Motocyklowe wspomnienia „Docenta”

29.11.2014

Przesyłam kawałek swoich wspomnień jeżeli spodobają się – to co sobota będę przesyłał następne a trochę się tego nazbierało…
Z poważaniem Jacek Wachnik „Docent”.

Rozdział I

TRIUMPH-350

Tak jak pisałem w wcześniej, całą zabawę ze starymi motocyklami zacząłem w 1972 roku, kiedy przez przypadek wpadł w moje ręce motocykl marki TRIUMPH-350 rocznik 1936. Był on w kompletnym rozkładzie. Rozmontowany leżał w dwóch skrzyniach, a najgorsze było to, że nie było na niego żadnych dokumentów bo nigdy nie był rejestrowany po wojnie. Jednak darowanemu koniowi się w zęby nie patrzy (bo kupiłem go za grosze), więc postanowiłem ten motor przywrócić do życia – czym będę pisał dalej.
Kiedy skrzynie zostały rozpakowane okazało się że brakuje przedniego koła, obudowy reflektora razem z odblaskiem i całego układu wydechowego, a do zrobienia przy motocyklu było tylko dorobienie nowego tłoka razem ze szlifem i odtworzenie całej
prądnicy z którą spodziewałem się największych problemów, bo owszem prądnica była kompletna, ale na jej stojanie pozostały tylko korpusy cewek a reszta przez te lata zostało zjedzone przez myszy i szczury.

Tak wyglądał mój TRIUMPH-350. Zdjęcie zostało zrobione zaraz po zarejestrowaniu.

Tak wyglądał mój TRIUMPH-350. Zdjęcie zostało zrobione zaraz po zarejestrowaniu.

Jeśli chodzi o te brakujące elementy to był najmniejszy problem. Zastanawiałem się tylko gdzie naprawić tą prądnicę, bo bez niej to nie będzie w ogóle żadnej jazdy i w tym temacie pomógł mi pewien kolega, który przychodził do dziewczyny na naszym osiedlu. Też posiadał stary motocykl a mianowicie ZÜNDAPPA KS-600 którego przerabiał na małego „Chopera”. Tym chłopakiem był niestety nieżyjący już Jurek Janczak którego nazywali „Jamnik” i to od niego dowiedziałem się że na ul. Litewskiej jest taki stary elektryk – jeszcze z przed wojny – który tą moją prądnice naprawi. Kiedy motor był jeszcze w proszku rozpocząłem starania w sprawie jego zarejestrowania, bo domyślałem się że ten temat będzie długo trwał i będzie trudny. W tym temacie pomógł mi drugi kolega – Darek Kowalski „Gruby”, który miał kontakty z jakimś człowiekiem z Muzeum Techniki do spraw motoryzacji i dostarczył mi dwa identyczne formularze do wypełnienia.

Ten silnik od motocykla BENELLI-500 z 1936 roku znalazłem w składnicy złomu podczas szukania wydechów do mojego TRIUMPHA i po wypolerowaniu stał u mnie w pokoju na honorowym miejscu, ale dalszych losów tego silnika nie pamiętam.

Ten silnik od motocykla BENELLI-500 z 1936 roku znalazłem w składnicy złomu podczas szukania wydechów do mojego TRIUMPHA i po wypolerowaniu stał u mnie w pokoju na honorowym miejscu, ale dalszych losów tego silnika nie pamiętam.

Te formularze po wypełnieniu miałem złożyć w odpowiednich urzędach. Jednym z nich był Wydział Komunikacji, drugim była Komenda Główna Milicji – bo chodziło o sprawdzenie czy mój motor nie znajduje się na liście pojazdów kradzionych.
W czasie oczekiwania na odpowiedź w sprawie rejestracji, składanie motocykla dobiegło końca i szlak mnie trafiał, że nie mogłem nim się przejechać. Jednak bez tablicy rejestracyjnej było zbyt ryzykowne. Owszem; motor został wystawiony i pomyślnie odpalony, ale między garażami było za mało miejsca żeby się przejechać.
Któregoś dnia przez przypadek zauważyłem na tyłach stadionu „Skry” małą ślepą asfaltową uliczkę, na końcu której była jakaś – soboty i niedziele nieczynna – baza transportowa. W sobotę zapchaliśmy z chłopakami tam mój motor, bp z Rakowca gdzie mieszkaliśmy nie było daleko i dopiero tam mogliśmy się wyszaleć do woli. Chłopaki nazwali tą uliczkę szumnie „Poligon” doświadczalny dla mojego TRIUMPHA. Jeździliśmy tam cały dzień – aż skończyło się paliwo.
Po jakimś czasie otrzymałem wreszcie pismo z Wydziału Komunikacji, na które czekałem, a w nim informacja że mogę zgłosić się do Wydziału po odbiór dokumentów na swój motocykl. Po otrzymaniu tej wiadomości byłem jak wniebowzięty i cieszyłem się jak dziecko które dostało nową zabawkę. Wieczorem w mojej piwnicy była mała libacja z tej okazji, a na pierwszą dalszą przejażdżkę postanowiłem pojechać na Grochów, odwiedzić w Garażu „Jamnika” i pochwalić się mu nareszcie zarejestrowanym TRiumphem. „Jamnik” wtedy też miał już swojego ZÜNDAPPA ukończonego i właśnie wybierał się do klubu motocyklowego, który znajdował się na Grochowie na ul. Wspólna Droga w osiedlowym domu kultury „Helios”. Nie mając nic innego do roboty postanowiłem razem z nim pojechać do tego klubu tak dla ciekawości. Jak dojechaliśmy to na parkingu przed klubem stało już sporo motocykli różnych marek i mój TRIUMPH wyglądał przy nich jak motorower, ale to nie było takie ważne. Po namowie „Jamnika” zapisałem się do tego klubu i właśnie tutaj poznałem braci Echilczuków i braci Stankiewiczów. Później poznałem też innego kolegę – Marka Sokołowskiego „Sokoła”, który dużo mi pomógł przy moim HARLEYU i o tym będzie w dalszej
części moich wspomnień.

Pierwsza strona legitymacji którą otrzymałem po zapisaniu się do tego klubu. Niestety legitymacja do naszych czasów nie dotrwała, ale jakimś cudem ocalało zdjęcie tej legitymacji, które zamieszczam.

