Nasi na Isle of Man TT 2007

Marcin Żaczkowsk był już trzy razy za Isle of Man TT, kolejno w 2005, 2006 i 2007 roku. Obecnie nie wyobraża sobie by mogło go zabraknąć na którymś z wyścigów w przyszłości. Jeździ tam z grupką przyjaciół. Dwaj z nich po raz pierwszy odwiedzili wyspę w 1996 roku.
wojkop: Masz 31 lat i już byłeś tam trzy razy. Ja mam 50 – i jeszcze ani razu. Mam cichą nadzieję, że uda mi się to chociaż na emeryturze, pomimo coraz liczniejszych pogłosek, że Man TT może ulec likwidacji. Słyszałeś coś może na ten temat?
Marcin: Słychać od czasu do czasu takie glosy, zwłaszcza w środowisku dziennikarskim w Wielkiej Brytanii. Powodują to zapewne liczne wypadki i ofiary jakie towarzyszą tej imprezie. Z czasem motocykle są coraz szybsze, ambicje zawodników coraz większe i ofiar nie brakuje.Przez 100 lat wyścigów zginęło ponad 200 zawodników. Moim zdaniem jednak wyścig będzie trwał. Ma 100 – letnią tradycję i tysiące zwolenników, więc pewnie doczeka do czasów twojej emerytury, ale warto pojechać tam już teraz a nie czekać starości.
wojop: Przejdźmy w takim razie do „logistyki”. Od czego zacząć przygotowanie do wyjazdu, jakie są koszta itd.
Marcin: Przygotowania do wyjazdu musimy zacząć w grudniu – najpóźniej w styczniu – od załatwienia rezerwacji na prom. . .
wojkop: … no właśnie. Ja słyszałem, że podobno z Irlandii można było dostać bilety do prom niemal w ostatniej chwili…
Marcin: … no nie wiem. Ja mieszkam w Anglii, więc załatwiałem transport z Anglii. Prom z Irlandii wyszedł by o wiele drożej, bo trzeba się jeszcze tam dostać. Poza tym może to były bilety, bez miejsca na motocykl. My zawsze jeździmy tam motocyklami. Co do kosztów, to bilet na prom z Liverpoolu lub z Heysham kosztuje 150/180 funtów na osobę plus motocykl – w obie strony. Do tego oczywiście trzeba doliczyć koszty dostania się do Anglii. Nocleg najtańszy jest oczywiście na polu namiotowym. Zawsze jest tam tłok, ale zawsze znajdzie się miejsce nawet w ostatniej chwili. Koszt to 5-7 funtów od osoby. Nie ma co tam liczyć na wygody. Trzeba pogodzić się z okresowym brakiem ciepłej wody w łazienkach i kolejkami do toalet, bo tłumy tam są ogromne, ale ogólnie można wytrzymać. Należy pamiętać o tamtejszych zimnych nocach. Klimat na wyspie Man jest specyficzny. Nie dość, że leje tam przez 11 miesięcy w roku to noce, nawet w lecie, są chłodne – 7 do 10 st. To chyba ta wysoka wilgotność powoduje, że chłód jest przenikliwy nawet w dzień. Gdy stoimy w słońcu, jest nam gorąco i chronimy się przed nim w cieniu – momentalnie ogarnia nas zimno. Dlatego warto zaopatrzyć się w jakieś ciepłe ciuchy do spania pod namiotem. Można tez starac się o zameldowanie w hotelach ,tzw. Bed & Breakfast, i prywatnych domach. Ceny wahają się od 20-30 funtów (100 i więcej za dobre), problem tylko w tym, że tanie kwatery są zarezerwowane nawet na kilka lat naprzód. Po prostu jak ktoś tam raz pojedzie to mu się podoba i z góry rezerwuje sobie miejsce na następny rok.

wojkop: Powiedz jakie było twoje pierwsze wrażenie. Co ci najbardziej utkwiło w pamięci gdy w 2005 roku po raz pierwszy zjawiłeś się na Isle of Man TT?
