ale nic nie protestował, że ma pojechać ze mną do miasta po jakieś zapasy na kolacje. Okazało się że nie potrzeba było wjeżdżać do centrum miasta, bo sklep który nas interesował był na tym osiedlu.
Wieczorem już całkiem na luzie przy ognisku wspominaliśmy poprzednie zloty. Chłopaków tak samo interesowało gdzie zdobyłem ten wielki zbiornik i kiedy powiedziałem im, że to jest całkowicie moja konstrukcja i że z oryginalnego M-72, który miałem w zeszłym roku pozostało niewiele: rama, tylne zawieszenie z dyferencjałem, skrzynia, i połowa przedniego zawieszenia, a cała reszta została zbudowana przeze mnie – wtedy powiedzieli, że jestem bardzo zdolny facet.
Najgorsze jest to, że mam bardzo mało zdjęć tego pięknego motoru. Tylko te z piwnicy – co zostały już zamieszczone. Zwłaszcza brak mi zdjęć z różnych zlotów i cały czas ich poszykuję. Mam nadzieję, że może u któregoś z kolegów zaplątało się przez przypadek w jego archiwum. Tak na wspomnieniach zakończył się pierwszy dzień zlotu.
Sobota rano dzień zapowiada się podobnie jak poprzedni tylko, że jest więcej atrakcji: parada różne konkursy, a wieczorem znowu chlanie w większym albo mniejszym gronie. Miłe chwile szybko mijają i zlot zakończył się. Czas wracać do domu i ponownie do Warszawy będę wracał samotnie, ponieważ Darek powiedział, że po zlocie będzie załatwiał jakieś swoje sprawy – tylko nie powiedział dokładnie o której godzinie będzie wracał. Po zwinięciu całego obozowiska zapakowałem go do Darka WARSZAWY, żebym miał wygodniej i gdzieś około południa po skromnym śniadaniu i pożegnaniu się z chłopakami wyjechałem z Olsztyna w drogę powrotną. Nie odjechałem daleko, bo około 75-ciu km od miejsca zlotu, gdzie w miejscowości Napierki – znajdowała się tam granica między Mazurami, a Mazowszem – moje piękne BMW przestało jechać z powodu pierwszej awarii w tym silniku. Silnik przestał pracować z powodu braku iskry na świecach, co oznaczało że padł iskrownik i najgorsze było to, że tego uszkodzenia nie byłem w stanie naprawić na miejscu i zmuszony byłem motor zostawić u chłopa w szopie. Po zapchaniu motoru do jakiegoś gospodarza wymontowałem iskrownik i wróciłem na szosę. Nie miałem pojęcia gdzie teraz jest „Gruby”. Czy był jeszcze w Olsztynie, czy już pojechał do Warszawy i mnie minął w tym czasie jak grzebałem przy motorze u chłopa, a w tamtych czasach nie mieliśmy tych wspaniałych urządzeń jakimi są obecnie telefony komórkowe. Nie miałem pojęcia, w którą stronę mam się ruszyć. Wracać się do Nidzicy czy pojechać do Mławy. Na przystanku rozkład jazdy był nieczytelny, więc nic nie wiedziałem o kursowaniu autobusów. Po jakimś czasie nadjechał autobus w kierunku Nidzicy, więc pojechałem do niej i na dworcu okazało się, że będę miał tylko jeden pociąg do Warszawy, ale bardzo późno i żadnego autobusu w kierunku Warszawy. Po kupieniu biletu poszedłem na miasto coś zjeść i napić się piwa, bo strasznie zaschło mi w gardle i kupiłem jeszcze trzy piwa na drogę. Całe szczęście. że zabrałem się tym pociągiem, bo był zapchany i przypomniało mi się jak w takich warunkach jechaliśmy z Jarkiem na zlot do Wolsztyna, ale jakoś do domu dojechałem bardzo późno w nocy.
W domu na spokojnie sprawdziłem, że z Mławy miałem więcej pociągów bo dochodziły jeszcze z Gdańska i Torunia, ale i tak byłem zadowolony, że nie musiałem kiblować na tym dworcu do rana bo i tak mogło być. Następnego dnia chłopaki nie widząc na podwórku mojego motoru sądzili że zabalowaliśmy z „Grubym” i na zlocie zostaliśmy trochę dłużej, ale kiedy mnie zobaczyli to dopytywali się gdzie podziałem swoją piękną maszynę. Odpowiedź była prosta: mój motor padł i zmuszony byłem zostawić go u chłopa w Napierkach, a wszystko przez Darka – bo gdyby wracał ze mną to byśmy jakoś go przywieźli. Jak spotkałem na podwórku Darka to ponownie został zjebany, że przez niego musiałem wracać pociągiem i powiedziałem mu, żeby lepiej sobie poszukał innego mechanika, który będzie za frajer zapieprzał przy twoim wraku.
Teraz interesowało mnie w jaki sposób naprawić iskrownik, bo z Tadziem Markiewiczem sprawdziliśmy go i doszliśmy do wniosku, że jego naprawa w naszych warunkach jest niemożliwa. Izolacja na cewce dostała przebicia na masę. Gdyby okazało się, że tej cewki nie uda się naprawić – to można by przerobić cały układ na zapłon bateryjny, montując typowe cewki zapłonowe, a z iskrownika wykorzystać tylko płytkę z przerywaczem. Jednak najpierw postanowiłem sprawdzić czy istnieje jeszcze warsztat, w którym naprawiałem prądnice od TRIUMPHA prawie trzy lata temu. Zapakowałem iskrownik do torby i pojechałem na ul. Litewską gdzie mieścił się ten warsztat elektryczny. Okazało się, że ten warsztat nadal istnieje i ten mechanik powiedział, że tą cewkę może naprawić w ciągu tygodnia, a ja spytałem się jego czy nie można by tego przyspieszyć ponieważ ten iskrownik padł mi na trasie i musiałem zostawić motor pod Olsztynem i nie chciałbym żeby stał tam za długo. On powiedział że pewnych procesów technologicznych nie da się przyspieszyć – tak ja wina nie zrobi się w dwa dni, ale ten mechanik dodał jeszcze że koło napędowe nadaje siętylko do wymiany, ponieważ było mocno wyszczerbione i jakby coś z niego odpadło to mogłoby dojść do rozwalenia całego rozrządu, a tego bym nie chciał. Dorobić takie koło miałem gdzie, bo wszystkie tego typu rzeczy dorabiałem u siebie w pracy i po tygodniu koło i cewkę miałem zrobione, więc po motor mogłem jechać nawet zaraz, jednak dorabianie tych części pochłonęło wszystkie moje zasoby finansowe i musiałem poczekać do wypłaty. W międzyczasie spisałem wszystkie pociągi jakie jeździły w tamtym kierunku i tym razem postanowiłem pojechać do Mławy, ponieważ miałem więcej pociągów do wyboru.
W najbliższą sobotę po wypłacie wybieram się po motor, tylko nie znałem rozkładu jazdy autobusów na dalszą część mojej podróży i postanowiłem do Mławy pojechać najwcześniejszym pociągiem jaki był tego dnia. Pociąg którym jechałem, to był pociąg pospieszny relacji Warszawa-Gdynia i miał tylko trzy przystanki Nasielsk, Ciechanów i ten trzeci – Mława, na którym wysiadałem. Po dojechaniu do Mławy niestety małe rozczarowanie; bo jeden autobus w tamtym kierunku niedawno odjechał, a następny był dopiero za ponad trzy godziny. W pierwszej chwili miałem zamiar iść na obwodnicę i spróbować złapać jakąś okazję tylko, że z centrum miasta było tam prawie dwa kilometry i bałem się że jeżeli nic nie złapie to mogę nie zdążyć na ten autobus, więc odstąpiłem od tego planu. Zmuszony plątać się po mieście przez ten czas – poszedłem na piwo, bo stwierdziłem, że do tego czasu co będę jechał to mi przejdzie. W Napierkach był przystanek, tylko nie wiedziałem czy ten autobus się na nim zatrzymuje, więc przygotowałem sobie 10 zł dla kierowcy, żeby zrobił wyjątek i zatrzymał się, ale okazało się to niepotrzebne i 10 zł zostało w kieszeni na piwo. Po dojechaniu na miejsce wale prosto do chłopa u którego stał motor i nie tracąc czasu zabrałem się za jego naprawę. Zamontować iskrownik w tym silniku razem z regulacją nie stanowi żadnego problemu i trwało to około 15-stu minut. Ale podczas próby odpalenia silnika wystąpił problem ponieważ zapłon był dużo za wczesny i nie można go było opóźnić przez regulację. Myślałem, że w pośpiechu przestawiłem iskrownik o jeden ząb, ale okazało się, że zamontowany był prawidłowo na znakach.
Jedyne co przyszło mi do głowy było to, że coś było nie tak z tym dorabianym kołem tylko nie mogłem teraz tego sprawdzić ponieważ stare koło zostało w domu. Postanowiłem teraz zrobić mały eksperyment bo i tak nie miałem innego wyjścia i jeżeli nic z tego nie wyjdzie to dupa blada i ponownie wkurwiony wracam do Warszawy. Montując ponownie iskrownik specjalnie przestawiał go o jeden ząb w przeciwnym kierunku żeby opóźnić zapłon i po regulacji udało się silnik uruchomić i teraz przynajmniej jakoś mogłem dojechać do Warszawy. Po powrocie do domu zauważyłem że moje piękne chromowane kolanka straciły swój wygląd i zrobiły się fioletowe. i To był efekt zbyt późnego zapłonu i podejrzewam, że zawory też dostały solidnie po dupie, ale w trasie nic więcej nie mogłem zrobić i tak cieszyłem się że dojechałem bezproblemowo.
Tego dnia było już za późno na wyjmowanie iskrownika, więc dzień został zakończony w „Jagusi” przy piwie z chłopakami.
W barze spotkałem Jarka, którego nie widziałem jakiś czas i pytałem się jego dlaczego nie pojechał ze mną na zlot do Olsztyna. Odpowiedział że załatwiał jakieś ważne sprawy.
Następnego dnia wymontowałem iskrownik i porównałem oba koła i moje przypuszczenia były słuszne między tymi kołami była mała ale istotna różnica na którą Ja wcześniej nie zwróciłem uwagi, a chodziło o to że w dorabianym kole kanałek na klin przesunięty był o 1,5 mm od oryginalnego i dlatego były takie problemy przy odpalaniu. Teraz znając już przyczynę postanowiłem rozwiązać ten problem we własnym zakresie, a mianowicie żeby zwiększyć zakres regulacji rozpiłowałem otwory na płytce przerywacza i to było prostsze rozwiązanie niż dorabianie nowego koła, albo nacinanie nowego kanałka.
Po uporaniu się z poprawieniem iskrownika można było spokojnie jeździć, ale czekał mnie jeszcze jeden temat który postanowiłem przerobić. Było to przełożenie alternatora, który nie był skomplikowany. Wystarczyło tylko dorobić nowe większe koło na alternator, żeby pasował pasek od FIATA-126p. ponieważ nie miałem zamiaru jeździć z workiem nowych pasków od pralki który wystarczał na niecałe 70 km i na następny zlot pojechać już z normalnym paskiem.

Rozdział II

Bardzo ciekawa wycieczka z przygodami „Tośka” HARLEYEM

Przygody związane z kłopotliwym powrotem ze zlotu w Olsztynie pozostały już tylko w pamięci za mną. Iskrownik miałem już poprawiony, przełożenie alternatora dorabiało się. Teraz gdzieś pojechać niedaleko to mogłem i bez paska tak jak jechałem na zlot do Olsztyna. Na podwórku jak na razie nic ciekawego się nie działo siedzieliśmy pod wierzbą, albo w piwnicy w oczekiwaniu na jakiś następny zlot, do którego było jeszcze sporo czasu, ale jeszcze nie wiedziałem czy na niego pojadę bo do tego czasu wszystko może się wydarzyć. Chłopakom powiedziałem że „Tośka” motor postoi u nas trochę dłużej, bo miałem telefon od jego żony, która powiedziała że on czeka na następną operacje, a ja z tego wszystkiego zapomniałem powiedzieć jej, żeby przesłała mi dokumenty od motoru żebym przeprowadzić jego motor do Wrocławia i mieć święty spokój z pilnowaniem. Któregoś dnia postanowiłem odpalić „Tośka” motor i przejechać się nim po naszym osiedlu żeby go rozruszać. Bez dokumentów jechać gdzieś dalej byłoby nieciekawie, nie miałem zamiaru ponownie przeżywać spotkania z milicjantami podczas kontroli drogowej.
Jarek zawsze miał różne wariackie pomysły tak jak ten kiedy powiedział, że jedziemy na zlot do Wolsztyna pociągiem w 1974 roku, o czym już pisałem. Teraz to też był jego wymysł, żeby pojechać „Tośka” HARLEYEM w Białostockie, szukać starych motorów, których podobno najwięcej pozostało na tamtym terenie po dwóch armiach: niemieckiej i radzieckiej.
Ten pomysł Jarka żeby tam pojechać był kuszący, tylko na motor „Tośka” nie miałem żadnych dokumentów i on o tym wiedział. Powiedziałem jemu, że za tydzień możemy tam pojechać – jak będę miał sprawny swój motor.
Do dzisiejszego dnia nie mam pojęcia i pamiętam jakich argumentów użył Jarek żeby pojechać właśnie HARLEYEM „Tośka”, a nie moim motorem. Po wielu namowach dałem się skusić na ten wariacki wypad i Jarek powiedział z uśmiechem, że jak dojdzie do czegoś to wtedy będziemy się martwili. Cały ten wariacki wyjazd zaplanowaliśmy na piątek rano, a powrót na niedziele i mieliśmy zwiedzić okolice Sokółki bo podobno w tych rejonach pozostało jeszcze sporo starych motocykli. Nawet Marek Sokołowski „Sokół” sugerował że tam mogą być. Po drodze mieliśmy zamiar odwiedzić chłopaków w Białymstoku i ewentualnie zatrzymać się u nich na nocleg. Z Warszawy wyjechaliśmy tak jak zaplanowaliśmy – rano, a chłopakom na podwórku powiedzieliśmy, że jedziemy przejechać się, żeby rozruszać „Tośka” motor i nic nie mówiliśmy o tym, że wybieramy się w województwo Białostockie na rekonesans poszukiwawczy. Jak nie wróciliśmy na noc to chłopaki sądzili że coś nam odbiło i pojechaliśmy odprowadzić „Tośka” motor do Wrocławia. W dniu wyjazdu pogodę mieliśmy w miarę dobrą i do Białegostoku dojechaliśmy bez żadnych problemów i w dobrych nastrojach. Na jednym z postojów Jarek powiedział, że jak na razie to bardzo dobrze nam idzie, a ja powiedziałem, że jest takie przysłowie: „Nie chwal dnia przed zachodem słońca”, ponieważ przejechaliśmy dopiero połowę zaplanowanej drogi i czekała nas jeszcze droga powrotna do domu.
Dojechać do chłopaków w Białymstoku też nie było trudno bo mieszkali w dużej dzielnicy: Dojlidy, przy wylocie na Lublin. tMusieliśmy na nich trochę poczekać, ponieważ byli jeszcze w pracy, więc mając trochę wolnego czasu poszliśmy z Jarkiem do miejscowego sklepu po piwo. Z tymi chłopakami zapoznałem się rok temu na zlocie w Czarnym Piecu i Soczewce i w tym roku spotkaliśmy się na zlocie w Olsztynie, tylko że nie zapamiętałem ich imion ani nazwisk, a notes w którym miałem zapisane wszystkie adresy i telefony też gdzieś przepadł po tylu latach. Chłopaki po powrocie z pracy jak nas zobaczyli to byli zdziwieni i ciekawi co robimy w ich stronach na HARLEYU z Wrocławską rejestracją, a nie na moim BMW. Chłopakom nie zdradzałem jaki był rzeczywisty cel naszego przyjazdu w te strony, tylko powiedziałem, że z kolegą przyjechaliśmy poszukać jakiegoś fajnego miejsca na zorganizowanie drugiego zlotu „Docenta”; tylko na większą skalę, bo po założeniu swojego klubu zorganizowałem pierwszy zlot w Kamieńczyku, ale tylko w naszym klubowym gronie.
Do zorganizowania drugiego zlotu „Docenta” nigdy nie doszło i pozostał tylko w moich planach tak samo jak znaczek klubowy, o którym już wspominałem. U chłopaków zrobiliśmy sobie przystanek z noclegiem, bo zrobiło się trochę późno i nie miałem zamiaru plątać się po nocy w obcym terenie w poszukiwaniu jakiegoś noclegu, a namiotu z sobą nie braliśmy.
Chłopak u którego nocowaliśmy mieszkał na osiedlu domków jednorodzinnych i w jego garażu podobnie jak w mojej piwnicy zrobiliśmy sobie kolacje i pogadaliśmy sobie o ostatnich zlotach, a ja powiedziałem im że wracając z Olsztyna miałem awarie iskrownika i musiałem motor zostawić u chłopa i że odebrałem go dopiero po dwóch tygodniach.
Następnego dnia nie musieliśmy zrywać się z samego rana, bo do Sokółki gdzie mieliśmy jechać, było około 43 km, ale rano pogoda zrobiła nam psikusa i było paskudnie i co chwila mżył deszcz. Ja proponowałem żeby przerwać tą naszą podróż i wracać do Warszawy, ale Jarek powiedział że mamy do celu niedaleko i niema sensu wracać więc odczekaliśmy trochę czasu i jak przejaśniło się to pojechaliśmy dalej. Jarek miał jakieś dwa adresy w okolicach Dąbrowy Białostockiej, tylko niesprawdzone. więc jechaliśmy w tamtym kierunku prawie w ciemno, ale z nadzieją że coś może uda nam się znaleźć. Mnie niepokoiła jeszcze jedna sprawa. Znajdowaliśmy się w rejonie przygranicznym, bo do przejścia granicznego w Kuźnicy było tylko około 19-stu km i powiedziałem do Jarka, że możemy spodziewać się jakiejś kontroli straży granicznej albo patrolu milicyjnego, bo jak wiadomo w tamtych czasach wschodnia granica pilnowana była szczególnie dokładnie.
Zobaczyliśmy wzmożoną aktywność samochodów patrolowych straży granicznej i był czas na to, żeby się wycofać, ale Jarek mnie nie słuchał i niestety moje przypuszczenia sprawdziły się. Wjeżdżając do Sokółki zostaliśmy zatrzymani przez patrol drogówki. Mimo parszywej pogody, chłopcy w niebieskich mundurach byli na posterunku i widząc nietypowy motocykl z Wrocławską rejestracją postanowili dokonać kontroli. Ja już wiedziałem że będziemy mieli kłopoty i czym zakończy się ta kontrola, więc powiedziałem do Jarka, żeby nie był zdziwiony jak kolację w tym dniu będziemy jedli w celi.
Dla nas ta kontrola zakończyła się fatalnie i nie pomogły nasze tłumaczenia że dokumenty zostały w domu. Sprawa o tyle była dla nich nie jasna że w naszych dokumentach były Warszawskie meldunki, a motocykl posiadał rejestrację Wrocławską i podejrzewali że motocykl może być kradziony, więc zabrali nas na komendę celem wyjaśnienia. Na komendzie spisali protokół i powiedzieli, że motocykl zostaje zatrzymany i zostanie wydany po okazaniu dowodu rejestracyjnego .Całe szczęście, że w notesie miałem adres „Tośka”, bo mogli sprawdzić że motor nie jest kradziony i należy do tego człowieka bo inaczej wylądowalibyśmy w pierdlu do wyjaśnienia. Po sprawdzeniu wszystkiego zostaliśmy wypuszczeni, ale bez motocykla, którego zamknęli w garażu na tyłach komendy. I w ten przykry i nietypowy sposób zakończyła się nasza wspaniała wyprawa w poszukiwaniu starych motocykli i nasza przejażdżka „Tośka” HARLEYEM też. Zaraz po wyjściu z komendy byłem tak wkurwiony że w pierwszej chwili miałem zamiar wpierdolić Jarkowi, że dałem się namówić na tą wariacką wyprawę w nieznane, ale kiedy napiłem się piwa to jakoś złość mi przeszła. Teraz pozostało nam tylko jedno: iść na dworzec kolejowy i jak najszybciej dostać się do Warszawy, a cała sprawa z tym sprawdzaniem zeszła się do późnego popołudnia i zastanawiałem się czy będziemy mieli jakiś pociąg do Warszawy, bo jeżeli nie to moje wkurwienie sięgnie zenitu. Nie miałem zamiaru kiblować na tym dworcu do następnego dnia.

Nieplanowana wycieczka pociągami przez pół Polski żeby odzyskać „Tośka” motor

Na szczęście wieczorem mieliśmy pociąg do Warszawy, więc po zakupie biletów ponownie poszliśmy na piwo i kupiliśmy jeszcze parę butelek piwa na drogę żeby nie przepłacać w pociągu. W pociągu cały czas myślałem w jaki sposób wybrnąć z tej głupiej sytuacji, bo nie mogłem powiedzieć „Tośkowi”, że jego motor stoi teraz pod Ruską granicą zarekwirowany z powodu braku dokumentów bo chybaby mnie śmiechem zajebał. W poniedziałek do rana załatwiam w biegu tydzień urlopu, bo nie miałem pojęcia jak długo potrwa ta nietypowa wycieczka, którą załatwili nam panowie w niebieskich mundurach z Sokółki. W tym czasie co Ja załatwiałem sprawy urlopowe i zaliczki na wydatki związane z tym wyjazdem, Jarek zajmował się sprawą transportu i na dworcu spisywał wszystkie możliwe pociągi w tamtym kierunku i nie tylko.
Chłopakom na podwórku powiedzieliśmy że „Tośka” HARLEY stoi u Andrzeja Kowalskiego na działce w Pomiechówku ponieważ padła w nim prądnica, a tam było najbliżej go zapchać i teraz z Jarkiem jedziemy do Wrocławia po dokumenty żeby odprowadzić ten motor i mieć święty spokój. Już na samym początku naszej wyprawy niepowodzenie – bo jak znaleźliśmy się na dworcu to okazało się, że ten pociąg, który najbardziej nam pasował niedawno odjechał, a następny w tamtym kierunku był dopiero rano. Jarek w informacji dowiedział się, że możemy pojechać do Poznania i tam złapać pociąg z Gdyni do Jeleniej Góry i tym sposobem rano możemy być we Wrocławiu. Zależało nam na czasie, więc tak zrobiliśmy.
Jadąc do Poznania wspominaliśmy z Jarkiem jak dwa lata temu jechaliśmy na zlot do Wolsztyna w zatłoczonym pociągu, a ten był prawie pusty, ponieważ jechaliśmy w poniedziałek i tym razem mieliśmy bilety.
W Poznaniu byliśmy w środku nocy, kiedy wszyscy normalni ludzie o tej porze śpią i okazało się że do pociągu którym mieliśmy jechać dalej do Wrocławia było ponad godzinę czasu, więc poszliśmy do baru coś zjeść i podobnie jak to było w Lublinie o tej porze wyboru dużego nie było, ale zawsze to jakiś posiłek i jak człowiek głodny to nie marudzi. We Wrocławiu byliśmy gdzieś przed południem. i Najpierw wywiad w informacji, żebyśmy wiedzieli jakim pociągiem mamy jechać i skąd. Najbardziej pasował nam pociąg do Białegostoku, tylko takiego bezpośredniego z Wrocławia nie było. W informacji dowiedzieliśmy się, że w Poznaniu możemy przesiąść się do pociągu relacji Berlin-Moskwa tylko że ten pociąg nie zatrzymywał się w Sokółce, ale dopiero na przejściu granicznym w Kuźnicy i Jarek powiedział że to nam pasuje bo będzie nawet bliżej niż z Białegostoku. Ale w informacji dowiedzieliśmy się ciekawej rzeczy, że ten pociąg co nam uciekł z Warszawy jeszcze do Wrocławia nie dotarł, ponieważ stoi gdzieś w polu z powodu jakiejś awarii. Dojechać do „Tośka” nie było trudno. Na planie przed dworcem zobaczyłem, że ulica na której mieszkał znajdowała się naprzeciwko ZOO więc na przystanku wsiedliśmy do tramwaju który tam jechał. „Tosiek” jak nas zobaczył to zadowolony był z naszego przyjazdu, a ja nie miałem zamiaru długo siedzieć. Po małym odpoczynku chcieliśmy wracać z dokumentami jeszcze tego samego dnia, żeby jak najszybciej załatwić tą trudną sprawę. Tylko że „Tosiek” pomieszał nam szyki i powiedział że pojedziemy jutro rano i na to nie mieliśmy już żadnego wpływu. Jak przyszła jego żona z pracy to przygotowała obiad, a wieczorem kolację i też była zadowolona że zaopiekowaliśmy się jego motorem. Podczas obiadu powiedziałem że przyjechałem po dokumenty od motocykla bo mam wścibskiego dzielnicowego którego interesuje motocykl z Wrocławską stojący na naszym parkingu już ponad dwa miesiące. Ja temu głąbowi powiedziałem że ten motocykl należy do mojego kolegi z Wrocławia, który uległ wypadkowi i nie zdążył zostawić mi dokumentów i na potwierdzenie podałem jemu twój adres żeby sobie sprawdził, a jak będę miał dokumenty to będę mógł przyprowadzić go do Wrocławia. Przy kolacji rozmawialiśmy już na bardziej przyjemne tematy i wypiliśmy co nieco. Opowiedziałem, że przerobiłem swoje M-72 na BMW i dorobiłem do niego zbiornik paliwa na 50 litrów paliwa i jak będę miał zdjęcie tego motoru to mu prześlę. Rano mając wszystko co trzeba – czyli dokumenty i upoważnienie, które „Tosiek” napisał nam na wszelki wypadek – po pożegnaniu się z nim walimy prosto na dworzec, bo chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w Sokółce. Na dworcu nie zastanawiamy się i jedziemy do Poznania żeby załapać się na ten pociąg, który będzie nam pasował. Na pociąg oczywiście załapaliśmy się, tylko z naszych wyliczeń wynikało, że na miejscu będziemy w środku nocy i innego wyjścia nie mieliśmy, chyba że wysiąść w Warszawie i pojechać następnego dnia, ale nie chcieliśmy tracić czasu i pojechaliśmy tym pociągiem nie wysiadając w Warszawie.
Moje przypuszczenia były słuszne, bo do Kuźnicy dotarliśmy dużo po północy i do Sokółki nie było już żadnego połączenia i co najgorsze, że na tym dworcu nie było baru czynnego całą dobę, więc kiblowaliśmy do rana o suchym pyska i tym razem nie szukaliśmy żadnego noclegu w wagonach jak to zrobiliśmy w Lublinie. Rano jedziemy pierwszym autobusem do Sokółki. Iść na komendę było za wcześnie, więc siedzieliśmy w parku, a ja zaplanowałem, że jak odbierzemy motor to pojedzie Jarek i poszedłem na piwo. Na komendzie znowu rozczarowanie i stres, ponieważ oficer dyżurny powiedział nam że nie odbierzemy motocykla bo nie ma właściwego człowieka który się tą sprawą zajmuje czyli komendanta. Ja grzecznie powiedziałem że przyjechaliśmy z drugiego końca Polski bo aż z Wrocławia i zapytałem się, że jeżeli ten człowiek nagle by umarł to niema nikogo innego w tej komendzie, który mógłby go zastąpić i zajął się naszą sprawą, a on kazał nam tylko czekać. Jarek miał chyba nerwy ze stal,i bo moje były na wyczerpaniu jak to usłyszałem i powiedziałem do Jarka żeby czekał na tego głąba bo jak ja tutaj dłużej posiedzę to chyba mnie szlak trafi i ponownie poszedłem na piwo, ale Jarek też nie chciał tam siedzieć i poszedł ze mną, tylko że piwa nie pił bo miał wracać.
Cztery godziny naszego cennego czasu poszło się jebać, bo tyle czasu czekaliśmy na komendanta i po załatwieniu formalności papierowych, które całe szczęście nie trwały już długo motor został nam wydany i byłem z tego faktu bardzo zadowolony.
Ale okazało się że nie możemy odjechać od razu ponieważ akumulator był całkowicie rozładowany i trzeba było go podładować i całe szczęście że mieli w tych garażach prostownik.

Znaczek ze zlotu w Nowogrodzie z 1976 roku.

Znaczek ze zlotu w Nowogrodzie z 1976 roku.

W tym czasie co akumulator ładował się my już całkiem na luzie poszliśmy do najbliższego sklepu kupić sobie coś na śniadanie.
Nie czekaliśmy aż akumulator naładuje się całkowicie bo wystarczyło tylko na pierwszy rozruch, a sprawna prądnica dokończy dzieła podczas jazdy.
Z tego co zauważyłem w „Tośka” HARLEYU nie było oryginalnej prądnicy, tylko zamontowana była od starego modelu WARTBURGA-312 który posiadał instalację
6-woltową i taka prądnica pasowała do tego motoru.
Po wyjechaniu wreszcie z milicyjnego garażu Jarek powiedział mi, że teraz mając dokumenty możemy dokończyć naszą wycieczkę, ja na to odpowiedziałem jemu, że przez ten twój głupi wygłup straciłem tydzień urlopu, który przesiedziałem w pociągach i teraz wracamy do Warszawy, a jeszcze w tym tygodniu odprowadzamy ten motor do Wrocławia i ty w tym mi pomożesz i tak zakończyła się dyskusja na temat szukania motocykli. Pojechaliśmy do Warszawy i po drodze mieliśmy tylko odwiedzić Tadzia Markiewicza, który był na wakacjach u swojego dziadka w okolicach Węgrowa.
Podczas drogi powrotnej też nie obyło się bez dwóch zabawnych sytuacji, a mianowicie zatrzymaliśmy się na jakimś parkingu i tam gdzie się zatrzymaliśmy budowali jakąś drogę osiedlową i Jarek zauważył że do ubijania kostki mieli taki ubijak zrobiony z jakiegoś wielkiego tłoka przymocowanego do kawałka drewna i ten tłok nas zainteresował i postanowiliśmy z Jarkiem ten tłok zapierdolić tym bardziej że na placu nie było robotników bo pewnie byli na obiedzie.
Po uporaniu się z tym tłokiem który nie był taki mały bo miał około 300 mm średnicy i ważył chyba z 10 kg, bo wykonany był z żeliwa i nie miałem pojęcia od jakiego silnika on pochodzi, a wyglądał jak pocisk tylko bez czubka.

Podobnie wyglądał ten tłok który ukradliśmy tym robotnikom i okazało się że ten tłok pochodzi do traktora URSUS C-45, który produkowany był na licencji traktora LANZ BULLDOG.

Podobnie wyglądał ten tłok który ukradliśmy tym robotnikom i okazało się że ten tłok pochodzi do traktora URSUS C-45, który produkowany był na licencji traktora LANZ BULLDOG.

Po zapakowaniu tłoka na motor pojechaliśmy dalej i na stacji benzynowej gdzie tankowaliśmy się doszło do drugiej sytuacji po której mało nie wpierdoliłem pompiarzowi ponieważ chciał nalać mi benzyny do zbiornika z olejem.
HARLEY posiada dwa zbiorniki i dlatego są dwa wlewy w lewym zbiorniku mieści się 15-cie litrów benzyny, a w prawym mieści się pięć litrów oleju i ten wlew jest
oznaczony napisem OIL tylko ten pompiarz chyba nie umiał czytać i całe szczęście że w porę to zauważyłem bo jakby nalał tam benzyny narobiłby bałaganu. Kiedy odjeżdżaliśmy ze stacji pompiarz zapytał się nas od czego jest ten tłok, a Jarek bez wahania powiedział że to jest zapasowy tłok do tego motocykla i pojechaliśmy do Węgrowa. Jak dojechaliśmy do Tadzia Markiewicza, to od niego dowiedziałem się od czego pochodzi te wielki tłok, a on pochodził od polskiego traktora URSUS C-45 który produkowany był w latach 1947-1965 na licencji niemieckiego ciągnika marki LANZ BULLDOG. Po szczęśliwym powrocie z Sokółki poszliśmy jak zawsze do „Jagusi” na piwo i nie tylko i opowiadaliśmy chłopakom o naszych nowych przygodach jakie z Jarkiem niedawno przeżyliśmy.
Ten tłok co przywieźliśmy Jarkiem służył nam jako kowadło, ale któregoś dnia robiłem coś na podwórku i poszedłem po coś do piwnicy i kiedy wróciłem tłoka już nie było. Zniknął w tajemniczych okolicznościach jak kiedyś mój kosz.
Teraz interesowała mnie tylko sprawa odprowadzenia „Tośka” motocykla do Wrocławia i postanowiłem pojechać w tym tygodniu w piątek zaraz po pracy, żeby mieć jeszcze trochę czasu na powrót i powiedziałem Jarkowi że musi ze mną pojechać dla towarzystwa, a on był z tego zadowolony.
Tak jak było zaplanowane w piątek po pracy wyjechaliśmy z Jarkiem w ostatni wypad „Tośka” HARLEYEM tym razem do Wrocławia żeby go odprowadzić i całe szczęście że udało mi się wyjść z pracy dwie godziny wcześniej. Jeśli chodzi o stan techniczny „Tośka” motoru to był w idealnym stanie, ponieważ podczas naszej wyprawy do Sokółki i z powrotem nie mieliśmy z nim żadnych problemów na drodze. Ale teraz odprowadzania tego motoru dopadła nas jedyna awaria i całe szczęście że niebyła poważna i niedaleko od celu, bo około 30 km przed Wrocławiem. Dojeżdżając do Oleśnicy po zapaleniu świateł zapaliła się kontrolka od ładowania i to był sygnał że padła nam prądnica i w dalszą drogę pojechaliśmy tylko na światłach pozycyjnych i jakoś do „Tośka” dojechaliśmy. Całe szczęście że nie musieliśmy go pchać. „Tosiek” oczywiście był bardzo zadowolony, że zadaliśmy sobie tyle trudu i przyprowadziliśmy jego motor do Wrocławia. Po przywitaniu powiedziałem mu, że na samym końcu naszej podróży dopadła nas awaria ponieważ padła nam prądnica i oczywiście dla niego to był najmniejszy problem. Po te przygodzie z „Tośka” motorem zabalowaliśmy u niego całą sobotę i wracaliśmy dopiero w niedziele rano. Z „Tośkiem” utrzymywałem kontakt jeszcze przez jakiś czas i myślałem, że spotkamy się kiedyś na jakimś zlocie, ale on po tym wypadku już nie wsiadł na motocykl i tego nie mógł przeboleć i po jakimś czasie nasz kontakt urwał się.

ROZDZIAŁ III

Zlot Nowogród rok 1976

Po rozpadzie klubu „Helios” powstały nowe sekcje motocyklowe i tak bracia Stankiewiczowie Michał i Jurek założyli grupę motocykli szybkich pod nazwą „Skorpion”, która zrzeszała ludzi jeżdżących na prawie nowych motocyklach takich jak: HONDA, SUZUKI, YAMAHA, BMW, TRIUMPH, NORTON i tym podobne marki.
Ja bardzo lubiłem jeździć do byłego klubu zwłaszcza wtedy kiedy spotykali się członkowie grupy „Skorpion” ponieważ mogłem podziwiać ich wspaniałe maszyny na którą nigdy nie będzie mnie stać.

Jedno ze zdjęć ze zlotu w Nowogrodzie przed namiotem ten z łyżką to Artur Kowarski brat „Grubego” ten z kanapką to Ja, a za mną Michał i obok niego Darek Juszko

Jedno ze zdjęć ze zlotu w Nowogrodzie przed namiotem ten z łyżką to Artur Kowarski brat „Grubego” ten z kanapką to Ja, a za mną Michał i obok niego Darek Juszko

Któregoś dnia pojechałem swoim M-72 przerobionym na BMW i wszystkim podobała się sylwetka mojego motoru, a zwłaszcza ten wielki zbiornik robił na nich wrażenie i myśleli że to jest plastykowa atrapa. Kiedy powiedziałem im że ten zbiornik jest całkowicie moją konstrukcją to nie chcieli uwierzyć. Właśnie na którymś spotkaniu dowiedziałem się o tym zlocie i oczywiście nie miałem zamiaru na niego jechać ale Michał powiedział żebym przyjechał na ich zlot bo mimo że to był zlot „Skorpiona” to inne motocykle też są mile widziane jako dodatkowa ozdoba zlotu.
Na ten zlot zaproszonych było sporo motocyklistów z zagranicy i Michał chciał pokazać im w jaki sposób dopieszczamy swoje motocykle i jak dbamy o te zabytkowe modele.

Następne zdjęcie z tego zlotu jakie mi ocalało tylko niestety jakość jego jest taka jak widać to jest część naszych motorów ten ostatni z podwójnym reflektorem to jest moje BMW.

Następne zdjęcie z tego zlotu jakie mi ocalało tylko niestety jakość jego jest taka jak widać to jest część naszych motorów ten ostatni z podwójnym reflektorem to jest moje BMW.