Pierwsza strona legitymacji którą otrzymałem po zapisaniu się do tego klubu. Niestety legitymacja do naszych czasów nie dotrwała, ale jakimś cudem ocalało zdjęcie tej legitymacji, które zamieszczam.

Gdy pochwaliłem się moim kolego, że zapisałem się do klubu, to jeden z nich, który nie mógł mieć własnego motocykla ze względów finansowych, bardzo chciał ze mną jechać do tego klubu bo też interesowały go stare motocykle tak jak i mnie.
Tym kolegą był Jarek Pruszyński którego nazywali „Makówa” i on mieszkał w tej samej klatce schodowej co i ja tylko piętro wyżej.
Czasami jak wracałem z pracy z pierwszej zmiany to specjalnie na mnie czekał i w tym czasie co Ja jadłem obiad to on sobie trochę pojeździł moim motocyklem, a po obiedzie jechaliśmy razem do klubu.

Ja podczas drobnych prac przy swoim TRIUMPHIE przed wyjazdem na pierwszy  zlot motocyklowy do Wolsztyna w 1973 roku.

Ja podczas drobnych prac przy swoim TRIUMPHIE przed wyjazdem na pierwszy zlot motocyklowy do Wolsztyna w 1973 roku.

Dla ciekawości powiem że z „Makówą” zaliczyłem najwięcej zlotów i różnych innych wypadów.
Jak Jarek nie był zajęty i ja nie miałem drugiej zmiany to jeździliśmy razem na cotygodniowe spotkanie do klubu
bo bardzo mu się tam podobało. Na którymś spotkaniu znana była już dokładna data dorocznego zlotu HARLEY-DAVIDSON, który od kilku lat organizowany był zawsze w sierpniu w Wolsztynie. Jarek powiedział, że za wszelką cenę musimy pojechać na ten zlot chyba że do tego czasu motor padnie. Nawet nie wiedziałem w której części Polski znajduje się Wolsztyn i ile tam będzie kilometrów dopiero w domu na mapie policzyliśmy kilometry i wyszło nam że będziemy mieli do przejechania około 405-ciu km w jedną stronę i to był kawał drogi dla mojego TRIUMPHA. teraz wszystkie nasze myśli związane były ze zlotem.
Kiedy z Jarkiem powiedzieliśmy chłopakom gdzie mamy zamiar pojechać, to oni byli do tej sprawy różnie nastawieni. Darek Kowalski „Gruby” – zawsze sceptycznie nastawiony był do wszystkiego – powiedział że ten mój motor nie pokona nawet połowy drogi do Poznania.
Na tydzień przed wyjazdem na zlot nie miałem zielonego pojęcia co mam zabrać ze sobą oprócz sprzętu do spania i podstawowych narzędzi.

Rozdział II

Mój pierwszy zlot

Gdybym na ten zlot miał jechać sam to nie byłoby problemu z zapakowaniem bagażu, bo zdemontowałbym tylne siodełko i wszystko zmieściłoby się na oryginalnym bagażniku, ale jechałem z Jarkiem – który musiał gdzieś siedzieć – więc szybko zmontowaliśmy prowizoryczny bagażnik. Dzień przed wyjazdem nastało ostateczne pakowanie do wielkiego plecaka. Zapakowałem prawie cały warsztat, a było w nim małe imadełko, wielka lutownica i prostownik do ładowania akumulatorów ale zabrakło miejsca na drugi akumulator który mógł się przydać w tak długiej trasie. W piątek nadszedł dzień wyjazdu i już na samym początku wystąpiły problemy – ponieważ mieliśmy wyjechać z samego rana, ale Jarek żeby nie zawalić matury musiał tego dnia zaliczyć jakieś egzaminy poprawkowe.

Jedyne nasze zdjęcie ze zlotu w Wolsztynie w 1973 roku jakie mi ocalało w moim   skromnym archiwum. Ten na lewo ode mnie z długimi włosami, podobny  do Johna Lennona - to Jarek.

Jedyne nasze zdjęcie ze zlotu w Wolsztynie w 1973 roku jakie mi ocalało w moim skromnym archiwum. Ten na lewo ode mnie z długimi włosami, podobny do Johna Lennona – to Jarek.