Marcin: Powiem najpierw co mnie przyciągnęło na ten wyścig. Początkowo oczywiście to co wielu innych: legenda najniebezpieczniejszego wyścigu drogowego na świecie, na którym zawodnicy rozwijają średnią prędkość większą niż na jakimkolwiek wyścigu Grand Prix. Można powiedzieć, że jechałem na „cyrk śmierci”. Jednak jadąc już przez Anglię, czym bliżej przystani promowej – tym więcej mijaliśmy motocyklistów. To niesamowite, ale już przez całą drogę widzisz, że uczestniczysz w karawanie widzów jadących na wyścig. Cała przystań promowa zapchana jest motocyklami i busami i vanami wiozącymi motory. Widzowie mieszają się z zawodnikami. Widzisz rejestracje z najdalszych zakątków świata: Z Australii, Nowej Zelandii. Ludzie nieraz dokonują wielu wyrzeczeń by móc przyjechać na Man TT. Wtedy widać, że ci ludzie nie jadą na oglądanie „cyrku”. To wrażenie potęguje się jeszcze po przybyciu na miejsce. Dzień w dzień, od rana do nocy do wyspy przybijają promy wypełnione setkami motocykli. To morze maszyn wylewa się co chwila i wsiąka w wyspę. To robi niezapomniane wrażenie… Ten wyścig to magnes. Jak się raz posmakuje tej atmosfery – chce się tam wracać zawsze. Bywa, że po tygodniu pobytu jesteś już lekko zmęczony tym hałasem, tłumem, monotonnym widokiem motocykli i niczego więcej. Jednak po powrocie do domu dosłownie na drugi dzień zaczynasz już myśleć o przyszłorocznym wyjeździe.
Aha!! Warto pamiętać o jeszcze jednym: dużo ludzi przyjeżdża na Man żeby nie tylko ogladać TT bawic sie itp,ale także żeby pojeździć tak konkretnie, szczególnie na górskim odcinku TT Course. Sam po to tez min. tam jeżdżę. Ze względu na brak limitu prędkości jest to jak najbardziej legalne. Dlatego też wyjeżdżając w góry nawet o 6 rano można sie spodziewać sporego tłoku na trasie.
Co jeszcze… w tym roku zabrałem ze sobą kolegę, który był tam pierwszy raz. Staliśmy na ulicy i kupowaliśmy Hot-Dogi w oczekiwaniu na „practice” – przejazdy zapoznawcze. Staliśmy odwróceni placami do toru gdy nagle tuż za nami „przeleciał” jakiś motocykl. Kumplowi z wrażania omal Hot-Dog nie wyleciał na ziemię a sprzedawca – widać, że miejscowy – z kamienną twarzą zapytał kumpla: „Co, szybko? On teraz leciał tylko 180 mil na godzinę bo się dopiero rozgrzewa. Poczekaj jak się zacznie wyścig. W tym miejscu będzie wtedy jechał 200 mil…”. Pomyśl, że do tego możesz stać nawet pół metra od zawodnika jadącego ponad 300 km/h! Po prostu ciarki przez ciebie przechodzą na taki widok. Nie możesz wyjść z podziwu jak oni to robią! Tam jest ponad 300 zakrętów raz pod słońce, potem od razu w cieniu drzew. Oni tę trasą muszą mieć wyuczoną na pamięć! Każdy metr tej trasy! W czasie tzw. „szalonej niedzieli” można spróbować swych sił i pojechać trasą wyścigu. Największe wrażenie robi górski odcinek pętli. Wyjątkowo w tym roku ten kawałek drogi był przez całe dwa tygodnie jednokierunkowy. Po kilku dniach prób spróbowaliśmy z kumplem pojechać tam na maxa. Ze śmiercią w oczach dochodziliśmy miejscami do 240 km/h, gdzie zawodnicy jadą 200 mil! Jak już wspomniałem miejscami słońce kompletnie cię oślepia, wyścig odbywa się ok. godz. 16.00-17.00 gdy słońce jest już nisko, potem taki oślepiony wpadasz w wąską drogę obsadzoną drzewami… Tam trzeba jeździć miesiącami i ćwiczyć każdy kawałek toru aż się go pozna na pamięć by stanąć do tego wyścigu. Podejrzewam, że zawodnikom jest wszystko jedno czy coś widzą czy nie. Oni tę trasę spokojnie mogliby przejechać z zakrytymi oczami a wszystkie zmiany biegów i zakręty po tylu treningach wykonują już instynktownie (no ci najlepsi , bo nowicjusze szczególnie z poza wyspy raczej muszą mieć oczy otwarte:) ). Ja miałem takie miejsca gdzie jechałem 60/70 km/h bo jadąc pod słońce nie widziałem gdzie jadę a oni na wyścigu o tej samej godzinie jechali w tych miejscach na maksa…
wojkop: No tak… ale jest tam wiele okazji do treningu, skoro na wyspie Man nie obowiązuje ograniczenie prędkości poza obszarem zabudowanym. Ciekawe jakim cudem mieszkańcy wyspy jeszcze się nie pozabijali…
Marcin: … zwłaszcza, że ich drogi bardzo przypominają nasze polskie. Kręte, wąskie, często obsadzone drzewami… Nie mają u siebie ani kilometra autostrady. Mimo to brak zakazu nie spowodował jakiejś lawiny wypadków. Z tego co zauważyłem, miejscowi na codzień jeżdżą „normalnie”. No chyba że Jeremy Clarkson z kolegami z „Top Gear” kręci tam jakieś nowe testy samochodów do swojego programu TV.
wojkop: Powiedz Marcin czy przez te trzy lata jak tam jeździsz zauważyłeś jakieś zmiany. Czy Isle of Man Tourist Trophy w ogóle się zmienia? A jeśli tak, to czy na lepsze czy na gorsze?