Chłopakom powiedziałem o tym zlocie do którego było jeszcze sporo czasu i wszystko mogło się wydarzyć. Zlot ten został zorganizowany w miejscowości Nowogród nad Narwią i z Warszawy było tam około 177 km. Kiedy padło hasło wyjazdu na zlot to jak zwykle wszyscy deklarowali swoje uczestnictwo i mnie cieszyło to że na ten zlot pojedziemy dużą grupą z mojego klubu, ale to się okaże jak nadejdzie dzień wyjazdu kto na zlot pojedzie.
Ja – mimo że urlopu pozostało mi niewiele – na wyjazd załatwiłem sobie wolny piątek, żebym nie tracił ładnej pogody, a dzień przed wyjazdem spotkaliśmy się u mnie w piwnicy, żeby uzgodnić godzinę wyjazdu. Chłopaki powiedzieli, że na zlot mogą pojechać dopiero w piątek po południu, albo w sobotę rano. Ja do samotnych wyjazdów byłem już przyzwyczajony, więc wyjechałem ponownie samotnie gdzieś przed południem. Miejsce tego zlotu oddalone było od centrum miasta jakieś pięć kilometrów, na brzegu lasu na jakiejś dużej polanie i było bardzo dobrze oznakowane. Nie sposób było nie trafić. Kiedy dojechałem na miejsce to na placu stało już sporo wspaniałych maszyn i cały czas dojeżdżały następne motory.
Jak zwykle zaraz po rejestracji odwiedzam bar, żeby napić się piwa i przy okazji przepłukać gardło i zęby po podróży, a motor stał na razie niedaleko recepcji i co chwila ktoś podchodził i sprawdzał czy zbiornik w moim motocyklu jest z metalu czy to tylko plastykowa atrapa nałożona na oryginalny zbiornik, a następnie wszyscy pytali się ile paliwa mieści w tym zbiorniku. Taka sytuacja trochę mnie wkurzała ponieważ co chwila ktoś przeszkadzał mi w pogawędce z kolegami więc po rozbiciu namiotu powiesiłem na zbiorniku kartkę z napisem że ten zbiornik ma pojemność 51 litrów paliwa czyli 11.3 galona. Siedzieliśmy z chłopakami w barze i któryś stwierdził że na pełnym zbiorniku to można by dojechać prawie do Moskwy, a do Szczecina i z powrotem to na pewno tym bardziej, że silnik w moim motocyklu spalał w granicach 4.5÷5 l/100 km, co nie można powiedzieć o spalaniu motocykla M-72 który potrafił spalić nawet i 8 l/100 km. Ja na tym motorze nigdy nie katowałem silnika, ale zdarzyło mi się dwa razy pojechać nim z pełnym zbiornikiem i uczucie było głupie, ponieważ podnosił się środek ciężkości i na zakrętach można było się położyć. W barze siedziało się znakomicie i miałem zamiar tam siedzieć aż do jego zamknięcia, ale zauważyłem że przyjechali koledzy z mojego klubu i z tego faktu byłem bardzo zadowolony, że nie będę już siedział sam w tym barze.
Darek Kowalski „Gruby” oczywiście nie przyjechał, ale przyjechał jego brat Artur na jego motorze NSU-250, przyjechał Tadzio Markiewicz też na NSU-250, Darek Juszko na M-72, dwaj koledzy Darka Michał i Wojtek na BMW-350, którego wreszcie dokończyli, oraz Marek Podniesińcki na JAWIE-350, który porobił kilka zdjęć na tym zlocie, ale w moim archiwum pozostały tylko te dwa zdjęcia, które zamieściłem.
Gdyby przyjechali jeszcze Wojtek Malanowski na swoim CALTHORPIE-500, Witek Trzaskoma „Słoń” na ZÜNDAPPIE-350 – to byłby prawie cały skład mojego klubu z wyjątkiem Jarka Pruszyńskiego i „Grubego”

To jest plakietka z ostatniego zlotu na jakim byłem w tym sezonie w Papowie we wrześniu 1976 roku.

To jest plakietka z ostatniego zlotu na jakim byłem w tym sezonie w Papowie we wrześniu 1976 roku.

Na tym zlocie uczestniczyliśmy tylko w paradzie do miasta i resztę dnia spędzaliśmy na przemian raz w barze, a raz przed namiotem i ostatecznie dzień został zakończony przy wieczornym ognisku co widać na zamieszczonym zdjęciu.
Ale nastał czas powrotu z tego fajnego zlotu i byłem zadowolony że będziemy wracać wszyscy razem jedną paczką jak nigdy. Z wyjazdem nie musieliśmy się tak spieszyć ponieważ do Warszawy mieliśmy niedaleko i nie będziemy jechać przez cały dzień, a druga sprawa musieliśmy jeszcze trochę odpocząć po sobotnich baletach.
Gdzieś około południa wyjechaliśmy i mnie niepokoiła głośna praca motory tak jakby coś działo się z wydechem tylko nie wiedziałem co, a jak wcześniej wspomniałem moje kolanka dawno straciły swój piękny blask i mimo że powiększyłem zakres regulacji to podejrzewam że nadal jeździłem na zbyt późnym zapłonie ponieważ kolanka robiły się fioletowe jeszcze bardziej i to trochę mnie wkurzało i czułem przez skórę że taki stan rzeczy zakończy niedługo jakąś awarią tylko nie wiedziałem kiedy i jakiego typu to będzie.
Na odpowiedź pytania które sam sobie zadałem nie czekałem długo bo doszło do kolejnej awarii podczas powrotu z tego zlotu i całe szczęście że niebyła to poważna awaria tylko trochę kłopotliwa. Do tej awarii doszło w Łomży kiedy przejeżdżaliśmy przez zdezelowany przejazd kolejowy i na wyboju odpadły od mojego silnika obydwa kolanka rur wydechowych i na szczęście nie jechałem szybko bo w przeciwnym razie połamał bym je. Teraz powstał problem bo żeby pojechać dalej to musiałem rury w jakiś sposób podwiesić tylko że w tym miejscu co się zatrzymałem nie mogłem znaleźć kawałka drutu ponieważ wszystkie płot y okolicy były drewniane i dopiero Darek Juszko wrócił się w kierunku miasta i z jakiegoś ogrodzenia wydłubał potrzebny mi kawałek drutu i po zabezpieczaniu rur pojechaliśmy w dalszą drogę. Do Warszawy dotarliśmy już bez żadnych innych dodatkowych przygód, ale jazda na wolnym wydechu dała mi się we znaki ponieważ ten hurgot miałem w uszach jeszcze przez parę dni po zlocie. Wjeżdżając na podwórko narobiłem takiego hałasu że nawet „Gruby” wyleciał z piwnicy bo nie miał pojęcia co się dzieje.

Tego chyba już nie muszę pisać, że jak zawsze po powrocie i rozpakowaniu motocykli był jeszcze czas, żeby odwiedzić naszą „Jagusie” i odświeżyć nasze gardła piwem albo czymś mocniejszym.

Ostatni zlot motocyklowy w tym sezonie Popowo rok 1976

Po niektórych zlotach, a zwłaszcza tych dalszych, motocykla na jakiś czas ma się dosyć bo dupa boli od siodełka, a w tym przypadku bolała mnie głowa i w uszach miałem szum jak po podróży samolotem, ale to jednak szybko mija i po jakimś czasie znowu ma się ochotę gdzieś pojechać. Następnego dnia przyjrzałem się tym kolankom i doszedłem do wniosku że zostały po prostu przepalone i odpadły, ale to zostało szybko naprawione i motocykl był ponownie sprawny. Po naprawie kolanek nie bawiłem się w chromowanie ich bo na to była cała zima, a do końca sezonu można było pojeździć i na niechromowanych. Jasio Piotrowski mieszkał w tej samej klatce schodowej co Ja, Darek Kowalski „Gruby” i Jarek Pruszyński o czym już wspominałem jak opisywałem wszystkich moich kolegów i on nadal jeździł na fajnym motocyklu DKW-125 „Mefisto” i tylko nie pamiętam z którego roku był ten motocykl. Jasio był członkiem PZM-tu (Polski Związek Motorowy) i któregoś dnia powiedział, że jak nam będzie się nudziło i nie będziemy mieli nic innego do roboty to żebyśmy przyjechali w najbliższą sobotę do miejscowości Popowo Kościelne na XVII Zlot Warszawskich Turystów Zmotoryzowanych. Popowo Kościelne to jest miejscowość położona dwa kilometry w bok od trasy Serock-Wyszków i oddalona od Warszawy około 51 km, a więc niedaleko. Jasio namawiał mnie żebym przyjechał na ten zlot i nawet jak nie będę miał ochoty brać udziału w różnych konkurencjach to mój motocykl z tym wielkim zbiornikiem będzie wspaniałą ozdobą na zlocie. Większość moich kolegów nie miała zamiaru jechać, a ja nie mając nic do roboty postanowiłem się przejechać i zobaczyć co to będzie za impreza.
W dniu wyjazdu okazało się jednak że dwóch kolegów postanowiło pojechać razem ze mną, a byli to Tadzio Markiewicz na NSU-250 i Marek Podniesiński na JAWIE-350. Przynajmniej w jedną stronę będzie raźniej. Po dojechaniu na miejsce zarejestrowaliśmy się i każdy z nas otrzymał pamiątkową plakietkę, która jakimś cudem ocalała do naszych czasów tak samo i jak niektóre znaczki i zdjęcie jej zamieściłem dla ubarwienia tekstu. Okazało się, że ta impreza to nie jest żaden zlot towarzyski, na które przyjeżdżałem, tylko rajd objazdowy na orientacje podobny do tego, na jakim byliśmy z Jarkiem w Słupsku rok temu. Ja nie miałem zamiaru katować motocykla po jakiś leśnych bezdrożach i resztę dnia postanowiłem spędzić w bardziej przyjemny sposób, a mianowicie z chłopakami na piwie w „Jagusi” więc nie siedziałem długo tylko po zjedzeniu wojskowej grochówki wyruszyłem w drogę powrotną do Warszawy i wracałem sam, bo moi koledzy postanowili wziąć udział w tym rajdzie i pojechali katować swoje motory po tym lesie. Wyjazd na ten zlot okazał się ostatnim moim zlotem w tym sezonie i ostatnią jazdą w tym roku, a to z powodu ostatniej awarii silnika jaka dopadła mnie podczas powrotu z tego zlotu i to tak poważną która uziemiła mój motor na amen, a mogłem jeszcze pojeździć bo pogoda była jeszcze doskonała w sam raz do jazdy. Zadowolony byłem z tego, że nie brałem udziału w tych rajdach po lesie bo gdyby doszło do tej awarii właśnie tam to teraz stałbym w szczerym polu z rozwalonym silnikiem i zastanawiał się w jaki sposób sprowadzić do Warszawy. Wracając z tego zlotu byłem już na Trasie Łazienkowskiej, więc do domu miałem niedaleko, gdy nagle coś zagrzechotało w lewym cylindrze i silnik został zablokowany. Nie miałem pojęcia z jakiego powodu to się stało. Po dopchaniu motocykla na podwórko nie miałem zamiaru od razu rozbierać silnika żeby sprawdzić co się w nim stało, bo byłem wkurwiony i teraz tylko miałem zamiar uchlać się, więc poszedłem z chłopakami do „Jagusi”.
Następnego dnia po pracy zabrałem się za wymontowanie lewej głowicy i po jej zdjęciu ujrzałem obraz nędzy i rozpaczy. Zaworu ssącego w głowicy nie było, bo jego grzybek wbity był w mój nowy tłok, a trzonek wylatując rozwalił przepustnice w gaźniku, tylko nie wiedziałem dlaczego ten zawór urwał się. Po tym odkryciu nic na razie przy silniku nie mogłem zrobić i motor przedwcześnie powędrował do piwnicy i tak zakończył się dla mnie ten sezon, a ja ponownie miałem okazję, żeby się uchlać w „Jagusi”. Siedząc z chłopakami na piwie skojarzyłem jeden fakt, a mianowicie jak z Napierek wracałem na zbyt późnym zapłonie o czym wspominałem i wtedy oprócz rur wydechowych to i zawory dostały porządnie po dupie i jeden z nich nie wytrzymał i urwał się robiąc taki bałagan w moim silniku.
Roku 1977 nie będę opisywał ponieważ to był dla mnie najsmutniejszy rok, a w zasadzie jego początek – bo zmuszony byłem zakończyć jazdę na starych motocyklach na jakiś czas, ale wszystko po kolei. Owszem silnik został naprawiony i co było najważniejsze, że tłok i głowice udało mi się jakimś cudem uratować, bo coś zdobyć do tego silnika nie było takie łatwe, a jak coś się zdobyło to było strasznie drogie. Motor był już sprawny i czekał w piwnicy na rozpoczęcie nowego sezonu motocyklowego na naszym podwórku, tylko że ja do tego sezonu nie doczekałem się, ponieważ w marcu 1977 roku zmieniłem stan cywilny i razem z nim wszystko się zmieniło w moim życiu. Moja żona oświadczyła, że na żaden motor nie wsiądzie za żadne skarby świata i powiedziała mi żebym zapomniał o wyjazdach na zloty, bo ona nie będzie siedziała sama w soboty i niedziele kiedy ja będę bawił się z kolegami na zlotach. Niestety doszło do tego że po namowach żony zmuszony byłem z żalem sprzedać swoje piękne BMW. Po sprzedaży motocykla przepadły moje marzenia o następnych zlotach i została też zakończona działalność mojego klubu. Tego nie mogłem przeboleć i w ten sposób powstała moja przymusowa przerwa z przygodą na motorach. Po ślubie zamieszkałem u żony na Grochowie, a po roku z Januszem Nowakiem pojechaliśmy do pracy na kontrakt do Czechosłowacji i byliśmy tam niecałe dwa lata.

Rozdział IV

Mój powrót do jazdy na starych motocyklach po czteroletniej przerwie.
Lata 1981-1986

Rok 1981

I tak szybko minęło dwa lata pracy w Czechosłowacji, tylko że po powrocie z tego kontraktu nie wróciliśmy do pracy w MPT, bo nie było takiej możliwości, a i w domu zaczęły robić się tak zwane „krzywe kluchy”, więc postanowiłem ponownie wybrać wolność i powróciłem na stare śmiecie do rodziców na Ochotę. Jedna rzecz jaka pozostała mi po tym kontrakcie, to był samochód marki WARSZAWA-223k, który kupiłem właśnie w Czechosłowacji i całe szczęście, że żona po rozstaniu nie kazała mi go sprzedać i oddać jej połowę pieniędzy, bo wolałbym go spalić niż zapłacić jej chociaż jedną złotówkę. Przed odjazdem i pożegnaniem się z żoną, zapakowałem do samochodu wszystkie swoje klamoty jakie miałem w jej piwnicy, bo podejrzewam że następnego dnia to wszystko znalazłoby się w śmietniku, a mnie mgły się jeszcze przydać.
Po powrocie na Ochotę najpierw poleciałem do sklepu po piwo i zabrałem się za wypakowanie wszystkiego co zabrałem z Grochowa. Wtedy Darek Kowalski „Gruby”, którego długo nie widziałem, zapytał się mnie gdzie się wyprowadzam.
Odpowiedziałem że jest odwrotnie, ponieważ wprowadzam się wracając z powrotem na stare śmiecie. „Gruby” jak zawsze wiecznie się śpieszył i powiedział, że wieczorem do mnie wpadnie to pogadamy dłużej i poleciał. Jak „Gruby” poleciał, to zostałem sam smutny w piwnicy i przyglądałem się częściom jakie pozostały mi po przeróbce M-72 na BMW, które jakimś cudem nie zostały sprzedane razem z motocyklem, ani wywalone na złom. Patrząc na te części ponownie zapragnąłem pojeździć na starych motocyklach. Tych części nie było dużo, ale zawsze to coś – bo był cały silnik z zatartym wałem i bez koła zamachowego, osłony goleni przedniego zawieszenia, kompletna obudowa z reflektorem i szybkościomierzem dwa koła i przedni błotnik oraz cała masa różnych dupereli. Moja przymusowa przerwa trwała prawie cztery lata i teraz żałuję. że sprzedałem swoje BMW, bo na upartego mogło postać przez ten czas w piwnicy. Teraz miałbym na czym jeździć, a tak to musiałem zaczynać prawie od zera, ponieważ na kupno całego motoru nie było mnie stać. Mimo, że na kontrakcie zarobiłem sporo pieniędzy – to od żony odszedłem goły, ale wesoły.
Wieczorem nadal siedziałem w piwnicy popijając piwo i robiąc porządki i ponownie przyszedł „Gruby” i powiedział że niedawno powstał nowy klub motocyklowy pod nazwą „Weteran”. Podał mi jego adres i dodał że najczęściej tam go znajdę

To jest zdjęcie znaczka klubowego, który otrzymałem po zapisaniu się do tego klubu i ten znaczek jakimś cudem ocalał. Trzymam go do dzisiaj jak świętą relikwię.

To jest zdjęcie znaczka klubowego, który otrzymałem po zapisaniu się do tego klubu i ten znaczek jakimś cudem ocalał. Trzymam go do dzisiaj jak świętą relikwię.

Klub ten mieścił się na terenie Ośrodka Szkolenia Kierowców LOK-u na Woli przy ul. Bema 50. Powstał na początku 1980 roku, kiedy byłem jeszcze na kontrakcie w Czechosłowacji. W którąś sobotę postanowiłem pojechać do tego klubu i kiedy zjawiłem się, było już tam kilku chłopaków, których widziałem na poprzednich zlotach. Jeden z nich przywitał mnie takimi słowami: co ty „Docent” tutaj robisz i gdzie podziała się twoja wspaniała maszyna z tym wielkim zbiornikiem, na której byłeś na zlocie w w Olsztynie w 1976 roku? Dzisiaj nie pamiętam, który z kolegów tak miło mnie przywitał, ponieważ było to ponad 35 lat temu.
Na jego pytanie odpowiedzi nie było tylko machnąłem ręką i westchnąłem sobie i z chłopakami pogadaliśmy sobie aż do wieczora o poprzednich latach, kiedy byłem aktywny i wyjaśniłem dlaczego musiałem sprzedać to swoje BMW.
Po odwiedzinach tego klubu zapragnąłem ponownie pojeździć sobie na jakimś motocyklu i teraz po pracy, jak miałem wolny czas, to klub odwiedzałem coraz częściej i poznawałam coraz więcej nowych fajnych kolegów, a wieczorem wracając z klubu robiłem kilka kursów swoją WARSZAWĄ zabierając ludzi z postoju na „Łebka” i tym sposobem wpadało mi dodatkowych parę groszy, które teraz jak nigdy były mi potrzebne. Cały czas myślałem tylko o jednym: żeby za jakiś czas znowu jeździć motocyklem, tylko jeszcze nie wiedziałem na jakim. Po jakimś czasie postanowiłem zapisać się do tego klubu, ale wyszedł mały problem, ponieważ żeby zostać członkiem klubu starych motocykli trzeba było mięć jakiś motocykl. W moim przypadku zrobiono wyjątek, ponieważ chłopaki znali moją przeszłość motocyklową przed przerwą i wiedzieli, że za jakieś pół roku będę jeździł już na własnym motocyklu. Tak oto zostałem członkiem klubu i po zapisaniu się otrzymałem znaczek klubowy widoczny na zdjęciu, który jakimś cudem ocalał do naszych czasów i teraz przechowuje go jak świętą relikwie.
W tym roku zaliczyłem pierwszy zlot po przerwie tylko na razie nie na motocyklu tylko pojechałem z Darkiem Kowalskim „Grubym” jego landarą którą jeszcze pamiętam ze zlotu w Czarnym Piecu i
w Olsztynie, a ten zlot był w Warszawie gdzieś na Ursynowie na otwarcie sezonu.

To jest zdjęcie znaczka z mojego pierwszego zlotu jaki zaliczyłem po mojej przerwie w 1981 roku.

To jest zdjęcie znaczka z mojego pierwszego zlotu jaki zaliczyłem po mojej przerwie w 1981 roku.

Po powrocie z klubu powyjmowałem na stół wszystkie części jakie pozostały mi po tamtym motocyklu i postanowiłem składać motor
M-72 ponieważ do tych motocykli było najłatwiej zdobyć jakieś części, a druga sprawa ten motocykl poznałem prawie dobrze bo miałem już taki sam przed przerwą przez okres dwóch lat.
Nasz angaż w „Kablobetonie” wygasł pod koniec marca i zakończyły się upierdliwe dojazdy do Nowego Dworu, które zabierały dużo czasu zwłaszcza po południu i teraz musieliśmy z Januszem szukać sobie nowej pracy. Czasami robiliśmy w garażu Janusza partaniny jak dawniej. Teraz szukając pracy, najwięcej czasu spędzałem w klubie, chyba że mieliśmy jakąś robotę z Januszem w garażu, a wieczorami czasami jeździłem na „Łebki” zarobić parę złotych dopóki nie znajdę jakiejś stałej pracy, żeby mieć na paliwo i części do motoru. Tak rozpoczęło się chomikowanie części do drugiego motocykla M-72 i zadowolony byłem, że zaczyna coś przybywać.
Na „Łebki” jeździłem swoją WARSZAWĄ, którą kupiłem w Czechosłowacji i miałem z nią kilka zabawnych sytuacji z powodu numerów rejestracyjnych jakie posiadała, a był to numer MOB-0113 i to był czysty przypadek że radiowozy milicyjne w tamtych czasach posiadały takie same oznaczenie literowe czyli MOA i MOB. Numery rejestracyjne w Czechosłowacji – podobnie jak w Polsce oznaczenie literowe – pochodziły od miast gdzie były rejestrowane, a mój samochód zarejestrowany był w mieście Most i stąd litery MO, bo gdybym rejestrował na przekład w Litomierzycach to moje numery zaczynały by się od liter LTM. I któregoś dnia wracałem późno z klubu i zostałem zatrzymany przez patrol drogówki. Zapytali się mnie z jakiej racji jeżdżę na milicyjnych numerach rejestracyjnych, a ja pokazałem im dokumenty i powiedziałem, żeby lepiej się przyjrzeli, bo te gamonie po ciemku nie widzieli że moje tablice mają całkiem inne kolory. Tło było niebieskie, a cyfry i litery były żółte, a na tylnej klapie widniał znak przynależności państwowej CS. Chłopaki w klubie też uważali, że mam paskudne numery bo czasami jak wieczorem przyjeżdżałem, to myśleli że podjeżdża milicyjna „Suka” i że te numery powinienem zmienić.
Po jakimś czasie znalazłem odpowiednią pracę i co najważniejsze, że była niedaleko od domu ponieważ baza tego przedsiębiorstwa była na Mokotowie przy ul. Magazynowej 5. Tym przedsiębiorstwem było PPGK Państwowe Przedsiębiorstwo Geodezyjno Kartograficzne tak że teraz miałem więcej czasu zająć się motorem.

To jest PONTIAC CHIEFTAIN z 1952 roku i tak mógł wyglądać samochód Tomka Szaniawskiego, z którego wyjmowałem silnik  do remontu. Przy tym samochodzie też miałem okazję pracować w PPGK w latach 90-tych.

To jest PONTIAC CHIEFTAIN z 1952 roku i tak mógł wyglądać samochód Tomka Szaniawskiego, z którego wyjmowałem silnik do remontu. Przy tym samochodzie też miałem okazję pracować w PPGK w latach 90-tych.

Któregoś dnia zjawił się w klubie Bartek Jackiewicz, który później założył swój klub pod nazwą „Kardan” i powiedział że robi w piwnicy porządki, a ma sporo części do motocykli M-72 i URARA i zamierza się ich pozbyć ponieważ są mu niepotrzebne.
Tymi częściami zainteresowany byłem oczywiście ja i mój kolega Zbyszek Borzęcki „Filon”, więc postanowiliśmy pojechać do Bartka razem i przekonać się co to są za części. Kiedy byliśmy na miejscu okazało się, że tych części była cała sterta i każdy z nas wybrał coś dla siebie to co potrzebował, a przy okazji spiliśmy się okrutnie winami marki „Bełt” i nawet nie pamiętam w jaki sposób dotarłem do domu. Wszystkie części „Filona” zostały w moim samochodzie i jak następnego dnia pojechałem do klubu to Zbyszek też niewiele pamiętał z wczorajszego dnia. Najważniejsze, że wszystko skończyło się dobrze i więcej takie praktyki nie powtórzyły się. W tych częściach co przywiozłem od Bartka było koło zamachowe, koła i wałki do skrzyni oraz rozmontowany dyferencjał,który na szczęście okazał się kompletny, ale nadal jeszcze brakowało sporo: ramy, zbiornika, przedniego i tylnego zawieszenia gaźników i całej kierownicy z osprzętem. Nadal w klubie spędzałem najwięcej czasu i poznawałem nowych kolegów. Kiedyś jeden z kolegów, gdy dowiedział się, że jestem mechanikiem samochodowym, zaproponował mi pewne zajęcie. Chciał żebym pomógł mu przy jego samochodzie, bo on tak samo jak i „Gruby” wiecznie był zalatany i nie miał czasu. Tym kolegą był Tomek Szaniawski. Wiedział, że jestem mechanikiem samochodowym to z jego samochodem sobie poradzę.
Pomyślałem że i tak po południu nie mam jak na razie żadnego zajęcia więc mogę się tym zająć, a dodatkowy grosz zawsze się przyda i tylko nie wiedziałem przy jakim samochodzie będę miał zajęcie i co w nim jest do roboty.

W drugiej połowie 1981 roku zaczął robić się  w naszym kraju kryzys paliwowy jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego i żeby zatankować samochód trzeba było odstać swoje w kilometrowej kolejce kilka godzin i nie zawsze starczyło paliwa dla wszystkich, a po wprowadzeniu stanu wojennego nastały kartki na benzynę.

W drugiej połowie 1981 roku zaczął robić się w naszym kraju kryzys paliwowy jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego i żeby zatankować samochód trzeba było odstać swoje w kilometrowej kolejce kilka godzin i nie zawsze starczyło paliwa dla wszystkich, a po wprowadzeniu stanu wojennego nastały kartki na benzynę.

Chodziło o wymontowanie silnika z samochodu i przewiezienie go do klubu celem rozebrania do remontu. Ten samochód stał na parkingu pod Trasą Łazienkowską na ul. Rozbrat i kiedy zobaczyłem ten samochód to nie wiedziałem czy na pewno sobie z nim poradzę, bo to był krążownik szos z lat 50-tych PONTIAK albo CADILAC dzisiaj dokładnie nie pamiętam. Najważniejsze było to, że w tym samochodzie była skrzynia biegów manualna, a nie automatyczna bo z tą bym sobie nie poradził.
Silnik w tym samochodzie był jak przystało na amerykańskiego krążownika szos z tamtych lat: V 8 i co najmniej miał około 5,5÷6,5 litra pojemności. Zbudowany był z samego żeliwa i ciekawy byłem ile może ważyć i ilu ludzi potrzeba będzie do jego wyjęcia z ramy. Cała operacja rozkręcania zajęła mi dwa popołudnia i do jego wyjęcia pojechali razem z nami wszyscy co byli akurat w klubie. Na miejscu okazało się, że niestety jest nas za mało i wtedy Tomek przyprowadził spod sklepu kilku meneli i przy ich pomocy jakoś wydłubaliśmy ten wielki puc metalu z ramy i przywieziony został do klubu. W klubie podobna sytuacja: było nas za mało, żeby z przyczepki zwalić go w całości, ale teraz to już nie był problem ponieważ zdemontowałem trochę osprzętu i po małym odchudzeniu udało się go zwalić z przyczepki.

FDB2.tmp

Tomek wiedział, że zbieram części do motocykla M-72 bo zamierzałem złożyć z nich cały motor, więc zaproponował mi, że w ramach zapłaty dostarczy mi części do tego motoru, a miał ich naprawdę bardzo dużo i ta forma rozliczenia była dla mnie odpowiadająca. Po rozbiórce silnika wszystkie części, które były przeznaczone do naprawy Tomek zabrał i po jakimś czasie miałem ten silnik składać ponownie, ale tak wyszło że więcej tego silnika już nie widziałem. Za jakiś czas Tomek przywiózł mi części i w śród nich była rama, silnik bez cylindrów, skrzynia biegów tylny błotnik z bagażnikiem i obydwoma siedzeniami oraz kompletne suwaki tylnego zawieszenia. Teraz mając te części mogłem coś zacząć robić przy motocyklu, a postanowiłem go składać w swojej piwnicy nie w klubie, bo miałem w niej idealne warunki. W pierwszej kolejności zabrałem się za silnik i mając dwa postanowiłem z nich złożyć jeden i oddałem wał korbowy do szlifu bo przy moich cylindrach nie było nic do roboty.

Po wprowadzeniu stanu wojennego wiele artykułów było na kartki, a w śród nich była i benzyna.

Po wprowadzeniu stanu wojennego wiele artykułów było na kartki, a w śród nich była i benzyna.

Silnik składałem w bloku, który dostałem od Tomka, bo na ten blok i ramę dostałem od niego papiery. Przeglądając skrzynie biegów też miałem jakiś wybór bo mając części od Bartka powybierałem z nich te, które były w najlepszym stanie. Oczywiście łożyska do silnika i skrzyni poszły nowe, bo to nie był poważny wydatek finansowy. Tomek jak dostarczył mi silnik, to nie było przy nim prądnicy, ale jakimś cudem przy moim starym silniku zachowała się prądnica, bo przerabiając poprzednie M-72 został zamontowany alternator i zachował się też oryginalny regulator napięcia, który było bardzo trudno zdobyć. Po rozbiórce silnika Tomek powiedział, że w przyszłości będzie miał dla mnie podobne zajęcia i wtedy jak będę miał gotowy motocykl – to dostarczy mi do niego kosz. Oczywiście jego gondola będzie do naprawy, ponieważ została naruszona zębem czasu, czyli trochę była zardzewiała. Prace przy motocyklu jakoś powoli szły do przodu, ale sporo mi jeszcze brakowało do szczęścia. Jednak co innego nas martwiło, ponieważ w naszym kraju nastał kryzys paliwowy i żeby zatankować samochód, trzeba było nieraz stać w kilometrowej kolejce przed stacją benzynową, a nieraz widziało się tablicę z napisem „paliwa brak”. Dwa takie zdjęcia z tamtej epoki zamieściłem, ponieważ młodzi ludzie nie znają tamtych czasów. 13 grudnia 1981 roku został wprowadzony stan wojenny no i zaczęło się nasze upierdliwe życie.

Rok 1982

Po wprowadzeniu stanu wojennego nastało apogeum naszego upierdliwego życia ponieważ prawie na wszystko były kartki – czyli na mięso, cukier, produkty mączne, później na alkohol, papierosy i nawet na buty. I kiedy weszły kartki na benzynę to automatycznie nie miałem gdzie zatankować samochodu na Czeskich numerach. I z tymi Czeskimi numerami doszło do następnej zabawnej sytuacji, ale na stacji benzynowej. Robiłem zakupy w sklepie Potajały na ul. Polnej i naprzeciwko tego sklepu była mała stacja benzynowa do której podjeżdżały tylko samochody z niebieskimi tablicami czyli z Korpusu dyplomatycznego i ambasad. Po zrobieniu zakupów podjechałem tą na stację i udając głupka zatankowałem samochód, ale usłyszałem fajny komentarz że w ambasadzie Czechosłowackiej jeżdżą jeszcze takimi pojazdami jakim jest samochód WARSZAWA.
I taki proceder udał mi się jeszcze kilka razy bo po jakimś czasie i to źródełko mi wyschło, a i u chłopaków w MPT też była posucha ponieważ oni mieli swoje samochody i każdy z nich chomikował dla siebie więc zmuszony byłem wreszcie swój
samochód przerejestrować na Polskie numery co okazało się nie takie łatwe w moim przypadku. Żeby zarejestrować swój samochód to musiałem za niego zapłacić cło, ponieważ ten samochód sprowadzony był z zagranicy.

Najbardziej ciekawa kartka z tamtych czasów - kartka na buty.

Najbardziej ciekawa kartka z tamtych czasów – kartka na buty.

Tylko byłem bardzo zdziwiony dlaczego mam płacić cło za polski samochód.
Wtedy w Urzędzie Celnym wyjaśniono mi że owszem polskie samochody sprowadzone z zagranicy zwolnione są z opłat celnych i należą do nich FIAT-125p, FIAT-126p i POLONEZ, a samochód WARSZAWA już dawno został skreślony z tej listy bo nikt nie spodziewał się że ktoś taki samochód jeszcze sprowadzi z zagranicy.
A przepisy są bezwzględne i skoro nie ma takiego samochodu zwolnionego z opłat celnych to musiałem zapłacić i suma jaką mi wyliczyli wynosiła 175000 zł i jak to usłyszałem to mało nie dostałem zawału serca w tym Urzędzie. Jeden z pracowników poradził mi żebym napisał podanie do Głównego Urzędu Celnego celem odstąpienia od zapłaty cła i nie mając innego wyjścia tak zrobiłem. Po miesiącu otrzymałem pozytywną odpowiedź na moje podanie pod warunkiem że samochód mój nie zostanie sprzedany przez okres dwóch lat licząc od daty pierwszej rejestracji w kraju i teraz spokojnie zarejestrowałem samochód i otrzymałem kartki na paliwo.
Ale wracamy do spraw motocyklowych jak wspomniałem motocykl składałem w swojej piwnicy, a nie w klubie ponieważ miałem w niej idealne warunki i jak miałem natchnienie do pracy to mogłem posiedzieć do późna w nocy i przy okazji mogłem napić się piwa żeby lepiej się pracowało.
Mając już trochę części od Tomka to coś zaczęło się dziać przy motocyklu i któregoś dnia jak coś dłubałem sobie to wpadł do mojej piwnicy jak bomba „Gruby” i powiedział że jutro przed ósmą rano musimy być w sklepie „Bomisu” w Raszynie tylko żadnych szczegółów nie chciał zdradzić i nie wiem dlaczego i dodał żebym postarał się od kogoś parę złotych bo mogą się przydać. Zawsze prześladował mnie chroniczny brak pieniędzy, a na pożyczkę od ojca nie miałem co liczyć, więc przerwałem pracę i postanowiłem pojechać na „Łebki”, żeby zarobić trochę grosza. Zaraz po kolacji wyjechałem na miasto. W pierwszej kolejności pojechałem do pracy i u wartownika zostawiłem wiadomość dla kierownika warsztatu że mam pilną sprawę do załatwienia i spóźnię się dwie godziny. Tego dnia były jakieś popularne imieniny, ale nie pamiętam czyje, więc mój interes kręcił się bardzo dobrze – co mnie cieszyło i tak jeździłem do późnej nocy. Rano „Gruby” ledwo mnie dobudził, a kiedy zobaczył, że wyglądałem tak jakbym chlał przez całą noc – to do Raszyna jechał Darek, a ja z boku jeszcze dosypiałem sobie. W Raszynie byliśmy dużo przed czasem i pod wejściem do Bomisu ludzi jeszcze nie było. Wtedy „Gruby” wyjaśnił cel tego nietypowego wyjazdu. Chodziło o to, że od dzisiejszego dnia rozpoczynała się wielka wyprzedaż części do motocykli M-72,. które pochodzą z magazynów wojskowych. Po wycofaniu tych motocykli z wyposażenia wojska, wszystkie te części były im już niepotrzebne i postanowili się ich pozbyć. Ja nie miałem pojęcia w jaki sposób „Gruby” zdobywał takie informacje, ale muszę przyznać, że miał łeb do zwęszenia takich interesów, tylko że te nie zawsze mu wychodziły. Po otwarciu sklepu wpuszczano po cztery osoby ponieważ i tak więcej by się nie zmieściło. Cały sklep zawalony był tymi częściami aż pod sufit i jak zobaczyłem co się w nim znajduje to od razu senność mi przeszła i nie żałowałem że tutaj z „Grubym” przyjechałem. Ja pieniędzy dużo nie miałem i zainteresowany byłem tylko częściami których mi brakowało. Pomyślałem że w tym sklepie znajdę wszystko co potrzebuję. Stało tam kilka kompletnych silników razem ze skrzynią biegów, tylko że ja na taki zakup nie byłem przygotowany, bo wycenione były na 1500 zł – co stanowiło prawie połowę mojej wypłaty, a przyznam szczerze że taki by mi się przydał. W tym sklepie znalazły się nawet takie części, których nie mogłem kupić na ul. Łopuszańskiej jak w 1975 roku kupowałem części do pierwszego M-72 i w tym sklepie udało mi się kupić zbiornik paliwa którego nie mogłem nigdzie zdobyć, dźwignię hamulca i sprzęgła, całą masę różnych dupereli, ale najbardziej zadowolony byłem z zakupu całego zestawu dwóch gaźników razem z linkami i manetką gazu. Całe szczęście, że na te moje zakupy starczyło mi pieniędzy, ponieważ z wyjątkiem silników pozostałe części bez względu czy są z metalu, gumy, czy plastiku były na wagę po 2,50 za kg. Jeśli chodzi o „Grubego” to brał wszystko jak leci hurtem z myślą że później odsprzeda to z zyskiem i zastanawiałem się czy na to wszystko starczy mu pieniędzy, bo ja po tych swoich zakupach byłem golutki, ale zadowolony że teraz będę mógł ruszyć z najważniejszą robotą, bo miałem już ostatni element blaszany który blokował mi pomalowanie motoru. Wieczorem mimo niewyspania postanowiłem ponownie pojechać w miasto żeby odrobić straty jakie poniosłem na zakupy. Najważniejsze było to, że z malowaniem motocykla nie musiałem pieprzyć się w piwnicy albo w garażu Janusza, ponieważ w mojej pracy było pomieszczenie lakiernicze i po dogadaniu się z kierownikiem warsztatu mogłem z niego skorzystać po godzinach i to było dla mnie idealne rozwiązanie. Teraz kiedy wszystko było pomalowane doczekałem się wreszcie montażu końcowego który nie trwał długo, a robiło się już coraz cieplej i nie mogłem doczekać się wystawienia motoru z piwnicy na parking. Podczas składania tego motoru miałem w planach zamontować skrzynie biegów ze wstecznym biegiem od motocykla DNIEPR, bo mój brat był w tym czasie na kontrakcie w byłym ZSRR. Tylko, że on nie miał pojęcia gdzie taką skrzynie można zdobyć ponieważ się na tym nie znał i mój plan diabli wzięli. Składanie tego motocykla razem ze zbieraniem części zajęła mi więcej czasu niż myślałem bo niecały rok, ale widocznie tak musiało być.

Rozpoczęcie sezonu po pięcioletniej przerwie na motocyklu M-72 rok 1982

Nadeszła wreszcie upragniona dla mnie chwila czas wystawienia motoru na światło dzienne które wieńczyło moje trudne dzieło i znowu „Docent” po prawie pięcioletniej przerwie zasiadł za sterami wielkiego motocykla i w ten sposób rozpoczął się dla mnie sezon motocyklowy w 1982 roku. Po wystawieniu motoru pierwsze uruchomienie i ta sama procedura jak w przypadku poprzednich motocykli: rutynowy objazd dookoła osiedla i gdy okazało się że wszystko jest w porządku to jeszcze tego samego dnia postanowiłem pojechać do klubu. Kiedy pojawiłem się w klubie na motocyklu to chłopaki powiedzieli że nareszcie „Docent” jeździ motocyklem i jak pojawił się Tomek to naciskałem go, aby dostarczył mi obiecany kosz do mojego motocykla. Po kilku dniach Tomek dostarczył mi kosz i było tak jak on mówił przy tej gondoli było sporo roboty, ale to nie był dla mnie żaden problem ponieważ dogadałem się w pracy ze spawaczami i zgodzili się w wolnych chwilach zająć moim koszem.

Tak wygląda dyferencjał motocykla który posiada napęd na koło wózka bocznego, a to jest motocykl ZÜNDAPP KS-750 z 1939 roku.

Tak wygląda dyferencjał motocykla który posiada napęd na koło wózka bocznego, a to jest motocykl ZÜNDAPP KS-750 z 1939 roku.