Jakoś udało nam się wyjechać jeszcze przed południem. Razem z nami pojechał kolega Jarka z klasy „Żuku”. Jego nazwiska i imienia niestety nie zapamiętałem On jechał motocyklem WSK jako osoba towarzysząca i z tego byłem zadowolony, bo zawsze raźniej jest jechać w dwa motocykle.
Kiedy wyjeżdżaliśmy z podwórka to żegnała nas mała grupa kolegów, i życzyli nam szczęśliwej drogi. Robili między sobą zakłady, do którego miejsca dojedzie nasz motor obładowany był wielbłąd przed wyjściem na pustynię. Najgorsze było to, że nigdy nie miałem okazji wyjechać gdzieś za miasto i przekonać się jakie są osiągi mojego motocykla, a teraz nie mając innego wyjścia musiałem jechać taką szybkością na jaką go stać. Mimo tego maksymalnego obciążenia jakoś jechaliśmy, a miejscami nasza szybkość dochodziła do 75 km/h. Tak przynajmniej wskazywał mój szybkościomierz. Nie była to kosmiczna szybkość, ale jechaliśmy do przodu i to mnie cieszyło. Na którymś postoju Jarek powiedział że bardzo dobrze nam idzie i ta wyprawa może nam się udać, a Ja powiedziałem że jest takie przysłowie „Nie chwal dnia przed zachodem słońca”. Jechaliśmy dalej w tym ślimaczym tempie i wreszcie doczołgaliśmy się do Poznania. Z mapy wynikało że do Wolsztyna pozostało już tylko około 80-ciu km. Najgorsze było to, że robiło się ciemno, a Ja za wszelką cenę chciałem uniknąć nocnej jazdy, Jednak nie miałem innego wyjścia i musiałem jechać dalej. Teraz tylko czekał nas przejazd przez całe miasto, a obwodnicy wtedy jeszcze nie było i jadąc już po ciemku zauważyłem że żarzy się kontrolka od ładowania. To oznaczało tylko jedno – padła prądnica, tylko nie miałem pojęcia z jakiego powodu.
Jeżeli to jest usterka mechaniczna to może da się to naprawić, a jak doszło do spalenia się jakiejś cewki to jest klapa i koniec jazdy. Teraz po ciemku nawet nie mogłem tego sprawdzić, więc postanowiłem jechać dalej do czasu wyczerpania się akumulatora i wtedy będę martwił się co robić dalej.
Po wyjechaniu z miasta „Żuku” jechał z przodu bo miał motocykl prawie nowy i sprawne światła, a Ja jechałem za nim mając włączone tylko światła pozycyjne, ale nie odjechaliśmy daleko, bo nagle wszystko zgasło i zrobiło się cicho jak w kościele po mszy. Teraz staliśmy w środku lasu. Wtedy powiedziałem do Jarka nigdy nie planuj kiedy dojedziesz do celu bo jest takie przysłowie „Jeden planował pierdnąć a się zesrał”. Wydawało mi się że zbyt krótko jechałem na samym akumulatorze i z tego wynikało że kontrolka musiała zapalić się wcześniej tylko Ja jadąc pod słońce mogłem tego nie zauważyć, ale teraz to nie było istotne.
Jarek zaproponował żeby zamienić akumulatory w motocyklach i jechać dalej, ale to okazało się niemożliwe ponieważ w moim motocyklu był duży akumulator 6 V 16 Ah i on nie zmieściłby się w schowku motocykla WSK i cały dobry plan padł. Nie było wyjścia, awaria mojego motocykla zagwarantowała nam nieplanowany nocleg w środku lasu pod gwiazdami i teraz przypomnieliśmy sobie że podczas tego wielkiego pakowania zapomnieliśmy o podstawowej rzeczy jaką była zwykła latarka. Jednak i bez latarki namiot został rozstawiony i do późnej kolacji wypiliśmy butelkę przeznaczoną na zlot, żeby nerwy mi się uspokoiły.
W nocy słyszeliśmy warkot motocykli podążających na zlot. Pomyślałem sobie, że zapewne oni też mieli podobne problemy ze swoimi motocyklami i dlatego tak późno jadą.
Rano pobudka jak w wojsku podczas nocnego alarmu nikt nikogo nie budził chłopaki zwijali namiot, a Ja sprawdzałem przyczynę awarii prądnicy i po zdjęciu dekla widziałem już wszystko. Ten widok mnie nawet pocieszył, bo doszło do usterki mechanicznej, a nie elektrycznej. Gdyby doszło do spalenia się jakiejś cewki albo twornika to byłaby dupa blada i tego uszkodzenia nie naprawiłbym na miejscu. Do tego uszkodzenia doszło w bardzo prosty sposób: poluzowała się nakrętka która trzymała twornik i kiedy on się wysunął z czopa t- o zostały zerwane wszystkie druty od komutatora. To uszkodzenie byłem w stanie naprawić, gdybym tylko mógł gdzieś podłączyć lutownicę, którą miałem ze sobą. Kiedy wyszliśmy na drogę to po widnemu zobaczyliśmy, że za jakieś 200 m kończy się las i widać jakieś zabudowania. Kiedy dopchaliśmy tam mój motor to okazało się, że na tablicy stróżówki był napis: Państwowe Gospodarstwo Rolne „Stęszew”. Czyli z tego wynikało, że od Poznania odjechaliśmy niedaleko – bo tylko 23 km i do Wolsztyna zostało niecałe 57, pod warunkiem że naprawimy moją prądnicę. Najważniejsze było to że w tej stróżówce był prąd i stróż był tak uprzejmy, że pozwolił nam z niego skorzystać. Kiedy zobaczył co mam w tym plecaku to powiedział, że bardzo dobrze jestem przygotowany to takiej naprawy. W tym czasie gdy lutowałem twornik to chłopaki podłączali mój akumulator żeby złapał trochę prądu.
Po naprawie prądnicy nadeszła chwila prawdy i po odpaleniu silnika okazało się że wszystko jest w porządku. Możemy jechać dalej.

Zdjęcie z drugiego mojego zlotu  w Brzuzie w 1973 roku, o którym będzie opis w dalszej części wspomnień. Ten chłopak przy ZÜNDAPPIE to Jurek Janczak  „Jamnik” który niestety już nie żyje.

Zdjęcie z drugiego mojego zlotu w Brzuzie w 1973 roku, o którym będzie opis w dalszej części wspomnień. Ten chłopak przy ZÜNDAPPIE to Jurek Janczak „Jamnik” który niestety już nie żyje.

Po spakowaniu całego majdanu ruszyliśmy dalej i do Wolsztyna dojechaliśmy już beż żadnych problemów. W pierwszej kolejności była rejestracja na zlocie. Wtedy otrzymałem swój pierwszy okolicznościowy znaczek. Niestety ten pierwszy znaczek tak jak i wiele innych znaczków nie dotrwał do naszych czasów i tego nie mogę sobie odżałować. Najważniejsze było to że dojechaliśmy przed paradą na której mi najbardziej zależało, a że do niej było jeszcze trochę czasu postanowiłem sprawdzić jak wygląda moja nakrętka od prądnicy, bo mimo że posiadała lewy gwint to luzowała się, a w tamtych czasach nie mieliśmy dostępu do takich rzeczy jak kleje do gwintów. Jeden kolega doradził mi prosty ale skuteczny sposób który sam praktykował żeby gwint posmarować klejem Butapren, który służy do klejenia gumy, ale w tym kleju znajduje się syntetyczny kauczuk i jak silnik rozgrzeje się to obie części zostają zwulkanizowane. Nie mając nic do stracenia zastosowałem ten patent bo jeżeli historia powtórzyłaby się – to podejrzewam, że to nie byłoby co lutować i wtedy byłby problem.

To jest zdjęcie znaczka ze zlotu w Wolsztynie na którym byliśmy z Jarkiem w 1974 roku. O tym też będę pisał na dalszych stronach.

To jest zdjęcie znaczka ze zlotu w Wolsztynie na którym byliśmy z Jarkiem w 1974 roku.
O tym też będę pisał na dalszych stronach.