Marcin: Bez wątpienia z roku na rok zwiększa się troska o bezpieczeństwo. W wielu miejscach trzeba było już dalej stać od toru niż rok wcześniej. Porobili tam zakazy zbliżania się do toru… Ale dalej też są miejsca gdzie możesz niemal dotknąć przejeżdżającego zawodnika. Zwiększyła się też ilość „marshali”, którzy w kamizelkach pilnują porządku na torze, ale największe zmiany widać w … cenach. Z roku na rok jest tam wszystko coraz droższe niestety. Dobrze, że chociaż oglądanie jest za darmo, choć oczywiście przy linii startowej są trybuny z miejscami siedzącymi, jeśli ktoś chce wygodnie oglądać wyścig – to może wykupić tam bilet.
Często ze względu na bezpieczeństwo ogłaszane są przerwy w startach kolejnych zawodników. Górzysty charakter wyspysprawia, że miomo ładnej pogody na starcie, gdzieś na trasie może padać deszcz – wtedy dla bezpieczeństwa robiona jest przerwa. Tak samo, gdy mgła zbierze się na jakimś odcinku trasy i helikopter medyczny, który cały czas unosi się nad torem, nie ma stuprocentowej widoczności – ogłaszana jest przerwa w startach. Jednak nikogo to nie irytuje, bo wiadomo jak ważne jest bezpieczeństwo na tym wyścigu.
wojkop: A czy widać tam wielu Polaków?
Marcin: Powiem ci, że w 2005 roku – gdy pojechałem tam pierwszy raz – nie spotkaliśmy żadnego Polaka na motocyklu. Kolega, który jeździ tam od 2003 roku też nikogo nie spotkał, choć czytaliśmy w „Świecie Motocykli”, że przyjeżdża tam wielu Polaków. W 2006 roku było nas czterech na motocyklach z polskimi blachami. Owszem spotkaliśmy Polaków pracujących na wyspie i mieszkających tam, ale nie mogliśmy spotkać nikogo z Polski na motocyklu. Gdy spytaliśmy napotkanych Polaków pracujących tam o polskich motocyklistów to odpowiedzieli: „Jasne! Przyjeżdżają! w zeszłym roku np. wiedzieliśmy dwóch. Na R1 i Hayabusie…” i tu opisali nam dokładnie jak wyglądają nasze motocykle. Za to w tym roku motocykli z Polski było sporo! No może nie setki, ale widzieliśmy około 10 motocykli oprócz nas.
wojkop: No to fajnie! Teraz tylko czekać aż pojawi się jakiś zawodnik z Polski.
Marcin: Nie wiem czy wierzyć „miejscowym” Polakom, ale z ich opowieści wynika, że na wyspie osiedlił się jakiś Polak i trenuje na trasie wyścigu. Jednak żadnych konkretów nie udało się nam od nich wydobyć. Nikt z nich nigdy go nie spotkał. Wiedzą tylko, że jeździ Yamahą R1. Nie wiem czy im wierzyć…
wojkop: Skoro nie kłamali opisując wasze motocykle – to może należy im wierzyć…
Marcin: Zobaczymy…
wojkop: Zdaje się, że nie tak łatwo wystartować w tym wyścigu…
Marcin: Oprócz posiadania licencji zawodnika trzeba wykazać się startem w co najmniej jednym wyscigu ROAD RACERS. Z tego co wiem, to jeszcze takie się organizuje w Irlandii i Holandii. No i trzeba pokonać kwalifikacyjne okrążenie (37,73 mili) w co najmniej 20 minut… albo chyba nawet mniej – lepiej sprawdzić to na stronie internetowej zawodów.
wojkop: Powiedz mi, czy mogę podać twoje namiary kontaktowe dla tych, którzy chcieliby się czegoś więcej dowiedzieć, ewentualnie dołączyć do waszej grupy w przyszłym roku?
Marcin: Nie ma sprawy. Nazywam się Marcin Żaczkowski. Obecnie przebywam w Anglii. Mój e-mail: zakgikser@wp.pl
wojkop: Dziękuję ci bardzo za tę rozmowę i do zobaczenia kiedyś na wyspie Man…

Możliwość komentowania jest wyłączona.