W tym czasie co spawacze przywracali moją gondole do stanu używalności to Ja szykowałem całe podwozie przy którym nie było dużo roboty bo tylko odmalować żeby wszystko miało ten sam kolor i odcień oraz położyć nową instalacje elektryczną i rozruszać rzymskie śruby na drążkach tylko nie wiedziałem do czego one służą.
Po tygodniu moja gondola była gotowa i po pomalowaniu zawiozłem ją prosto do klubu, ale było już za późno żeby zamontować ją do podwozia i połączyć kosz z motorem. Następnego dnia po zamontowaniu kosza rozpocząłem następny etap edukacyjny przyzwyczaić się do jazdy z koszem bo to było coś innego niż jazda solowym motocyklem. Na terenie tego ośrodka był duży plac manewrowy na którym mogłem sobie bezpiecznie potrenować bez obawy że wpadnę na jakąś latarnie, albo zjadę na przeciwległy pas ruchu co mogłoby skończyć się wypadkiem. Jadąc do domu stwierdziłem że ten mój motor jakoś dziwnie się prowadzi ponieważ cały czas ściągało mnie w prawo tak że musiałem ciągle kontrować i kiedy dojechałem do domu to bolały mnie ręce i pomyślałem że do dupy z taką jazdą bo jakbym miał przejechać sto kilometrów to chybaby mi ręce odpadły. Następnego dnia nie mając nic do roboty jeździłem po placyku i w klubie zjawił się Tomek. Był zadowolony, że wreszcie przy jego pomocy udało mi się zmontować ten motor i postanowił się nim przejechać. Kiedy wyjechał na placyk i wykonał dwa okrążenia to powiedział, że tym motorem nie da się w ogóle jechać, dopóki nie zostanie poprawnie ustawiony kosz w stosunku do motocykla, a było to samo co robi się w samochodach ustawiając zbieżność kół i teraz zrozumiałem do czego służą te rzymskie śruby na drążkach łączących kosz z motorem. Tomek wiedział jak to zrobić i zajęło mu to około półgodziny i kazał mi się przejechać i od razu poczułem różnice i jak jechałem do domu to motor jechał tam gdzie ja chciałem i ręce już mnie nie bolały. Jeżdżąc motorem z koszem trzeba było pamiętać że w motocyklu M-72 koło kosza nie było napędzane ani hamowane i praw fizyki się nie zmieni i przy gwałtownym hamowaniu bezwładność kosza może obrócić motor zwłaszcza na śliskiej nawierzchni. Ja w tamtym okresie znałem tylko dwa motocykle które posiadają napęd na koło kosza i hamulec hydrauliczny na koło tylne motocykla o kosza, a tymi motocyklami są dwa niemieckie z okresu drugiej wojny światowej ZÜNDAPP KS-750 oraz BMW R-75 „Sahara”. A teraz ciekawostka, o której dowiedziałem się z Internetu jak szukałem danych motocykla ZÜNDAPP KS-750 i cały czas byłem przekonany, że w tych motocyklach zamontowane były silniki w układzie bokser, ale okazało się że byłem w błędzie, ponieważ były zamontowane silniki widlaste o kącie rozwarcia cylindrów 170˚, a w silnikach typu bokser ten kąt wynosi 180˚ i te różnice gołym okiem trudno jest zauważyć.

„Gruby” jedzie motocyklem M-72 tylko na przednim kole

Na wiosnę mój kontakt z Januszem na jakiś czas urwał się ponieważ pojechał do Holandii pracować u swojego szwagra, więc na razie nie miałem nic do roboty po południu i wolny czas spędzałem w klubie razem z chłopakami. Widziałem jak chłopaki radzą sobie jeżdżąc z koszem, a zwłaszcza podobało mi się jak jeżdżą z koszem podniesionym. Tak jak wspomniałem nie mając nic do roboty jeździłem po tym placyku doskonaląc swoje opanowanie jazdy z koszem i podczas tych prób było kilka sytuacji podbramkowych, a że plac był duży to miał się gdzie ratować i jak człowiek takich sytuacji nie doświadczy to nigdy się nie nauczy jeździć. Nadal jak miałem czas to jeździłem sobie po placyku i podpatrzył mnie „Gruby” jak jechałem z podniesionym koszem i spytał się chłopaków kto to katuje motor i usłyszał odpowiedź że to „Docent” uczy się podnosić kosz. Któregoś dnia wracając do domu zabrał się ze mną Darek, bo do klubu przyszedł na piechotę albo z kimś przyjechał i w piwnicy powiedział mi że musi kupić sobie motor z koszem najlepiej interesowały go M-72 lub K-750 i byłem bardzo zdziwiony po co mu nagle potrzebny jest motor z koszem. Darek jak do tej pory miał kilka motocykli na których długo nie pojeździł, a zaczynał od motocykla NSU-250, który później oddał swojemu bratu Arturowi. Następnie był współwłaścicielem ZÜNDAPPA K-350, którego odsprzedał Witkowi Trzaskoma „Słoniowi” i wreszcie ostatnim jego motocyklem był URAL-650, w którym po tygodniu urwał się korbowód rozwalając w nim cały silnik i z tego co pamiętam na żadnym motocyklu nie zaliczył żadnego zlotu. Darek nie przepadał za pracą fizyczną i robił na okrągło jakieś interesy. Tu coś kupił, później coś sprzedał z zyskiem i jakoś mu to szło – więc stać go było na kupno całego motoru na chodzie nie to co mnie. W którąś niedzielę umówiliśmy się że pojedziemy na giełdę, a że pogoda była znakomita to pojechaliśmy motorem i dla towarzystwa pojechali razem z nami Tadzio Markiewicz na NSU-250 i Darek Juszko też na M-72 ale bez kosza. Giełda samochodowa w tamtym okresie znajdowała się na terenie byłego lotniska wojskowego na Bemowie. Jak dojechaliśmy na miejsce to cieszyło nas, że tego dnia było dużo motocykli które interesowały Darka. Bbyło ich sporo to i ceny ich też były różne i było w czym wybierać. Podczas wyboru motocykla przez „Grubego” ja w ogóle nie wtrącałem się, żebym później nie harował przy nim jak przy jego WARSZAWIE, którą jeszcze trzymał tylko dla kartek na benzynę,chociaż czasami jak musiał to gdzieś nią pojechał. Po jakimś czasie „Gruby” razem z Tadziem wybrali motocykl, który Darkowi odpowiadał i po załatwieniu spraw papierowych pojechaliśmy do domu już czterema motocyklami – każdy na swoim. Darek motocyklami z koszem nie jeździł – nie licząc tego co kilka razy w klubie na placyku przejechał się moim – więc wprawy dużej nie miał i zastanawiałem się jak on poradzi sobie jadąc z giełdy do domu. Wracając z giełdy ja jechałem pierwszy, za mną jechał „Gruby”, a na końcu Tadzio i Darek Juszko. Ja tym motorem jeździłem już prawie dwa miesiące i niektóre takie manewry jak efektowny skręt w lewo z poślizgiem mogłem wykonać już na drodze bez obawy że to się źle skończy. Darek jadąc za mną przyglądał się moim manewrom, które wykonywałem i próbował je naśladować z myślą że od patrzenia od razu nuczy się je powtarzać.
Z Bemowa do naszego osiedla dojechaliśmy bez żadnych problemów i myślałem że jakoś dojedziemy bo do naszego podwórka mieliśmy do pokonania tylko dwa zakręty, ale tak się nie stało, ponieważ skręcając w lewo z ul. Korotyńskiego w ul. Pawińskiego „Gruby” doprowadził do groźnie wyglądającej wywrotki swojego motoru. Podczas tego skrętu wykonałem efektowny poślizg i Darek postanowił ten mój manewr powtórzyć i może by mu udało się gdyby nie popełniłby fatalnego w skutkach błędu. Owszem w zakręt wszedł całkiem prawidłowo z poślizgiem, ale przednie koło miał skręcone w lewo zamiast w prawo i efekt był taki że gondola oparła się nosem o asfalt i dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie jak w przyspieszonym filmie: motor Darka stanął dęba prawie pionowo i on próbując jeszcze ratować się z tej sytuacji odbił w prawo tylko że na taki manewr było już za późno i motor Darka przez ułamek sekundy pojechał tylko na przednim kole i zwalił się do góry kołami. Ja przy swoim motocyklu lusterek nie miałem więc całego zdarzenia nie widziałem, ale jak usłyszałem ten hurgot to do razu domyśliłem się co się stało i jak obejrzałem się to motor Darka już leżał więc wykonałem obrót o 180˚ i pognałem w tamtym kierunku i chłopaki co jechali z tyłu zaczynali go podnosić. To była dla „Grubego” pierwsza praktyczna lekcja z nauki jazdy motorem z koszem i całe szczęście, że nic mu się nie stało i najważniejsze że akumulator był dobrze zamontowany i nie wyrwał się i mogliśmy pojechać dalej bez problemów. Na podwórku okazało się że uszkodzenia w motocyklu niebyły duże bo tylko kilka wgnieceń w gondoli i podrapany lakier który i tak Darek postanowił zmienić. Po obiedzie pomogłem Darkowi przeprowadzić jego motor do klubu i wróciliśmy autobusem, a wieczorem znowu w „Jagusi” przy piwie mieliśmy o czym rozmawiać i podczas tych rozmów stwierdziliśmy, że te motocykle nie są stworzone do jazd kaskaderskich ponieważ podczas wykonywania takich manewrów tylne koło było nadmiernie przeciążone i po kilku manewrach brakowało kilka szprych w kołach co było upierdliwe. Z tymi wgnieceniami poradziłem sobie bardzo szybko, ale ja powiedziałem że do malowania motoru nie będę go rozbierał, a „Gruby” powiedział, że niema czasu pieprzyć się w rozbieranie i składanie motocykla i że on zrobi to w bardziej prostszy dla niego sposób. Po dwóch dniach motor jego wyglądał tak jak powinien i zrobił to tak jak zaplanował. To co nie miało być pomalowane zostało dokładnie zaklejone taśmą i wtedy cały motor malował tak jak leci bez rozbierania, a lakier na ten jego motor oczywiście załatwiłem ja, ponieważ tego koloru w mojej firmie było najwięcej. Któregoś dnia zauważyłem że „Gruby” intensywnie trenuje na placyku i nie miałem pojęcia dlaczego tak mu zależało żeby szybko opanować technikę jazdy motorem z koszem.
Darek oprócz robienia interesów to miał różne znajomości o czym przekonałem się jak pomógł mi podczas rejestracji TRIUMPHA i później HARLEYA. Czasami te znajomości umiał wykorzystać do swoich interesów. Któregoś dnia w piwnicy zdradził mi małą tajemnice żebym miał sprawny motor i załatwił sobie tydzień urlopu, bo jak dobrze pójdzie to za jakiś czas będzie fajna robota dla kilku motocykli z koszem, tylko na razie żadnych szczegółów nie podał. Po jakimś czasie Darek znał już szczegóły tej roboty i teraz wiedziałem na kiedy mam załatwić sobie urlop, ale w tym miesiącu wypadał też zlot motocyklowy w Gdańsku i bardzo chciałem na nim być bo to był mój pierwszy zlot na motocyklu po pięcioletniej przerwie i bałem się czy te dwie imprezy nie zbiegną się w tym samym czasie.

To jest zdjęcie znaczka ze zlotu motocykli weteranów Gdańsk 1982 rok i ten zlot był dla mnie pierwszym zaliczonym na motocyklu po pięcioletniej przerwie.

To jest zdjęcie znaczka ze zlotu motocykli weteranów Gdańsk 1982 rok i ten zlot był dla mnie pierwszym zaliczonym na motocyklu po pięcioletniej przerwie.

Ta nietypowa robota polegała na tym że ekipa filmowa potrzebowała kilku motocykli wojskowych z koszem do kręcenia jakiegoś filmu wojennego i teraz zrozumiałem dlaczego „Gruby” pilnie potrzebował takiego motoru i jeszcze bardzie chciał szybko nauczyć się nim jeździć. Ten plan filmowy na terenie jakiegoś poligonu w jednostce wojskowej w Orzyszu na Mazurach. Jadąc na tą ciekawą robotę jechaliśmy na własny koszt i mimo że motor był sprawny, ale zawsze może coś się przytrafić i żeby być niezależnym na Mazury postanowiłem zabrać sporo części zapasowych i tak zabrałem drugi silnik, skrzynię biegów, dyferencjał kilka dętek, łatki no i oczywiście najważniejszą rzecz – czyli prostownik i tak wyposażony mogłem jechać nawet zaraz, bo Darka motor też był sprawny. Jeśli wszystko poszłoby sprawnie to na zlot do Gdańska planowałem pojechać bezpośrednio z Orzysza, bo było bez sensu wracać się do Warszawy żeby za dwa dni jechać ponownie w tamtym kierunku. Tylko że „Gruby” strasznie pomieszał moje szyki. Powiedział, że boi się jechać tym motorem w tak długą trasę, ponieważ nie ma jeszcze wprawy w kierowaniu motoru z koszem, a nie chce żeby ten interes mu przepadł i zaproponował mi, żeby zapakować motory na przyczepę i do Orzysza zaciągnąć jego WARSZAWĄ. Kiedy mi to powiedział, to mało nie pękłem ze śmiechu bo pomyślałem że to nie może się udać. Darek miał wielką przyczepę podobną do lory. Jej stan techniczny też nie był idealny, a o jego samochodzie to już pisałem i dodam jeszcze, że na ten wyjazd potrzeba będzie chyba beczka paliwa. Wtedy „Gruby” powiedział, że na ten nasz wyjazd załatwił w LOK-u od kierowców którzy jeździli STARAMI na nauce jazdy 100 litrów benzyny no i nasze kartki i to wszystko powinno nam wystarczyć tam i z powrotem. Więc teraz wymówek już żadnych nie miałem i zgodziłem się pod warunkiem, że ten zestaw ciągniemy moim samochodem bo jego pod tym ciężarem przełamałby się na pół. Z Warszawy do Orzysza było około 230 km i nie miałem pojęcia ile czasu zabierze nam podróż z tą przyczepą, więc wyjechaliśmy z samego rana. „Gruby” jechał moim samochodem, a ja za nim motocyklem i w klubie zapakowaliśmy oba motory na przyczepę i pojechaliśmy na Mazury po wielką przygodę. Za miastem czekało na Darka dwóch kolegów i do Orzysza pojechaliśmy już razem, ponieważ Darek znał wszystkie szczegóły i wiedział gdzie mamy się zgłosić. W Orzyszu zatrzymaliśmy się przed jakimś motelem gdzie czekał na nas człowiek z grupy technicznej, który odpowiadał za werbowanie statystów. Pozabierał nasze dowody osobiste, które potrzebne były do załatwienia przepustek na teren poligonu. W tym motelu mieszkała cała grupa techniczna no i my, więc zabraliśmy się za rozładowanie przyczepy, którą razem z samochodem postawiliśmy na tyłach, a motocykle postawiliśmy przed frontem. Kiedy kończyliśmy rozładunek, to pod motel podjechały jeszcze cztery takie same motocykle z Olsztyńską rejestracją i okazało się że przyjechały w tym samym celu co i my czyli do pracy przy jakimś filmie. Po wypakowaniu rzeczy z samochodu i rejestracji poszliśmy wszyscy razem coś zjeść no i oczywiście napić się czegoś po podróży, a po zakupy na kolację poszliśmy do miasta, mimo że było trochę daleko, ale tam było taniej niż w hotelowym barze. Przy obiedzie rozmawialiśmy z chłopakami na temat zlotów i powiedziałem że w połowie lat 70-tych byłem na zlotach w tych stronach w Czarnym Piecu, w Soczewce i w Olsztynie i jeden z chłopaków zapytał się mnie czy na zlocie w Olsztynie nie byłem na motocyklu BMW z takim wielkim zbiornikiem więc odpowiedziałem że tak. Tego dnia żadne atrakcje nie były przewidziane więc do wieczora łaziliśmy po mieście i do kolacji postanowiliśmy kupić butelkę którą razem wypiliśmy i opowiadaliśmy sobie jak to było na poprzednich zlotach. Następnego dnia rano pojechaliśmy na poligon w asyście wojskowego gazika, bo mimo że teren był dobrze oznakowany to chodziło o to, żebyśmy nie pojechali tam gdzie nie potrzeba. Okazało się, że to był taki wyjazd przygotowawczy żeby zapoznać się z terenem i na miejscu wytłumaczono nam co będziemy robili i czego od nas oczekują i po trzech godzinach byliśmy już wolni. Do Darka powiedziałem, że jak to będzie szło takim ślimaczym tempem to nasz wyjazd na zlot stoi pod znakiem zapytania.
Do centrum miasta był spory kawałek drogi, bo tak jak wspominałem motel był na obrzeżach miasta, ale nie mając nic do roboty to postanowiliśmy spacerkiem iść na obiad do miasta bo było tam trochę taniej niż w restauracji motelowej.
Wreszcie na trzeci dzień coś zaczęło się dziać, bo na poligon wyjechaliśmy bardzo wcześnie i po dojechaniu na miejsce stało tam kilka dużych wojskowych namiotów w których znajdował się cały sztab ekipy filmowej. Jak zobaczyłem tych żołnierzy latających wśród wybuchających petard to poczułem się jakbym był w środku działań wojennych i przypomniało mi się jak sam niedawno byłem w wojsku i przeżyłem dwa takie zgrupowania. Na tym poligonie były kręcone głównie zdjęcia plenerowe i jakieś epizody które później w studiu montowane były w jedną całość, albo wstawiane do jakiś filmów i chodziło im o to aby takich epizodów nakręcić jak najwięcej żeby montażyści mogli wybrać z nich te najbardziej efektowne.
Myśleliśmy że będziemy w jednej grupie, ale tak nie było ponieważ zostaliśmy podzieleni na kilka mniejszych grup i przydzielono nas do różnych zespołów. Przed wyjazdem na poszczególne sektory zostaliśmy przebrani w różne mundury zależnie od tego jakie sceny będą kręcone tego dnia i nie powiem nawet niektórym te mundury pasowały i jak zobaczyłem „Grubego” przebranego w mundur niemieckiego sierżanta to mało nie pękłem ze śmiechu ponieważ wyglądał w nim naprawdę świetnie i szkoda że nikt z nas nie miał aparatu fotograficznego bo teraz mieli byśmy fajną pamiątkę z tej przygody. Całe szczęście że pogoda dopisywała co cieszyło filmowców no i nas ponieważ nie było dużo powtórek, które wydłużały czas, a zdjęcia były kręcone w określonym czasie ze względu na oświetlenie i dlatego całe popołudnia mieliśmy już wolne tylko upierdliwy był dojazd i powrót tą leśną piaszczystą drogą rozjeżdżoną drogą przez czołgi. A jak popołudnia mieliśmy wolne to pędzaliśmy je w bardziej przyjemny sposób, ale nie katowaliśmy mocno się ponieważ następnego każdy z nas musiał być sprawny. Któregoś dnia podczas kręcenia tych epizodów przydarzyła mi się zabawna i jednocześnie dramatyczna sytuacja, po której byłem wkurwiony jak nigdy, bo myślałem że będzie po zawodach. Przed każdym wyjazdem był mały instruktaż gdzie pojechać bo nie chcieliśmy tracić czasu na próbne objeżdżanie terenu. Tak było i tym razem to miał być rutynowy przejazd miałem pojechać i za pagórkiem zawrócić i przyjechać z powrotem. No to wsiadłem i pojechałem. Prosta robota, a na motocyklu miałem dwóch żołnierzy statystów i po przejechaniu 200-stu metrów skręciłem w prawo – tylko że za pagórkiem były dwie drogi i ja pojechałem nie w tą co potrzeba, bo jej nie było widać więc kierownik zdjęć krzyczał przez megafon żebym skręcił całkiem w prawo. Owszem wykonałem gwałtowny skręt w prawo żeby pojechać tam gdzie potrzeba, ale jechałem za szybko i w tym zamieszaniu zapomniałem że jechałem motorem z koszem i spotkało mnie to czego się obawiałem. Doprowadziłem do wywrotki motoru do góry kołami i całe szczęście, że nikomu się nic nie stało, ponieważ żołnierze zdążyli w porę wyskoczyć i motor też nie był uszkodzony i nadawał się do jazdy. Jak postawiliśmy motor na koła to pomyślałem że dzisiejszy dzień będę miał z głowy i zaraz będzie opierdol za zepsute ujęcie i zmianę zaplanowanego grafiku. Ale tak się nie stało i byłem tym faktem bardzo zdziwiony bo kiedy doleciał do nas kierownik zdjęć to najpierw zapytał się czy wszystko jest w porządku i czy nikomu się nic nie stało, a następnie zadał mi pytanie czy taką wywrotkę można powtórzyć bo nie ma pewności czy ta moja wywrotka została sfilmowana w całości, a wyglądała bardzo efektownie. Ja wkurzony odpowiedziałem jemu w formie przysłowia „Wszystko można zrobić z wyjątkiem parasola w dupie otworzyć” i dodałem że jestem tutaj zatrudniony w charakterze statysty, a nie kaskadera. Kierownik powiedział że wszelkie ewentualne szkody są przygotowani i jeżeli takie powstaną to będą uregulowane. Więc po dogadaniu się z kierownictwem postanowiłem powtórzyć taką wywrotkę, ale uprzedziłem ich, że taka wywrotka pozorowana może wyglądać całkiem inaczej niż taka niespodziewana która jest naturalna. Po dłuższej przerwie i małych przygotowaniach pojechałem tą samą drogą co poprzednio i wywrotkę miałem wykonać po wybuch petardy, która została podłożona obok drogi którą jechałem, a dla bezpieczeństwa do kosza zamiast żołnierza został włożony manekin. Owszem wywrotka była podobna do tamtej, tylko że została wykonana kilkanaście metrów dalej niż ta pierwsza i wywracając się uderzyłem lewym cylindrem o niewidoczny duży kamień leżący w kępie trawy co doprowadziło do jego urwania. Po tym wydarzeniu moje wkurwienie sięgnęło zenitu i ten dzień dla mnie został zakończony i żołnierze pomogli mi przetransportować motocykl do motelu. Moje zajęcie na planie zakończyło się przed czasem i jak byłem na miejscu to najpierw poszedłem do baru na piwo żeby nerwy mi trochę puściły i czekałem na powrót chłopaków z poligonu. Kiedy z poligonu wrócili chłopaki, to jak zwykle razem poszliśmy na obiad, a po obiedzie złapałem się za naprawę motoru, bo każdy dzień nieobecności na planie to była strata dniówki, a głównie przyjechaliśmy tutaj żeby zarobić parę złotych. Do naprawy motocykla miałem wszystko co było mi potrzebne i po oględzinach stwierdziłem że korbowód nie był skrzywiony więc nie było potrzeby wymiany całego silnika i wymieniłem tylko cylinder z tłokiem i po dwóch godzinach motocykl ponownie miałem sprawny, a rano jak zjawiłem się na planie to technicy dziwili się że tak szybko naprawiłem motocykl. Wieczorem przy piwie jeden z techników podszedł do mnie i powiedział że oglądał zdjęcia z moich wywrotek i okazało się że obie wyszły rewelacyjnie i na pewno zostaną wykorzystane. Jeśli chodzi o „Grubego” to nawet mu nieźle szło i co było najważniejsze – nie było problemu z jego motocyklem, więc przynajmniej nie miałem przy nim nic do roboty. Ale i tutaj „Gruby” cały czas myślał o interesach, bo wypytywał się techników czy nie wiedzą o podobnej pracy przy jakimś filmie i owszem powiedzieli mu, że w planach jest produkcja następnych odcinków serialu „Dom” tylko że w tym filmie raczej potrzebne będą potrzebne samochody z lat 50-tych i 60-tych tylko nie wiedzą która ekipa będzie to realizowała i kiedy.
Darek miał już jedną landarę w postaci WARSZAWY-204 o której już wspominałem, ale po tej informacji napalił się żeby kupić coś innego jak na przykład WARSZAWE M-20 czyli naszą pospolitą „Garbuskę” i mogła być nawet nie na chodzie. Pozostałe dni na planie były prawie takie same i czasami były robione zdjęcia tak zwane zbliżeniowe kiedyś jakiś aktor siadał na motor pojechał 50 metrów, a dalej jechał już statysta i do końca planu zdjęciowego żadne przygody w postaci wywrotek już nas nie dopadły. Wreszcie w środę plan zdjęciowy dobiegł końca i co najważniejsze dwa dni przed zlotem co bardzo mnie cieszyło, a to za sprawą filmowców którzy chcąc wykorzystać znakomitą pogodę postanowili pracować w ostatnią sobotę i niedziele i pomyślałem że w czwartek z samego rana pojadę do Gdańska na zlot bo bardzo mi na nim zależało. W środę filmowcy zrobili z nami rozliczenie i odjechali, a ja za swoje dodatkowe ewolucje i uszkodzenia w motocyklu dostałem dodatkowy ekwiwalent pieniężny i z tego byłem zadowolony. Nocleg z środy na czwartek mieliśmy przez nich opłacony więc zostaliśmy do rana i przy ostatniej kolacji powiedziałem „Grubemu”: ja jadę na zlot do Gdańska, a ty moim samochodem z tą paskudną przyczepą jedziesz do Warszawy. Tylko że Darek ponownie pomieszał moje plany i myślałem że teraz mu spuszczę manto bo on powiedział że też chce pojechać na ten zlot. Były dwa rozwiązania z tej kłopotliwej sytuacji: zostawić tutaj samochód z tą paskudną przyczepą i na motorach gnamy na zlot i po zlocie zabieramy samochód i wracamy do Warszawy. Wiedziałem że „Gruby” nie będzie chciał jechać taki kawał drogi motorem i powiedział że do Gdańska pojedziemy tak samo jak przyjechaliśmy do Orzysza tylko że na taką eskapadę mieliśmy za mało paliwa. Ale i w tym temacie ponownie „Gruby” mnie zaskoczył bo powiedział, że od żołnierzy wydębił dwa kanistry benzyny i teraz powinno nam wystarczyć więc znowu nie miałem nic do powiedzenia. Po kolacji póki było widno zabraliśmy się za pakowanie motorów na przyczepę, żeby rano nie tracić czasu tylko od razu ruszyć na zlot do Gdańska.
Z samego rana pożegnaliśmy z chłopakami, którzy pojechali do Warszawy i powiedzieli, że może w piątek po południu przyjadą na zlot, a my nie tracąc czasu ruszyliśmy na Gdańsk i podczas jazdy powiedziałem Darkowi, że za to całe wielkie zamieszanie jakaś kara musi być bo do Orzysza jechałem ja i teraz do Gdańska też jadę, ale po zlocie do Warszawy będziesz jechał ty ponieważ Ja mam zamiar z chłopakami trochę zabalować i nawet nie protestował na taki układ.
Po dojechaniu do Gdańska nie miałem zamiaru plątać się po mieście z tą wielką przyczepą nie wiedząc w którym kierunku mamy jechać, więc postanowiłem pojechać na drogę wylotową w kierunku Warszawy. Na dużym parkingu dla TIR-ów zostawiliśmy samochód z przyczepą i na motorach pojechaliśmy szukać terenu zlotu. Dzisiaj nawet nie pamiętam kto organizował ten zlot motocykli weteranów, ale organizatorzy planowali zorganizować w przyszłym roku pierwszy zimowy zlot motocyklowy, tylko nie wiedzieli kiedy to nastąpi i w razie czego to podadzą dokładny termin.
Tak jak wcześniej wspomniałem ten zlot był moim pierwszym zlotem po prawie pięcioletniej przerwie, a przed przerwą tych zlotów zaliczyłem trzynaście, takich jak: Czarny Piec, Olsztyn, Soczewka czy Nowogród i wiele innych i zastanawiałem się czy rozpoznam jakichś ludzi z którymi spotykałem się na tych zlotach. My przyjechaliśmy we czwartek więc motocykli jeszcze dużo nie było, bo głównie tylko organizatorów, ale w piątek od przedpołudnia zaczęło ich przybywać. Najwięcej tych co mieli najbliżej z Olsztyna, Gdańska, Płocka, Słupska i okazało się, że niektórzy chłopaki z Olsztyna mnie zapamiętali, a w zasadzie to zapamiętali motor z tym wielkim zbiornikiem, na którym przyjechałem na zlot do Olsztyna w 1976 roku. Zaraz po przywitaniu padło pytanie gdzie się podziało moje piękne BMW z tym wielkim zbiornikiem i odpowiedź była taka sama jak już powiedziałem chłopakom w „Weteranie” czyli machnąłem ręką i wtedy poszliśmy razem na piwo powspominać o dawnych czasach. Najgorsze jest to że twarze tych ludzi jakoś utkwiły mi w pamięci, ale ich nazwiska i imiona przez te lata uleciały z mojej pamięci bo gdyby w jakiś sposób zachował się mój notes w którym miałem pospisywane wszystkie adresy i telefony kolegów to nie byłoby żadnego problemu z odnowieniem kontaktu nawet i teraz po tylu latach. Będąc w barze na piwie poznałem nowych kolegów, którzy byli z Warszawy i nie byli zrzeszeni w klubie „Weteran” i po zlocie zaprzyjaźniłem się z nimi. Z tymi kolegami w późniejszym okresie razem zaliczyliśmy kilka wspaniałych zlotów które będą opisane w dalszych częściach moich wspomnień. Byli to dwaj bracia Nadolni: Marek, którego przezywali „Murzyn” i Andrzej zwany „Endi”. Obaj jeździli na motocyklach BMW R-75 bez kosza zrobionych na sportowo. Swoje motocykle mieli pomalowane na całkiem odmienne kolory bo Andrzej lubował się w kolorze białym, a jego brat dla odmiany lubił czarny mat. Trzecim kolegą Marian Nagawski, którego nazywali „Rura wydechowa” bo miał rudą brodę i był prezesem małego klubu motocyklowego na Grochowie o nazwie „Faja”. Jeździł on motocyklem HARLEY WLA-42 zrobionym prawie na oryginała i kiedy przywitanie z nimi było z głowy to wieczorem ze starymi i nowymi kolegami spiłem się okrutnie.
Sobota zwykle na każdym zlocie wszystko wygląda podobnie: parada, konkursy i wygłupy, w których Ja oczywiście nie brałem udziału ponieważ do niczego się nie nadawałem po wczorajszej balandze z kolegami i w ogóle niewiele pamiętam z tego zlotu. Ten dzień zacząłem od wizyty w barze – resztą nie tylko ja – a wieczorem była ponownie powtórka z rozrywki.
Z tego zlotu jako jedyną pamiątkę posiadam tylko znaczek, który przedstawiłem na załączonym zdjęciu. Tak zakończył się ten mój pierwszy po przerwie zlot i z niego wracaliśmy już razem w jednej grupie. Chłopaki na motorach jechali z przodu, a my całym zestawem zamykaliśmy tą małą kolumnę. Oni na motorach byli w bardzo dobrej sytuacji, bo jakby któremuś padła maszyna to na przyczepce było jeszcze sporo miejsca żaby jo zabrać. Tak jak było umówione do Warszawy jechał „Gruby”, a Ja z boku waliłem piwo na kaca i do domu dojechaliśmy bezproblemowo i chłopakom też nie przydarzyła się żadna awaria. Po dojechaniu do Warszawy najpierw pojechaliśmy na Ochotę wypakować mój motor, a następnie pojechaliśmy do klubu zostawić przyczepę z Darka motorem i wróciliśmy na nasze osiedle. W domu nie było nas prawie dwa tygodnie więc trochę stęskniłem się za naszą „Jagusią” więc po rozpakowaniu klamotów i dobrym obiedzie poszliśmy z chłopakami bo bardzo byli ciekawi jak było na planie filmowym więc Ja znowu miałem o czym opowiadać. Okazało się że bracia Nadolni mieszkali na Mokotowie niedaleko mojej pracy bo na ul. Malczewskiego i po tym zlocie zaczynaliśmy się częściej spotykać, a swoje motocykle trzymali u jednego znajomego w Zalesiu Dolnym gdzie były idealne warunki na zrobienie grilla – cisza, spokój i do baru piwnego było niedaleko. Kilka razy ich tam odwiedziłem, a jak trzeba było zanocować to z tym problemu żadnego nie było bo spaliśmy jak na zlocie, między motorami miejsca było dużo, wystarczyło tylko nadmuchać materac. Mańka Nagawskiego też odwiedziłem kilka razy w jego rezydencji, gdzie z chłopakami trzymali swoje motory, a było to pomieszczenie na ul. Kinowej na Grochowie i nie powiem – tam też nie raz pochlaliśmy trochę z chłopakami. Sezon motocyklowy zakończył się. Zlotów i innych wyjazdów już nie było, ale Ja na motorze jeszcze jeździłem dopóki pogoda była łaskawa. Ale nadszedł czas i motor został zestawiony do piwnicy. Najpierw pojechałem do klubu zostawić tam kosz od niego, bo w piwnicy miałem za mało miejsca, a gdybym zostawiłbym go przy trzepaku to spotkałby go los tego pierwszego, który zniknął po dwóch dniach.
W klubie chłopaki wiedzieli już kiedy ma odbyć się ten pierwszy zimowy zlot motocyklowy i zastanawiali się czy na niego pojechać bo nikt nie mógł przewidzieć jaka będzie pogoda w dniu wyjazdu, a ten nietypowy zlot został zaplanowany na pierwszą sobotę lutego. Motor stał w piwnicy, ale nie miałem zamiaru go rozbierać ponieważ na wiosnę został dopiero co złożony.
Teraz do pracy i do klubu jeździłem samochodem bo do pracy mimo że miałem niedaleko to dojazd był bardzo upierdliwy ponieważ było kilka przesiadek.

 To jest zdjęcie znaczka z pierwszego zlotu zimowego który odbył się w lutym 1983 roku w Gdańsku.

To jest zdjęcie znaczka z pierwszego zlotu zimowego który odbył się w lutym 1983 roku w Gdańsku.

Niestety w listopadzie zakończyła się jazda moją WARSZAWĄ ponieważ miałem wypadek niedaleko Makowa Maz. podczas którego została totalnie skasowana.Jadąc w nocy do Krasnosielca na jednym z zakrętów wpadłem w poślizg i wypadłem z drogi do pobliskiego sadu gdzie ściąłem dwie jabłonki, a na trzeciej zostałem, ale udało mi się tym samochodem jakoś mimo uszkodzeń wrócić do Warszawy.
Na drugi dzień przy dziennym świetle mogłem dokładnie obejrzeć uszkodzenia w moim samochodzie i to był obraz nędzy i rozpaczy ponieważ cały prawy bok przestał istnieć i wyglądał jak pognieciona puszka po piwie i co najgorsze to całe nadwozie było przełamane i naprawa tych uszkodzeń była absolutnie nieopłacalna, a samochód nadawał się tylko do rozbiórki na części bo w całości nie mogłem go sprzedać.
Samochód został rozmontowany w ciągu tygodnia i sprzedany w częściach i to co nie zostało sprzedane wylądowało w składnicy złomu, a niektóre części zabrał „Gruby”. Po tym wypadku byłem wkurwiony, jak po każdym niepowodzeniu i postanowiłem wystawić ponownie motocykl i jeździć nim przez całą zimę i dlatego zaraz po wystawieniu pojechałem podczepić do niego kosz, bo jak spadnie śnieg to na trzech kołach zawsze było bezpieczniej niż motocyklem solowym.
Kiedy montowałem kosz do motocykla to chłopaki byli zdziwieni że zabieram kosz i pytali się mnie gdzie się wybieram więc powiedziałem im że zamierzam jeździć całą zimę, a jak dobrze pójdzie to może w lutym wybiorę się na ten zlot zimowy o którym była mowa wcześniej więc do tego czasu chciałem trochę potrenować jazdę po śniegu przed tym wyjazdem.
Jak zrobiły się chłodniejsze dni to wyszły pewne małe niedogodności do których musiałem się przyzwyczaić i akumulator codziennie zanosiłem do piwnicy bo w cieple było mu lepiej i od czasu do czasu stał pod prostownikiem. Któregoś dnia nie mogłem odpalić silnika mimo że akumulator był naładowany bo okazało się że niema iskry i kiedy zajrzałem do przerywacza stwierdziłem że przerwa jest, tylko przerywacz nie zamykał się z powodu zgęstniałego smaru na ośce z powodu mrozu. Po oczyszczeniu i nałożeniu świeżego smaru wszystko było w porządku i więcej taka usterka się już nie powtórzyła. No i tak zakończyłem pierwszy rok jazdy motorem po pięcioletniej przerwie i nawet pogoda była łaskawa chociaż czasami były naprawdę mroźne dni. Nawet jak wyskoczyło -10˚ mrozu to łatwiej było to znieść jadąc motorem do pracy niecałe dziesięć minut niż stać na przystanku czasami ponad czterdzieści minut w oczekiwaniu na spóźniające się cały czas autobusy. Tak się złożyło że zaplanowaliśmy wspólnie spędzić sylwestra tylko wyszedł mały problem bo nie mieliśmy czym dojechać ponieważ cała impreza miała być w Konstancinie-Jeziornie u dziewczyny Andrzeja Nadolnego. Nie mając innego wyjścia postanowiliśmy tam pojechać moim motocyklem bo chłopaki wiedzieli że jeździłem motorem przez całą zimę tylko znowu wyszedł problem ponieważ było nas czworo Ja, Maniek jego żona i Marek Nadolny, ale jakoś się zabraliśmy i szczęśliwie dojechaliśmy na miejsce.

Rok 1983
Najbardziej zlotowy i przygodowy rok w mojej karierze motocyklowej

Sylwestrze gdzieś po południu pojechaliśmy na Grochów do Mańka, ale do domu wróciłem dopiero w niedziele po południu ponieważ u Mańka zrobiliśmy sobie powtórkę z rozrywki i w ten sposób przywitaliśmy nowy 1983 rok. Wracając z tej imprezy odwiozłem jeszcze do domu Marka Nadolnego który też uczestniczył w tej imprezie, a po powrocie po raz pierwszy w tym roku odwiedziłem naszą „Jagusie” bo miałem wielkiego kaca po tym dwudniowym pijaństwie. Tak dla mnie rozpocząłem nowy rok 1983 który okazał się najbardziej zlotowym rokiem w mojej karierze ponieważ zaliczyłem ich aż dziewięć bo do tej pory najwięcej zlotów zaliczyłem przed przerwą w 1975 roku i było ich siedem.