Wreszcie nadszedł czas wyjazdu na paradę i to było dla mnie wielkie przeżycie. Tyle motocykli jadących w zwartym szyku i ten ryk silników, który jeszcze mam w uszach kiedy o tym myślę…. Parada wytyczona była głównymi ulicami miasta które na ten czas wyłączone były z ruchu lokalnego i po objechaniu miasta zakończyła się na rynku, gdzie okoliczni mieszkańcy i turyści mogli podziwiać te wspaniałe maszyny: stare i (w miarę) nowe.
Na paradę jechaliśmy w zwartym szyku w asyście radiowozów milicyjnych dla naszego bezpieczeństwa, ale po paradzie każdy wracał już samodzielnie i my też zrobiliśmy w mieście skromne zakupy, żeby nie wydawać pieniędzy w miejscowym barze i zaraz wróciliśmy na teren zlotu.
Po powrocie z miasta trwały już różne konkursy sprawnościowe. Najbardziej widowiskowy i najbardziej mi się podobał konkurs wolnej jazdy. W konkursie tym brały udział motocykle w których sprzęgło sterowane jest pedałem nożnym. Do motocykli z takim sprzęgłem należą HARLEY-DAVIDSON, INDIAN i nasz polski SOKÓŁ-1000, a ten konkurs wymyślili właśnie ludzie co jeździli na takich motocyklach.
Po tych konkursach wszyscy robili to co chcieli i czekali na wieczorne atrakcje. My też łaziliśmy po placu oglądając motocykle jakie przyjechały na zlot i resztę czasu spędziliśmy siedząc przed namiotem popijając piwo. Mieliśmy ze sobą butelkę ale zamierzaliśmy wypić ją dopiero wieczorem bo nie chcieliśmy się upić przed czasem w środku dnia.

Tak wyglądał nasz WILLIS po kolizji z drugim takim samym samochodem na zlocie samochodów terenowych w Brzuzie w 1973 roku.

Tak wyglądał nasz WILLIS po kolizji z drugim takim samym samochodem na zlocie samochodów terenowych w Brzuzie w 1973 roku.

Wieczorem w restauracji nad jeziorem było oficjalne powitanie wszystkich uczestników oraz rozdanie różnych nagród. A było kilka kategorii tych nagród jak na przykład za pierwsze trzy miejsca zajęte w konkurencjach, dalej za najliczniej reprezentowany klub z zagranicy i z Polski. Była też nagroda za najstarszy motocykl na tym zlocie. Tak się złożyło że wyprzedził mnie jeden chłopak z Poznania którego BMW-350 było starsze od mojego TRIUMPHA o jeden rok, ale i tak byłem zadowolony bo otrzymałem dyplom za drugie miejsce tylko że ten dyplom z którego byłem dumny gdzieś przepadł, a wisiał w mojej piwnicy kilka lat. Szkoda… Po rozdziale nagród i uroczystych przemowach rozpoczęła się zabawa a w zasadzie wielka popijawa bo żadne tańce nie były przewidziane mimo że muzyka była fajna, a to z tej przyczyny że nie było z kim tańczyć. Owszem było kilka dziewczyn, ale one były ze swoimi partnerami. My nie znając jeszcze nikogo poza kilkoma ludźmi z klubu „Helios” usiedliśmy w końcu sali i żeby nie siedzieć przy pustym stole to zamówiliśmy sobie po dwa piwa i przyglądaliśmy się jak bawią się inni..

Naprawa WILLISA po kolizji na zlocie w Brzuzie w 1973 roku o którym napisze w dalszych częściach.

Naprawa WILLISA po kolizji na zlocie w Brzuzie w 1973 roku o którym napisze w dalszych częściach.

Po wypiciu piwa mieliśmy zamiar opuścić ten lokal i zabawić się przed namiotem we własnym gronie oraz rozpracować butelkę do kolacji żeby w ten sposób zakończyć ten wspaniały dla nas dzień. Tylko że scenariusz na zakończenie tego dnia był całkiem inny i napisało go samo życie.
Po jakimś czasie atmosfera na sali zaczęła się zmieniać i rozluźniać, bo jak chłopaki popili już sobie zdrowo to rozmowa z nimi nie była taka sztywna jak na początku i zrobiło się weselej. Postanowiliśmy pozostać trochę dłużej i przekonać się co z tego wyniknie ciekawego
Ten zlot był międzynarodowy i zjechało się na niego sporo zagranicznych motocyklistów zarówno na motorach starych jak i tych nowszych. Tak się złożyło że najliczniej reprezentowaną grupą z jednego klubu byli Holendrzy o ile pamiętam byli z klubu „Harley-Davidson klub Amsterdam” i to oni otrzymali w nagrodę piękny kryształowy puchar. Dwóch Holendrów podeszło do baru i kazali nalać do tego pucharu kilka trunków z górnej półki. Barman nalał trzy butelki wódki jedną butelkę jakiegoś koniaku i dwa wina marki wermut i całe szczęście że nie dolali do tego piwa bo i tak wyszła z tego zabójcza mikstura. W tym pucharze było tak na oko około pięciu litrów tej mikstury i Ja ją nazwałem po swojemu: „Napój hu-hu”. Działał łagodnie nie przerywając snu o czym przekonałem się sam po paru minutach.
Wszyscy zastanawialiśmy się po co oni leją trunki do tego pucharu i co później z nim zrobią i jeden z kolegów powiedział że robią sobie w nim wielkiego drinka, a potem rozleją do szklanek i będą się tym napojem delektować do późna w nocy, bo ci z Zachodu lubią pić takie mieszane wynalazki (tak jak słynny James Bond agent 007 pił wódkę z Martini, albo Anglicy piją Whisky z wodą sodową) ale my Polacy nie lubimy rozcieńczać i dlatego pijemy czysty trunek bez żadnych zanieczyszczeń
Ale Holendrzy mieli przygotowany całkiem inny plan żeby rozbawić całe towarzystwo i wymyślili nietypowy konkurs. Nie była w nim przewidziana żadna nagroda dla zwycięzcy, a ten nietypowy konkurs dotyczył picia łykami tej mikstury którą zrobili w tym pucharze. Większość stolików została usunięta na bok i na środku sali pozostał tylko jeden z tym pełnym pucharem i każdy kto miał ochotę mógł spróbować swoich sił w tym nietypowym konkursie i tylko nie pamiętam co było liczone czy czas picia czy ilość wypitego napoju. Swoich sił próbowało wielu, ale nie pamiętam który z nich wygrał…

Tak wyglądał mój HARLEY wstępnie złożony zaraz po przywiezieniu go w częściach z Traktu Lubelskiego co  będzie opisane na dalszych stronach.

Tak wyglądał mój HARLEY wstępnie złożony zaraz po przywiezieniu go w częściach z Traktu Lubelskiego co będzie opisane na dalszych stronach.

Ja też postanowiłem spróbować swoich sił i wypiłem dwa lub trzy łyki tej obrzydliwej mikstury bo jej smak nie zachęcał do picia. Po tych łykach miałem dosyć i opuściłem ten lokal. Co później się działo to niewiele pamiętam ponieważ było do przewidzenia że ten napój „Hu-hu” zadziała tak szybko na mój organizm i dosłownie po paru minutach pan Jacuś padł na trawniku przed lokalem jak przysłowiowy pies „Pluto” i tak zakończył się dla mnie ten dzień pełen wrażeń, a miałem nadzieje że zakończy się w bardziej przyjemniejszy sposób, ale niestety takie jest życie.
Po sobotnich baletach pobudka też była tak katastrofalna jak zakończenie poprzedniego dnia i zastanawiałem się tylko w jaki sposób znalazłem się w namiocie ponieważ nic nie pamiętałem. Dopiero od chłopaków dowiedziałem się że przytargali mnie na plecach jak worek kartofli. Całe szczęście że oni nie próbowali tej obrzydliwej mikstury bo podejrzewam że jak by ich wzięło tak jak mnie to na tym trawniku leżelibyśmy we trzech do samego rana. Rano obudził nas warkot motocykli wyjeżdżających po zakończonym fajnym zlocie, a odjeżdżali zwłaszcza ci którzy mieli najdalej do domu.

Ja we własnej osobie w piwnicy i coś naprawiam tylko nie pamiętam co i do którego motocykla.

Ja we własnej osobie w piwnicy i coś naprawiam tylko nie pamiętam co i do którego motocykla.

Po wyjściu z namiotu w pierwszej chwili nie miałem pojęcia gdzie znajduje się moja głowa, a gdzie reszta ojego ciała. Żeby przywrócić mój organizm do życia walnąłem sobie piwo i od razu poczułem się lepiej . Wracałem do normalnego stanu. Wyjeżdżając na swój pierwszy zlot motocyklowy i w dodatku w tak długą trasę nie wiedząc ile czasu będę jechał tym motorem postanowiłem załatwić sobie w pracy również wolny poniedziałek i teraz wiedziałem, że dobrze zrobiłem.
Po skromnym śniadaniu siedzieliśmy przed namiotem i żegnaliśmy odjeżdżających kolegów, ale na placu pozostało jeszcze sporo motocykli których właściciele postanowili wyjechać dopiero w poniedziałek podobnie jak i my. Gdzieś koło południa przysiedliśmy się do sąsiadów którzy biwakowali obok nas i tak samo zaplanowali wyjazd na następny dzień. Postanowiliśmy razem z nimi wypić ostatnią butelkę, która miała być na sobotę i to był ostatni akcent alkoholowy na tym fajnym zlocie. Po tym już tylko odpoczynek przed powrotem następnego dnia.
W poniedziałek rano pobudka już normalna bez żadnych niespodzianek w postaci wielkiego kaca i zaraz po tym zwijamy cały majdan i szykujemy się do odjazdu, Ja jeszcze sprawdziłem ja wygląda patent z klejem żeby nie mieć problemów w drodze powrotnej. Po pożegnaniu się z resztą kolegów wyjechaliśmy w długą drogę powrotną do Warszawy. Najgorsze było to, że od samego rana zapowiadał się straszny upał, co bardzo martwiło „Żuka”, któremu grzał się silnik. Mojemu TRIUMPHOWI też nie było lekko i dlatego wyjechaliśmy jak najwcześniej. Wreszcie zakończył się upierdliwy przejazd przez Poznań i myślałem że dalej będzie się jakoś jechało gdy nagle w motocyklu „Żuka” coś zagrzechotało i silnik został zablokowany, a nasza piękna jazda zakończyła się. Teraz podczas przymusowego postoju intensywnie myśleliśmy co robimy z tym problemem. Wspomnienia „Docenta” część siódma

Były dwa rozwiązania z tej trudnej sytuacji pierwsze to zostawić motor „Żuka” gdzieś u chłopa w stodole i odwieźć go do Poznania na dworzec kolejowy, ale po ten motor trzeba było kiedyś wrócić.
Drugim rozwiązaniem było holowanie do Warszawy, a do pokonania pozostało niecałe 300 km co w tej sytuacji było bardzo dużo. Najgorsze było to że nigdy nie holowałem drugiego motocykla nawet na krótkim odcinku, a co dopiero na takiej trasie. Czyste szaleństwo, tym bardziej że mój motor sam poruszał się jak żółw.
Ale Bóg chyba nas stworzył do takich szaleństw więc postanowiliśmy spróbować, a jak mój motor sobie nie poradzi i padnie to sytuacja będzie rozwiązana i wracamy z tego fajnego autobusem i trzeba będzie później przyjechać po dwa motocykle. Na ewentualność holowania w ogóle nie byliśmy przygotowani i musieliśmy coś wykombinować. Z namiotu wydłubaliśmy najdłuższe linki i z tego zrobiliśmy prowizoryczny hol i wreszcie pojechaliśmy dalej do domu. Teraz Ja zastanawiałem się czy mój motor nie spoci się w ten upał bo jechaliśmy nie więcej niż 50 km/h. Był wielki egzamin dla mojego motocykla. Po przejechaniu pierwszych stu kilometrów zaczynałem wierzyć że ta wyprawa może nam się udać i nawet zdążyłem się przyzwyczaić do tego ślimaczego tempa i najważniejsze było to że byliśmy coraz bliżej domu, ale zawsze jakaś nieprzewidziana awaria może dopaść nawet kilometr przed domem.

Zdjęcie z naszego podwórka przy trzepaku ten co siedzi na motocyklu to nieżyjący już Darek Kowalski „Gruby”. Ten w koszulce w kwiatki to Darek Juszko jeździł na M-72. Ten chłopak w białej  koszulce to Wojtek Malanowski „Czajnik” - jeździł na motocyklu CALTHPRPE-500 z 1936 roku i o tych ludziach i ich motorach będę pisał na dalszych stronach, a zdjęcia pochodzą z 1975 roku i ich jakość mówi sama za siebie.