Pierwszy zimowy zlot motocyklowy Gdańsk rok 1983

Ja na razie pogoda była znośna i zdążyłem się do niej trochę przyzwyczaić i właśnie o to mi chodziło i któregoś dnia pojechałem do klubu dowiedzieć się czy ktoś ma zamiar wybrać się na tan zimowy zlot do Gdańska o którym była wzmianka już we wrześniu. Chłopaki w klubie powiedzieli o tym zlocie, że tylko wariat pojedzie 360 km w taką pogodę na motocyklu, a moja odpowiedź była prosta: skoro znalazł się jakiś wariat który zaplanował taki zlot – to znajdą się tacy wariaci co na niego pojadą i do tych wariatów zaliczałem się i ja, ponieważ postanowiłem na ten zlot pojechać i sprawdzić się w tych warunkach, bo zawsze lubiłem wielką przygodę i już wiedziałem że na ten zlot będę jechał znowu samotnie. Jak do zlotu pozostało dwa tygodnie to sam byłem ciekawy jaka będzie pogoda w dniu wyjazdu, bo w lutym pogoda zawsze była zmienna i jakby wtedy wyskoczyło -20˚ to podczas jazdy byłoby trochę przejebane, ale jakoś trzeba będzie to przeboleć i wytrzymać. Wyjazd na ten zlot rozpoczynał mój nowy sezon motocyklowy, a w zasadzie przedłużał nie zakończony sezon z 1982 roku. Przed wyjazdem w tak długą trasę o tej porze roku pożyczyłem od kolegi co miał URALA przednią owiewkę oraz osłony na kolana i już jakąś osłonę przed zimnym powiewem powietrza miałem i gotów byłem jechać na zlot nawet zaraz.
Nadszedł wreszcie dzień wyjazdu na ten wariacki zlot jak został oceniony przez niektórych moich kolegów z klubu, ale na ten zlot nie mogłem tak jak zawsze w piątek rano ponieważ od niedawna dostałem awans i zostałem przeniesiony na pogotowie techniczne i nie zdążyłem na czas wrócić z terenu i zmuszony byłem wyjechać dopiero w sobotę rano.
Jak wyjrzałem rano przez okno to byłem zadowolony że nie było dużego mrozu tylko niepokoił mnie padający od czasu do czasu mokry śnieg który będzie zalepiał mi okulary podczas jazdy.

To jest zdjęcie mojego samochodu służbowego, którym jeździłem na pogotowiu technicznym po całej Polsce, a był to UAZ-452 tak zwana „Blaszanka”. Obok mnie w czapce stoi mój kierownik warsztatu.

To jest zdjęcie mojego samochodu służbowego, którym jeździłem na pogotowiu technicznym po całej Polsce, a był to UAZ-452 tak zwana „Blaszanka”. Obok mnie w czapce stoi mój kierownik warsztatu.

Kiedyś pisałem o wadach i zaletach takiego układu cylindrów kiedy podczas upałów gorące powietrze leci na nogi, ale teraz ta wada była mi pomocna ponieważ to ciepłe powietrze trochę ogrzewało moje nogi. Cała podróż do Gdańska razem z licznymi postojami w zajazdach na rozgrzewkę trwała około sześciu godzin i podczas całej drogi padający śnieg już mi nie dokuczał.
Zlot ten został zorganizowany na terenie jakiegoś ośrodka wypoczynkowego z domkami letniskowymi w których mieliśmy zapewniony nocleg, ale dokładnie nie pamiętam gdzie to było i ten zlot został zorganizowany przez „Nord Weteran Klub” z Gdańska. Na miejscu przekonałem się że takich wariatów jak Ja znalazło się więcej więc nie byłem już sam, a podczas rejestracji organizatorzy pytali się mnie czy z „Weterana” przyjechałem sam czy jeszcze ktoś przyjedzie to odpowiedziałem że nie wiem. Obowiązkowo po rejestracji wizyta w barze piwnym w którym spotkanie z chłopakami, których niedawno poznałem na poprzednim zlocie w zeszłym roku oraz tych których widziałem na zlotach zaliczonych przed przerwą. Na tym zlocie wielkiego chlania niestety nie było ponieważ następnego dnia przed południem trzeba było wyjechać w drogę powrotną żeby jeszcze za dnia dojechać do domu. I tak zaliczyłem swój pierwszy w życiu zimowy zlot na motocyklu, ale teraz po tylu latach gdybym miał jechać motorem na podobny zimowy zlot przy takiej pogodzie to chyba bym się nie zdecydował na taki wyjazd, ale wtedy byłem młody i chciałem wszystkiego spróbować. Gdzieś przed południem wyjechałem w drogę powrotną i zadowolony byłem że pogoda była dużo lepsza niż w sobotę bo czasami świeciło słońce i nie padał ten upierdliwy śnieg więc można było trochę pogonić. Kiedy dojechałem do domu to był jeszcze czas żeby po spóźnionym obiedzie pójść z chłopakami do „Jagusi” i przy piwie porozmawiać o tym nietypowym zlocie z którego niedawno powróciłem. Po tym zlocie chwilowo zimowej jazdy miałem dosyć więc motor powędrował ponownie do piwnicy na mały przegląd.
Na zlocie w Gdańsku dowiedziałem się że zapowiada się wspaniały sezon jeśli chodzi o liczbę zlotów więc chciałem mieć motor sprawny, a wracając z Gdańska coś szwankowało w skrzyni biegów dlatego musiałem to naprawić bo nie miałem zamiaru rozkraczyć się gdzieś w drodze na zlot.
Teraz jak motor był w piwnicy nie miałem innego wyjścia i do pracy zmuszony byłem dojeżdżać komunikacją miejską. Emocje po zimowym zlocie już opadły motor stał w piwnicy i trochę żałowałem ponieważ spadły duże opady śniegu, a Ja właśnie chciałem pojeździć sobie po takim dużym śniegu, ale niestety siła wyższa. Mój brat jak wrócił z kontraktu z byłego ZSRR to od kolegi który pojechał na kontrakt w jego miejsce dostał w ramach jakiegoś rozliczenia samochód marki WARTBURG-312 z 1963 roku w którym była rozwalona skrzynia biegów i brat poprosił mnie żebym mu w tym temacie pomógł.

WARTBURG-312 z 1963 roku który dostałem od swojego brata, a zdjęcie zrobiono w lecie jak przerabiałem mocowanie półosiek.

WARTBURG-312 z 1963 roku który dostałem od swojego brata, a zdjęcie zrobiono w lecie jak przerabiałem mocowanie półosiek.

No to bratu postanowiłem pomóc i całą robotę chciałem zrobić na swoim podwórku bo po wyjęciu skrzyni nie trzeba było jej targać i tutaj w piwnicy miałem wszystko. Tylko że braciszek chcąc mi pomóc przy tej naprawie trochę się pospieszył i porozkręcał to co mógł i nie było
sensu ponownie tego składać żeby przestawić samochód na Ochotę więc nie mając innego wyjścia zmuszony byłem rozbierać ten samochód u niego na parkingu, a mój brat mieszkał z żoną na Mokotowie na ul. Komarowa, obecna Wołowska. Miałem do niego niecały kilometr idąc na przełaj przez park obok cmentarza żołnierzy radzieckich. Więc zapakowałem na sanki całą skrzynkę narzędziową i poszedłem do niego i wyjętą skrzynie biegów. W ten sam sposób przetransportowaliśmy do mojej piwnicy. Naprawa skrzyni zajęła mi dwa dni, ale zamontować ją mogłem dopiero w sobotę po powrocie z terenu. Tylko wyszedł problem, ponieważ przyszła odwilż i nie było śniegu, więc transport na sankach odpadał. Musieliśmy pojechać z nią autobusem.

Następne zdjęcie tego fajnego samochodu za nim stoi FORD ESCORT-1,3 z 1975 roku, który w 1994 roku odkupiłem od tego kolegi co stoi przy nim.

Następne zdjęcie tego fajnego samochodu za nim stoi FORD ESCORT-1,3 z 1975 roku, który w 1994 roku odkupiłem od tego kolegi co stoi przy nim.

Po zmontowaniu wszystkiego w jedną całość czekało mnie wielkie rozczarowanie i ponowne wymontowanie skrzyni biegów ponieważ po uruchomieniu silnika okazało się że mam cztery biegi do tyłu, a tylko jeden do przodu i nie miałem pojęcia dlaczego tak jest. Powiedziałem do brata że nie mam zamiaru ponownie pieprzyć się tutaj i targać skrzynie na plecach i mając ten jedyny bieg do przodu postanowiłem przestawić samochód na swoje podwórko i ponownie wymontować i rozebrać skrzynie biegów żeby sprawdzić gdzie popełniłem błąd. Okazało się że podczas składania skrzyni koło talerzowe było przestawione o 180˚ bo była taka możliwość, a Ja o tym nie wiedziałem i rozbierając nie zaznaczyłem sobie jego pierwotnego położenia i dlatego tak wyszło.
Po prawidłowym złożeniu skrzyni wszystko było w porządku, ale mój brat nie pojeździł tym samochodem długo bo po miesiącu ponownie pojechał na kontrakt do ZSRR i nie wiedząc co zrobić z samochodem to po prostu zostawił go mnie. Teraz przynajmniej miałem czym jeździć do pracy, a jak zrobiło się już całkiem ciepło to motor po przeglądzie powrócił na podwórko i stał pod balkonem bo na parkingu było już za mało miejsca. Do pracy jeździłem na przemian jak była niepogoda to wsiadałem do samochodu, a innym razem jechałem motorem. W tym samochodzie miałem zamiar przerobić mocowanie półosiek przy skrzyni ponieważ te oryginalne były już nie do zdobycia, a półośki od nowej wersji WARTBURGA-353 w ogóle nie pasowały i to postanowiłem zrobić jak będzie całkiem ciepło między wyjazdami w teren i na zloty.

Zlot Różan rok 1983 powrót motocyklem M-72 bez głowicy.

Nareszcie doczekaliśmy się wyjazdu na pierwszy zlot w tym sezonie z prawdziwego zdarzenia czyli na łonie natury. Ten zbliżający się zlot organizowany był w Różanie na terenie jakiegoś ośrodka wypoczynkowego czy coś w tym rodzaju i z Warszawy do Różana było około 110-ciu km plus te kilka kilometrów na miejsce zlotu, ale nie pamiętam który klub organizował ten zlot.
Taki krótki wyjazd można potraktować jak zwykły niedzielny wypad za miasto, ale życie pokazało nie raz że motocykl może zepsuć się nawet kilometr od domu i na to nie było mocnych więc każdy wyjazd traktowany był poważnie i jednakowo. Jadąc w teren wiedziałem gdzie mam jechać i co mam do roboty, ale nie wiedziałem kiedy z delegacji powrócę bo mogę w drodze powrotnej mieć jakieś dodatkowe zlecenia. W tym przypadku jakbym wrócił z delegacji późno to na ten zlot jakbym wyjechał w sobotę z samego rana to byłby jeszcze czas żeby z kolegami się dobrze zabawić, ale tak się złożyło że nie mieliśmy dodatkowych zleceń i w Warszawie byłem już we czwartek wieczorem więc w piątek po rozliczeniu mogłem wyjechać na następny swój zlot. Na ten zlot chciał ze mną pojechać Tadzio Markiewicz i wieczorem zadzwoniłem do niego że wróciłem z terenu i żeby szykował się do wyjazdu na zlot. Rano po spotkaniu powiedziałem żeby wszystko szykował do wyjazdu, a Ja poleciałem do pracy robić rozliczenie z ostatniej delegacji.

To nie jest zdjęcie mojego motoru, ale podobnie wyglądał mój kosz po zderzeniu ze słupem.

To nie jest zdjęcie mojego motoru, ale podobnie wyglądał mój kosz po zderzeniu ze słupem.

W tym tygodniu dużo zleceń nie mieliśmy więc i rozliczenie poszło bardzo szybko i resztę piątku miałem już wolne i przed południem ucieszony resztą wolnego dnia jechałem do domu tylko nie wiedziałem że czekają mnie przed tym wyjazdem na zlot spore kłopoty o których nawet nie myślałem.
Kiedy skręcałem z ul. Racławickiej w ul. Mołdawską to motor nagle pojechał prosto i mimo moich
rozpaczliwych manewrów nie uniknąłem zderzenia i z całej siły uderzyłem w jedyny słup jaki stał na tej mojej drodze. Całe szczęście że w ten słup uderzyłem gondolą kosza, a nie motocyklem bo chyba po tym uderzeniu zostałby skasowany i ja też bym przy tym mocno ucierpiał. Po chwili jak tylko otrząsnąłem się po tym zdarzeniu zauważyłem że z lewej goleni wystaję sprężyna i niema nakrętki która ją trzymała i nie miałem pojęcia co się z nią stało i w jaki sposób odpadła i żeby nie tracić czasu wcale jej nie szukałem. Mimo ze do domu był tylko tak zwany rzut beretem motocyklem w tym stanie nie mogłem pojechać więc pobiegłem na piechotę. Kiedy doleciałem na podwórko Tadzio czekał już na mój powrót z bagażami na ławeczce przy trzepaku i jak zobaczył mnie bez motocykla to domyślił się że motor padł i nici z wyjazdu na zlot.

 Po trudach wreszcie mogłem się z kolegami napić piwa na pierwszym zlocie na łonie natury  na zdjęciu dwaj bracia Nadolni, ja i ich dziewczyny.

Po trudach wreszcie mogłem się z kolegami napić piwa na pierwszym zlocie na łonie natury
na zdjęciu dwaj bracia Nadolni, ja i ich dziewczyny.

Tadziowi powiedziałem co mnie spotkało i razem poszliśmy naprawić mój motocykl i na szczęście miałem w piwnicy drugą nakrętkę i w goleni nie był uszkodzony gwint bo wtedy dupa blada ponieważ drugiej goleni nie miałem. Po naprawie motocykla jakoś z tym rozwalonym koszem dojechaliśmy na podwórko. Tylko że z takim koszem nie mogliśmy pojechać na zlot bo przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy co widać na zdjęciu. To zdjęcie rozbitego kosza które zamieściłem nie przedstawia mojego motoru, ale postanowiłem je wstawić żeby pokazać że podobnie wyglądał mój kosz.
Teraz zabraliśmy się za odłączenie kosza żeby zestawić go do piwnicy ponieważ gdyby tu pozostał spotkał by go los tego pierwszego bo mimo że był rozbity to stanowił jakąś wartość tylko żeby go zestawić to musieliśmy wymontować z niego gondole bo w całości nie zmieściłby się na schodach i był za ciężki, a nas było tylko dwóch. Z jednego byłem zadowolony że ta przykra przygoda spotkała mnie tutaj niedaleko domu bo gdyby do tego doszło podczas jazdy na zlot na trasie to mogłoby zakończyć się całkiem inaczej tragicznie gdzieś pod jakimś samochodem.
Po uporaniu się z koszem wreszcie późnym popołudniem wyjechaliśmy z Warszawy na upragniony zlot i przez tą historie z rozbitym koszem reszta wolnego piątku poszła się jebać, ale widocznie Bóg tak chciał. Ale to nie był koniec przygód tego dnia związanych z wyjazdem na ten zlot bo jak to mówią niestety nieszczęścia chodzą parami i tak było w naszym przypadku.
Całą drogę jechało się znakomicie i pomyślałem że za parę kilometrów będziemy z chłopakami pili piwo na łonie natury, ale niestety do tego nie doszło z powodu poważnej awarii silnika. Jak dojeżdżaliśmy do Różana silnik nagle zaczął pracować na jednym cylindrze, a z prawej rury walił gęsty niebieski dym, istna zasłona dymna i nie miałem pojęcia jaka może być tego przyczyna.
W pierwszej chwili myślałem że za mocno pochyliłem motor na zakręcie i olej wlał się do cylindra, ale jak jechałem prosto to dymienie nadal było i po chwili ustało tylko, że silnik nadal pracował na lewym cylindrze.
Nie było wyjścia musieliśmy sprawdzić dlaczego prawy cylinder nie pracuje, a przyczyn może był kilka i pierwsze co sprawdziłem to świece zapłonową która okazała się sprawna, ale nie było ciśnienia w cylindrze i to było zagadką dlaczego zniknęło. Tak nagle więc postanowiliśmy wymontować głowice z tego cylindra i wtedy będziemy wiedzieli co naprawdę się stało. Silnik motocykla M-72 jest dolnozaworowy i głowica stanowi tylko przykrywkę cylindra przykręconą na osiem śrub i wymontowanie jej nie stanowi żadnego problemu i zajmuje nie więcej jak pięć minut. Po wymontowaniu głowicy Tadzio obracał wałem korbowym, a ja oglądałem stan zaworów. To co zobaczyłem wprawiło mnie w osłupienie, ponieważ wał korbowy obracał się bez żadnych problemów, a tłok w prawy cylindrze stał jakby był przyklejony i nie miałem pojęcia dlaczego tak jest. Po namyśle z Tadziem doszliśmy do wniosku że w tym cylindrze urwał się tłok tylko zagadką było dla mnie to że nie było słychać żadnego hurgotu i że silnik nie został zablokowany ponieważ pracował do momentu kiedy go sam wyłączyłem. Chłopaki w klubie nazywali mnie „Docent” o czym wspominałem, a nazwał mnie tak „Gruby” ponieważ czasami stosowałem patenty nie z tej ziemi i najciekawsze było to, że niektóre z nich sprawdzały się w praktyce.
Teraz z Tadziem zastanawialiśmy się co robimy dalej z tym fantem, a ja paląc papierosa nie mając nic do stracenia postanowiłem wykonać mały eksperyment i przy zdjętej głowicy odpaliłem silnik i owszem pracował na jednym cylindrze i ten urwany tłok wcale nie przeszkadzał w jego pracy.

Zdjęcie znaczka z następnego zlotu jaki zaliczyłem w tym roku to był mój tak zwany „Gumowy” zlot  Ostrów Wlkp. rok 1983.

Zdjęcie znaczka z następnego zlotu jaki zaliczyłem w tym roku to był mój tak zwany „Gumowy” zlot
Ostrów Wlkp. rok 1983.

Kiedy patrzyliśmy na pracujący silnik bez głowicy szkoda że w tamtych czasach nie mieliśmy kamery video bo teraz po latach fajnie byłoby to ponownie obejrzeć i powspominać o tamtych przygodach. Skoro silnik pracował na jednym cylindrze to wynikało z tego że będzie można nim pojechać tylko nie wiedziałem jak długo wytrzyma ten urwany tłok. Więc nie marudziliśmy i postanowiliśmy wracać do domu. Po zablokowaniu dopływu paliwa do prawego cylindra ruszyliśmy w drogę powrotną do Warszawy i głowicy też nie zakładałem żeby nie tracić czasu bo i tak była niepotrzebna. Na którymś z postojów sprawdzaliśmy jak wygląda sprawa tłoka i okazało się że tkwi na miejscu więc pojechaliśmy dalej i miejscami nasza prędkość dochodziła nawet do 80 km/h co bardzo nas cieszyło. Przejeżdżając przez Warszawę na skrzyżowaniach robiliśmy małą sensacje tym naszym motorem. Na jednym skrzyżowaniu oczekując na zielone światło staliśmy na środkowym pasie i silnik pracował na wolnych obrotach, a obok nas stał taksówkarz i gapił się na nasz silnik jak sroka w gnat i pewnie nie mógł zrozumieć co się dzieje z naszym silnikiem bo widział poruszające się zawory i słyszał warkot naszego silnika, a tłok stał w miejscu. Jak zapaliło się zielone światło my pognaliśmy dalej, a on z wrażenia stał jeszcze jakiś czas. I wreszcie jakoś udało nam się dojechać do domu, ale teraz po nocy nie miałem zamiaru bawić się w przekładanie cylindrów i odłożyłem to do rana i postanowiłem odwiedzić „Jagusie” póki jeszcze była otwarta, a Tadzio poleciał do domu. Chłopaki jak mnie zobaczyli to byli zdziwieni że jestem tutaj a nie na zlocie więc powiedziałem co stało się w moim silniku i z tego powodu musiałem się wrócić, ale z samego rana jak tylko naprawie motor to ponownie jadę na zlot. Wstałem jak najwcześniej i zabrałem się za wymianę cylindra i gdzieś przed godziną 9-tą byłem już na trasie i Tadzio już ze mną nie pojechał, a po dwóch godzinach piłem z chłopakami piwo co widać na zdjęciu. Wracając z tego zlotu już żadne przygody mnie dopadły bo i tak na ten tydzień limit został wyczerpany. Po zlocie w piwnicy przyglądałem się temu tłokowi i wyglądał jakby ktoś nożem odciął denko tłoka, a płaszcz pozostał złączony z korbowodem dlatego nic nie było słychać i korbowód nie rozwalił silnika.

Zlot ostrów Wlkp. rok 1983 najbardziej „Gumowy” zlot w mojej karierze

Teraz najważniejszą sprawą przed następnym zlotem była naprawa rozbitego kosza i dlatego wracając z delegacji zabrałem gondole i zawiozłem do pracy żeby spawacze zajęli się tym tematem.
Szykował się fajny zlot i na niego obowiązkowo zamierzałem pojechać z koszem ponieważ benzyna nadal była na kartki, a Ja w pracy miałem uzbierane dwa kanistry paliwa i na motocykl solowy trudno byłoby się zabrać, a przy okazji można by zabrać pasażera i wtedy podróż wychodzi trochę taniej. Ten zlot organizowany był w Ostrowie Wlkp. i jeśli chodzi o długość trasy to z Warszawy było około 294-ech kilometrów i to był już ładny kawałek drogi, a ja zawsze lubiłem długie wyjazdy no bo to było wielkie wyzwanie. Nie mogę sobie przypomnieć kto z „Weterana” jechał na ten zlot, bo ja umówiony byłem z Mańkiem, że pojedziemy razem. Na tydzień przed zlotem pojechałem do jego „Nory” na ul. Kinową żeby dogadać szczegóły dotyczące tego wyjazdy i pojechałem tam autobusem żeby przy okazji napić się piwa, wtedy Maniek spytał się mnie czy będę jechał motorem z koszem. Mańkowi chodziło o to żebym zabrał jako pasażera jednego chłopaka, któremu padł motor, a bardzo chciał z nami pojechać na ten zlot, więc odpowiedziałem że nie ma sprawy – przynajmniej podróż będzie tańsza i w razie czego pomóc będzie komu tylko że wtedy tego chłopaka który miał jechać ze mną, nie było. Tak się złożyło że w tym tygodniu co był wyjazd na ten zlot nie mieliśmy żadnych zleceń w terenie, więc mogłem zająć się malowaniem kosza który już był naprawiony i następnego dnia pojechałem motorem do którego podczepiłem podwozie kosza i gondole postanowiłem zamontować w pracy żeby było szybciej i nie wozić się z nim, a druga sprawa w ciągu dnia sam nie dałbym rady wypakować go z samochodu. Nadszedł dzień wyjazdu i gdybym jechał bez pasażera to na Mańka czekałbym na trasie razem z braćmi Nadolnymi którzy też jechali na ten zlot.

Zdjęcie podczas jednego z licznych postojów jakie były podczas jazdy na zlot do Ostrowa Wlkp. Tylko nie pamiętam kto te zdjęcia robił.

Zdjęcie podczas jednego z licznych postojów jakie były podczas jazdy na zlot do Ostrowa Wlkp. Tylko nie pamiętam kto te zdjęcia robił.

Jak byłem gotów to pojechałem na Grochów po swojego pasażera i kiedy zobaczyłem tego człowieka to pomyślałem że z takim ciężarem to mogą być kłopoty z ogumieniem które w moim motocyklu niebyły pierwszej młodości, a ten chłopak ważył tak na oko ze 110 kg i mój motor też był już trochę obciążony bo miałem namiot i dwa kanistry paliwa. Gdybym tego chłopaka zobaczył tydzień temu to był czas zrobić jakiś porządek z ogumieniem, ale teraz nie mogłem się z tej sytuacji wycofać i najwyżej
będziemy martwili się wtedy jak coś nawali więc wsiedliśmy na motory i pojechaliśmy, a przejeżdżając obok domu postanowiłem zabrać z piwnicy wszystkie dętki i łatki jakie miałem. Motocykl M-72, K-750 i podobne motocykle zaprojektowane zostały dla wojska i wożenie dużych ciężarów dla nich nie stanowiło żadnego problemu pod warunkiem, że było zamontowane oryginalne ogumienie.
Podstawowe ogumienie jakie było montowane na tych motocyklach było o wymiarach 3.75×19˝ albo 4.00×19˝, a Ja na swoim motocyklu pozakładane opony od JUNAKA o rozmiarze 3.50×19˝ bo te były najbardziej dostępne tylko te moje to były padliny.

Na tym zdjęciu widać w jaki sposób spędzało się najczęściej czas z kolegami na zlotach.

Na tym zdjęciu widać w jaki sposób spędzało się najczęściej czas z kolegami na zlotach.

Najgorsze było to że na przednim kole miałem jeszcze mniejszą oponę bo pochodzącą od motocykla WSK która miała rozmiar 3.25×19˝, a jedyna opona która miała właściwy rozmiar czyli 4.00×19˝ znajdowała się na kole zapasowym bo była łysa jak kolano, ale jako zapas mogło być. Jak wcześniej wspomniałem bracia Nadolni swoje
motory trzymali w Zalesiu Dolnym i niebyło sensu żeby specjalnie wracali się do Warszawy więc czekali na nas na trasie w Nadarzynie i kiedy dojechaliśmy do nich to w dalszą drogę pojechaliśmy już w grupie pięciu motocykli , a jechać w grupie jest zawsze raźniej.

Na tym zdjęciu spotkanie z Małgosią Ostrowską, którą spotkałem wcześniej na którymś zlocie, ale to nie jest solistka zespołu Lombard.

Na tym zdjęciu spotkanie z Małgosią Ostrowską, którą spotkałem wcześniej na którymś zlocie, ale to nie jest solistka zespołu Lombard.

Pierwszą „Gumę” złapaliśmy już w okolicach Rawy Maz. jakieś 80 km za Warszawą i na razie nie bawiliśmy się w żadne naprawy tylko zamontowaliśmy drugą dętkę żeby
nie tracić czasu i pojechaliśmy dalej. W drodze na zlot złapałem jeszcze cztery „Gumy” i ta ostatnia przytrafiła się na pięć kilometrów przed Ostrowem
ale jakoś udało nam się dojechać. Teraz zastanawiałem się że jeżeli taka sytuacja powtórzy się w drodze powrotnej to do Warszawy będę wracał na samych felgach ponieważ nie będzie już co łatać. Miejsce tego zlotu było na terenie stadionu który znajdował się niedaleko od centrum prawie przy samej głównej trasie tak że nie najeździliśmy się po mieście w poszukiwaniu miejsca zlotu, a po dojechaniu już zawsze starałem się zachować te same procedury najpierw rejestracja, szykowanie noclegu i dopiero po tym wizyta w barze i reszta przyjemności. Ale teraz doszła mi nieplanowana robota naprawa uszkodzonych dętek i chciałem zrobić to jeszcze tego dnia i spać spokojnie. Trzy dętki udało mi się naprawić we własnym zakresie, a z dwoma niestety musiałem pojechać do wulkanizatora ponieważ uszkodzenia w nich były większe i przekraczały moje możliwości naprawcze. Po uporaniu się z naprawą dętek całkiem na luzie mogłem pójść do baru na piwo gdzie chłopaki już dawno tam byli.
W sobotę wcale nie myślałem o stanie ogumienia w moim motocyklu bo i tak na to nie miałem żadnego wpływu i co ma być to się stanie i resztę dnia zajmowaliśmy się tylko przyjemnymi sprawami co widać na załączonym zdjęciu. Na tym zlocie spotkałem fajną dziewczynę widoczną na zdjęciu Małgosie Ostrowską z Łodzi, która przyjechała na ten zlot podobnie jak ja na motocyklu M-72 z koszem, a z tą dziewczyną spotkałem się już na którymś z wcześniejszych zlotów tylko nie pamiętam gdzie to było. Skończyły się piękne chwile w miłym towarzystwie i nadszedł czas powrotu z tego fajnego zlotu do domu. W drogę powrotną do Warszawy chciał jechać jako kierowca mój pasażer, a ja nie miałem nic przeciwko temu bo przynajmniej mogłem napić się piwa po wczorajszej balandze. Niestety moje przypuszczenia sprawdziły się ponieważ kłopoty z ogumieniem zaczęły się ponownie i to dość wcześnie bo pierwsza awaria dopadła nas niemal w tym samym miejscu w którym była ostatnia podczas drogi na zlot i teraz naprawdę czarno widziałem nasz powrót z tego zlotu i faktycznie przyjdzie wracać na samych felgach do Warszawy. Tych awarii „Gumowych” było jeszcze kilka i myślałem że szlak mnie trafi, ale jakoś doturlałem się do Piotrkowa Trybunalskiego z którego do Warszawy pozostało już tylko 138 km i wtedy złapaliśmy ostatniego „Kapcia”, tylko wyszedł poważny problem, ponieważ nie miałem już co włożyć bo skończyły się dętki i łatek też nie miałem. Podczas przymusowego postoju papieros w gębę i intensywne myślenie co dalej zrobić z tym fantem i wymyśliłem sposób który umożliwił mi powrót do Warszawy.
Czasami nachodziły mnie patenty nie z tej ziemi i teraz też nie mając nic do stracenia postanowiłem do tej największej 4.00×19˝ zamiast dętki wstawić najmniejszą oponę jaką miałem 3.25×19.˝ Do tej operacji musieliśmy przemontować dwa koła, bo ta najmniejsza opona była na przednim kole. Z problemami ale udało się zmontować to koło i zostało zamontowane na kosz i pojechaliśmy dalej modląc się żeby nie złapać jeszcze jednej „Gumy”. Całe szczęście udało się wrócić do Warszawy i dlatego wyjazd ten nazwałem zlotem „Gumowym” ustanawiają niechlubny rekord jeśli chodzi o złapane „Kapcie” podczas jednego wyjazdu i nawet nie pamiętam ile ich wszystkich było. Po powrocie z tego nieszczęsnego zlotu motocykla na razie miałem dosyć i nie mogłem na niego patrzeć i teraz nie mając żadnego zapasu i niesprawne koło kosza strach było się ruszyć na tych padlinach nawet do pracy czy do klubu więc mimo wspaniałej pogody jeździłem WARTBURGIEM. Wiedzieliśmy że za jakieś trzy tygodnie będzie zlot w Nowej Soli i do tego miasta było z Warszawy około 479 km. To był ładny kawałek trasy, ale ten zlot z góry został wykreślony z mojego grafika nie z powodu długiej trasy tylko był za krótki okres żebym odbudował się finansowo. Najważniejsze było to że wszystkie opony po tym pechowym zlocie były do wymiany, a na to potrzebna była kasa i jeszcze jedno musiałem je gdzieś zdobyć, a bardzo chciałem pojechać na ten zlot bo zawsze interesowały mnie długie trasy. Któregoś dnia przez przypadek udało mi się zdobył fabrycznie nowe opony były co prawda o rozmiarze 3.50×19˝ które stosowane były w naszych motocyklach JUNAK, ale były nowe i jakiś czas będzie można na nich pojeździć. W naszym przedsiębiorstwie gdzie pracowałem były dwa takie pogotowia techniczne i jak jedno jechało na południe to drugie obierało kurs w północne rejony i żeby nam się nie nudziło to co dwa tygodnie zamienialiśmy się rejonami.
To były dziwne czasy bo w sklepach nic nie było i niektóre towary były na kartki, ale były sklepy lepiej zaopatrywane to były sklepy w rejonie górniczym na Śląsku i dlatego z Włodkiem lubiliśmy jeździć w południowe rejony. Tak było i tym razem zatrzymaliśmy się w jakiejś małej wiosce gdzie była restauracja GS-u żeby coś zjeść, a w tych małych restauracjach zawsze można było dobrze i tanio zjeść.
Po obiedzie z ciekawości poszliśmy do niedużego domu towarowego, który był obok i właśnie w nim kupiłem potrzebne mi opony i to bez żadnego problemu. Gdybym tylko miał przy sobie więcej pieniędzy, to kupiłbym ich z dziesięć, a tak kupiłem tylko trzy opony, oraz nowe dętki i po tych zakupach byłem pusty jak gwizdek i zostało mi tylko parę groszy na resztę delegacji i dobrze że czasami wpadło kilka groszy z „Łebków” jakich zabierało się na trasie to na jakiś obiadek i piwo zawsze starczyło. Teraz po powrocie ze Śląska mogłem zabrać się za przywracanie motocykla do stanu używalności, tylko że wyszedł jeszcze jeden problem ponieważ w dwóch kołach było połamanych szprych i trzeba było je wymienić, a Ja postanowiłem w tych dwóch wymienić wszystkie i zamontować trochę grubsze żeby mieć już święty spokój z kołami. W motocyklach M-72 szprychy były o średnicy ø 3,5 mm, a Ja pozakładałem grubsze o pół milimetra czyli ø 4 mm. Teraz motocykl po wymianie szprych i opon był gotowy do wyjazdu na najdalszy zlot, ale byłem kompletnie wypompowany z pieniędzy i gdybym mógł od kogoś pożyczyć trochę grosza to chętnie pojechałbym na ten zlot do Nowej Soli.

Zlot Nowa Sól rok 1983

Mańka po tym pechowym zlocie odwiedzałem kilka razy i z tego co mi powiedział że na zlot do Nowej Soli owszem pojedzie, ale będzie jechał pociągiem razem ze swoim kolegą z Gdańska, ponieważ musi coś naprawić w motocyklu i nie wie czy zdąży to zrobić do czasu wyjazdu. Powiedziałem że nie pojadę na ten zlot nawet pociągiem bo jestem kompletnie bez grosza, a wypłata wypadała dopiero w piątek czyli w dniu wyjazdu.
Tak się złożyło że z Włodkiem wróciliśmy we czwartek z delegacji, która była rozpisana do końca tygodnia więc do pracy szedłem dopiero w poniedziałek, a i roboty w garażu nie miałem więc szlak mnie trafiał że nie miałem pieniędzy.
Chciałem napisać Włodkowi upoważnienie na odbiór wypłaty i pożyczyć od niego, ale on porobił jakieś zakupy i też nie miał ani grosza w kieszeni i tak wyjazd na zlot upadł definitywnie. Po tej delegacji pozostało mi w kieszeni niecałe 200-ście zł więc do „Jagusi” nie poszedłem bo zaraz bym wszystko wydał tylko w sklepie kupiłem dwa piwa i miałem zamiar je wypić kiedy zadzwonił do mnie Maniek mówiąc że jest pilna sprawa i żebym do niego przyjechał więc wsiadłem na motor i pojechałem do niego trapiąc się co za pilną sprawę po nocy wymyślił Maniek. Kiedy przyjechałem do Mańka sprawa się wyjaśniła na miejscu bo okazało się że z Gdańska przyjechał Mańka znajomy z którym mieli jechać na zlot do Nowej Soli pociągiem tylko powstał problem o którym nie wiedzieli ci z Gdańska bo Maniek uporał się z awarią motocykla i postanowił na zlot pojechać motorem, ale nie zdążył powiadomić go o tym fakcie i w ten sposób ten kolega został na lodzie.

To jest zdjęcie znaczka ze zlotu w Nowej Soli, na którym miałem nie być, a byłem przez małe zrządzenie losu.

To jest zdjęcie znaczka ze zlotu w Nowej Soli, na którym miałem nie być, a byłem przez małe zrządzenie losu.

Maniek wymyślił że Ja mając motor z koszem mógłbym ich zabrać i razem na dwa motory pojechać na zlot do Nowej Soli. Mańkowi powiedziałem przy tym koledze że owszem jest to możliwe tylko ja dopiero co wróciłem z delegacji i jestem pusty, a wypłata dopiero w poniedziałek. Miałem w piwnicy uzbierane dwa kanistry paliwa i kartki z WARTBURGA i w kieszeni niewiele pieniędzy co na taką trasę i dwa dni na zlocie było trochę za mało, a ja nie chciałem był na czyimś utrzymaniu i starałem się być samodzielnym nie pchać się na tak zwany „Krzywy ryj”. Owszem, jeżeli ktoś mnie poczęstował jakimś napojem to nie odmawiałem.
Skoro doszło do takiej sytuacji to drodze wyjątku zgodziłem się na ten wariacki wyjazd, a Mańka kolega postanowił pokryć wszystkie wydatki związane z tym wyjazdem ponieważ bardzo zależało mu żeby pojechać na ten zlot. Nie mogłem tylko zrozumieć dlaczego tak bardzo zależy im żeby być właśnie na tym zlocie. Ten kolega Mańka przyjechał z żoną i oboje byli podobnej postury jak ten pasażer, z którym jechałem na zlot do Ostrowa Wlkp. tylko że teraz koła i ogumienia miałem w należytym porządku więc nie obawiałem się powtórki tamtego zlotu i mogłem spokojnie jechać w tak długą trasę. Po ustaleniu wszystkiego postanowiliśmy wyjechać w piątek o świcie bo do przejechania było naprawdę sporo kilometrów. Nie było sensu żebym specjalnie jechał do domu i ponownie tu po nich przyjechał, a to co musiałem zabrać z piwnicy to zabiorę po drodze, więc przespałem się u Mańka na kanapie na której spałem już nie raz. Rano po zapakowaniu motocykli z Warszawy wyjechaliśmy gdzieś około godziny trzeciej i po drodze z piwnicy zabrałem dwa kanistry z paliwem, prostownik i akumulator na zapas i jeden z kanistrów z powodu braku miejsca przewiązaliśmy między koszem a motorem i tak obładowani pojechaliśmy na zlot do Nowej Soli. Pierwsze kłopoty dopadły nas w okolicach Łowicza i dotyczyły Mańka HARLEYA, w którym padła prądnica lecz teraz po ciemku nie było sensu bawić się w jej naprawę, więc zamieniliśmy się akumulatorami i pojechaliśmy dalej.
Po jakimś czasie zrobiło się widniej więc światła były nam już niepotrzebne i wtedy akumulator starczał na dłużej i jakoś dojechaliśmy do Nowej Soli bez żadnych dodatkowych problemów. Po dojechaniu na teren zlotu przywitanie z uczestnikami potem rejestracja i łyk piwa żeby przepłukać zęby po długiej trasie. Po formalnościach rejestracyjnych w pierwszej kolejności podłączyłem akumulatory pod prostownik żeby były sprawne na drogę powrotną i zabraliśmy się z Mańkiem za prądnice w jego motocyklu, a jego kolega szykował nocleg dla nas. Dzisiaj nie pamiętam co padło w Mańka prądnicy. Najważniejsze było to, że uszkodzenie nie było poważne udało się nam naprawić prądnice we własnym zakresie i po tym mogliśmy zabrać się za bardziej przyjemniejsze zajęcie. Jeśli chodzi o ten zlot to na miejscu cała sprawa wyjaśniła się dlaczego tak koniecznie chcieli być na tym zlocie. Ten zlot był wyjątkowy ponieważ został nazwany imieniem H. Malaka co widać na zdjęciu znaczka z tego zlotu, tylko imienia tego chłopaka niestety nie pamiętam.
Chłopak ten należał do miejscowego klubu motocyklowego i rok wcześniej zginął w wypadku jadąc swoim HARLEYEM. Teraz jego koledzy postanowili w rocznice jego śmierci zorganizować zlot motocyklowy nazwany jego imieniem i dlatego Maniek i jego kolega bardzo chcieli być na tym zlocie ponieważ znali go osobiście. Mimo że zmienialiśmy się za kierownicą podczas jazdy to trudy podróży i nie przespana noc po powrocie z delegacji odczuło się i wystarczyło że wypiłem kilka piw i parę kieliszków i Jacuś padł jak przysłowiowy pies „Pluto” i tak zakończył się dla mnie ten dzień zlotu. Sobota następny dzień zlotu tylko parada wyglądała inaczej niż na innych zlotach ponieważ po jej zakończeniu wszyscy pojechaliśmy na miejscowy cmentarz gdzie koledzy z klubu złożyli na jego grobie kwiaty od uczestników tego zlotu. Po powrocie z parady dalsza część zabawy, ale już się tak nie katowałem ponieważ następnego dnia czekała nas droga powrotna do Warszawy i to nie mała bo taka sama. Nadszedł czas wyjazdu z tego wyjątkowego i długiego zlotu, dlatego postanowiliśmy wyjechać z niego w miarę jak najwcześniej się dało bo trudno było przewidzieć co może nas spotkać podczas drogi powrotnej do Warszawy. Kiedy gotowi byliśmy do odjazdu, kolega Mańka powiedział że bez sensu jest żeby z nami jechał do Warszawy jak z Poznania będzie miał bezpośredni pociąg do Gdańska więc w drodze powrotnej zostawiliśmy ich na dworcu w Poznaniu i po pożegnaniu się z nimi w dalszą drogę pojechaliśmy już sami. Ja z tego faktu byłem zadowolony bo przynajmniej jechać będzie się wygodniej, a i motor spali mniej paliwa jak nie będzie tak obciążony co w tamtym okresie było bardzo istotne. Do Warszawy dojechaliśmy bezpiecznie i jakoś bez żadnych nieprzewidzianych przygód, a postoje robiliśmy tylko na papierosa, albo żeby coś zjeść. I tak dzięki Mańkowi przez przypadek zaliczyłem następny swój zlot i to nie byle jaki i z tego faktu byłem zadowolony. Szkoda tylko, że niewiele pamiętam z pierwszego dnia tego zlotu kiedy zmęczenie zwaliło mnie z nóg, ale i tak bywało. Wyjazd na ten daleki zlot w środku nocy bez żadnego przygotowania tak po prostu z marszu udowodnił że czasami takie dziwne rzeczy się zdarzają bo przejechałem tym motorem ponad 900 km bez najmniejszej awarii. Kilka dni po zlocie w Nowej Soli odwiedziłem Mańka w jego „Norze” pogadać o wrażeniach z ostatniego zlotu i spytać się kiedy będzie jechał na najbliższy który będzie w Olsztynie. Powiedział mi, że na ten zlot nie wybiera się ponieważ ma jakieś sprawy do załatwienia. Jadąc do niego pojechałem autobusem bo chciałem jakiś czas odpocząć od motocykla po tym długim zlocie i zawiozłem jemu prądnice 6-ciowoltową od swojego WARTBURGA którą mu obiecałem żeby zamontował do swojego HARLEYA podobnie jak to zrobił „Tosiek” z Wrocławia. Ja w wolnych chwilach między wyjazdami w teren i na zloty przerobiłem w swoim WARTBURGU całą instalacje elektryczną na 12-woltową montując alternator od samochodu UAZ.
Jadąc na Grochów dojazd do niego miałem znakomity, bo spod domu jechałem autobusem linii 188 i wysiadałem na ul. Kinowej. Po drodze kupiłem w pobliskim barze kilka piw żeby lepiej się nam rozmawiało.