Zdjęcie z naszego podwórka przy trzepaku ten co siedzi na motocyklu to nieżyjący już Darek Kowalski „Gruby”. Ten w koszulce w kwiatki to Darek Juszko jeździł na M-72. Ten chłopak w białej koszulce to Wojtek Malanowski „Czajnik” – jeździł na motocyklu CALTHPRPE-500 z 1936 roku i o tych ludziach i ich motorach będę pisał na dalszych stronach, a zdjęcia pochodzą z 1975 roku i ich jakość mówi sama za siebie.

Zdjęcia z naszego podwórka przy trzepaku ten co siedzi na motocyklu to nieżyjący już Darek Kowalski „Gruby”. Ten w koszulce w kwiatki to Darek Juszko jeździł na M-72. Ten chłopak w białej  koszulce to Wojtek Malanowski „Czajnik” - jeździł na motocyklu CALTHPRPE-500 z 1936 roku i o tych ludziach i ich motorach będę pisał na dalszych stronach, a zdjęcia pochodzą z 1975 roku i ich jakość mówi sama za siebie.

Zdjęcia z naszego podwórka przy trzepaku ten co siedzi na motocyklu to nieżyjący już Darek Kowalski „Gruby”. Ten w koszulce w kwiatki to Darek Juszko jeździł na M-72. Ten chłopak w białej koszulce to Wojtek Malanowski „Czajnik” – jeździł na motocyklu CALTHPRPE-500 z 1936 roku i o tych ludziach i ich motorach będę pisał na dalszych stronach, a zdjęcia pochodzą z 1975 roku i ich jakość mówi sama za siebie.

I tak wlekliśmy się żółwim tempem w ten upalny dzień i nie mam pojęcia ile godzin jechaliśmy robiąc po drodze częste zmiany na motocyklu holowanym, ponieważ to było bardzo męczące, Wreszcie doczołgaliśmy się do bram Warszawy i zatrzymaliśmy się na pierwszych światłach, które były u zbiegu ulic Lazurowej i Połczyńskiej z tego miejsca do naszego osiedla było około 10-ciu km. To był pryszcz w porównaniu z tym ile już przejechaliśmy, ale stojąc pod czerwonym światłem z moim silnikiem zaczęło dziać się coś dziwnego, takiego zjawiska jeszcze nie miałem i ten pierwszy raz kiedyś się pojawia. Silnik pracował na wolnych obrotach i mimo że przepustnica była zamknięta jego obroty wzrastały więc postanowiłem go wyłączyć, ale silnik nadal parkotał mimo wyłączonego zapłonu to domyśliłem się że dostał samozapłonu z powodu przegrzania. Po zapaleniu się zielonego światła wcisnąłem kluczyk i chciałem odjechać tylko że motor pojechał nagle do tyłu czym byłem bardzo zdumiony i musiałem zgasić go po chamsku i zrobić sobie ostatnią przerwę. Podczas tej przymusowej przerwy powiedziałem Żukowi, że jego motor ciągniemy do nas na Ochotę ponieważ było najbliżej, a wszyscy byliśmy już zmęczeni tym upałem i uciążliwą jazdą i nie miałem zamiaru plątać się po Śródmieściu w godzinach szczytu z motocyklem na holu. Wreszcie po wyczerpującej podróży wjeżdżamy na podwórko z motocyklem „Żuka” na holu, a na ławeczce obok trzepaka przywitało nas kilku kolegów, którzy nie mogli doczekać się naszego powrotu. Chłopaki byli przekonani że jak nie wróciliśmy w niedziele – to z powodu awarii motocykla i wracamy pociągiem, a tutaj niespodzianka, TRIUMPH powrócił i mało tego – przyciągnął zepsute WSK aż z pod Poznania.
Ja zapytałem się jak stoją zakłady które robili przed naszym wyjazdem i kto wygrał, ale odpowiedzi nie było.
Najbardziej sceptycznie do naszego wyjazdu nastawiony był „Gruby” – bo jeszcze przed wyjazdem powiedział, że ten nasz wyjazd się nie uda i że ten mój motor nie pokona nawet połowy drogi. Teraz stwierdził, że byliśmy trzy dni nad jeziorem Zegrzu i udajemy że wracamy ze zlotu. Kiedy zobaczył nasze znaczki okolicznościowe i mój dyplom to zrobiło mu się nieswojo i głupio. Chłopaki pomogli rozpakować motor oraz zestawić motor „Żuka” do mojej piwnicy i mimo zmęczenia poszliśmy do „Jagusi” świętować szczęśliwy powrót z pierwszego zlotu. W „Jagusi” nie siedzieliśmy długo chcieliśmy tylko przepłukać zęby po podróży, a po drugie niewiele pieniędzy nam pozostało po tym fajnym zlocie. Po powrocie z „Jagusi” znalazłem na stoliku poniedziałkowe wydanie Życia Warszawy, a w nim notatkę o sobotnim zlocie motocyklowym HARLEY-DAVIDSON który odbył się w Wolsztynie i w tej notatce zamieszczone było zdjęcie na którym rozpoznałem siebie jak jedziemy TRIUMPHEM podczas parady i tą notatkę trzymałem razem ze zdjęciami, ale niestety też gdzieś przepadła.
Po tym pierwszym zlocie nie mogłem zasnąć tyle ciekawych rzeczy się na oglądałem a zwłaszcza motocykli i teraz po mojej głowie jeździły tylko HARLEYE bo tak bardzo mi się podobały, ale na razie mogłem o nich tylko pomarzyć. Któregoś dnia po powrocie z pracy zobaczyłem na parkingu znajomy motor to był ZÜNDAPP „Jamnika” który wreszcie naprawił w nim dyferencjał i teraz przyjechał po Małgosie i przy okazji chciał dowiedzieć się od nas jak było na zlocie na którym tak bardzo chciał być, a nie mógł. Jurek po powrocie powiedział że we wrześniu będzie zlot samochodów terenowych, ale motocykle ciężkie i wojskowe będą mile widziane jako ozdoba tego zlotu i dodał że na ten zlot na pewno pojedzie tylko na razie nie znał bliższych szczegółów. Jarek jak dowiedział się o tym zlocie powiedział że może na niego jechać choćby zaraz i dodał że ma ochotę ze mną pojechać na ten zlot no chyba że do tego czasu maszyna padnie. W „Jagusi” nie siedzieliśmy długo chcieliśmy tylko przepłukać zęby po podróży, a po drugie niewiele pieniędzy nam pozostało po tym fajnym zlocie. Po powrocie z „Jagusi” znalazłem na stoliku poniedziałkowe wydanie Życia Warszawy, a w nim notatkę o sobotnim zlocie motocyklowym HARLEY-DAVIDSON który odbył się w Wolsztynie i w tej notatce zamieszczone było zdjęcie na którym rozpoznałem siebie jak jedziemy TRIUMPHEM podczas parady i tą notatkę trzymałem razem ze zdjęciami, ale niestety też gdzieś przepadła.
Po tym pierwszym zlocie nie mogłem zasnąć tyle ciekawych rzeczy się na oglądałem a zwłaszcza motocykli i teraz po mojej głowie jeździły tylko HARLEYE bo tak bardzo mi się podobały, ale na razie mogłem o nich tylko pomarzyć. Któregoś dnia po powrocie z pracy zobaczyłem na parkingu znajomy motor to był ZÜNDAPP „Jamnika” który wreszcie naprawił w nim dyferencjał i teraz przyjechał po Małgosie i przy okazji chciał dowiedzieć się od nas jak było na zlocie na którym tak bardzo chciał być, a nie mógł. Jurek po powrocie powiedział że we wrześniu będzie zlot samochodów terenowych, ale motocykle ciężkie i wojskowe będą mile widziane jako ozdoba tego zlotu i dodał że na ten zlot na pewno pojedzie tylko na razie nie znał bliższych szczegółów. Jarek jak dowiedział się o tym zlocie powiedział że może na niego jechać choćby zaraz i dodał że ma ochotę ze mną pojechać na ten zlot no chyba że do tego czasu maszyna padnie.