Zlot Olsztyn rok 1983

Zlot w Olsztynie organizowany był nad jeziorem Krzywym na „Słonecznej polanie” i w tym miejscu już byłem też na zlocie w 1976 roku na motocyklu BMW . Wyjazd ten opisywałem wcześniej. Na ten zlot podobnie będę jechał samotnie ponieważ Maniek nie może jechać, a i bracia Nadolni też gdzieś przepadli, bo na zlocie w Nowej Soli ich nie było i w domu też nie mogłem ich zastać. Dwa dni przed wyjazdem miałem wszystko spakowane żeby w piątek z samego rana wskoczyć na motor i pognać w długą ku wolności tylko że „Gruby” ponownie pomieszał moje plany.

Zdjęcie znaczka ze zlotu w Olsztynie, na którym byłem z „Grubym” w 1983 roku.

Zdjęcie znaczka ze zlotu w Olsztynie, na którym byłem z „Grubym” w 1983 roku.

Wieczorem przyleciał do mojej piwnicy i powiedział mi żebym do Olsztyna pojechał razem z nim jego samochodem i jak to usłyszałem to miałem chęć od razu mu wpierdolić. „Grubemu” potrzebny byłem jako kierowca bo z Olsztyna miał zamiar przyholować jakiś samochód który był tam do kupienia, ale jakiej był marki to nie chciał powiedzieć, albo sam jeszcze nie wiedział. Darek nadal posiadał starą zdezelowaną landarę czyli WARSZAWE-224 której stan techniczny ja dobrze znałem bo nie raz przy niej grzebałem i wiedziałem że w tym wraku wszystko może się
zepsuć i to w każdym momencie i dlatego odradzałem jemu wyjazd tym samochodem, a co dopiero holować drugi pojazd. Próbowałem wytłumaczyć mu, że jeżeli podczas holowanie padnie jego samochód to będziemy mieli poważny problem, ponieważ wtedy do holowania będą dwa samochody, a nie jeden. Niestety Darek był uparty jeszcze bardziej niż osioł i na to nie było rady i powiedział że będziemy martwili się jak coś się stanie. Widząc że to nic nie da zgodziłem się pojechać na ten wariacki wyjazd do Olsztyna i druga sprawa głupio było mu odmówić, ponieważ bardzo dużo pomógł mi podczas rejestracji TRIUMPHA i później HARLEYA. Darek chciał jechać we czwartek po południu zaraz po moim powrocie z pracy i powiedział że za trzy godziny będziemy w Olsztynie, ale ja ten temat wybiłem z głowy, bo jest takie przysłowie „Jeden planował pierdnąć a się zesrał” i dodałem że jakby coś nawaliło to nie będziemy się pieprzyć po nocy z naprawami i pojedziemy w piątek z samego rana.
Rano pojechaliśmy motorem do klubu gdzie stała jego landara i pojechaliśmy w niepewną drogę. Na szczęście ten jego samochód doturlał się do Olsztyna bez żadnego problemu i to była tylko moja zasługa, ponieważ za kierownicą byłem ja i znając jego stan techniczny nie katowałem go. Po tej trasie ja odpoczywałem, a przez miasto jechał Darek bo znał lepiej drogę i wiedział gdzie stoi ten samochód, a czekało nas jeszcze holowanie „Grubego” nabytku. Tam gdzie jechaliśmy po Darka nabytek to był drugi koniec miasta i zaraz po załatwieniu sprawy mieliśmy jechać na zlot. Na miejscu sprawa się wyjaśniła bo okazało się że ten samochód który będziemy holowali do Warszawy to była nasza poczciwa „Garbuska” czyli WARSZAWA M-20 z 1960 roku tylko w fatalnym stanie technicznym i zastanawiałem się tylko czy ten pojazd uda nam się w całości zaholować do Warszawy, czy czasem połowa jego nie zostanie zgubiona po drodze ale to już była sprawa Darka. Ja z jednego byłem zadowolony: ponieważ te dwa samochody posiadały takie same podzespoły i jakby coś by nawaliło w „Grubego” wraku to z tych dwóch można by zmontować jeden nawet tutaj na drodze pod warunkiem że ten podzespół był sprawny i nadawał się do zamontowania bo jak nie to wtedy dupa blada. Najgorsze było to że straciliśmy sporo czasu czekając na tego człowieka który był jeszcze w pracy, a następnie sprawy papierowe i przygotowanie samochodu do holowania i najważniejsze że hamulce były sprawne mimo że długo stał. Teraz jak byliśmy gotowi do odjazdu to zrobiło się trochę późno i powiedziałem Darkowi że niema sensu ciągnąć go na miejsce zlotu bo to jest następna strata czasu i paliwa i dodałem że ciągniemy go na duży parking w pobliżu trasy wylotowej do Warszawy i walimy na zlot, a samochód zabierzemy wracając ze zlotu i tym razem Darek przychylił się do mojej propozycji. Po przejechaniu kilku kilometrów wiedziałem że daleko nie zajedziemy ponieważ Darek nie miał w ogóle żadnego doświadczenia w holowaniu samochodów ani jechać na holu na tak zwanej „Smyczy”. Do przejechania mieliśmy prawie całe miasto i to w godzinach szczytu, Darek znał lepiej miasto niż Ja więc on jechał samochodem holującym i jak wspomniałem nie mając doświadczenia jechał cały czas na pół sprzęgle albo szarpał przy ruszaniu i w rezultacie doprowadził do zniszczenia sprzęgła. No i stało się jakbym wykrakał na którymś skrzyżowaniu „Gruby” wychodzi z samochodu i melduje mi że nie może ruszyć z miejsca ponieważ padło sprzęgło w jego samochodzie i po usłyszeniu tej informacji wkurwiłem się i powiedziałem że mamy poważny problem i miałem zamiar zrobić dwie rzeczy najpierw spuścić mu porządne manto, a następnie zostawić go z tymi wrakami i pojechać na zlot tylko po chwili żal mi się zrobiło bo chybaby umarł przy tych wrakach bez mojej pomocy.
W pierwszej kolejności przy pomocy przechodniów usunęliśmy oba pojazdy ze skrzyżowania żeby nie zapłacić mandatu za blokowanie przejazdu. Całe szczęście że za skrzyżowaniem był spory placyk na którym mogliśmy postawić samochody i pomyśleć co robimy. Darek próbował dzwonić do kilu kolegów, ale bezskutecznie bo widocznie byli już na zlocie i pili piwo, a my nocleg mieliśmy zagwarantowany właśnie w tym gdzie stoimy i musieliśmy radzić sobie sami. Kiedy mi trochę przeszło powiedziałem „Grubemu” że idę do sklepu po piwo bo w gardle mi zaschło, a ty pilnuj tego bałaganu i dzisiaj zapomnij o naprawie samochodu bo przy jednej lampce nie będę rozbierał dwóch samochodów bo tylko akumulator bym rozładował. Teraz zamiast siedzieć z chłopakami na zlocie i pić piwo to owszem piłem piwo, ale stojąc w centrum Olsztyna pomiędzy dwoma wrakami i tylko zastanawiałem się w jakim stanie będzie sprzęgło w tym samochodzie co holujemy bo jeżeli okaże się że nie będzie nadawało się do zamontowania to jesteśmy ugotowani. Jeśli chodzi o spanie to rozstawienie namiotu tu w centrum nie wchodziło w rachubę bo jedną noc to prześpimy się w samochodzie ponieważ w tych samochodach przednie siedzenie po rozłożeniu przypominało małżeński tapczan więc Darkowi kazałem szykować i ponownie poszedłem do sklepu kupić coś na kolację i do tego wziąłem pół litra żeby lepiej się spało. Darek też czasami lubił sobie wypić, bo nie należał do tych co wylewają za kołnierz więc razem wypiliśmy ją do kolacji bo on też wkurwiony był tą sytuacją i nie katowaliśmy się tak ponieważ rano czekała nas poważna robota przy samochodach żeby jakoś wrócić do domu. To nie był koniec naszych przygód tego dnia, ponieważ w nocy mieliśmy wizytę panów w niebieskich mundurach. Chcieli sprawdzić co w tym samochodzie w środku nocy więc im wytłumaczyliśmy co się stało i po sprawdzeniu naszych dokumentów więcej już nas nie odwiedzili. Sobota z samego rana łapiemy się za robotę i nie miałem pojęcia ile czasu to wszystko mi zajmie bo do rozmontowania były dwa samochody i Darek który niewiele znał się na mechanice teraz nie mając innego wyjścia musiał mi pomóc, a zadanie miał ułatwione ponieważ wykonywał te same czynności co Ja bo rozbierał drugi samochód i jak czegoś nie wiedział to pytał się mnie i jakoś to szło.
Po wymontowaniu skrzyni biegów z „Garbuski” byłem zadowolony ponieważ sprzęgło, które było na potrzebne, było w porządku i nadawało się do zamontowania, Zabrałem się za składanie samochodu którym będziemy jechali, a Darek sprzątał graty po tym rozmontowanym bo nie było sensu go składać i tracić czas bo i tak był nie na chodzie.
Cała zabawa z naprawą sprzęgła zakończyła się o przyzwoitej porze i około godziny 10-tej wyjechaliśmy na zlot, a „Garbuska” została na tym parkingu i postanowiliśmy zabrać ja w drodze powrotnej ze zlotu.
Po naprawie na zlot jechał Darek, a ja trochę zmęczony robotą siedziałem z boku i piłem piwo.
Jak dojechaliśmy na miejsce zlotu chłopaki z Olsztyna pytali się Darka dlaczego tak późno przyjechaliśmy na zlot i nie na motorach i „Gruby” tylko machnął ręką, a ja dodałem, że już od wczoraj jesteśmy w Olsztynie, tylko byliśmy zajęci naprawą samochodu, który nam padł w centrum miasta ale jakoś udało się go naprawić i wreszcie dojechaliśmy na zlot. W sobotę wieczorna balanga jak na każdym zlocie – tylko nie dla nas, bo następnego dnia czekało nas trudne holowanie do Warszawy. Tylko diabeł wiedział co może spotkać nas w drodze powrotnej i tym akcentem zakończyliśmy zlot w Olsztynie. W drogę powrotną wyjechaliśmy dość wcześnie ponieważ w „Garbusce” nie było akumulatora i oświetlenie też było niesprawne dlatego chcieliśmy dojechać do Warszawy za dnia. Teraz jechałem ja, a „Grubego” wsadziłem na hol żeby uczył się i dzięki Bogu jakoś udało się tego wraka dociągnąć bez żadnych dodatkowych problemów. Po dotarciu do Warszawy pojechaliśmy bezpośrednio do klubu gdzie zostawiliśmy oba pojazdy i „Gruby” też został w klubie.
Ja z klubu zabrałem swój motocykl i pojechałem na Ochotę do domu, a wieczorem po obiedzie z chłopakami odwiedziliśmy naszą ulubioną „Jagusie” bo chłopaki byli ciekawi co za wynalazek kupił „Gruby” w Olsztynie. przy okazji wypiliśmy co nieco bo na zlocie nie było okazji, ale i tak czasami bywało – jak to w życiu.

Zlot Lubasz rok 1983

Jak wcześniej wspomniałem na początku tego rozdziału to był najbardziej zlotowy rok i ledwo minęły emocje po przygodowym zlocie w Olsztynie to już szykował się wyjazd na następny mój zlot tym razem do Lubasza i to był ładny kawałek drogi bo z Warszawy było około 389 km, a miasto to było położone na północ od Poznania w dawnym województwie pilskim. Na tydzień przed zlotem spotkałem się z Mańkiem który powiedział mi, że na ten zlot pojedzie na pewno tylko nie wie dokładnie którego dnia i najważniejsze że wyrobił się z zamontowaniem mojej prądnicy do swojego motoru.

To jest zdjęcie ze zlotu w Lubaszu z 1983 roku, na którym widać jak przyjemnie spędzało się czas na zlotach.

To jest zdjęcie ze zlotu w Lubaszu z 1983 roku, na którym widać jak przyjemnie spędzało się czas na zlotach.

Tak się złożyło, że z delegacji wracałem we czwartek po południu więc zajechałem do klubu żeby spytać się czy któryś z chłopaków wybiera się na ten zlot, ale nie zastałem tam nikogo – jak nigdy. Przed wyjazdem ponownie próbowałem złapać braci Nadolnych, żeby umówić się z nimi celem wspólnego wyjazdu na zlot, ale ich nie zastałem. Tak jakby zapadli się pod ziemię, więc znowu na zlot będę jechał samotnie zresztą nie pierwszy raz. W piątek z samego rana zapakowałem klamoty do kosza i wyruszyłem w drogę na następny swój zlot, ale samotnie jechałem tylko kawałek trasy, bo między Łowiczem a Kutnem na parkingu spotkałem grupę motocyklistów z Łodzi, którzy tak samo jak ja jechali na zlot, więc po małym postoju dalej pojechałem już w ich towarzystwie. Jak człowiek dojechał już bezpiecznie na miejsce to nie mógł doczekać się kiedy przepłucze zęby po podróży oczywiście piwem i potem rejestracja na zlocie. Po rejestracji wizyta w barze, gdzie spotkałem braci Nadolnych których szukałem przez cały tydzień i okazało się że są na urlopie i po zlocie jadą ponownie na kilka dni nad morze, a do Lubasza przyjechali w środę po południu. Dwie godziny po moim przyjeździe przyjechał ostatni urwis z naszej paczki, czyli Maniek Nagawski „Rura wydechowa”, jak go chłopaki nazywali i teraz byliśmy w komplecie podobnie jak na zlocie w Ostrowie Wlkp. W Warszawie spotykaliśmy się dosyć często w różnych miejscach przeważnie na piwie, ale spotkanie z kolegami na łonie natury 400 km od domu co było całkiem coś innego i na każdym zlocie wyglądało inaczej. Jadąc na zlot każdy zabierał jakiś sprzęt do spania, ale na tym zlocie było rozstawionych kilka dużych wojskowych namiotów z których postanowiliśmy skorzystać i przynajmniej całą grupą byliśmy ulokowani pod jednym dachem. Po ulokowaniu się i przygotowaniu noclegu poszliśmy wszyscy razem do miejscowego baru oddalonego od miejsca zlotu jakieś 200 m, bo bar na terenie zlotu był jeszcze nieczynny. W barze tym okazało się że można było nieźle i niedrogo zjeść, więc nie było potrzeby specjalnie dymać do centrum miasta, a blisko nie było. Po powrocie z baru dzień kończyliśmy przed namiotem podczas wspólnej kolacji i wtedy Maniek przeżył pierwszą przygodę na tym zlocie, która na szczęście zakończyła się dla niego szczęśliwie.
Było już całkiem ciemno, a teren zlotu był słabo oświetlony i Maniek odszedł na chwilę za potrzebą i wracając chwiejnym krokiem zawadził nogą o linkę od namiotu i przewracając się upadł między motory tak niefortunnie że oba zwaliły się na niego, ale nie przygniotły go, tylko biedak sam o własnych siłach nie mógł wydostać się z pod nich. Maniek pod tymi motorami kiblowałby do rana gdyby nie jeden chłopak, który usłyszał jęczenie z pomiędzy motorów i wtedy został przez nas uwolniony. Po piątkowej balandze wybieramy się do baru napić się czegoś napić mimo że na terenie otwarty był bar tylko że kolejka w nim była jak przed sklepem mięsnym, a tam mogliśmy zjeść i jakiś żurek który też był dobry na kaca. Najgorsze było to, że ten bar był ogólnodostępny i czasami wychodził mały problem jak do baru poszła większa nasza grupa to dla miejscowych brakowało kufli i żeby napić się piwa to musieli długo czekać aż się jakiś zwolni, co bardzo im się nie podobało. Na zlotach nie brakowało różnych zgrywusów i w tym barze też się znalazł jeden, który wymyślił żeby na stoliku o wymiarach metr na metr ustawić piramidę z kufli, ale niestety pomysł ten nie wypalił ponieważ za mało było kufli, żeby ustawić nawet pierwszy poziom i zwolniliśmy połowę naczyń, bo miejscowym też latały jęzory żeby się czegoś napić, a my dobrze wiedzieliśmy co to jest pragnienie więc wróciliśmy na teren zlotu. Na zlotach organizatorzy puszczają jakąś muzykę żeby jakoś umilić czas zlotowiczom, a nam bardzo spodobała się piosenka Anny Jantar „Nic nie może wiecznie trwać”. Ale faktycznie jak w piosence nic nie będzie wiecznie trwało i nie można chlać przez całe 24-ry godziny i postanowiliśmy zrobić sobie małą przerwę przed obiadem.
Na paradę do miasta nie pojechało sporo ludzi ponieważ podobnie jak my nie nadawali się do jazdy więc po powrocie z baru podczas tej przerwy chłopaki leżeli w cieniu przed namiotem, a Ja postanowiłem połazić po placu zanim nie wrócą chłopaki z miasta. Podczas tego spacerowania zauważyłem motocykl M-72 w którym była zamontowana jakaś inna prądnica i jak przyjrzałem się bliżej to okazało się że jest to prądnica od samochodu FIAT-126p tylko była trochę przerobiona.
Postanowiłem poczekać na właściciela tego motoru żeby dowiedzieć się więcej o tej prądnicy ponieważ bardzo interesował mnie ten temat i podczas zimy zamontowałbym taką samą do swojego motoru. Podczas rozmowy z tym chłopakiem podałem jemu swój adres i obiecał mi przesłać wszystkie rysunki i wymiary dotyczące tej prądnicy i gniazda w bloku. Z naszej paczki na paradę do miasta pojechał tylko Andrzej Nadolny i teraz po odpoczynku czekaliśmy na niego, żeby razem pójść na jakiś obiadek, bo zaczynał nam doskwierać mały głód.

Komandor zlotu ustawia kolumnę przed wyjazdem na paradę do miasta, na której  ja i koledzy nie byliśmy. Nazwiska tego komandora, niestety nie pamiętam.

Komandor zlotu ustawia kolumnę przed wyjazdem na paradę do miasta, na której
ja i koledzy nie byliśmy. Nazwiska tego komandora, niestety nie pamiętam.

Na obiad poszliśmy późnym popołudniem ponieważ chłopakom w mieście trochę dłużej się zeszło i całe szczęście że w tym barze było jeszcze coś do zjedzenia na ciepło no i oczywiście do obiadu wypita została butelka i tak nam się fajnie siedziało że zrobiło się całkiem ciemno, ale siedzieliśmy w nim prawie do jego zamknięcia.
Jak tak siedzieliśmy to Maniek wstał i chwiejnym krokiem wyszedł i sądziliśmy że poszedł do toalety, ale kiedy długo nie wracał to rozpoczęliśmy poszukiwania jego i okazało się że nie było go w barze. Po powrocie na teren zlotu szukaliśmy go nadal, ale nikomu jakoś nie wpadło do głowy żeby sprawdzić czy niema go w namiocie. Maniek mógł być wszędzie bo kolegów na tym zlocie miał sporo, a szukać go po ciemku nie było tak łatwo i dopiero jak jeden z naszych kolegów poszedł do namiotu po papierosy i usłyszał w koncie chrapanie i to był poszukiwany przez nas tyle czasu Maniek który nie mówiąc nic nikomu poszedł sobie odpocząć. Po tym odkryciu chłopaki chcieli mu wpierdolić, ale ja powiedziałem, że to nic nie da, ponieważ on rano nic nie będzie pamiętał i będzie zastanawiał się skąd ma te siniaki, więc postanowiliśmy ukarać go rano jak wstanie po trzeźwemu za te nerwy podczas jego szukania. Najciekawsze było to że Maniek nie pamiętał w jaki sposób znalazł się w namiocie i kto go przytargał. Kiedy dowiedział się że nikt go nie targał i do namiotu dotarł o własnych siłach, ale za to że odszedł nie mówiąc nic nikomu gdzie idzie to musiał do śniadania postawić butelkę. W niedziele większość motocyklistów szykowała się do wyjazdu po zakończonym zlocie, a my siedzieliśmy przed namiotem i żegnaliśmy ich ponieważ teren zlotu planowaliśmy opuścić dopiero w poniedziałek. Ja też powrót z tego zlotu zaplanowałem na poniedziałek bracia Nadolni po zlocie ponownie jechali nad morze ponieważ byli jeszcze na urlopie i nigdzie się nie spieszyli, a Maniek zamierzał pojechać do Międzyrzecza zwiedzać stare bunkry i sądziliśmy że tą obiecaną butelkę do śniadania postawi, tylko że chłopaki mieli inne plany o których ja nie wiedziałem i Maniek powiedział, że postawi butelkę tylko w innym miejscu. Chłopaki zaplanowali wyjazd do Drezdenka oddalonego o 54-ry km od Lubasza i tam na posiadłości komandora zlotu zabalować dzień jeden albo i dwa więc z rana wypiliśmy tylko po piwie na kaca, a po południu pojechaliśmy do Drezdenka. Ja też postanowiłem z nimi pojechać, bo nie miałem zamiaru zostać tutaj sam. W Drezdenku atmosfera też była wspaniała i przy ognisku bawiliśmy się aż do wieczora, ale dla mnie ten piękny czas zakończył się i musiałem opuścić to wspaniałe towarzystwo i wracać do Warszawy. Po niedzielnych baletach mój wyjazd nastąpił trochę później ponieważ musiałem jeszcze dojść do siebie i zazdrościłem teraz kolegom że oni będą się byczyć, a ja niestety muszę jechać i znowu ze zlotu będę wracał samotnie. Jadąc do domu męczył mnie mały kac i nie mogłem doczekać się kiedy dojadę do Warszawy żeby napić się piwa. Tak jak przypuszczałem do Warszawy dojechałem późno w nocy i nie skręcałem w stronę Rakowca tylko pojechałem na ul. Grójecką do sklepu nocnego kupić sobie piwo, bo „Jagusia” była już zamknięta i dopiero do domu, a od wtorku znowu szare życie w pracy i oczekiwanie do następnego wyjazdu na jakiś zlot.

Zlot Sosnowiec rok 1983

Z tego co słyszałem w tym sezonie były w planach jeszcze trzy zloty i ten najbliższy organizowany był w Dąbrowie Górniczej, ale nosił nazwę Sosnowiec oczywiście ten zlot był w moim grafiku wyjazdowym. Jazda na starych motocyklach nie należała do wygodnych zwłaszcza podczas długich wyjazdów, ponieważ w tych motocyklach resorowanie nie było doskonałe i od siodełka bolała dupa, ale taki stan rzeczy szybko mijał. Motor cały czas był jeszcze sprawny i nie mogłem doczekać się do wyjazdu na ten zlot, ale licho nie śpi i w motorze zawsze może coś się zepsuć nieoczekiwanie na dzień przed zlotem i wtedy dupa blada i nici z wyjazdu na zlot. W pracy też zrobił się ruch bo minął już sezon urlopowy i nasiliła się liczba wyjazdów w teren, ale absolutnie nie przeszkadzało to w moich wyjazdach na zloty. Podczas tych wyjazdów służbowych mogłem uzbierać jakiś zapas benzyny na wyjazdy, bo z kartek na niewiele to starczało. Te z WARTBURGA też już na ten miesiąc zostały wykorzystane, a bardzo chciałem zaliczyć te zloty które były w planach. Między wyjazdami w teren znalazł się czas żeby odwiedzić Mańka bo nie widzieliśmy się od zlotu w Lubaszu i bardzo byłem ciekawy jak spisuje się prądnica którą mu podarowałem i druga sprawa chciałem uzgodnić nasz wspólny wyjazd na zlot do Sosnowca. Maniek zadowolony był z tej prądnicy bo nareszcie skończyły się ciągłe kłopoty z jego elektryką i na to konto wypiliśmy sobie butelkę i wspominaliśmy chwile spędzone w Lubaszu i Drezdenku i musiałem u niego zanocować na znanej mi kanapie, a motor zostawiłem pod komendą milicji na ul. Grenadierów bo Maniek mieszkał naprzeciwko niej. Od Mańka dowiedziałem się że na zlot do Sosnowca oprócz niego na HAELEYU z jego grupy będzie jechało jeszcze trzech chłopaków: jeden na M-72 bez kosza, drugi na URALU też bez kosza i mój były pasażer ze zlotu w Ostrowie Wlkp., który uruchomił swoje BMW R-35 i jak na trasie dołączą do nas bracia Nadolni to wyjdzie z tego fajna grupa. Maniek powiedział, że przyjeżdża do niego w odwiedziny jakiś kolega czy kuzyn z Francji i też ma zamiar jechać z nami na ten zlot, bo dużo słyszał o takich zlotach w naszym kraju, ale nigdy na żadnym nie był więc dlatego postanowił pojechać. Nie pamiętam jak ten Francuz miał na imię, ale przyjechał do nas na nie byle jakim sprzęcie bo to był motocykl marki HONDA GOLDWING GL-1000 z 1978 roku. Najgorsze było to, że w dniu wyjazdu pogodę mieliśmy nie za ciekawą ponieważ była w kratkę raz siąpił deszcz, a raz wychodziło słoneczko i mimo tej paskudnej pogody było ciepło i to było najważniejsze.
Z braćmi Nadolnymi mieliśmy spotkać się w tym samym miejscu co podczas wyjazdu na zlot do Ostrowa Wlkp. czyli w Nadarzynie bo w tym miejscu wjeżdżali na główną trasę jadąc a Zalesia Dolnego gdzie trzymali swoje motory.

Moje M-72 na zlocie w Sosnowcu w 1983 roku,  zdjęcie zrobił Francuz. Obok widać HARLEYA Mańka Nagawskiego. Z tego zlotu ocalało mi tylko to jedno zdjęcie.

Moje M-72 na zlocie w Sosnowcu w 1983 roku, zdjęcie zrobił Francuz. Obok widać HARLEYA Mańka Nagawskiego. Z tego zlotu ocalało mi tylko to jedno zdjęcie.

W Nadarzynie czekając na braci Nadolnych zrobiliśmy sobie mały postój, ale po prawie godzinie jeszcze ich nie było więc żeby nie tracić czasu pojechaliśmy dalej bo jak coś im wypadło to nas dogonią bez żadnego problemu. Dalej mieliśmy już prostą drogę bo jechaliśmy słynną „Gierkówką” czyli Trasą Katowicką tylko ta paskudna pogoda nas nękała cały czas. Jak zaczynało padać trochę mocniej to chowaliśmy się pod wiatami na przystankach PKS-u, ale mimo tej paskudnej pogody humory mieliśmy znakomite. Podczas tych przymusowych postojów których niestety było sporo chłopaki mieli problem z papierosami ponieważ trochę były zawilgotniałe i nie dały się palić więc ja poczęstowałem ich swoimi i byli zdziwieni gdzie je trzymam podczas takiej pogody że są suche i ciepłe mimo mokrego ubrania. Ja przed nimi żadnych tajemnic nie miałem i kiedy pokazałem im skrytkę gdzie trzymam swoje papierosy to nie mogli w to uwierzyć ponieważ moje papierosy były dosłownie na samym wierzchu. Sposób na zachowanie suchych papierosów był bardzo prosty – po prostu powciskane były między żebra w cylindrach i nawet największy deszcz nie mógł im zagrozić, a w oba cylindry wchodziło dziesięć papierosów. Chłopaki zadali mi pytanie kiedy wpadłem na taki pomysł trzymania papierosów w tym miejscu to ja odpowiedziałem że czasem stosowałem różne patenty dlatego nazywali mnie „Docent”, ale akurat ten sposób nie był mój bo podpatrzyłem go u kogoś tylko nie pamiętam u kogo. Jak napaliliśmy się suchymi papierosami to pojechaliśmy dalej i co było dla nas pocieszające za Częstochową pogoda poprawiła się na dobre i nawet asfalt zrobił się suchy i można było pogonić trochę szybciej, a do Sosnowca pozostało nam już tylko około 68 km to był pryszcz po tym co przejechaliśmy w taką pogodę. W to miejsce jechaliśmy po raz pierwszy i nie mieliśmy pojęcia w którym miejscu będzie odbywał się ten zlot więc z drogi skręciliśmy na Dąbrowę Górniczą a po kilku kilometrach była tablica z napisem Ośrodek Wypoczynkowy „Pogoria” 8 km, a pod tą tablicą strzałka z napisem droga na teren zlotu. Do tego ośrodka z głównej drogi też prowadziła asfaltowa droga przez las i postanowiliśmy zrobić sobie w tym lesie ostatni postój przed dojechaniem na teren zlotu. Podczas tego postoju zauważyłem, że ten Francuz przymierza się do mojego motocykla bo usiadł sobie na nim jakby chciał nim pojechać i z Mańkiem o czymś dyskutował. O ile pamiętam Maniek z tym Francuzem dogadywał się po niemiecku i nie pomyliłem się w moich przypuszczeniach. Chciał przejechać się moim motocyklem ponieważ nigdy nie jechał starym motorem i w dodatku z koszem. Mańkowi powiedziałem żeby jemu przetłumaczył że jak dojedziemy na teren zlotu to będzie mógł jeździć sobie po lesie nawet i cały dzień. Tylko że on uparł się że chciałby przejechać się właśnie tutaj po tej drodze asfaltowej, a nie w lesie po wertepach i dziurach. No i nie było wyjścia skoro uparł się to najpierw pokazałem jemu co i jak i zamieniliśmy się motocyklami. Drugi raz miałem okazje przejechać się nowoczesnym motocyklem, bo pierwszy raz było to prawie 10 lat temu, jak po naprawie linki sprzęgła w MOTO GUZZI i musiałem wykonać jazdę próbną tym motorem, o czym już pisałem na początku moich wspomnień. Po zamianie motocykli on też pokazał mi kilka rzeczy i pojechaliśmy dalej. Na początku jechał Maniek na HARLEYU, za nim Francuz na moim M-72, następnie ja na HONDZIE, a całą kolumnę zamykali koledzy Mańka.
Po przejechaniu kilku kilometrów widziałem, że nawet nieźle idzie jazda moim motorem temu Francuzowi, więc zrównałem się z nim, a on dał mi tylko znak żebym pognał do przodu. Zacząłem powoli zwiększać szybkość, ale kiedy osiągnąłem szybkość 200 km/h to postanowiłem zwolnić, ponieważ nie mając wprawy jechania z taką szybkością nie miałem zamiaru narobić bałaganu i poczekałem na kolegów którzy pozostali w tyle. Kiedy chłopaki dojechali do mnie to ja w tym czasie zdążyłem spokojnie wypalić papierosa i po zamianie ponownie motocykli każdy z nas na teren zlotu pojechał już na swoim. Dla mnie wrażenia z jazdy HONDĄ były nie do opisania i to co przeżyłem nikt mi tego nie odbierze. Udało nam się dojechać szczęśliwie na teren zlotu, który zorganizowany został na terenie Ośrodka Wypoczynkowego „Pogoria”, nad sztucznym jeziorem o tej samej nazwie i było to bardzo piękne miejsce co widać na załączonym zdjęciu.

Oprócz zdjęcia mojego motocykla żadnych innych zdjęć z tego zlotu nie mam, a zdjęcie tego pięknego jeziora znalazłem w Internecie, tylko dzisiaj nie pamiętam które to było bo takich jezior było kilka: Pogoria I, Pogoria II, Pogoria III i Pogoria IV.

Oprócz zdjęcia mojego motocykla żadnych innych zdjęć z tego zlotu nie mam, a zdjęcie tego pięknego jeziora znalazłem w Internecie, tylko dzisiaj nie pamiętam które to było bo takich jezior było kilka: Pogoria I, Pogoria II, Pogoria III i Pogoria IV.

Zaraz po rejestracji wszyscy razem idziemy odświeżyć się w barze, w którym siedzą już bracia Nadolni. Maniek od razu miał zamiar im wpierdolić, że wystawili nas do wiatru nie czekając i pojechali przed nami, a my czekając na nich straciliśmy prawie godzinę cennego czasu. Okazało się, że to im coś się pomieszało, myśleli że to oni będą czekali na nas i po godzinie stwierdzili, że jednak, więc dalej nie czekali tylko pojechali dalej na zlot. Dopiero na miejscu zorientowali się że jednak jeszcze nas niema. Kiedy cała sprawa naszej wspólnej jazdy została wyjaśniona, to po przygotowaniu noclegu resztę dnia spędziliśmy w barze, a kiedy bar został zamknięty to mieliśmy jeszcze swoje zapasy i siedzieliśmy przy ognisku do późna w nocy. Francuzowi bardzo podobało się w jaki sposób spędzamy czas na zlocie, ponieważ nigdy na takim zlocie nie był i Maniek powiedział że jutro zabierzemy go do miasta na uroczystą paradę. Drugi dzień zlotu sobota wita nas piękną pogodą, dużo lepszą od tej z wczorajszego dnia i jak powychodziliśmy z namiotów to zobaczyliśmy w jakim pięknym miejscu się znajdujemy. Jeśli chodzi o wyjazdy na parady, to niektóre z nich opuszczałem ze względu na samopoczucie – tak jak na zlocie w Lubaszu – ale na tym zlocie z Mańkiem zrobiliśmy wyjątek ze względu na Mańka kolegę z Francji, ponieważ bardzo chciał w niej uczestniczyć. Na tą paradę postanowiliśmy pojechać moim motocyklem i przez las jechał Francuz a w mieście ja i po paradzie ponownie wracał on, a Maniek siedział na tylnym siodełku jako pasażer i przyglądał się jak on daje sobie rade z moim motorem. Po paradzie, która była w centrum Dąbrowy Górniczej pojechaliśmy na jakiś czas do lasu żeby Francuz pojeździł jeszcze sobie i wyżył się, ale podczas jakiegoś manewru urwałem dźwignie od sprzęgła i na tym zakończyliśmy harce po lesie. Żeby wrócić na teren zlotu musiałem zamienić dźwignie miejscami, bo hamulca i sprzęgła były takie same i po wymianie dźwigni sprzęgła do Warszawy byłem zmuszony wracać bez hamulca przedniego, ale to nie był problem, ponieważ hamulec tylny miałem całkowicie sprawny, a w 1975 roku miałem przygodę kiedy pojechałem na zlot bez tylnego hamulca i tę też sytuacje opisywałem. Po powrocie na teren zlotu całą paczką poszliśmy na piwo, które postawił nam Francuz, a później cały czas byczyliśmy się przed namiotem. Na tym zlocie – podobnie jak na zlocie w Lubaszu – też jedna piosenka przypadła nam szczególnie do gustu, a był to przebój zespołu „Bajm” pod tytułem: „Niema wody na pustyni”. Sądziliśmy że jak puszczają tą piosenkę to w barze kończy się piwo. Ale niestety tak nie było, ponieważ prędzej kasa by się nam skończyła niż piwo w tym barze. Organizatorzy byli bardzo dobrze przygotowani do tego zlotu i to dla nas było najważniejsze. W barze zrobiliśmy skromne zapasy i siedzieliśmy przed namiotem, bo inne atrakcje w tym dniu nie były już przewidziane i chłopaki którzy powracali już z miasta też się gdzieś pochowali. Zaczęło robić się trochę nudno. Wtedy na placu pojawiło się dwóch dziwnie wyglądających facetów. Sądziliśmy, że może to są menele, którzy przyszli oglądać motocykle bo jeden z nich miał w tylnej kieszeni butelkę z fioletowym płynem, który przypominał mi tylko jedno i powiedziałem do chłopaków że oni walą „Dyktę” bo tak menele nazywali denaturat w swojej gwarze. Organizatorzy mieli wzywać już milicje, ale sprawa wyjaśniła się sama, ponieważ tych dwóch zgrywusów – jak byli w mieście – kupili w sklepie „Peweksu” jakiś likier, który miał identyczny kolor jak denaturat i następnie przelali go do oryginalnej butelki z etykietą denaturatu i chodząc po placu wszystkich częstowali tym napojem.