Rozdział III

Jak była ładna pogoda to jeździłem TRIUMPHEM gdzie się da, a najczęściej do pracy bo wygodniej było wracać do domu zwłaszcza z nocnej zmiany, albo do klubu lub do garażu „Jamnika” na Grochowie.
Któregoś dnia gdy wracałem z pracy z pierwszej zmiany i na przystanku autobusowym na Żwirki i Wigury róg ul. Banacha stał ładny motocykl na zagranicznej rejestracji. Jak podjechałem bliżej okazało się że jest to motocykl MOTO GUZZI tylko nie nie pamiętam jakiej był pojemności.

Zdjęcie "Super-Chopera” na bazie motocykla NSU-500. Ten chłopak co na nim siedzi to „Jajco”. Tyle pamiętam. Ten chłopak zginął na tym motocyklu zabity przez kierowcę MZK w 1974 roku. Miał wtedy 18 lat.

Zdjęcie „Super-Chopera” na bazie motocykla NSU-500. Ten chłopak co na nim siedzi to „Jajco”. Tyle pamiętam. Ten chłopak zginął na tym motocyklu zabity przez kierowcę MZK w 1974 roku. Miał wtedy 18 lat.

Po wielkości jego silnika mógł mieć 750 lub 850 cm3
i ten motor nie wyglądał na stary miał chyba pięć albo sześć lat nie więcej.
Kierowca tego motocykla chodził nerwowo wokół niego.i Widać było że ma jakiś problem z którym nie może poradzić sobie sam więc postanowiłem sprawdzić co się stało i w jaki sposób będę mógł mu pomóc. Po zatrzymaniu się obok jego motoru wiedziałem już co się stało bo z dźwigni sprzęgła wystawała urwana linka i nie przypuszczałem że takie motocykle też się psują, ale jak widać i takie rzeczy się zdarzają. Pomyślałem że Ja z tą linką sobie poradzę pod warunkiem że pod deklem nie będą potrzebne jakieś specjalne narzędzia no i oczywiście nie tutaj na drodze. Jakimś poliglotą nie byłem ale proste słowa po angielsku znałem i trochę na migi wytłumaczyłem jemu żeby poczekał na mnie to mu pomogę wskoczyłem na motor i pognałem do domu.
Jarek który był ze mną na zlocie nie mając swojego motocykla to jak miałem pierwszą zmianę to czekał na mnie i w tym czasie co Ja jadłem obiad to on sobie pojeździł, a później jechaliśmy do klubu, albo do „Jamnika”.
Na podwórko wpadłem jak bomba i chłopaki myśleli że goni mnie milicja,. Na ławeczce przy trzepaku siedziało dwóch kolegów wspomniany Jarek i Darek Juszko i powiedziałem im że jest sprawa do załatwienia i pojechali ze mną żeby przepchać motor tego Włocha na podwórko. Zaraz po przepchaniu jego motoru na podwórko poszliśmy do mnie na obiad bo jadąc z pracy byłem głodny jak wilk, a nie wypadało zostawić go samego na podwórku. Rodzicom powiedziałem że trafił nam się niespodziewany gość któremu będę naprawiał motocykl.
Zaraz po szybkim obiedzie żeby nie tracić czasu przebieram się w robocze ciuchy i poszliśmy do mojej piwnicy po narzędzia. Ten Włoch którego imienia nawet nie pamiętam był zdziwiony że w takiej małej piwnicy można urządzić skromny warsztacik umożliwiający naprawę motocykla. A moja piwnica nie była taka mała bo miała około 20-stu m2 i podobno miało to być jakieś ogólne pomieszczenie gospodarcze coś w rodzaju pralni albo suszarni. I w tym moim warsztaciku z wyjątkiem małej tokarni i wiertarki kolumnowej miałem wszystko co było potrzebne. Ten Włoch zrobił kilka zdjęć w tym moim warsztaciku, ale niestety żadnego z nich mi nie przesłał, a szkoda bo miałbym jakąś ładną pamiątkę z tej naprawy.
zabierając się do wymontowania urwanej linki nie miałem pojęcia czy pod deklem gdzie znajdował się drugi koniec tej linki nie będzie jakiegoś utrudnienia, a jedynym specjalnym kluczem jaki był mi potrzebny to był klucz ampulowy o rozmiarze 6-ciu mm do odkręcenia dekla.
Po wymontowaniu dekla okazało się że drugi koniec linki jest jak najbardziej typowy więc nie będzie problemu z dorobieniem jej.
W konstrukcjach linek niewiele się zmieniło może materiały są inne, ale życie pokazało że i takie linki się też zrywają.
Mając wymontowaną linkę w ręku pojechaliśmy z Jarkiem na ul. Polną gdzie znajdował się mały prywatny sklep motoryzacyjny u Potajały w którym można było kupić gotowe linki do różnych motocykli jak również były linki do nietypowych motocykli tak zwane pół produkty o różnych długościach z jedną baryłką i dopiero w domu po ustaleniu właściwej długości wlutowywało się drugą baryłkę i linka była gotowa.
Po powrocie zabrałem się za dorabianie linki według tej starej, a on z zaciekawieniem przyglądał się jak dorabiam linkę do jego motocykla.
Kiedy montowałem gotową linkę to na podwórku zrobiła się mała sensacja co „Docent” czyli Ja majstruje przy tym pięknym motocyklu.
Po zamontowaniu linki i wyregulowaniu sprzęgła nadeszła chwila prawdy bo trzeba było się tym motorem przejechać żeby sprawdzić sprzęgło podczas jazdy więc kazałem żeby to zrobił, ale on palcem wskazał mnie i jego gestów wynikało że to Ja jako mechanik powinienem dokonać próbnej jazdy.
Więc nie miałem innego wyjścia musiałem przejechać się tym motorem sam.
Teraz pan „Docent” dosiada wielką maszynę z duszą na ramieniu ponieważ pierwszy raz usiadłem na taki motor i na dodatek musiałem nim pojechać, ale kiedyś ten pierwszy raz musiał nastąpić.
Po odpaleniu silnika wykonałem okrążenie dookoła osiedla bez żadnych wygłupów i stwierdziłem że ze sprzęgłem jest wszystko w porządku i motor jest sprawny do dalszej jazdy, a Ja byłem zadowolony że w jakiś sposób mogłem pomóc temu człowiekowi i naprawić jego motor.
Przed odjazdem jemu na pożegnanie swój adres żeby napisał jak dojedzie do domu, a on za tą naprawę chciał mi zapłacić tylko że Ja nie wziąłem od niego żadnych pieniędzy.