To jest zdjęcie następnego mojego motocykla jaki posiadałem: JAWA-500 ohc z 1957 roku. Zdjęcie zrobione na początku 1984 roku, zaraz po przemalowaniu.

To jest zdjęcie następnego mojego motocykla jaki posiadałem: JAWA-500 ohc z 1957 roku. Zdjęcie zrobione na początku 1984 roku, zaraz po przemalowaniu.

Później pokazywali oryginalną butelkę po tym likierze, ale niestety nie pamiętam jego nazwy. Trzeba przyznać że tym kawałem rozbawili całe towarzystwo na zlocie i o to im chodziło żeby było wesoło i wszyscy dobrze się bawili. Niestety piękne chwile bardzo szybko mijają i nadszedł czas zakończenia zlotu oraz pożegnać się z miłym towarzystwem i wracać do domu do szarej rzeczywistości. Tak się złożyło że z tego zlotu nie wracałem samotnie ponieważ z wyjątkiem Mańka, który z Francuzem pojechali zwiedzać Kraków i Wieliczkę to reszta jego kolegów i bracia Nadolni wracali prosto do Warszawy – więc jechaliśmy razem.
Oprócz nas w kierunku północnym jechało jeszcze dużo motocyklistów z Łodzi, Płocka czy Olsztyna więc do Częstochowy jechaliśmy w sporej grupie i czuliśmy się jak na paradzie, a za Częstochową wszyscy rozjechali się w swoje strony i tak został zaliczony mój następny fajny zlot.
Po jakimś czasie będąc u Mańka dostałem od niego zdjęcie mojego motoru które zrobił ten Francuz i przesłał Mańkowi i to było jedyne kolorowe zdjęcie mojego M-72 które jakimś cudem zachowało się do naszych czasów i zamieściłem je na którejś stronie.

Zdjęcie znaczka z następnego zlotu jaki zaliczyłem
w tym roku i to był zlot Osieczna 1983 rok.

Wyjeżdżając w delegacje, motor dla bezpieczeństwa zostawiałem na terenie bazy, a WARTBURG stał na parkingu pod domem i po powrocie z delegacji jechałem po motor i zostawiałem samochód przed zakładem.
„Gruby” nie wiedział że pojechałem na zlot do Sosnowca i od piątku polował na mnie cały czas ponieważ miał jakąś pilną sprawę do mnie i dopadł mnie dopiero w niedziele jak wjeżdżałem na podwórko po zlocie.
Darek potrzebował przewieść jakieś klamoty z Jelonek do klubu, tylko że one nie mieściły się do kosza motocyklowego i dlatego potrzebował mnie z samochodem, ponieważ jego oba samochody były nie na chodzie jak zwykle. Po powrocie ze zlotu było za późno i nie było sensu jechać po mój samochód, więc umówiliśmy się na poniedziałek po pracy, a teraz poszliśmy na piwo do „Jagusi”. Darek nigdy nie był punktualny i jak był z kimś umówiony to zawsze trzeba było na niego czekać i teraz też było tak samo. W tym czasie jak czekałem na „Grubego” przyjechał do klubu jakiś chłopak który podobnie jak ja też był umówiony z nim. Tylko dzisiaj nie pamiętam jak nazywał się ten chłopak na imię miał chyba Wojtek, ale wołali na niego „Małolepszy” i nie mam pojęcia dlaczego miał takie dziwne przezwisko. Chłopak ten przyjechał motocyklem JAWA, ale warkot jego silnika nie był podobny do pracy silnika dwusuwowego i kiedy podszedłem bliżej, to okazało się, że w tym motocyklu jest zamontowany silnik czterosuwowy i była to JAWA-500 OHC z 1957 roku. Motor ten miał bardzo piękną sylwetkę, co widać na załączonych zdjęciach i bardzo mi się podobał – tylko, że był pomalowany na paskudny kolor trawiastozielony, który w ogóle nie pasował do tego motoru i nie mam pojęcia kto wpadł na pomysł pomalowania tego motoru na tak paskudny kolor. Kiedy wreszcie pojawił się „Gruby”, to we trzech pojechaliśmy na Jelonki załatwić sprawę Darka, a chodziło o przewiezienie z działki „Małolepszego” silnika do jego „Garbuski”, który Darek kupił od niego. Po powrocie do klubu pogadałem sobie z tym chłopakiem i dowiedziałem się od niego, że ta JAWA jest aktualnie do sprzedania – ewentualnie zamieni ją coś innego. Ten motor jak wspomniałem podobał mi się, ale kupno jego nie wchodziło w rachubę, ponieważ nie miałem tyle kasy, a zamiana na moje M-72 też go nie interesowała. Powiedział, że może się zamienić za mojego WARTBURGA, więc podałem mu swój adres i numer telefonu, żeby przyjechał do mnie na Ochotę to spokojnie pogadamy o tej sprawie.
Trochę było mi żal pozbywać się tego samochodu, ponieważ po przeróbce półosiek można było już spokojnie jeździć bez obawy że wyleci na jezdnie i w ogóle włożyłem w ten samochód trochę roboty i czasami był potrzebny. Następnego dnia na spokojnie załatwialiśmy sprawę związaną z zamianą pojazdów, tylko że Wojtek chciał żeby mu jeszcze dopłacić. Ja powiedziałem że do tego samochodu oddam wszystkie części jakie posiadam.

Motocykl AWO SIMSON SPORT-250 produkowany w byłym NRD w latach 1950-61.

Motocykl AWO SIMSON SPORT-250 produkowany w byłym NRD w latach 1950-61.

W piwnicy były jeszcze rozmontowane dwa takie same WARTBURGI które nabyłem przez przypadek żeby mieć kartki na paliwo i kiedy pokazałem jemu cały ten skarb to zgodził się to wszystko zabrać. Z wyjątkiem ram to były wszystkie blachy, podzespoły koła i cała masa innych różnych części które tylko zawalały moją piwnicę. Po załatwieniu spraw papierowych stałem się posiadaczem fajnego motoru, a mój WARTBURG poszedł do ludzi i teraz miałem M-72 z koszem i JAWE-500 OHC. Na tym motocyklu zamierzałem jeździć do końca sezonu, żeby lepiej go poznać przed zimowym postojem w piwnicy, a w planach były jeszcze dwa wyjazdy na zloty w tym sezonie. M-72 chwilowo poszło w niełaskę i powędrowało do pustej piwnicy, ale z braku miejsca kosz od niego ponownie zostawiłem w klubie, bo nawet jakbym go wstawił to zabrakło by miejsca na JAWĘ. Przy JAWIE podczas zimowego postoju jak na razie zaplanowana była tylko zmiana tego paskudnego koloru na taki jaki powinien być na tym motocyklu czyli wiśniowy albo czerwony i do przemalowania motoru musiałem go rozmontować na poszczególne detale.

E202.tmp
Motor M-72 stał w piwnicy jako motocykl rezerwowy, ale nie miałem zamiaru ani potrzeby go rozbierać ponieważ był całkowicie sprawny
do samego końca i był na kołach żebym mógł go wystawić jakby mi przeszkadzał kiedy będę rozbierał JAWE do malowania.
Może w tym miejscu wspomnę skąd wzięły się JAWY-500 w Polsce, ponieważ do naszego kraju sprowadzane były tylko motocykle JAWA-250 i 350. Jeśli chodzi o JAWY-500, to te motocykle w liczbie 24 sztuk zostało sprowadzonych przez rząd Polski i były wykorzystane jako honorowa asysta podczas wizyt ważnych osobistości. W latach 70-tych zastąpiono je nowszymi motocyklami marki HONDA, a JAWY zostały sprzedane. Wliczając w to prywatny import, to tych motocykli w Polsce było naprawdę bardzo mało i podejrzewam że motocykli HARLEY WLA jest więcej niż JAW-500 OHC. W tym miejscu jest okazja przypomnieć trochę historii o motocyklach z silnikami czterosuwowymi, które produkowane były na przełomie lat 50-tych i 60-tych w byłych krajach socjalistycznych. Takie motocykle produkowały cztery kraje: Polska produkowała słynnego JUNAKA M10-350 w latach (1956-65), byłe NRD wypuściło też bardzo ładny motocykl widoczny na zdjęciu AWO SIMSON SPORT-250 w latach (1950-61), w byłym CSSR była produkowana w latach (1952-58) właśnie JAWA-500 ohc i czwartym krajem było dawne ZSRR które produkowało najwięcej motocykli tego typu M-72, K-750, URAL-650 i po tych modelach produkują nadal do dnia dzisiejszego DNIEPRA. Ale w połowie lat 60-tych nagle i niepodziewanie w tych trzech krajach zaprzestano produkcji motocykli czterosuwowych i tylko ZSRR – obecnie Rosja – produkuje takie motocykle. Bo niestety takie były tamte czas wszystkimi krajami komunistycznymi rządziła Moskwa.

Zakończenie sezonu 1983 rok na motocyklu JAWA-500 ohc. Dwa zloty Osieczna i Ostrów Maz.

Tak jak wcześniej wspomniałem ostatnie dwa miesiące bogatego w zloty sezony jeździłem tylko na JAWIE, żeby jeszcze przed zimowym postojem dowiedzieć się co będzie do poprawienia w tym motocyklu bo jak na razie w planach była tylko zmiana tego paskudnego koloru oraz chromowanie boków zbiornika żeby przywrócić oryginalny wygląd tego motoru. W którąś sobotę postanowiłem zrobić tym motorem dalszy wypad i pojechałem nim do Karczewa i podczas tej przejażdżki nie podobała mi się praca tego silnika. Jakby coś go bolało, ponieważ były momenty że gnał jak oszalały, a za chwile wlókł się jak żółw i nie miał siły ruszyć z miejsca. Domyślałem się że cała przyczyna takiej pracy silnika znajduje się w aparacie zapłonowym i postanowiłem to sprawdzić przed wyjazdem na zlot, ponieważ nie miałem zamiaru żeby motor padł mi gdzieś w połowie drogi. Najbliższy zlot na który miałem zamiar pojechać organizowany był w miejscowości Osieczna, nad jeziorem Łoniewskim niecałe 10 km przed Lesznem i około 377 km od Warszawy. Było jeszcze sporo czasu żeby zrobić coś z tym aparatem.
Dostęp do tego aparatu na motocyklu był trochę niewygodny więc postanowiłem wymontować całą prądnice i w piwnicy na stole zobaczyć dokładnie jak to jest zbudowane i co się tam dzieje.

32AE.tmp

W prądnicy na drugim końcu twornika zamontowana była krzywka która otwierała dwa przerywacze co było dla mnie bardzo dziwne ponieważ taki układ stosowany był raczej w silnikach dwusuwowych takich jak JAWA-350 która posiadała dwa cylindry. Po wymontowaniu płytki z przerywaczami moje przypuszczenia były słuszne ponieważ jeden przerywacz na ośce był tak rozklekotany, że za każdym razem ustawiał się jak chciał i mało co nie wpadłby do środka prądnicy i wtedy narobiły sporego bałaganu, a przerobić całego aparatu nie miałem możliwości ponieważ pod deklem było za mało miejsca i eksperymentować nie chciałem bo jakby coś nie wyszło to musiałbym szukać drugiej prądnicy co przy tym motocyklu nie byłoby takie łatwe. Teraz żeby to jakoś naprawić, musiałem wymienić oba przerywacze więc zabrałem płytkę i pojechałem do znanego mi sklepu na ul. Nowolipki. iMiałem nadzieję, że coś uda mi się dopasować, ale niestety byłem zawiedziony, ponieważ od żadnego modelu JAWY nic nie pasowało. Jedyne co udało mi się kupić to przerywacze od motocykla PANONIA, które były prawie identyczne, tylko ich ośki były grubsze i musiałem dorobić nowe. Po zamontowaniu silnik pracował w miarę poprawnie, ale w tym aparacie było odśrodkowe przestawianie zapłonu które też nie wyglądało najlepiej i tym tematem będę musiał zająć się podczas zimy. Teraz kiedy silnik pracował w miarę poprawnie, mogłem spokojnie pojechać na zlot do Osiecznej bez obawy że motor padnie tylko najgorsze było to że na ten zlot wyjechałem dopiero w sobotę z samego rana ponieważ z terenu wróciłem w piątek po południu.
Tego i następnego zlotu nie opisywałem ponieważ były podobne do innych. Kiedy tam dojechałem to wszystkie atrakcje były już zakończone i po spotkaniu z kolegami wypiło się nie za dużo i w niedziele rano trzeba było wracać do domu.
Jedyną pamiątką z tego zlotu jest znaczek i szkoda że tych pamiątek tak mało mi się zachowało.
Dwa tygodnie po zlocie w Osiecznej odbył się ostatni zlot w tym sezonie i było to zakończenie sezonu w Ostrowie Maz. Nie był to daleki wyjazd, bo z Warszawy było niecałe 96 km i pojechaliśmy tam ponownie całą paczką. Po zaliczeniu tych dwóch ostatnich zlotów ten przygodowy sezon motocyklowy został zakończony. JAWA powędrowała do piwnicy obok stojącego tam M-72 i czekała na zimowy przegląd, bo już wiedziałem co przy tym motocyklu będę miał do zrobienia.

Rok 1984

Tego sylwestra spędzaliśmy w podobnym składzie jak przed rokiem z tą różnicą że nie w Konstancinie tylko u Mańka w domu na Grochowie i byli tam bracia Nadolni, Maniek z żoną, ja i było jeszcze dwóch lub trzech jego kolegów, ale niestety nie pamiętam kto to był. JAWA do przemalowania została rozmontowana jeszcze w starym roku i teraz po sylwestrowych szaleństwach przyszedł czas zabrać się za robotę, żeby zdążyć z wszystkimi pracami przed rozpoczęciem nowego sezonu motocyklowego, a przy motocyklu mogłem robić jedynie między wyjazdami czyli w soboty i niedziele. Przy JAWIE były do zrobienia tylko dwa zasadnicze tematy: pierwszym była oczywiście zmiana tego paskudnego koloru, a drugim rozwiązanie sprawy z aparatem zapłonowym, ponieważ ten układ z dwoma przerywaczami mnie wkurzał. Przy zmianie koloru obowiązkowo musiałem oddać zbiornik paliwa do galwanizerni żeby pochromować jego boki i w ten sposób przywrócić oryginalny wygląd motoru. Nie miałem pojęcia jak długo będzie to trwało, a bez zbiornika nie mogłem rozpocząć malowania motoru. Już wcześniej wspominałem o brakach niektórych produktów na rynku w tamtych czasach i podobnie było z lakierem, który chciałem kupić do pomalowania motoru. Mało że był drogi, to praktycznie był nie do zdobycia i myślałem że będę zmuszony kupić taki w sklepie „Peweksu”. Tak się złożyło że przez przypadek znalazłem w naszym magazynie lakier, którego odcień był jaśniejszy od wiśni i ciemniejszy od strażackiego i taki kolor już pasował na mój motor, a tego lakieru używali geodeci do odnawiania znaków na wieżach triangulacyjnych, więc dogadałem się z chłopakami, którzy załatwili mi odpowiednią ilość tego lakieru i problem został rozwiązany z czego byłem bardzo zadowolony że motor zostanie tanim kosztem polakierowany. Wszystkie elementy przewidziane do pomalowania przewiozłem do pracy i tam w wolnych chwilach między wyjazdami szykowałem do lakieru, a rama nie była taka wymagająca więc postanowiłem pomalować ją pędzelkiem na czarno co zrobiłem w piwnicy i mogłem już coś do niej montować.
Po odbiorze zbiornika z chromu czekała mnie precyzyjna robota, których nie lubiłem ponieważ byłem za nerwowy do takich robót i na zegarmistrza nie nadawałbym się.

Po pomalowaniu motoru przetłoczenia na zbiorniku i deklu rozrządu widocznym na zdjęciu musiałem pomalować sam co zajęło mi ponad godzinę, ale efekt mojej pracy wyszedł zajebisty.

Po pomalowaniu motoru przetłoczenia na zbiorniku i deklu rozrządu widocznym na zdjęciu musiałem pomalować sam co zajęło mi ponad godzinę, ale efekt mojej pracy wyszedł zajebisty.

Części chromowane musiałem zabezpieczyć przed zamalowaniem, a następnie zmatowić kwasem solnym nadmiar chromu bo lśniącej powierzchni nie przyjąłby się lakier.
O zaletach w tej firmie pisałem już jak malowałem M-72 i teraz JAWA też będzie malowana w tym samym miejscu i nie musiałem z tym tematem pieprzyć w piwnicy.
Po pomalowaniu wszystkich elementów przetłoczenia na zbiorniku z nazwą motoru musiałem wykonać sam, ale ozdobne paski złotą farbą na błotnikach wykonał mi kolega ponieważ Ja nie byłym w stanie tego zrobić samodzielnie.

Adaptacja aparatu zapłonowego od FIATA-126p do silnika JAWY-500 ohc

W samochodzie TOYOTA mojego kolegi zobaczyłem, że aparat zapłonowy zamocowany jest bezpośrednio do głowicy i napędzany jest wałkiem rozrządu i takie rozwiązanie dało mi do myślenia żeby w podobny sposób zamontować aparat zapłonowy w moim silniku tylko musiałem to najpierw dokładnie sprawdzić. Zaraz po powrocie do domu przyjrzałem się głowicy i faktycznie był do niej przykręcony trzema śrubami mały dekielek umożliwiający wymontowanie wałka z rozrządu i w to miejsce można by było wstawić aparat zapłonowy po odpowiednich przeróbkach.
JAWA była pomalowana więc teraz temat który był numerem drugim został tematem pierwszym i teraz musiałem tylko kupić aparat zapłonowy i porobić odpowiednie rysunki.

W miejsce tego dekielka zamontowałem aparat zapłonowy od FIATA-126p i szkoda, że nie posiadam zdjęcia motoru z tym aparatem, a te dwa zdjęcia znalazłem w Internecie.

W miejsce tego dekielka zamontowałem aparat zapłonowy od FIATA-126p i szkoda, że nie posiadam zdjęcia motoru z tym aparatem, a te dwa zdjęcia znalazłem w Internecie.

Do zamontowania nadawał się tylko jeden aparat jaki był dostępny i to był aparat od samochodu FIAT-126p. Takich aparatów zapłonowych w sklepie „Bomisu” nie było w sprzedaży, a szrotów takich jak obecnie też nie było, więc musiałem kupić go w sklepie „Motozbytu” i nie był tani. Teraz mając aparat żeby porobić odpowiednie rysunki musiałem wymontować głowicę z silnika i rozmontować ją.
Pierwszy raz rozbierałem ten silnik i nie miałem zamiaru popełnić tego samego błędu jaki popełniłem podczas składania silnika od HARLEYA, kiedy to jedno koło od rozrządu było przestawione.
Rozrząd w tym silniku w zasadzie był bardzo prosty ponieważ składał się z dwóch przekładni stożkowych podobnych do tych jakie są w szlifierkach kątowych i te przekładnie połączone były pionowym wałkiem zwanym „Królewskim”, a w głowicy był poziomy wałek rozrządu z krzywkami. Przed wymontowaniem głowicy szukałem znaków nastawczych do ustawienia rozrządu, ale okazało się że głowice można było wymontować po odkręceniu ośmiu śrub i ponownie zamontować bez żadnego problemu ponieważ nie było możliwości zamontowania jej w inny sposób.
Dopiero jak wyjmowałem wałek krzywkowy z głowicy to na górnej przekładni były odpowiednie znaki nastawcze do ponownego ustawienia kół w takiej pozycji względem siebie jak przed demontażem.
Teraz mając rozmontowaną głowice mogłem zabrać się za następny temat którego nie cierpiałem i jeszcze w szkole miałem z nim spore problemy ponieważ zawsze dostawałem z tego przedmiotu „trójkę na szynach”, ale teraz niestety musiałem zrobić to sam – czyli wykonać odpowiednie rysunki.
Najważniejszym elementem w tej przeróbce było dorobienie odpowiedniej tulei redukcyjnej stanowiącej połączenie obudowy aparatu zapłonowego z głowicą, a reszta to były już prace dodatkowe takie jak nacięcie kanałka w wałku rozrządu do napędu aparatu oraz skrócenie obudowy i wałka w aparacie i dorobienie na nim płetwy do połączenia z wałkiem rozrządu. Marek de Nisau po powrocie z wojska nadal pracował razem z ojcem w Ośrodku Doświadczalnym FSO i miał tam dostęp do różnych maszyn, o czym już wspominałem jak dorabiał wałek do skrzyni biegów od HARLEYA, a później jakieś elementy od klawiatury do motocykla ROYAL ENFIELD-350. Tylko że Marek po ożenku wyprowadził się od nas z Ochoty na Jelonki, więc któregoś dnia czekała mnie wycieczka do niego, ale to nie był żaden problem. Taką tuleje mogłem dorobić w każdym pierwszym lepszym warsztacie tokarskim, tylko nie miałem pojęcia ile to będzie kosztowało, a u Marka na pewno będzie taniej i jakby czegoś nie wiedział to Marek wieczorem zadzwoniłby do mnie. Zaraz po powrocie z terenu nie mając pewności czy moje rysunki, które wykonałem są poprawnie zrobione postanowiłem jadąc do niego zabrać wszystkie elementy dotyczące tej przeróbki czyli głowice, obudowę aparatu, wałek krzywkowy i wałek od aparatu zapłonowego.
Jak miałem wolną chwile to do Marka jeździłem bardzo często bez żadnej potrzeby po prostu żeby sobie z nimi wypić. Teraz do Marka jechałem w swojej sprawie więc nie wypadało pojechać z pustą ręką i dlatego jadąc do niego zrobiłem przystanek w hali „Wola” na ul. Człuchowskiej, żeby zrobić odpowiednie zakupy do kolacji w postaci wody rozmownej i kurczaka do upieczenia. W tym czasie co z Markiem przeglądaliśmy rysunki, to jego żona szykowała kolacje i najważniejsze było to, że w moich rysunkach nie było makabrycznych błędów. więc zaraz po tym zabraliśmy się za bardziej przyjemniejsze zajęcie, a jakby zabrakło nam tego napitku i sklep też byłby zamknięty to w sąsiednim bloku urzędowała „Babcia”, u której była meta. Po wizycie u „Babci” wiedziałem już, że dzisiejszy nocleg zaliczony będzie u Marka i nie pierwszy już raz. Do zamontowania aparatu zapłonowego od FIAT nie miałem potrzeby rozbierania całego silnika została tylko wymontowana głowica, ale dla dodania blasku temu motorowi zostały oddane do polerowania dwa duże boczne dekle co nie stanowiło żadnego problemu i nie było kosztowne jak chromowanie.

Tego typu stacyjka z amperomierzem montowana była w motocyklach JAWA-500 ohc i JAWACH-350. Zamontowana była na zbiorniku paliwa.

Tego typu stacyjka z amperomierzem montowana była w motocyklach JAWA-500 ohc i JAWACH-350. Zamontowana była na zbiorniku paliwa.

Kiedy sprawy dotyczące aparatu zapłonowego były w toku zabrałem się za montaż motocykla ponieważ wszystkie elementy miałem pomalowane i powoli zaczynało coś już przybywać na ramie. W galwanizerni razem ze zbiornikiem paliwa były w chromie sprężyny od tylnego zawieszenia i teraz mogłem motor tymczasowo postawić na kołach. Ponieważ w tylnym hamulcu okładziny szczęk były trochę zużyte i nadawały się do wymiany tylko nie miałem pojęcia od czego będą mi pasowały. JAWA-500 posiadała bardzo duże bębny hamulcowe – jak w żadnym innym modelu JAWY, co widać na załączonych zdjęciach i okazało się że takie okładziny pasowały od samochodu ŻUK, ponieważ miały taką samą szerokość, tylko były trochę za długie i musiałem kupić bez otworów bo oryginalne nie pokrywały się z otworami w szczęce do JAWY. Po tygodniu wszystkie elementy były gotowe więc będzie ponowna balanga u Marka, ale teraz będę mógł dokończyć sprawę montażu silnika, a brak głowicy przy silniku blokował mi jego montaż do ramy i resztę innych prac.

Następne zdjęcie tego pięknego motoru i te zdjęcia znalazłem w Internecie, ponieważ mało kto z nas w tamtych czasach posiadał aparat fotograficzny.

Następne zdjęcie tego pięknego motoru i te zdjęcia znalazłem w Internecie, ponieważ mało kto z nas w tamtych czasach posiadał
aparat fotograficzny.

Ppodczas składania aparatu wyszedł mały nie przewidziany problem. Myślałem że sobie z nim poradzę sam, ale niestety tak nie było.
Po skróceniu wałka w aparacie należało wywiercić nowy otworek o średnicy ø 3 mm na zabezpieczenie tylko że Ja zapomniałem na rysunku oznaczyć w którym miejscu ma być. Marek sądził że ten otworek wykonam sam w domu, ale niestety okazało się że ten wałek był twardy i nie mogłem tego zrobić żadnym wiertłem. Dopiero Marek zrobił ten otworek elektro – drążarką, tylko ta operacja opóźniła montaż motoru o tydzień z czego byłem bardzo niezadowolony. Po uporaniu się z ostatnimi problemami silnik wreszcie został zamontowany do ramy i teraz nie mogąc doczekać się postanowiłem na chwilę jeszcze w piwnicy spróbować go odpalić, żeby sprawdzić czy wszystko zadziała. Kiedy silnik odpalił to bardzo byłem z tego faktu zadowolony. Po tym eksperymencie poszedłem na piwo wiedząc, że mój patent działa.
Teraz mając już wszystko co było mi potrzebne mogłem zabrać się za składanie motoru w jedną całość. Jednake moje prace strasznie się spiętrzyły z powodu braku na to czasu, ponieważ po zimowym przestoju pojechały w teren zespoły geodezyjne i w związku z tym nasiliła się liczba wyjazdów do zgłoszonych awarii. Teraz – po powrocie z terenu – do składania motoru miałem tylko sobotnie wieczory i niedziele i czasami jak złapałem się za robotę i dobrze mi szło to siedziałem w piwnicy do późna w nocy i nawet nie miałem czasu wyskoczyć na piwo, więc przed robotą kupowałem sobie kilka piw żeby nie uschnąć podczas składania motoru. Takie były uroki mojej pracy w terenie, z której nie miałem zamiaru rezygnować ponieważ to była wspaniała „Fucha”.
W poprzednim sezonie miałem kilka sytuacji, że późnym wieczorem wróciłem z delegacji, a następnego dnia rano gnałem w przeciwny koniec Polski kilkaset kilometrów na swój upragniony zlot po to tylko, żeby spotkać się z kolegami i jak już tam człowiek dojechał to zmęczenie dawało znać o sobie i wystarczyło wypić kilka piw i człowiek padał jak przysłowiowy pies „Pluto” i nie było na ten stan rzeczy żadnego sposobu. Wreszcie nadeszła upragniona chwila kiedy mój odświeżony motor w sobotę wystawiliśmy z piwnicy na podwórko. W słonecznym świetle prezentował się zajebiście – zwłaszcza chromowane połówki zbiornika, w których można było przeglądać się jak w lusterku.
Wystawiając motor z piwnicy został rozpoczęty nowy sezon motocyklowy 1984 roku na odświeżonym motocyklu JAWA-500 ohc i na pierwszą przejażdżkę postanowiłem pojechać do klubu, a przy okazji sprawdzić jak będzie spisywał się mój patent z aparatem w praktyce.

To jest zdjęcie znaczka ze zlotu w Łukowie,jaki zaliczyłem na rozpoczęcie sezonu 1984 roku. To był pierwszy zlot w tym sezonie.

To jest zdjęcie znaczka ze zlotu w Łukowie,jaki zaliczyłem na rozpoczęcie sezonu 1984 roku. To był pierwszy zlot w tym sezonie.

W klubie chłopakom podobał się mój odświeżony motor bo teraz przynajmniej jego wygląd podobny był do wyglądu oryginalnej JAWY.
Chłopaki zauważyli zamontowany w motocyklu aparat zapłonowy od FIATA-126p i byli ciekawi jak on się spisuje w moim silniku.
Ale moja odpowiedź była prosta skoro dojechałem tu to oznaczało że ten mój aparat działał, a jak będzie później to sam nie wiedziałem bo na razie przejechałem tylko parę kilometrów tylko tyle ile jest z domu do klubu. Podczas tej przejażdżki interesowało mnie czy do aparatu nie będzie dostawał olej z silnika ponieważ w samochodzie FIAT-126p aparat zamontowany był pionowo, a w moim silniku był poziomo i istniało takie zagrożenie. Po powrocie z klubu pierwsza kontrola czy w aparacie niema oleju i okazało się że w środku jest sucho i teraz zobaczymy co będzie po dalszej trasie. Jak na razie wrażenia z jazdy na tym aparacie były zajebiste ponieważ silnik wkręcał się na obroty tak jak powinien i podejrzewałem też że na pewno będzie palił mniej niż w poprzednim sezonie co było bardzo istotne w tamtych czasach zwłaszcza na długich trasach, ale to wszystko wyjdzie w praniu samo.

Zlot Łuków rok 1984

Rozpoczęcie nowego sezonu na motocyklu JAWA-500 OHC zacząłem od wyjazdu na pierwszy w tym roku zlot, który był organizowany w Łukowie i o którym dowiedziałem się przez przypadek. Tak się złożyło, że podczas tego kursu jedno zgłoszenie awarii mieliśmy właśnie w Łukowie. Jak dojechaliśmy, to było już zbyt późno żeby rozkładać się z robotą, więc poszliśmy wszyscy razem do miejscowego baru żeby coś zjeść na kolacje i przy okazji wypić z kolegami kilka piw albo coś mocniejszego.
W tym barze spotkałem kilku kolegów, z którymi widziałem się w poprzednim sezonie na zlotach w Olsztynie, Różanie Ostrowie Maz i innych. Byli zdziwieni co ja tutaj robię. To od nich dowiedziałem się, że w połowie maja będzie u nich organizowany zlot na otwarcie sezonu i oczywiście powiedziałem, że jak nie będzie jakiegoś kataklizmu to na pewno się na tym zlocie pojawię. Tak jak było do przewidzenia w tym tygodniu co odbywał się zlot w Łukowie to zleceń do naprawy dużo nie było, ale to były same grube roboty i martwiłem się czy z terenu wrócimy na czas, bo były przypadki, że czasami wracaliśmy w niedziele, a tego bardzo bym nie chciał. Zgłoszenia awarii do których mieliśmy jechać w tym tygodniu były w województwach Lubelskim i Tarnowskim i wtedy zaświtał mi pewien pomysł, żeby wyjeżdżając w teren w tych tygodniach co ma być zlot do samochodu służbowego załadować motocykl i po skończonej robocie Włodek wracałby do Warszawy sam, a ja nie tracąc czasu pojechałbym na zlot. Niestety ten wspaniały pomysł był nierealny, ponieważ czasami nasz samochód był załadowany do granic możliwości podzespołami, które mieliśmy wymieniać i na mój motor nie było już miejsca. Mimo najlepszych naszych starań i uwijania się z robotą przy naprawach – z terenu wróciłem w piątek późnym wieczorem, ale to nie był problem z wyjazdem na zlot do Łukowa, ponieważ z Warszawy było około 120-stu km i śmiało mogłem pojechać w sobotę z samego rana. Najgorsze było to, że jak przyjechałem do Warszawy to zamknięta była już „Jagusia” i nie miałem gdzie kupić piwa, żeby się napić po podróży. Ojciec miał dwa piwa i poczęstował mnie jednym z czego byłem zadowolony. W sobotę z samego rana wyjechałem i po dwóch godzinach siedziałem już z chłopakami na piwie. Po dojechaniu na miejsce ponownie sprawdziłem aparat zapłonowy i oleju w nim nie znalazłem i to było pocieszające.
Po powrocie z tego zlotu wiedziałem że ten patent z aparatem będzie działał i nie będzie z nim żadnych problemów więc postanowiłem że na następne zloty w tym sezonie jakie jeszcze będą to pojadę na motocyklu JAWA-500 ohc no chyba że coś się w niej zepsuje. Skoro JAWA sprawdziła się podczas pierwszego zlotu to była okazja zabrać się w międzyczasie za przeróbkę w motocyklu M-72 i zamontować do niego prądnicę od FIATA-126p tym bardziej, że miałem już wszystkie potrzebne rysunki i zbliżała się premia kwartalna – bo to był spory wydatek, zwłaszcza kupno prądnicy i regulatora napięcia. W wolnych chwilach wymontowałem silnik z motoru ponieważ do tej przeróbki potrzebowałem tylko goły blok silnika, żeby przerobić w nim gniazdo mocowania prądnicy.

Zlot Złotoryja rok 1984 – trudny powrót na ropie

Po zlocie w Łukowie następny zlot jaki był w grafiku wypadał gdzieś na początku czerwca i organizowany był w Złotoryi. Jak się później okaże – ten zlot obfitował w bardzo wiele ciekawych i dziwnych przygód które przeżyłem. Z Warszawy do Złotoryi było około 435 km i to był już ładny kawałek trasy, a ja zawsze lubiłem takie długie wyjazdy ponieważ to było wielkie wyzwanie dla sprawdzenia samego siebie i motocykla. Po zaliczeniu zlotu w Łukowie, chłopaki z podwórka byli ciekawi, którym motorem pojadę na ten daleki zlot do Złotoryi. Z motocykla M-72 wyjęty miałem silnik żeby dokonać odpowiednich przeróbek, ale w razie konieczności mogłem w każdej chwili wmontować go z powrotem.
Jeśli chodzi o wyjazd do Złotoryi – to wszystko przemawiało za tym żeby pojechać na JAWIE, ponieważ była szybsza, wygodniejsza i co najważniejsze: paliła dużo mniej niż M-72, co było bardzo istotne na tak długiej trasie w tamtym czasie. Najgorsze było to, że benzyna była nadal na kartki i wyjeżdżając na ten zlot w tak długą trasę musiałem zabrać ze sobą odpowiedni zapas paliwa, ponieważ z tymi kartkami co miałem na oba motory nie starczyło by mi na całą trasę. Jak na razie sprawy dotyczące zdobycia paliwa załatwialiśmy z Włodkiem we własnym zakresie, a mieliśmy z czego. W naszej firmie na pogotowiu technicznym były samochody marki UAZ-452, który nazywany był „Blaszanką” albo „Buchanką” i to była nasza życiodajna krówka, którą doiło
się jak tylko można było.

Taki samochód UAZ-452 mieliśmy na wyposażeniu jako pogotowie techniczne w Geodezji, którym jeździliśmy po całym kraju. To była nasza życiodajna krówka w tamtych trudnych czasach.

Taki samochód UAZ-452 mieliśmy na wyposażeniu jako pogotowie techniczne w Geodezji, którym jeździliśmy po całym kraju. To była nasza życiodajna krówka w tamtych trudnych czasach.

A sprawa dojenia tej krówki była bardzo prosta. Każdy samochód miał ustaloną normę spalania i dla tego samochodu wynosiła ona 18,5 l/100 km, ale jak czasami trzeba było użyć przedniego mostu w trudnym terenie to ta norma wynosiła już 22,5 l/100 km tylko że nasz samochód
był tak wyregulowany że spalał w trasie nie więcej bo tylko 13,5 l/100 km co można łatwo policzyć ile paliwa nam zostawiał po całym tygodniu jazdy w delegacji, a przez tydzień przejeżdżaliśmy przeciętnie około 1500 km. Taki stan rzeczy czasami nas wkurzał zwłaszcza w górzystym terenie, kiedy nie mogliśmy wturlać się na najmniejszą nawet górkę, ale niestety niema nic za darmo…
Wracamy do sprawy wyjazdu na zlot do Złotoryi i żeby jechać motocyklem JAWA to musiałem do niego dorobić jakiś stelaż, żeby zabrać się z tym zapasem paliwa, bo oprócz tego – miałem do zabrania jeszcze zestaw do spania i plecak z ciuchami. Gdybym jechał motorem M-72 to nie byłoby z zabraniem się z tym bagażem, ponieważ do kosza zmieściłoby się wszystko i byłby jeszcze trochę luzu, ale tak jak wspomniałem wcześniej motor ten palił dwa razy więcej paliwa niż JAWA więc koło ekonomiczne zamykało się. Nigdy nie robiłem dokładnych pomiarów ile paliwa spala mój motor, ale teraz przed tym dalekim wyjazdem wyliczyłem że na zlot do Złotoryi i z powrotem będę potrzebował około 50 litrów paliwa. Po dorobieniu stelaża na wyjazd postanowiłem zabrać kanister 20-litrowy, 10-litrową bańkę. Miałem zabrać ze sobą kartki z dwóch motorów, na których pozostały mi tylko trzy kupony no i oczywiście to, co nalałem do zbiornika. To wszystko dawało mi razem 60 litrów paliwa. Tak jak wspominałem benzyna była nadal na kartki. Jeśli chodzi o przydziały paliwa na samochody – uzależnione były od jego pojemności silnika, a motocykle potraktowane zostały niesprawiedliwie i jednakowo – ponieważ nie uwzględniano pojemności silnika. Czy miał 125 cm3 czy 750 lub 1000 cm3 – na jeden taki kupon przypadało pięć litrów benzyny, ale za komuny nikogo to nie interesowało. W pracy minął już nawał z wiosennymi wyjazdami i mogłem w ramach odbioru godzin załatwić sobie oprócz piątku również, wolny czwartek, żeby spokojnie pojechać na zlot do. Na zlot wyjeżdżałem z samego rana przy pięknej pogodzie żeby w razie jakich problemów z motorem nie plątać się po nocy w obcym terenie, a mój motor podczas tego wyjazd przypominał obładowanego wielbłąda przed wyruszeniem w karawanie na pustynie, jednak ogólnie nie musiałem się spieszyć. Jak na razie jechało się wspaniale. Jechałem w granicach 80÷90 km/h i to nie było to, co jedenaście lat temu, kiedy z Jarkiem turlaliśmy się TRIUMPHEM z kosmiczną szybkością na nasz pierwszy zlot. Owszem silnik pracował bez zarzutu, ale w motocyklu oprócz silnika były jeszcze też i inne podzespoły takie jak sprzęgło, skrzynia biegów czy prądnica, które mogły zepsuć się nieoczekiwanie w każdej chwili, a ja nigdy nie planowałem czasu przejazdu na zlot, bo wtedy właśnie dopadały mnie różne nieprzewidziane awarie. Jadąc sobie spokojnie robiłem tylko częste postoje na papierosa, a jak chciałem coś zjeść to zatrzymywałem się w znanych mi miejscach, które poznałem podczas służbowych wyjazdów i wiedziałem gdzie można było zjeść tanio i dobrze. Podczas jednego z postojów na papierosa zauważyłem, że moja plastykowa bańka z paliwem była pusta i mało szlak mnie nie trafił jak to zobaczyłem, tylko nie miałem pojęcia dlaczego tak się stało. Okazało się że banka podczas jazdy wyluzowała się i obijała się o amortyzator do czasu aż powstała w niej dziura i paliwo na prawie 200 kilometrów poszło się jebać. Ja z tej bańki uratowałem tylko około dwóch litrów, co było kroplą w morzu. To co straciłem, to nie był jeszcze koniec moich kłopotów z paliwem podczas jazdy na ten zlot. Po tym nieciekawym odkryciu pojechałem dalej i jak na razie nie myślałem o stanie paliwa, tylko interesowało mnie żeby na zlot dojechać nie zaliczając żadnej awarii, a o kłopotach paliwowych będę martwił się podczas powrotu do Warszawy. Jadąc dalej nie myślałem już o paliwie, kiedy dopadła mnie najdziwniejsza i bardzo nieprzyjemna przygoda która mogła dopaść każdego i to była przygoda z kotem. Przejeżdżając przez jakąś małą miejscowość, z podwórka wyleciał nagle mały kotek, którego gonił pies i pech chciał że ten kotek wpadł w moje tylne koło i całe szczęście że łańcuch nie wciągnął go do środka bo mogłoby dojść do zablokowania koła i wywrotka byłaby murowana. Po wyjechaniu z wioski zrobiłem sobie mały postój na papierosa, żeby trochę ochłonąć po tym zdarzeniu i wtedy poczułem zapach benzyny. Dokonałem następnego niemiłego odkrycia: cały namiot nasiąknięty był benzyną wyciekającą z kanistra który był przymocowany na nim. Na ten wyjazd zabrałem oprócz plastykowej bańki – którą już szlak trafił – stary amerykański kanister 20-litrowy z 1942 roku, ponieważ o kupnie nowego kanistra można było tylko pomarzyć w tamtych czasach. W kanistrze tym trzymałem paliwo uzbierane podczas wyjazdów w teren i teraz musiałem pod jego nakrętkę dorobić nową uszczelkę, a nie mając gumy olejoodpornej zastosowałem gruby korek tylko nie przypuszczałem że ten materiał tak szybko ugniecie się i w ten sposób powstał przeciek. Zanim zauważyłem ten wyciek – to zgubiłem paliwo na następne 200 km i teraz moje wkurwienie sięgnęło zenitu. Pozostałe paliwo jakie zostało w tym baniaku przelałem do zbiornika, żeby nie zgubić go do reszty i pojechałem dalej. Już wiedziałem, że teraz będę miał poważne kłopoty podczas powrotu do Warszawy. Po tych nieprzewidzianych przygodach dalsza część podróży przebiegła już bez żadnych atrakcji i do Złotoryi dotarłem około południa i cały przejazd razem z wszystkimi postojami zajął mi pięć i pół godziny.

TRIUMPH-350 z 1936 roku. Taki motocykl miałem 11 lat wcześniej i na takim motocyklu przyjechali chłopaki, którym pomagałem w uruchomieniu ich motocykla. To zdjęcie też znalazłem w Internecie.

TRIUMPH-350 z 1936 roku. Taki motocykl miałem 11 lat wcześniej i na takim motocyklu przyjechali chłopaki, którym pomagałem w uruchomieniu ich motocykla. To zdjęcie też znalazłem w Internecie.

Miejsce tego zlotu zlokalizowane było na terenie jakiegoś stadionu podobnie jak to było na zlocie w Ostrowie Wlkp. i kiedy tam dojechałem to na placu były tylko motory organizatorów którzy dopiero wszystko szykowali na przyjęcie uczestników tego zlotu. Rejestracja i bar piwny niebyły jeszcze czynne więc po przywitaniu się z chłopakami w pierwszej kolejności rozstawiłem namiot żeby do wieczora przewietrzył z tego smrodu paliwa bo inaczej czułbym się w nim jak w komorze gazowej i jeszcze bym się zatruł. Kiedy namiot wietrzył się, ja nie przeszkadzając chłopakom wybrałem się do miasta po jakieś zapasy na kolację no i oczywiście po zapas piwa na wieczór, bo po tych przygodach zaschło mi w gardle. W piątek zaczęły zjeżdżać się motory na ten zlot i jak na razie przyjeżdżały te z najbliższych okolic. Bar piwny był już otwarty więc siedziałem w nim i przyglądałem się przyjeżdżającym ludziom i motorom wypatrując swoich kolegów.
Bar piwny był obok rejestracji naprzeciwko bramy wjazdowej na zlot, więc punkt obserwacyjny miałem dobry, ale gdzieś około południa ponownie poszedłem do miasta głównie po to żeby zjeść coś ciepłego. Po powrocie dalej siedziałem w barze, a przy okazji rozmawiałem z miejscowymi chłopakami gdzie i od kogo można zdobyć trochę paliwa.
Późnym popołudniem dotarła na teren zlotu mała grupa motocyklistów z Warszawską rejestracją, ale z tej grupy znałem tylko dwóch chłopaków. Byli to bracia Nadolni razem ze swoimi kolegami, których ja widziałem po raz pierwszy. Teraz przynajmniej nie byłem już sam, a w drodze powrotnej będziemy wracać razem i będzie nam raźniej.
Po piątkowych baletach z chłopakami mogłem sobie poleżeć w namiocie i poczekać jak wstanie reszta kolegów. Ja nie planowałem żadnych wyjazdów – zwłaszcza na paradę do miasta – ze zrozumiałych względów. Bary na zlotach otwierane były różnie, a ja nie lubiłem czekać aż je otworzą i zawsze zostawiałem sobie dwie butelki piwa, żeby mieć na porannego kaca, ale nie dane mi było poleżeć w spokoju. Leżąc w namiocie i popijając piwo usłyszałem jakiś warkot i zastanawiałem się, która mogła być godzina – bo zegarka nie miałem – postanowiłem zobaczyć co za idiota robi tyle hałasu i katuje motor zakłócając mój spokój. Wyglądało, że próbowali odpalić jakiś motor pchając go po bieżni stadionu ale bezskutecznie.
Po wyjściu z namiotu małe zdziwienie, ponieważ przed moim namiotem stał motocykl TRIUMPH-350 i w pierwszej chwili myślałem że mam halucynacje ponieważ to był taki sam motocykl jaki miałem jedenaście lat temu – tylko, że mój był w kolorze czerwonym, a ich był czarny i bardziej przypominał oryginała bo był lepiej odpicowany niż mój. Obok tego motocykla stało trzech ludzi i odpoczywali bo zmęczyli się tym pchaniem, a ja znając ten motor domyślałem się co go boli, więc postanowiłem im pomóc. Zapytałem ich co się dzieje. Pchali ten motor już drugie okrążenie, a silnik milczał i z rury kapało niespalone paliwo. Owszem zdarzały mi się sytuacje kiedy motor trzeba było odpalić przez pchanie, ale w przypadku jak był padnięty akumulator i wystarczyły trzy cztery metry i silnik odpalał jak dostał prąd z prądnicy. Wtedy usłyszałem od nich taką piękną wiązankę i myślałem, że od tego ich gadania uszy mi zwiędną, a ta wiązanka brzmiała tak „Co ty stary zgredzie możesz wiedzieć o tym motocyklu. On nigdy nie palił z kopniaka i nie będzie”. Ja nigdy nie byłem obraźliwy więc wysłuchałem ich mowy do końca. Nie mam pojęcia skąd oni byli, ale motocykl posiadał rejestracje z Wrocławia lub tego województwa i faktem było, że ja dla nich byłem „Zgredem” ponieważ miałem wtedy 34 lata, a oni mieli około 18÷20 lat nie więcej i widać było, że bardzo pragną pojechać na paradę do miasta. Kiedy oni wygłosili już swoją mowę i przestali się mądrzyć – wtedy ja powiedziałem im, że kopniak w motocyklu został zamontowany nie dla ozdoby, tylko w konkretnym celu dla rozruchu silnika. Jeżeli nie możecie poradzić sobie z tym motocyklem to pchajcie go dalej po tym stadionie do usranej śmierci, a on i tak wam nie odpali. Następnie dodałem że ja stary – „Zgred” jak mnie nazwaliście – mogę pomóc wam w uruchomieniu tego motoru w bardzo prosty sposób. Moja propozycja była taka: zostawiacie tutaj motor i idziecie do baru po skrzynkę piwa, a ja w tym czasie uruchamiam wasz motocykl i jeżeli on odpali z kopniaka to za to piwo zapłacicie wy bo jak nie odpali no to zapłacę ja, ale to piwo i tak wypijemy razem po waszym powrocie z parady i pogadamy na temat waszego motocykla. Po wysłuchaniu mojej propozycji popatrzyli na mnie jak na wariata, ale doszli do wniosku że nic nie tracą i mogą tylko zyskać. Zostawili motor i udali się w kierunku baru. Ja gdybym nie znał tego motocykla to wcale bym się nie wychylał, ale mój motor też nie chciał palić z kopniaka i po jakimś czasie przez przypadek doszedłem co mu dolega i od tamtej pory palił ni za każdym razem.

To jest zdjęcie samochodu TATRA-603 z 1965 roku i takim samochodem przyjechała na zlot do Złotoryi mała grupa Czechów z Mlada Boleslav. Zdjęcie tego pięknego samochodu znalazłem w Internecie.

To jest zdjęcie samochodu TATRA-603 z 1965 roku i takim samochodem przyjechała na zlot do Złotoryi mała grupa Czechów z Mlada Boleslav. Zdjęcie tego pięknego samochodu znalazłem w Internecie.

Kiedy oni poszli do baru to zabrałem się za sprawdzanie wszystkiego w ich motocyklu. W pierwszej kolejności usunąłem paliwo ze skrzyni korbowej które nazbierało się podczas tego pchania, a do tego służył specjalny korek pod silnikiem i kiedy go wykręciłem to wylało się ponad pół litra niespalonego paliwa i dopiero po tym zabiegu sprawdziłem i poustawiałem wszystko podobnie jak to było poustawiane w moim motocyklu i spróbowałem odpalić silnik z kopniaka. Silnik odpalił. Po powtórzeniu jeszcze kilka razy, żeby mieć pewność, walnąłem się przed namiotem czekając na chłopaków i kończyłem swoje drugie piwo. Chłopaki z baru długo nie wracali i myślałem że po to piwo poszli do miasta, ale okazało się że facet co miał taką odpowiedzialną prace jak prowadzenia baru na zlocie motocyklowym spóźnił się i naraził zlotowiczów na cierpienia spowodowane małym kacem. Po ich powrocie z baru wytłumaczyłem im co i w jakiej kolejności mają zrobić przed odpaleniem silnika i przed zgaszeniem, ponieważ w tym motocyklu było trochę istotne o czym przekonałem się sam i następnie kazałem im odpalić silnik z kopniaka. Kiedy odpalił byli bardzo zdziwieni i nie wiedzieli co mają powiedzieć. Jak ochłonęli już po odpaleniu motocykla, to wtedy ja wygłosiłem im swoją mowę, że po to przyjeżdżają na zloty starych motocykli żeby od takich starych „Zgredów” jak ja czegoś się dowiedzieć o motocyklach bo nachlać się gorzały to można w domu nie ruszając się z miejsca. Po wysłuchaniu mojego kazania rozstaliśmy się na jakiś czas, bo poszli szykować się na swoją upragnioną paradę, a ja z tej skrzynki co przynieśli wziąłem tylko dwa piwa i poszedłem do namiotu dalej odpoczywać. Jak nadszedł czas wyjazdu na paradę to przeniosłem się do baru i tam oczekiwałem na powrót swoich kolegów, którzy po paradzie mieli zrobić w mieście jakieś zakupy na kolacje. Słysząc narastający warkot motocykli było wiadomo, że parada została zakończona i większość motocyklistów wracała już z miasta na teren zlotu. Razem z motocyklistami wjechał fajny samochód o pięknej sylwetce co widać na zdjęciu, które zamieściłem, a był to samochód TATRA-603 z 1965 roku. Tym samochodem przyjechała mała grupa Czechów. Z samochodem przyjechał też jeden motocykl M-72 z koszem. Jeśli chodzi o Czechów – to nie mieli daleko, ponieważ przyjechali z miasta Mlada Bolesłav, gdzie produkowane były słynne SKODY, które produkowane są do dnia dzisiejszego. Do przejechania mieli tylko około 143 km czyli prawie trzy razy mniej niż my. Po powrocie z parady chłopaki, którym pomagałem uruchamiać ich TRIUMPHA poprosili mnie do swojego namiotu, tym razem w bardziej przyjemny sposób, żeby porozmawiać na temat tego motocykla. Najbardziej interesowało ich skąd wiedziałem jakie są dolegliwości tego motocykla, więc już na luzie powiedziałem im, że to jest czysty przypadek, ponieważ jedenaście lat temu – w 1973 roku, jak zaczynałem bawić się starymi motocyklami – właśnie pierwszym moim motocyklem był taki sam TRIUMPH-350. Tylko miałem go dłużej i dlatego poznałem go lepiej i na tym motocyklu zaliczyłem tak samo jak oni swój pierwszy w życiu zlot, który był Wolsztynie tylko miałem do przejechania trochę więcej od nich bo 405 km,. A wy z Wrocławia mieli tylko około 90 km i podczas tej jazdy miałem kłopoty z prądnicą którą udało mi się naprawić. Podczas tej rozmowy wypiliśmy butelkę i chłopaki koniecznie chcieli mój adres, więc im podałem i tak zakończyła się ta dziwna przygoda ze starym TRYUMPHEM po raz drugi w życiu i zakończył się też wspaniały ciekawy dzień na tym zlocie.
Po zakończeniu zlotu wszyscy szykowali się do odjazdu zwłaszcza ci co mieli najdalej tak jak my. Ja swój wyjazd zaplanowany miałem na poniedziałek, ale ze względu na zaistniałą sytuację postanowiłem pojechać razem z chłopakami w niedzielę, żeby było raźniej, no i w razie konieczności czy awarii jeden drugiemu pomorze.
W czasie jak pakowałem się do wyjazdu, to podeszło do mnie kliku Czechów co przyjechali tą TATRĄ i przyglądali się mojej JAWIE i dziwiło ich to, że mam zamontowany tylko jeden gaźnik bo u nich chłopaki przy swoich motorach mają zamontowane po dwa gaźniki.

To zdjęcie też znalazłem w Internecie i przedstawia silnik samochodu TATRA-603 i jest to silnik V-8 o pojemności 2.5 litra chłodzony jak w każdej TATRZE powietrzem.

To zdjęcie też znalazłem w Internecie i przedstawia silnik samochodu TATRA-603 i jest to silnik V-8 o pojemności 2.5 litra
chłodzony jak w każdej TATRZE powietrzem.

Moja odpowiedź była taka, że ten motor kupiłem w takim stanie jak widać, a druga sprawa była taka, że nie byłem zainteresowany montowaniem drugiego gaźnika z dwóch powodów: pierwsza to nie posiadałem drugiego gaźnika, a druga to nie zamierzałem przerabiać tego motoru na jakiś rajdowy i na dwóch gaźnikach spalanie byłoby
większe, co w tamtych czasach było bardzo istotne i wyregulować dwa gaźniki jest trudniej. Po spakowaniu się byłem gotowy do wyjazdu i wiedziałem, że na powrót do Warszawy brakuje mi paliwa. Zastanawiałem się jak wybrnąć z tej trudnej sytuacji. Wyjścia miałem dwa: ponieważ trzecie było nieaktualne – czyli zakup paliwa od miejscowych ludzi, bo mieli takie same kłopoty z paliwem jak my wszyscy w tamtym okresie. Nie miałem pojęcia ile paliwa znajduje się w zbiorniku i mając jeszcze do wykorzystania dwa kwadraciki na kartce paliwowej wyliczyłem że zabraknie mi paliwa na jakieś 150 km. Dlatego wyjeżdżając ze Złotoryi zatankowałem tylko pięć litrów benzyny, a ostatni kwadracik zostawiłem na czarną godzinę. Pierwszym rozwiązaniem było pozostawienie motocykla pod opieką kolegów w Złotoryi i później po niego przyjechać jak będę miał wyjazd służbowy w tym kierunku, a wiedziałem że w tych rejonach pracuje dwadzieścia zespołów geodezyjnych, do których jeździliśmy naprawiać ich samochody i jak przyjadę do nich to będę mógł przy okazji zabrać swój motor. Ale ja wybrałem drugie rozwiązanie – jechać do końca aż do wyczerpania się paliwa i wtedy zostawić motor przy głównej trasie u przygodnego chłopa w stodole, bo zawsze będzie lepiej pojechać po niego około 100-u lub 200-stu km, niż jechać specjalnie ponad 400 km. Do Warszawy wracaliśmy we czterech: ja na JAWIE, bracia Nadolni na swoich BMW i ich kolega z pracy, który mieszkał w Piasecznie na motocyklu URAL-650. Jak dojeżdżaliśmy do Oleśnicy to przypomniało mi się że w tym mieście pracują trzy zespoły geodezyjne i pomyślałem, że to może być dla mnie ostatnia deska ratunku. W Oleśnicy nie musieliśmy wjeżdżać do miasta, ponieważ jechaliśmy obwodnicą i postój zrobiliśmy sobie dopiero na wylocie z miasta, gdzie znajdował się wielki parking dla TIR-ów. Przy nim była duża stacja benzynowa i restauracja.
Ja bardzo dobrze znałem ten lokal, ponieważ będąc w tych stronach służbowo nie raz tutaj się zatrzymywaliśmy na obiad, ale teraz nie miałem ochoty na żadne jedzenie. W tym czasie co chłopaki jedli obiad t- ja pojechałem do hotelu gdzie mieszkali geodeci. W tym hotelu byliśmy z Włodkiem tydzień przed zlotem i w jednym z samochodzie wymienialiśmy sprzęgło. Teraz jadąc do nich zastanawiałem się czy czasem nie przenieśli się w inne miejsce. Dojeżdżając do hotelu zobaczyłem ich samochody i ucieszyłem się z tego faktu, ale radość szybko minęła ponieważ w recepcji dowiedziałem się że ci geodeci pojechali do Warszawy z rozliczeniem i po nowe materiały więc nic nie załatwiłem i nadal mój problem był aktualny. Po powrocie na parking chłopaki byli już po obiedzie i niektórzy tankowali się przed odjazdem w dalszą drogę. Wtedy zaświtał mi wariacki pomysł. Ja „Docent” – jak nazywali mnie chłopaki – stosowałem czasami takie wariackie pomysły, które czasami sprawdzały się o czym była już mowa nie raz. Ten mój wariacki pomysł polegał na tym, żeby do tego paliwa które pozostało mi w zbiorniku dolać sześć litrów oleju napędowego czyli popularnej ropy która nie była na kartki i spróbować na tej zupie pojechać. Przed tankowaniem odlałem do butelki po oranżadzie trochę czystej benzyny żeby mieć na ponowny rozruch i podstawiłem motor pod dystrybutor, a pompiarz był bardzo zdziwiony jak lał ropę do mojego zbiornika. Po zatankowaniu z duszą na ramieniu pojechałem z chłopakami w dalszą drogę do Warszawy. Teraz po tankowaniu miałem 3/4 zbiornika cieczy która teoretycznie powinna się palić w moich cylindrach więc nadeszła chwila prawdy. Silnik odpalił normalnie, ponieważ w komorze pływakowej było jeszcze czysta benzyna, ale po przejechaniu około jednego kilometra o dziwo silnik pracował nadal chociaż odgłos jego pracy był trochę dziwny i to mnie wcale nie dziwiło ponieważ po dolaniu do benzyny oleju napędowego została obniżona liczba oktanowa tego paliwa, a mój silnik nie był przewidziany do spalania detonacyjnego. Jedyne co było dla mnie pocieszające, to że nadal jadę do przodu, ale cały czas myślałem o dwóch sprawach: na jak długo starczy mi tego dziwnego paliwa i czy mój silnik wytrzyma takie katowanie do Warszawy. Po przejechaniu 50-ciu km wiedziałem, że jakoś na tej zupie da się jechać tylko po pracy silnika wiedziałem, że jazda na tym paliwie nie wyjdzie mu na dobre i podczas zimowego postoju cały silnik będę miał do remontu, ponieważ wał korbowy najwięcej dostanie po dupie, ale innego wyjścia nie miałem więc musiałem spróbować. Po przejechaniu następnych 50-ciu km zrobiliśmy sobie dłuższy postój. Przed zgaszeniem silnika zamknąłem kranik żeby wypalić z komory pływakowej resztę tej zupy i później odpalić silnik na czystej benzynie. Chłopaki obiad jedli w Oleśnicy, więc teraz ja postanowiłem podczas tego postoju w biegu – żeby nie tracić czasu – coś zjeść. Jak jadłem kanapkę to przyglądałem się silnikowi i jego wygląd wcale nie podobał mi się, bo było widać że jest mocno przegrzany ponieważ aż się z niego dymiło i modliłem się żeby wytrzymał do Warszawy. Z tego miejsca w którym zrobiliśmy sobie ostatni postój do Piotrkowa Trybunalskiego było około 30-stu km, a z Piotrkowa do Warszawy pozostało już tylko 127 km i jak to się mówiło to był rzut beretem. Po dojechaniu na stacje benzynową na tankowanie został wykorzystany ostatni kwadracik na kartce paliwowej. Zatankowałem pięć litrów benzyny, ale tej lepszej czyli żółtej która posiadała liczbę oktanową 94 i to na pewno powinno mi już do Warszawy wystarczyć. Po tym ostatnim tankowaniu jakoś szczęśliwie udało mi się dojechać do domu i nawet o przyzwoitej porze, więc po późnym obiedzie w domu wieczorem poszliśmy wszyscy do „Jagusi”. Opowiadałem chłopakom o nowo przeżytych przygodach, jakie spotkały mnie podczas jazdy na ten zlot i o najciekawszej, że na tej zupie udało mi się przejechać ponad 200 km. W ten nietypowy sposób zaliczyłem jeden ze swoich najdalszych zlotów.
Dwa tygodnie po tym ciekawym i obfitującym w różne przygody zlocie w Złotoryi dostałem pocztówkę od chłopaków, którym pomagałem uruchomić ich TRIUMPHA. Napisali, że z motorem jest wszystko w porządku i jak będą na jakimś zlocie to będą mieli szacunek dla starszych uczestników, ale później nie widziałem ich na żadnym ze zlotów, na których byłem.
Zlot Sosnowiec rok 1984

Po zlocie w Złotoryi – najbliższym zlotem, o którym wiedziałem był wyjazd na zlot w Sosnowcu, dokładnie w tym samym miejscu gdzie przed rokiem, więc ponownie chciałem tam pojechać spodziewając się ponownie fajnej zabawy jaka była rok temu. Podczas tego dziwnego powrotu ze Złotoryi silnik JAWY trochę ucierpiał i mimo że jeździłem już tylko na benzynie to zaszły w nim jakieś zmiany bo było słychać jego głośniejszą prace, ale tragedii nie było więc na ten zlot do Sosnowca postanowiłem pojechać na JAWIE.

Zdjęcie mojego znaczka ze zlotu w Sosnowcu,na którym byłem w 1984 roku.

Zdjęcie mojego znaczka ze zlotu w Sosnowcu,na którym byłem w 1984 roku.

Silnik z M-72 był wymontowany i rozebrany, a blok był u frezera celem przeróbki gniazda pod nową prądnice, ale jakby coś padło w JAWIE to nie było problemu żeby w ciągu jednego dnia ponownie zmontować silnik i na zlot pojechać motocyklem M-72.
O charakterze swojej pracy już pisałem nie raz chociaż ciągłe wyjazdy w teren czasami kolidował z moimi wyjazdami na zloty, ale to były wyjątki, Jjak tylko wyjechaliśmy z bazy, to my z Włodkiem byliśmy panami całej sytuacji. Byłem jednocześnie kierowcą, mechanikiem i kierownikiem własnej roboty w terenie, która była tak rozpisana że my jesteśmy dawno w domu, a w papierach jeszcze harujemy przy samochodach. Włodkowi też zależało żeby na weekend być w domu, bo czasami brał jakieś partaniny przy samochodach do roboty. Ja jak nie miałem nic do roboty to mu w tym pomagałem. Podobnie było i teraz przed wyjazdem na ten zlot. Z robotą uwinęliśmy się bardzo szybko. W czwartek wieczorem byliśmy już w Warszawie, a w piątek rano wyjeżdżałem na zlot do Sosnowca. Cały tydzień byłem w terenie i nie miałem możliwości umówić się z chłopakami na wspólny wyjazd, więc znowu na zlot będę jechał samotnie. Byłem do takich wyjazdów już przyzwyczajony. Jadąc na Śląsk wiedziałem, że tam napiję się dobrego piwa – bo tutaj w Warszawie dużego wyboru nie było. Nie to co teraz – dwadzieścia albo i więcej marek polskich i zagranicznych. W tamtych czasach w Warszawie najbardziej popularne było „Pełne piwo jasne” z browaru warszawskiego, które sprzedawane było w pękatych butelkach o pojemności 0,33 litra. Były jeszcze dwa piwa niepasteryzowane: „Sierpeckie” i „Grodzkie”. Tych piw nie dało się pić, a po jakimś czasie pokazało się piwo „Warka” w butelkach 0,5 litra. Czasami można było kupić piwo „Żywieckie”, które bardzo szybko znikało. Na Śląsku takie piwo było w każdym sklepie bez żadnych ograniczeń. Jadąc na zlot do Sosnowca wcale nie spieszyłem się bo wiedziałem, że moi koledzy wyjadą dopiero gdzieś po południu. Po dotarciu na miejsce zlotu, które dobrze znałem, spokojnie rozbiłem sobie namiot i po rejestracji nie mając nic innego do roboty siedziałem w barze piwnym, oczekując na przyjazd pozostałych kolegów. iKiedy przyjechali – to ponownie byliśmy w tym samym komplecie jak przed rokiem czyli: Ja, Maniek Nagawski, bracia Nadolni i jeszcze kilku innych nowych kolegów którzy z nimi przyjechali. Ale po zniesieniu stanu wojennego nasze życie nie poprawiło się wcale ponieważ nadal były jeszcze upierdliwe kartki prawie na wszystko o czym już pisałem.

To jest nalepka od piwa, które było najbardziej popularne w Warszawie w tamtym okresie: „Browar Warszawski”.

To jest nalepka od piwa, które było najbardziej popularne w Warszawie w tamtym okresie: „Browar Warszawski”.

Alkohol – mimo że był na kartki – to był sprzedawany dopiero od godziny 13-stej, a w niektórych regionach dotyczyło to nawet napojów niskoprocentowych, takich jak wino i piwo – co było bardzo wkurzające. Ale organizatorzy tego zlotu przygotowali się do niego znakomicie i mimo takiego stanu rzeczy zdążyli pozałatwiać odpowiednie zezwolenia na sprzedaż piwa tylko na terenie zlotu i tylko dla uczestników zlotu zarejestrowanych w recepcji.
W sobotę na teren zlotu zaczęli przyjeżdżać okoliczni mieszkańcy żeby podziwiać nasze wspaniałe motory, ale razem z nimi przychodziło sporo miejscowych meneli z myślą, że może tutaj napiją się piwa. Niestety nie pożywili się u nas.
Tego widoku to nie zapomnę, kiedy po skromnym śniadaniu poszliśmy do otwartego już baru i siedzieliśmy w nim popijając piwko na kaca, a za płotem miejscowi menele przyglądali się nam aż gula im chodziła i prosili nas żeby kupić im butelkę piwa.

Najbardziej kontrowersyjna kartka z tamtego okresu - kartka uprawniająca zakup alkoholu. W takich okrutnych czasach przyszło nam żyć...

Najbardziej kontrowersyjna kartka z tamtego okresu – kartka uprawniająca zakup alkoholu. W takich okrutnych czasach przyszło nam żyć…

Siedząc barze było nam żal tych ludzi, bo sami wiedzieliśmy co to jest pragnienie napić się piwa i Maniek chciał zanieść im po cichu butelkę piwa, ale ja mu odradziłem, bo gdyby ktoś to zauważył to nasz bar zostałby natychmiast zamknięty co oznaczało by dla nas tragedie takie to czasy były dziwne. Ja na paradę do miasta nie wybierałem się ponieważ trochę wypiłem i w tym czasie postanowiłem przez ten czas odpocząć w namiocie bo wieczorem zapowiadały się jakieś atrakcje i chciałem do nich dotrwać, ale musiałem się mocno zdrzemnąć bo nawet nie słyszałem kiedy chłopaki wrócili z miasta.
Kiedy wreszcie wylazłem z namiotu stwierdziłem, że nie ma mojej JAWY i pomyślałem że któryś z moich kolegów pojechał się nią przejechać, bo uruchomić mój motor to nie był żaden problem. Zamiast kluczyka wystarczył kawałek gwoździa – nie to co teraz kodowane kluczyki, immobilaizery, albo jeszcze inne zmyślne zabezpieczenia antywłamaniowe. Kiedy spytałem się chłopaków gdzie jest mój motor to nie powiedzieli nic tylko uśmiechali się, a za namiotem gdzie powinien stać mój motocykl zobaczyłem wystające z ziemi lusterka i od razu poznałem je ponieważ to były lusterka od mojej Jawy. Jak chciałem je wyciągnąć okazało się że są do czegoś przymocowane i nie mogłem w to uwierzyć, ale ta lusterka zamocowane były do mojego motocykla, który chłopaki z nudów pogrzebali w głębokim dole że tylko lusterka było widać. Po tym odkryciu wkurwiłem się jak nigdy i miałem zamiar komuś wpierdolić za ten pomysł, ale wtedy nikt by mi nie pomógł wydostać z tego dołka, a im właśnie o to chodziło żeby znaleźć jakiegoś sponsora do postawienia piwa. Podczas ekshumacji mojego motoru zrobiło się małe zbiegowisko, bo to była dla nich jakaś atrakcja na tym zlocie i tylko szkoda że nikt nie uwiecznił tego na jakimś zdjęciu, ale w tamtych czasach mało kto posiadał aparat fotograficzny i dlatego tak mało mamy zdjęć ze zlotów, bo teraz przyjemnie byłoby na nie popatrzeć i powspominać. Po wyciągnięciu mojego motoru z tego symbolicznego grobu, oczywiście poszliśmy wszyscy na piwo i w barze chciałem się dowiedzieć czyj to był pomysł, ale nie przyznał się nikt. Po powrocie z baru zastanawiałem się w jaki sposób usunąć piach z motocykla, bo wyglądał paskudnie. Cały był nim oblepiony, a zwłaszcza silnik. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby opłukać motor wodą, ale nie miałem zamiaru nosić wody z jeziora bo narobiłbym błota przed namiotem więc postanowiłem wstawić motor do jeziora i tam przy brzegu go opłukać. Zdjęcie tego jeziora zamieściłem w części jak opisywałem zlot Sosnowiec 83 rok i przy brzegu to jezioro było bardzo płytkie. Jego głębokość była w granicach 15÷30 cm istny raj dla małych dzieci, a jak ktoś chciał sobie popływać to musiał odejść od brzegu 200 lub 300 m gdzie była głębsza woda.
Jak wstawiałem motor do jeziora to jeden z kolegów w żartach zapytał się mnie czy zamierzam go utopić. Moja odpowiedź była taka, że zamierzam go tylko opłukać z tego piachu po tym pogrzebie. Po opłukaniu motoru miałem problem z jego wystawieniem z jeziora bo jak trochę postał chwilę to przyssał się do dna i nie mogłem go ruszyć z miejsca, więc postanowiłem odpalić silnik i wyjechać z tej wody. Kiedy wyjeżdżałem z jeziora to kawałek pojechałem wzdłuż brzegu wzbijając z pod kół fontanny wody. Chłopaki jak zobaczyli mój wyjazd z wody i te fontanny spod kół to spodobało im się to i postanowili pójść w moje ślady i przejechać się po tej płytkiej wodzie. Tak powstały nieplanowane harce wodne na zlocie w Sosnowcu i tych harców też nikt nie zarejestrował na żadnym zdjęciu. Nie pamiętam ilu nas jeździło po tym jeziorze, a jeździliśmy wzdłuż brzegu tam i z powrotem i tym co jeździli bardzo się podobało chociaż niektórzy zaliczyli wywrotkę, ale ani motorom ani im nic się nie stało, mieli tylko trochę suszenia przy wieczornym ognisku.
Mnie po tych wywrotkach przypomniały się pewne słowa, które powiedział wielki polityk, a był nim premier Wielkiej Brytanii z okresu drugiej wojny światowej Winston Churchill, który powiedział: „Tam gdzie coś się dzieje straty muszą być i w ludziach i w sprzęcie”. Wodne harce zakończyły ostatni dzień zlotu i po tych harcach moja JAWA była wymyta jak trzeba. Pozostało nam tylko zaliczyć ostatnie wspólne ognisko na tym zlocie, a następnego dnia powrót do szarej rzeczywistości. Piękne chwile na tym zlocie dobiegły końca. W niedzielę nadszedł czas pożegnania z kolegami i powrót do domu z zaliczonego zlotu, który obfitował w nowe ciekawe przygody. Gdzieś około południa opuściliśmy teren zlotu.
Wracając z Sosnowca za Częstochową w miejscowości Polichno przy trasie był duży bar. Tam postanowiliśmy zrobić sobie postój i zjeść jakiś obiadek. Podczas tego postoju jeden z kolegów powiedział mi, że mój motor strasznie dymi na niebiesko z prawej rury to oznaczało że ten cylinder zaczął spalać nadmiernie olej. Wyjeżdżając na zlot do Sosnowca wiedziałem, że mój silnik jest w nienajlepszej kondycji po zlocie w Złotoryi, ale teraz ta informacja trochę mnie zmartwiła. Zastanawiałem się czy silnik wytrzyma do Warszawy i nie rozleci się w połowie drogi. Jednak jechałem dalej bo tutaj na drodze i tak bym nic nie zrobił. Jakoś do Warszawy udało mi się dojechać, ale do wyjazdu na następny zlot moja JAWA nie nadawała się absolutnie. Do końca sezonu miały być jeszcze kilka zlotów i Ja wiedziałem o zlocie w Lubaszu, Olsztynie, Różanie i w Łukowie na zakończenie sezonu tylko, że na zlot do Lubasza niestety nie wyrobię się ze złożeniem motoru ponieważ musiałem przyspieszyć prace montażu prądnicy od FIATA-126p do silnika w M-72 tylko blok który był u frezera blokował mi cały montaż.

Postój w drodze na zlot do Różana w 1984 roku nasze pasażerki delektują się piwem.

Postój w drodze na zlot do Różana w 1984 roku nasze pasażerki delektują się piwem.

Jeśli chodzi o przeróbki w samej prądnicy to niebyły duże bo dotyczyły tylko zmniejszenia jej średnicy, a oba aluminiowe dekle to dopasowałem je we własnym zakresie i najważniejsze było to że oryginalna zębatka napędowa pasowała na wałek nowej prądnicy i nie wymagała żadnych przeróbek, a drugi koniec wałka na tworniku został usunięty bo nie był mi potrzebny. Mając już gotowy blok i prądnice mogłem wreszcie zabrać się za zmontowanie silnika co nie zajęło mi dużo czasu. Musiałem tylko dorobić wszystkie kartonowe uszczelki do silnika. Kiedy silnik siedział już w ramie to został zakończony etap montażu prądnicy od FIATA-126p i czekała mnie tylko mała przeróbka instalacji elektrycznej, polegająca na zamontowaniu innego regulatora napięcia, oraz wymianę wszystkich żarówek i cewek zapłonowych na 12-voltowe. Cewki zastosowałem od samochodu SYRENA, ponieważ posiadały mniejsze średnice niż normalne i nie było problemu z ich zamocowaniem. Po dokończeniu całej przeróbki musiałem zamontować akumulator 12 – voltowy, tylko nie pamiętam czy w tamtych czasach istniały takie akumulatory do motocykli, zresztą jak były to na pewno były drogie więc postanowiłem zamontować zwykły akumulator samochodowy, który załatwiłem sobie w pracy od elektryków za parę groszy, ponieważ jeżdżąc z koszem mogłem umieścić go w bagażniku kosza. Teraz w piwnicy nastąpiła zamiana. Gotowe M-72 wystawione zostaje na parking, a w to miejsce zniesiona została JAWA. Po wystawieniu motoru powstał mały problem, ponieważ miałem zamiar pojechać do klubu zamocować kosz do motocykla, tylko nie miałem gdzie zamontować akumulatora. Było jedno rozwiązanie pojechać do klubu służbowym samochodem tylko, że była sobota, a samochód stał u Włodka w Karczewie, a ja nie miałem zamiaru czekać do poniedziałku. Jeśli chodzi o prądnicę = to można pojechać bez akumulatora ponieważ prądnica jest samowzbudna i może pracować bez akumulatora, czego nie może alternator i mogłem pojechać do klubu bez akumulatora, tylko jakby z jakiegoś powodu zgasł mi silnik to trudno byłoby go ponownie uruchomić. Nie mając innego wyjścia postanowiłem zdementować tylne siodełko na bagażniku i tam na kawałku gumy zamocować prowizorycznie akumulator i delikatnie bez żadnych wygłupów pojechać do klubu po kosz. Z podłączeniem kosza nie miałem żadnych problemów. Musiałem tylko dorobić jakieś mocowania, żeby podczas jazdy nie latał po całym koszu jak Żyd po pustym sklepie, bo mogłoby dojść do jakiegoś zwarcia i zniszczenia nowej prądnicy. Jak uporałem się z montażem kosza i zamocowaniem akumulatora to było już ciemno, ale to nie był problem, ponieważ miałem nową prądnice i światła były jak nigdy w tym motocyklu. Tylko w tym zamieszaniu zapomniałem zabrać z domu żarówki 12-voltowe, które miałem wymienić w lampach na koszu, a chłopaki w klubie takich żarówek nie posiadali, więc musiałem jechać do domu z nieoświetlonym koszem. Całe szczęście, że nie napatoczył żaden patrol milicyjny, bo oni lubili przyczepić się do byle czego żeby zarobić parę złotych. W niedziele z rana, po wymianie żarówek, miałem zamiar pojechać trochę dalej bo do Karczewa, ale zobaczyłem pod motorem wielką plamę oleju, a w silniku bagnet ledwo się maczał. Okazało się, że podczas montażu nowej prądnicy dorobiłem zbyt cienką uszczelkę i teraz musiałem dorobić grubszą z innego materiału, ale takie są uroki różnych przeróbek kiedy niektóre rzeczy wychodzą w tak zwanym praniu. Po uporaniu się z tym małym problemem wszystko było już w porządku i po zlocie w Sosnowcu zaliczyłem następne dwa krótkie zloty w Olsztynie i Różanie których nie opisywałem ponieważ były podobne do poprzednich, a ze zlotu w Różanie mam tylko jedyne zdjęcie które zamieściłem, tylko nie pamiętam kto to zdjęcie nam zrobił.

Zlot Łuków rok 1984

Tak się złożyło że rozpoczęcie i zakończenie sezonu w tym roku zorganizowali chłopaki w Łukowie. Na rozpoczęcie sezonu pojechałem motocyklem JAWA-500 ohc, a sezon będę kończył na motocyklu M-72. Ten zlot postanowiłem opisać, ponieważ związane są z nim dwie ciekawe przygody. Jedna przytrafiła mi się podczas jazdy na zlot, a druga była przed zlotem, ale wszystko po kolei. Tydzień przed wyjazdem na zlot do Łukowa przeżyłem bardzo niemiłą przygodę dotyczącą mojego motocykla, a mianowicie dokonano jak to się później okazało nieudanej próby kradzieży mojego motoru.

Pod tym balkonem parkowałem swój motor, który któregoś dnia został skradziony przed zlotem  w Łukowie. To zdjęcie pochodzi z późniejszego okresu, kiedy pomagałem Markowi de Nisau przy jego rozbitym maluchu.

Pod tym balkonem parkowałem swój motor, który któregoś dnia został skradziony przed zlotem w Łukowie. To zdjęcie pochodzi z późniejszego okresu, kiedy pomagałem Markowi de Nisau przy jego rozbitym maluchu.

Motor trzymałem pod balkonem bo przynajmniej nie padał na niego deszcz, ale cały się nie mieścił i koło kosza wystawało poza balkon tak że z góry było go widać. W niedziele spałem długo, bo późno wróciłem z „Jagusi” i w piwnicy jeszcze wyjmowałem silnik z JAWY.
Dopiero matka podlewając kwiaty na balkonie, zapytała mnie się gdzie zostawiłem motor bo pod balkonem go nie było.
Jak to usłyszałem to poczułem się jakby ktoś oblał mnie kubłem lodowatej wody i faktycznie kiedy wyjrzałem za balkon mojego motoru pod balkonem nie było. Po tym odkryciu humor na całą niedziele miałem już zjebany. W pierwszej kolejności zgłosiłem kradzież motocykla na milicje telefonicznie, ale prosili mnie żebym zgłosił się osobiście na komendę celem spisania oficjalnego protokółu, więc nie było innego wyjścia musiałem zapieprzać na komendę.
Komenda dla dzielnicy Ochota znajdowała się przy ul. Opaczewskiej i żeby nie tracić czasu i jechać autobusami dookoła to postanowiłem polecieć na skróty przez osiedla. Wtedy idąc ul. Pruszkowską zobaczyłem na ul. Mołdawskiej motocykl M-72 z koszem który stał przeciwnie do kierunku jazdy bo to była ulica jednokierunkowa i to mnie zaciekawiło. Kiedy podszedłem bliżej okazało się że to jest mój motocykl, którego złodzieje nie mogli uruchomić więc go porzucili. Uruchomić go nie mogli, ponieważ akumulator zamknięty był w bagażniku kosza i na noc odłączany był od instalacji.
Po wstępnych oględzinach stwierdziłem że motor jest cały i nie uszkodzony odpaliłem silnik i pojechałem do domu po kask, a następnie pojechałem na komendę zgłosić że motocykl odnalazł się dwie ulice dalej na sąsiednim osiedlu, ale i tak musieliśmy spisać protokół bo takie wtedy były procedury. Cała ta buchalteria zepsuła mi prawie połowę niedzieli. Tego dnia planowałem pojechać do klubu, ale po powrocie z komendy już mi się wszystkiego odechciało więc po obiedzie poszedłem z chłopakami do „Jagusi” żeby się upić, a w poniedziałek po tym incydencie z kradzieżą postanowiłem kupić kawałek grubego łańcucha i dużą kłódkę. Teraz motor na noc zamykany był na ten łańcuch jak stał pod balkonem. Jak miałem wyjazd w teren to motor był dobrze zabezpieczony ponieważ stał w garażu na terenie bazy. Jak nadszedł dzień wyjazdu na ten zlot do Łukowa to umówiliśmy się, że będziemy jechali razem spod klubu „Weteran”, a na wylocie z Warszawy miała do nas dołączyć następna grupa motorów, która wyjeżdżała z pod klubu „Kardan”. Tak jak było do przewidzenia pogoda przez cały tydzień była paskudna i do czasu wyjazdu na zlot nie było widać poprawy. Jechaliśmy więc w nieprzyjemnych warunkach i nie mieliśmy wyjścia – jakoś się jechało, a po drodze mieliśmy więcej przymusowych postojów na przystankach jak padało trochę mocniej. Podczas tej jazdy przypominał mi się wyjazd na zlot do Czarnego Pieca w 1975 roku kiedy zdejmowali mnie z motoru podczas wielkiej ulewy która dopadła mnie jak wjeżdżałem na teren zlotu co już opisywałem. Na którymś z następnych przymusowych postojów pod wiatą na przystanku autobusowym spotkaliśmy następną grupę motocyklistów, których nie znaliśmy. Podobnie jak my schronili się przed deszczem i jechali na takich samych motorach jak my, bo w ich grupie był JUNAK, M-72 dwa motocykle BMW-350 i ZÜNDAPP KS-600. Okazało się, że oni też jechali na zlot do Łukowa, więc jak pogoda poprawiła się to dalej pojechaliśmy już w całkiem sporej kolumnie, a na zlocie poznamy się bliżej podczas wspólnego picia piwa. Po tym ostatnim postoju pogoda zaczęła nam sprzyjać i w dalszej drodze na zlot nie było potrzeby robić przymusowych postojów i tak dojechaliśmy do Łukowa. Wiedzieliśmy, że na teren zlotu było niedaleko, ponieważ pokazał się pierwszy znak kierunkowy z napisem „Zlot 5 km”. Wtedy właśnie na przedmieściach Łukowa dopadła mój motocykl – całe szczęście że niebyła poważna, ale dosyć kłopotliwa – awaria. Nagle z lewego cylindra wystrzeliła jak pocisk świeca zapłonowa i poleciała w czyjeś okno bo usłyszałem brzęk tłuczonego szkła. Po tym zdarzeniu nie próbowałem się nawet zatrzymać w tym miejscu, bo zaraz zostałbym zjebany za wybite okno, ale to był czysty przypadek. Świeca mogła polecieć wszędzie – w przejeżdżający samochód albo w pole. Przejechałem jeszcze jakiś kawałek na jednym cylindrze i za przejazdem kolejowym postanowiłem sprawdzić co dokładnie się stało i jak to wygląda. Po zatrzymaniu się zobaczyłem, że oprócz świecy brakowało jeszcze fajki i przewodu wysokiego napięcia, ale te elementy to był pryszcz, najgorsze było to, że w głowicy nie było gwintu. Nie miałem pojęcia w jaki sposób świeca została wyrwana z gwintem z głowicy i profilaktycznie sprawdziłem czy świeca w prawym cylindrze jest dokręcona. Po tych oględzinach nic więcej na drodze bym nie zrobił, więc zablokowałem dopływ paliwa do lewego cylindra i dalej jechałem na jednym cylindrze. Szukać teraz jakiegoś warsztatu tokarskiego było już za późno. Gdyby taka awaria dopadła mnie w Warszawie albo w Karczewie to wiedziałbym gdzie z tym problemem pojechać, bo miałem znajomego tokarza – Krystyna, który od ręki by mi to naprawił i sprawa byłaby załatwiona. Teraz byłem w obcym mieście i następnego dnia będę szukał jakiegoś warsztatu tokarskiego, żeby naprawić gwint w głowicy. Będę musiał skorzystać z pomocy któregoś z miejscowych kolegów, który będzie wiedział gdzie taki zakład się znajduje. Po dotarciu na teren zlotu zawsze to samo i nic się w tym nie zmienia. Najpierw rejestracja, dalej szykowanie sobie noclegu i dopiero na końcu same przyjemności – czyli wizyta w barze z chłopakami na piwie. Zlot ten został zorganizowany na pograniczu jakiegoś parku prawie w centrum miasta i oprócz baru na terenie zlotu to po drugiej stronie ulicy był sklep ogólnospożywczy, w którym piwo było tańsze, ale jak sklep został zamknięty to została nam tylko wizyta w barze na terenie zlotu. Ja przed pójściem z chłopakami na piwo postanowiłem wymontować z cylindra głowice żeby rano nie tracić czasu, tylko od razu pojechać z nią to tokarza naprawić gwint.
Siedząc z chłopakami na piwie zastanawiałem się jak doszło do wyrwania świecy z głowicy, bo owszem podczas rozbierania silnika do adaptacji nowej prądnicy były zdejmowane głowice, tylko nie pamiętam czy były z nich wykręcane świece bo takiej konieczności nie było. Podczas biesiadowania w barze umówiłem się z jednym z chłopaków który obiecał mi pomóc i rano pojedziemy do tokarza.
Najprostszym rozwiązaniem naprawy mojej głowicy była wykonanie nowego większego gwintu i zastosowanie świecy od samochodu SYRENA o rozmiarze gwintu 18×1,5 tylko nie wiedziałem czy klucz do jej przykręcenia zmieści się w otwór między żebrami więc pozostało dorobienie redukcji i wkręcenie normalnej świecy. Rano wyszedł problem, ponieważ chłopak, z którym miałem jechać do tokarza przyszedł na piechotę – nie mógł odpalić swojego motocykla. Nie mając innego wyjścia do tokarza musieliśmy pojechać moim motorem, co nie stanowiło dla mnie żadnego problemu bo drugi cylinder był sprawny, albo dla sportu dymać na piechotę. Jak odpalałem swój motor, to ten chłopak był zdziwiony że odpalam silnik bez jednej głowicy więc powiedziałem jemu że jak wyrwało mi świece to na teren zlotu ostatnie pięć kilometrów przejechałem na jednym cylindrze więc teraz do miasta nie będziemy szli na piechotę. Tokarz do którego pojechaliśmy – warsztat miał już otwarty i był bardzo uprzejmy. Widząc nietypową sytuację powiedział, że zrobi to od ręki tylko, że to trochę potrwa. Żeby nie stać tokarzowi nad głową i nie tracić czasu zostawiliśmy motor przed warsztatem i poszliśmy do sklepu kupić jeszcze to co brakowało mi do uruchomienia motocykla – czyli świece zapłonową, falkę i jakiś przewód wysokiego napięcia.
Po zakupach wróciliśmy do warsztatu. Moja głowica była już gotowa, a tokarz powiedział, że niepotrzebnie przepchaliśmy cały motor, bo wystarczyło przynieść tylko samą głowicę. Ja w odpowiedzi powiedziałem, że motoru nie przepchałem tylko nim przyjechałem na jednym cylindrze i na dowód odpaliłem przy nim silnik przed zamontowaniem głowicy. Zaraz po tym pokazie zamontowałem głowice i brakujące elementy i na teren zlotu wróciliśmy już sprawnym motocyklem. Po powrocie zaprosiłem tego chłopaka do baru na piwo w zamian za pomoc, a przy piwie opowiedziałem mu jak jadąc na zlot do Różana miałem poważniejszą awarie silnika i do Warszawy zmuszony byłem wracać też bez głowicy, tylko do przejechania było nie pięć kilometrów, a ponad sto i jakoś udało mi się do domu wrócić bez dodatkowych problemów. Motocykl był sprawny więc spokojny i resztę dnia i zlotu mogłem spędzić z chłopakami na piwie i tak zakończyliśmy ostatni dzień tego ostatniego w tym sezonie zlotu.
W niedziele powrót ze zlotu nie obfitował już w żadne nieprzewidziane przygody i co najważniejsze – pogodę mieliśmy taką jaka powinna być podczas jazdy motocyklem, a do Warszawy wracaliśmy w tym samym składzie w jakim jechaliśmy na ten zlot. Dopiero na Trasie Łazienkowskiej każdy pojechał w swoim kierunku. Ja też pojechałem prosto do domu, a po obiedzie wybrałem się jak zwykle do „Jagusi” na małe co nieco. Zakończyły się wyjazdy na zloty, więc postanowiłem zajrzeć do silnika JAWY, który już wcześniej został wyjęty z ramy. Tylko, że nie było czasu do niego zajrzeć, a chciałem poznać przyczynę tego nadmiernego dymienia bo to, że silnik będzie do naprawy po powrocie na nieodpowiednim paliwie wiedziałem już wyjeżdżając z Oleśnicy. Po wymontowaniu głowicy i cylindrów ukazał mi się obraz nędzy i rozpaczy. Prawy tłok praktycznie nie istniał i wyglądał jak kawałek pucka wyciosanego z drewna. Nawet nie można było dopatrzeć się w którym miejscu powinny być pierścienia tłokowe. W lewym tłoku też były ślady przytarcia, ale ten tłok był do uratowania. Oprócz wymiany prawego tłoka do naprawy był wał korbowy, oraz wymiana wszystkich łożysk i na to będzie cała zima. Jak powstał klub motocyklowy „Kardan” w 1982 roku to chłopaki z tego klubu zaczęli organizować co roku taką jednodniową imprezę na terenie uczelni SGGW na Ursynowie i to był naprawdę ostatni akord zakończenia sezonu. Ja osobiście nie przepadałem za takimi jednodniowymi imprezami, ale była niedziela wspaniała pogoda i nie mając nic do roboty postanowiłem tam pojechać, tym bardziej że z Ochoty na Ursynów nie miałem daleko. Na tym spotkaniu pogadaliśmy z chłopakami o zaliczonych zlotach w tym sezonie i o przygodach jakie nas dopadły podczas tych wyjazdów, a zwłaszcza Ja miałem ich sporo. Nie miałem zamiaru długo siedzieć. Wypiłem jedno piwo, zjadłem kiełbaskę i po trzech godzinach wróciłem do domu. Resztę dnia wolałem spędzić z chłopakami w „Jagusi” na piwie, bo tam czułem się najlepiej i często tam chodziłem. Na tej imprezie spotkałem jednego człowieka, któremu spodobał się mój motor, a zwłaszcza patent z zamontowaną prądnicą od FIATA-126p i bardzo zapragnął go kupić tylko, że ja – jak na razie – nie byłem zdecydowany tak od razu, więc wymieniliśmy się tylko adresami i numerami telefonów i rozstaliśmy się.
Po kilku dniach ten napaleniec na mój motor zadzwonił i wtedy byłem już zdecydowany go sprzedać. Kiedy przyjechał do mnie, po uzgodnieniu ceny, moje M-72 poszło do ludzi i teraz zostałem już tylko z motocyklem JAWA-500 ohc. Nawet nie pamiętam ile wtedy wziąłem za M-72 pieniędzy, ale dzisiaj to nie jest istotne.
Po sprzedaży M-72 do nowego sezonu motocyklowego pozostało około pięciu miesięcy i mając teraz dodatkowe środki finansowe – oprócz silnika, który musiałem naprawić w pierwszej kolejności, postanowiłem zrobić jeszcze kilka dodatkowych rzeczy.
Z tych dodatkowych rzeczy jakie zaplanowałem to była wymiana odblasku w reflektorze, ponieważ był tak wyblakły, że wracając wieczorami w światłach nic nie było widać. Ta operacja zakończyła się wymianą całej lampy, ponieważ do oryginalnego reflektora nic nie pasowało; nawet od JAWY-250, która posiadała podobną obudowę – tak zwany „Łeb” – jak w moim motocyklu.
Reflektor jaki zastosowałem do mojej Jawy, pochodził od motocykla CZ, ale to pociągnęło za sobą następne nieprzewidziane wydatki. Ponieważ w tym reflektorze nie było miejsca na zamontowanie szybkościomierza, więc do kompletu musiałem od tego motocykla dokupić półkę i nowe zegary. Podobnie jak to miało miejsce w 1976 roku – jeden z zegarów był tylko dla ozdoby, ponieważ nie było gdzie do niego podłączyć napędu. Gdybym takie przeróbki wykonywał w dzisiejszych czasach to nie byłoby żadnego problemu, ponieważ kupiłbym obrotomierz elektroniczny i byłoby po sprawie.
Po rozbiórce silnika na drobno w pierwszej kolejności oddałem wał korbowy do regeneracji. Druga sprawa to pojechać na pl. Grzybowski gdzie dorabiałem tłok do TRIUMPHA, żeby dorobić nowy tłok tym razem do JAWY bo wiedziałem, że te dwa tematy będą trwały najdłużej, a teraz w wolnych będę mógł zająć się innymi rzeczami jakie miałem jeszcze do roboty przy motorze. Jadąc na pl. Grzybowski zabrałem ze sobą tłok z lewego cylindra, ponieważ ten z prawego nie nadawał się nawet do tego żeby zdjąć z niego jakieś wymiary, ale jak byłem na miejscu to czekało mnie małe rozczarowanie, bo okazało się, że owszem – warsztat istniał nadal tylko nie dorabiają już tłoków ponieważ ta odlewnia mieściła się prawie w centrum miasta i ze względów ekologicznych została zlikwidowana. Teraz musiałem poszukać jakiegoś innego, takiego zakładu – który trudnił się dorabianiem tłoków, Nie wiedziałem gdzie takiego zakładu mam szukać i dopiero ojciec, który każdą gazetę czytał od deski do deski, w „Życiu Warszawy” – w dziale ogłoszeń – znalazł taki zakład, który znajdował się w Milanówku pod Warszawą więc któregoś dnia postanowiłem tam pojechać bo i tak nie miałem wyboru.

Rok 1985

Jak zawsze po przywitaniu nowego roku człowiek łapał się za codzienną robotę. Kiedy sprawy silnikowe były już w toku to zajmowałem się innymi rzeczami więc w międzyczasie zamontowałem nowy reflektor oraz półkę z zegarami i stwierdziłem że mój motor nabrał sportowego wyglądu i dlatego do kompletu postanowiłem dorobić do niego „Gmol” co oznaczało „Gięta metalowa osłona lędźwi”. Po wykonaniu wzoru z pręta udałem się do kowala, który z odpowiedniej rury wygiął mi kształt „Gmola”.
Mając gotową już rurę „Gmola” i dorobione wszystkie wsporniki do jego montażu należało to wszystko pospawać w jedną całość i żeby mieć pewność że po spawaniu wszystko będzie pasowało tak jak trzeba to musiałem pospawać to na ramie.
Motocykl był kompletny i na kołach ponieważ wyjęty był z niego tylko silnik więc do znajomego spawacza mogłem motor zapchać bo jakby był rozmontowany to ramę do niego targałbym na plecach co nie byłoby za wygodnie. „Gmol” po spawaniu pasował idealnie, więc po obrobieniu spawów poszedł od razu do chromowania. Po odbiorze wału i tłoka nastąpił najważniejszy etap – czyli zmontowanie silnika i montaż jego do ramy, ale podczas jego montażu nie montowałem „Gmola”, ponieważ przeszkadzałby mi podczas wystawiania motoru z piwnicy. Korytarz był zbyt wąski i bałem się że mogę go porysować już na samym początku. Wreszcie doczekałem się i nadeszła ta upragniona chwila, czyli czas wystawienia motoru z piwnicy. Po zamontowaniu „Gmola” i ostatnich kosmetykach na podwórku, motocykl miałem gotowy do jazdy i tym akcentem rozpocząłem nowy sezon motocyklowy w 1985 roku.
Teraz po pierwszych jazdach próbnych dookoła osiedla na dalszą przejażdżkę postanowiłem pojechać do klubu. Jak byłem w klubie to dowiedziałem się o planowanych czterech jak na razie zlotach, na które chciałbym pojechać o ile do tego czasu maszyna nie padnie.

Zlot Pruszków rok 1985

Oprócz małego rozpoczęcia sezonu, które od trzech lat organizowali na Ursynowie chłopcy z klubu „Kardan” to zlot w Pruszkowie był pierwszym moim zlotem, na który miałem zamiar pojechać. Chociaż do Pruszkowa nie było daleko – bo z Ochoty było tylko około 20 km – ale życie pokazało, że nawet na najbliższą imprezę można nie dojechać albo nie wrócić z powodu jakiejś awarii.
Owszem byłem na otwarciu na Ursynowie i na zlot do Pruszkowa też miałem zamiar pojechać, ponieważ w tym mieście urodziłem się i wychowałem.

Tak prezentowała się moja JAWA z nowym reflektorem półką na zegary do motocykla CZ i z dorobionym „Gmolem”. Zdjęcie to zostało zrobione na zlocie w Lubaszu w 1985 roku.

Tak prezentowała się moja JAWA z nowym reflektorem półką na zegary do motocykla CZ i z dorobionym „Gmolem”. Zdjęcie to zostało zrobione na zlocie w Lubaszu w 1985 roku.

W 1963 roku moi rodzice dostali mieszkanie w Warszawie na nowym osiedlu Rakowiec i to był czysty przypadek, bo nasz blok znajdował się przy ulicy Pruszkowskiej. Ale wracamy do zlotu tak się złożyło że w tym tygodniu co zaplanowany był wyjazd na zlot zleceń w terenie było niedużo i na zlot mogłem pojechać już w piątek zaraz po obiedzie jak wrócę z pracy. Zlot ten zorganizowany był przez klub motocyklowy „MC Nornica” tylko nie pamiętam skąd ten klub pochodził i miejsce jakie wybrali na organizacje tego zlotu było na pograniczu Pruszkowa i Komorowa w zupełnie szczerym polu bez żadnego drzewa w okolicy.
Jadąc na ten zlot sądziłem, że to będzie jakaś miejscowa impreza dlatego nie brałem żadnego namiotu ponieważ wieczorem miałem zamiar wrócić do Warszawy.

Znaczek ze zlotu w Pruszkowie z 1985 roku.

Ale jak zobaczyłem że przyjechali chłopaki z Olsztyna i z Płocka to zrozumiałem że szykuje się jednak jakaś większa impreza i niezwłocznie pojechałem do domu po cały sprzęt do spania i jakieś zapasy na kolację. Po godzinie byłem z powrotem i motocykli na placu było już więcej i cały czas dojeżdżały następne.
Chłopaki z Olsztyna siedzieli już w barze. Ja po rozstawieniu namiotu niezwłocznie do nich dołączyłem i przy piwie wspominaliśmy poprzednie zloty przeżyte razem. Jak siedzieliśmy w barze to zauważyłem że dojechali następni moi koledzy z klubu „Weteran”, oraz z tą grupą przyjechali również bracia Nadolni oraz Maniek Nagawski „Rura wydechowa” i po ich przyjeździe wiedziałem, że teraz zabawa na tym zlocie będzie taka sama jak na poprzednich zlotach z ich udziałem. Kiedy chłopaki się rozlokowali to po rejestracji ponownie poszliśmy do baru i siedząc w nim, witaliśmy przyjeżdżających nadal motocyklistów. Po ich rejestracjach wiedzieliśmy, że niektórzy przyjechali z daleka – bo były motocykle z Wrocławia, Poznania, Białegostoku i wspomniani koledzy z Olsztyna i Płocka. Niektórzy motocykliści dojeżdżali już w nocy, bo widocznie mieli jakieś kłopoty na drodze ze swoim motocyklem i dla mnie to, nie było wcale dziwne, ponieważ jadąc nie raz w daleką trasę, miałem podobne problemy na drodze. Majważniejsze było to że jakoś dojechali i teraz byli już z nami. Najgorsze było to, że mimo późnej pory nadal było parno i duszno i zapowiadało się że w nocy będzie burza, bo na horyzoncie było widać dalekie błyski i słychać było odległe grzmoty. Jakoś to do nas nie dotarło i kiedy kładliśmy się spać to zaczynało już świtać. Tak zakończyliśmy piątek – pierwszy dzień tego zlotu. Sobota rano – po przespaniu się kilku godzin wstajemy w nowy dzień i tak jak było do przewidzenia od samego rana był nieznośny upał, a nie wiedzieliśmy co będzie w południe. Mogliśmy się tylko domyślać że po południu będzie istna patelnia i najgorsze było to, że nie było żadnego schronienia przed słońcem bo dookoła żadnego drzewa. Całe szczęście, że piwo w barze miało odpowiednią temperaturę – bo jakby człowiek przy tym upale napił się ciepłego piwa, to byłoby całkiem do dupy. Będąc na tym zlocie muszę opisać bardzo miłe wydarzenie do jakiego doszło po zakończeniu parady, ale wszystko po kolei. Jeśli chodzi o mnie to w ogóle nie miałem zamiaru ruszać się z terenu zlotu żeby jechać na paradę, tym bardziej w taki upał i wolałem do powrotu chłopaków posiedzieć w barze i leczyć kaca po wczorajszym ciekawym dniu.
Jednak po namowie kolegów zdecydowałem z nimi pojechać bo to też był rodzaj leczenia kaca po prostu przewietrzyć się.
Przy okazji po paradzie wykorzystać talon na obiad chociaż przy takim upale to i jeść się nie chciało, ale człowiek nie może żyć tylko piwem.

To jest fragment muru który otaczał ten obóz  przejściowy z napisem upamiętniającym tamte dzieje. Taki sam napis widniał na tablicy przy głównej bramie gdzie składane były kwiaty od uczestników zlotu.

To jest fragment muru który otaczał ten obóz przejściowy z napisem upamiętniającym tamte dzieje. Taki sam napis widniał na tablicy przy głównej bramie gdzie składane były kwiaty od uczestników zlotu.

Po namowie kolegów zdecydowałem się z nimi pojechać, bo to też był jakiś rodzaj leczenia kaca – po prostu przewietrzyć się, a przy okazji wykorzystać talon na obiad, chociaż przy takim upale to i jeść się nie chciało, ale człowiek nie może żyć tylko samym piwem.
No to chciał nie chciał pojechałem z nimi, a do przejechania
był spory kawałek drogi, bo do centrum miasta było około pięciu kilometrów i do tego pętla przez całe miasto głównymi ulicami przy takim upale to była mordęga, a parada zaplanowana była w samo południe i pogody na termin zlotu się nie wybiera o czym już pisałem opisując inne zloty. Po objechaniu całego miasta czoło kolumny z organizatorami zlotu zatrzymało się przed bramą główną zakładów ZNTK co oznaczało Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego. To był największy zakład przemysłowy w Pruszkowie i jeden z większych zakładów tego typu w Polsce w tamtych czasach. Właśnie na terenie tych zakładów Niemcy w czasie okupacji zorganizowali obóz przejściowy. Skąd odjeżdżały transporty do Oświęcimia i innych obozów koncentracyjnych w Niemczech, a po upadku powstania Warszawskiego spędzono w to miejsce całą ocalałą ludność cywilną z Warszawy. Ci wszyscy ludzie szli tutaj na piechotę i wielu z nich nigdy nie doszło do tego obozu. Dlatego przy głównej bramie tych zakładów została wmurowana pamiątkowa tablica upamiętniająca tamte tragiczne dla Warszawiaków – i nie tylko – wydarzenia z czasów wojny.
Na tej tablicy widniał napis „TĘDY PRZESZŁA WARSZAWA 6 VIII-10 X 1944 ROKU” i pod tą tablicą zostały złożone kwiaty od uczestników tego zlotu, a kilku uczestników z zagranicy którzy przyjechali na ten zlot i byli na tej uroczystej paradzie dopytywali się po powrocie co to jest za szczególne miejsce i co tutaj było podczas wojny, a że nie znali dokładnie historii naszego kraju to zostało wszystko im wytłumaczone i wtedy zrozumieli. Po zakończonej paradzie nie wracaliśmy już razem, tylko każdy na własną rękę. My też całą paczką najpierw pojechaliśmy na obiad do baru, w którym były wykupione dla nas obiady i po obiedzie wróciliśmy razem na teren zlotu. Wyjazd na paradę i wizyta w barze na obiedzie zajęła nam prawie dwie godziny i zaraz po powrocie z miasta obowiązkowa wizyta w barze bo przy tym upale język miałem jak kołem i musiałem go czymś zmiękczyć, a najlepiej było to zrobić zimnym piwem co oczywiście zostało zrobione. Dopiero po napiciu się piwa człowiek zaczął powoli wracać do zdrowia i teraz nie mając nic innego do roboty chowaliśmy się w cieniu własnych namiotów, bo tylko taki mieliśmy do dyspozycji. Owszem był wielki baldachim nad stolikami przy barze, tylko tam cały czas był tłok jak przed sklepem mięsnym w dniu dostawy towaru. Reszta dnia też zapowiadała się ciekawie tylko nie dla wszystkich, ale wszystko po kolei. Kiedy prawie wszyscy uczestnicy powrócili już z miasta to organizatorzy szykowali się przeprowadzenia różnych konkursów sprawnościowych.

Po wywrotce ten piękny napis na deklu odbił się na moim udzie jak stempel i wyglądałem jak oznakowana krowa.

Po wywrotce ten piękny napis na deklu odbił się na moim udzie jak stempel i wyglądałem jak oznakowana krowa.

Ja osobiście nie przepadałem za takimi konkursami i bardzo rzadko w nich brałem udział, ponieważ nigdy nie byłem w tym dobry, a druga sprawa: byłem za bardzo nerwowy. Dlatego wolałem posiedzieć z boku przy piwie i przyglądać się jak w tych konkursach męczą się inni.
Ale niektórzy koledzy – zwłaszcza z Olsztyna – pamiętali jak hasałem swoją JAWĄ po jeziorze Pogoria na zlocie w Sosnowcu w zeszłym roku i namawiali mnie żebym razem z nimi spróbował swoich sił w tych konkursach, tylko że ja chciałem się od tych konkursów wymigać, ponieważ tego dnia byłem trochę słaby i nie w formie.

Koniec części drugiej. Część trzecią wspomnień docenta znajdziecie tutaj:
http://www.caferacer.com.pl/?page_id=10771

Zapraszam do dyskusji na Forum Cafe Racer:
http://www.caferacer.com.pl/forum/index.php?topic=1858.0
wojkop

11 odpowiedzi na „Motocyklowe wspomnienia „Docenta” Część II

  1. Adam M. pisze:

    Jak ci sie jezdzilo na tym silniku w porownaniu z Mka ?
    Ciekaw jestem, jako ze byl to silnik z b niskim cisnieniem sprezania dostosowanym do wymogow wojska, a z kolei moj silnik byl tak dalece przerobiony ze zadnego porownania nie mam.

    • Docent pisze:

      Adam teraz po prawie czterdziestu latach trudno mi jest przypomnieć który z silników był sprawniejszy ale jedno co pamiętam silnik od R-75 palił dużo mniej benzyny niż ten oryginalny od M-72 pozdrawiam „Docent” 🙂

  2. Cyborg pisze:

    Docent Twoje wspomnienia czyta się jak najlepszy bestseller, nie mogę się doczekać na dalsze części – pisz jak najwięcej! Ja jestem z młodszego pokolenia (pierwszy zlot na motocyklu zaliczyłem w 1997 roku, wcześniej od 1993 jako obserwator za płotem) i moje przeżycia są już z innych czasów, ale Twoje teksty i zdjęcia są świetne i oddają klimat tamtych lat.. Pozdrawiam motocyklowo i czekam na kolejne wpisy! 😉

    • Docent pisze:

      serdecznie dziękuje przeczytałem komentarze i jestem zadowolony że są tacy młodzi ludzie że chcą czytać dlatego posyłam następną porcje a później będę pisał jak zdobywaliśmy paliwo jak było na kartki. 🙂

      pozdrawiam „Docent”

  3. zmyngut pisze:

    Mieszkam w Poniatowej. Kiedyś mój tata opowiadał, że był jakiś zlot ale powiem szczerze nie bardzo mu wierzyłem- w 1975 roku miałem rok :). Myślałem, że tatusiowi coś się pomyliło. I trzeba będzie starego przeprosić.
    Na początku lat 80- tych (była to moja 1 lub 2 klasa szkoły podstawowej która mieściła się wtedy przy ul. Młodzieżowej) raz z okna klasy, drugi raz wracając ze szkoły- wtedy z bardzo bliska widziałem jakiegoś człowieka na motocyklu. Ale na jakim motocyklu!!! Długi przód, wydechy w górę, z tyłu siedzenia oparcie- do tej pory pamiętam jakie wrażenie na mnie zrobił. Wtedy nie widywało się takich motocykli na co dzień, a szczególnie w tak małej mieścinie. Nie wiem kto to był, skąd przyjeżdżał ani do kogo. Jak ja chciałem wtedy wsiąść na ten motocykl… Mój ojciec wtedy miał wsk 125- którą mam do dzisiaj- oczywiście sprawną, a wtedy pełniła rolę pojazdu rodzinnego. Nie wiem, czy to widok tego motocykla, czy to, że od kiedy pamiętam zawsze jeździłem na kolanach ojca – a może obie te rzeczy spowodowały, że do dzisiaj mam odchył w odpowiednią stronę.
    Dziękuję, że chce Pan opowiadać swoje wspomnienia- dla mnie tamten okres to dzieciństwo, jakże miły dla mnie czas. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

  4. Krzysztof pisze:

    Witam. Mam na imię Krzysztof, mam 52 lata jestem z Łodzi a teraz z pod Łodzi i mam trochę historii z motocyklami od młodości. Na pewno nie są to tak intensywne doświadczenia jak „Docent” na którego kolejne części wspomnień , czekam co niedzielę z ogromnym zaciekawieniem ale coś tam było i jest dalej.
    Zaczynałem jak zwykle to bywało od ujeżdżania razem z kuzynem Komara 3 (miałem ok. 14 lat) a później w 1978 dostałem od ojca WSK 125 Gil, nówkę z „salonu”. Ponieważ był to już koniec października więc dużo nie najeździłem ale za to przychodziłem do garażu do niego całą zimę stulecia. Zapach spalin tego pierdzipęda będę pamiętał do końca życia. Jest niepowtarzalny. Później w 1980 roku na wiosnę był WSK 175 Kobuz tez nowy ale już tak miło go nie wspominam. Gil był kupiony w Łodzi w Polmozbycie na ul. Piotra Skargi a Kobuz na ul. Boya Żeleńskiego przy Spornej. W obu przypadkach pchałem te motorki po zakupie do garażu na ul. Jaracza przy Kilińskiego – ładny kawałek. W 1982 na wiosnę znowu zakup z fajną historią z GS-u, może będzie okazja opowiedzieć – CZ 350 w wersji California z kierunkowskazami typu jajko. Ten motocykl mam do dzisiaj w super kondycji z założonym elektronicznym zapłonem i prądnicą VAPE 12V.
    A tak na poważnie czyli trochę dalej to jeżdżę obecnie Suzuki DL 650 V STROM z 2005 roku u mnie od 2008 – tak co sezon ok. 6000 km. No i najważniejsze!!! W 2012 roku kupiłem w Ostrowie Wielkopolskim Kawasaki Z 400 z 1984 roku (tak jest w dowodzie rej.) ale według informacji z różnych źródeł to jest 1981. Wersja CUSTOM w oryginale z lakierem CANDY RED i chromami w fabrycznym stanie. Jeżdże nim namiętnie i tak na prawdę to nie wiem dlaczego!!!!! Ale jest super i tyle, mechanicznie jest bardzo ok, zrobiłem przy nim w zasadzie wszystko co tylko mogłem. Mam syna który ma 23 lata którego też zaraziłem do motocykli i cieszę się z tego.
    Pozdrawiam i dziękuję za możliwość obcowania z motocyklami i ich historiami na Twojej stronie. Jest super!

  5. Paweł MT pisze:

    Cześć Docent,
    Dosłownie przed chwila trafiłem pierwszy raz na tą stronę i natknąłem się na Twoje wspomnienia ze zlotu w Ostrowie Wlkp. w roku 1983r. Aż sece mi mocniej zabiło, bo choć mieszkam w tym mieście to pierwszy raz zobaczyłem znaczek z tego historycznej imprezy. Tak się składa, ze w 1996 – 1997, współorganizowałem w tym samym miejscu dwa kolejne zloty. Niedawno nawet zamieściłem filmy z ich przebiegu w serwisie YouTube. Obecnie tzn. od 10 lat prowadzę portal Moto-Turysta.pl
    Chyba domyślasz się jak bardzo chciałbym wymienić z Tobą kilka wiadomości. Proszę napisz do mnie na pawel@moto-turysta.pl . W 1983 roku to ja miałem tylko 9 lat!!! Może ktoś jeszcze z czytelników był jeszcze w Ostrowie Wlkp. na zlocie w 1983 roku? Będę wdzięczny za kontakt, bo chcę ocalić od zapomnienia tamte motocyklowe lata w naszym mieście.

    Paweł Nowicki / Ostrów Wlkp.

  6. IVIanana pisze:

    ,,Docent” twoje wspomnienia są dla mnie wspaniałą lekturą ,powinne zostać spisane na czerpanym papierze . Pozdrawia rocznik 1964

  7. Darek pisze:

    Cześć Docent ,na zlocie w Dąbrowie Górniczej,byliśmy razem ja z Mańkiem i chłopakami z klubu Faja,a jeśli chodzi o Francuzów to przez przypadek trafiła się nam gazeta motocyklowa francuska i tam było ogłoszenie dwóch motocyklistów ,że szukają fajnej trasy na wschodzie europy,moja siostra studiowała wtedy romanistykę i napisała do nich list i tak sie zaczeła nasza znajomość.Wysłaliśmy zaproszenie i przyjechało dwóch chłopaków jeden na Harleyu,drugi na Nortonie troche mieszkali u nas w klubie i trochę u u Mańka.Bardzo im sie podobało,zwłasza temu od Nortona bimberek który robił Maniek.Mam jedno zdjęcie z tego zlotu to ci podeślę,a ten numer z oponą to było na powrocie z tego zlotu sam ci pomagałem wkładać jedna w drugą.Ten gruby kolega to był Balia.
    Pozd Darek.

  8. Marek pisze:

    Jak zobaczyłem że miałeś tą jawę to szczena mi opadła. Człowieku teraz niektórzy dali by się za ten motocykl pokroić a wtedy to wogóle. Ale Ci się fartnęło z nim. Czytałem twoje opowieści i wiedziałem że twoje przygody to nie byle co i jeszcze dużo ciekawych rzeczy będzie się działo ale nigdy nie wpadł bym na to że będziesz miał ten przepiękny motocykl, którego w Polsce praktycznie nie było. On nawet w Czechach był rzadkością.

  9. jacek kowalczyk pisze:

    komandr zlotu w lubaszu to jest Belak na sokole 1000