Tak wyglądał mój odpicowany HARLEY wystawiony jeszcze bez tylnej opony, ale nie mogłem doczekać się pierwszego odpalenia silnika które było nieudane, a opis tego będzie w dalszej części.

Tak wyglądał mój odpicowany HARLEY wystawiony jeszcze bez tylnej opony, ale nie mogłem doczekać się pierwszego odpalenia silnika które było nieudane, a opis tego będzie w dalszej części.

Po miłym pożegnaniu wsiadł na motor i pojechał dalej zwiedzać nasz piękny kraj, a my żeby zakończyć ten nietypowy dzień poszliśmy do naszej ulubionej „Jagusi” napić się piwa albo czegoś mocniejszego.
Po jakimś czasie otrzymałem od niego list
że dojechał szczęśliwie do domu i pierwsze co zrobił to następnego dnia pojechał do serwisu żeby zamontowali jemu oryginalną linkę
W serwisie dziwili się że taka linka urwała się i jednocześnie przyglądali się tej mojej lince którą Ja dorobiłem i powiedzieli że została zrobiona fachowo i podobała im się.
Następnego dnia pojechałem na Grochów do „Jamnika” żeby dowiedzieć się czy zna szczegóły dotyczące zlotu o którym wspominał wcześniej.
Jak dojechałem do „Jamnika” to on właśnie wybierał się na Trakt Lubelski do kolegów bo to oni wiedzieli więcej o tym zlocie bo jeden z nich posiadał amerykański samochód z okresu drugiej wojny WILLIS JEEP z 1942 roku.
Postanowiłem pojechać z Jurkiem i przy okazji poznać nowych kolegów.
Kiedy Jurek wyjechał na główną drogę i dodał gazu to Ja na swoim TRIUMPHIE tylko powąchałem jego dymek i nie mogłem za nim nadążyć bo jego motor to był kawał maszyny nie to co moje „Pierdzikółko”.
Jak dojechaliśmy na Trakt Lubelski to chłopaki też nie próżnowali bo akurat testowali swój pojazd w postaci super „Chopera” zrobionego na bazie motocykla NSU-500, a jego zawieszenia miało chyba ze dwa metry długości co widać na zdjęciu i to zdjęcie jakimś cudem ocalało w moim skromnym archiwum. Tam poznałem nowych kolegów z którymi będziemy jechać na zlot, ale niestety ich nazwisk i imion nie pamiętam tylko jak na nich wołali „Jajco”, „Ogórek” i tak dalej.
Ten chłopak co siedzi na tym super „Choperze” to właśnie „Jajco” który jakieś pół roku później zginął na tym motocyklu w wypadku u zbiegu ulic Ostrobramskiej i Zamienieckiej, a do tego wypadku doprowadził kierowca MZK który nie ustąpił jemu pierwszeństwa przejazdu. A „Jajco” miał wtedy 18-ście lat i całe życie przed sobą.

Rozdział IV

Zlot samochodów i motocykli terenowych Brzuza rok 1973

Teraz, kiedy znaliśmy już termin tego najbliższego zlotu o którym wspominał „Jamnik”, to rozpoczęło się wielkie odliczanie do dnia wyjazdu na ten zlot. Zlot ten zorganizowany był w miejscowości Brzuza nad rozlewiskami rzeki Bug i to było gdzieś na terenie gminy Łochów około 80-ciu km od Warszawy. Termin tego zlotu wypadał na ostatnią sobotę września, chłopaki nazwali to zakończeniem sezonu. Dwa tygodnie przed zlotem, „Jamnik” ponownie odwiedził nasze osiedle swoim ZÜNDAPPEM. Umówiliśmy się dokładnie co do wyjazdu na ten zlot. Jurek powiedział że na ten zlot jedzie obowiązkowo.
Zlot ten organizowany był przez miłośników samochodów terenowych, ale motocykle ciężkie i wojskowe były mile widziane jako ozdoba tej imprezy. Wiedzieliśmy że ten zlot nie będzie odbywał się w samym miasteczku tylko na bezkresnych polach w pobliżu rzeki i nikt z nas nie wiedział jaki może być dojazd do miejsca obozowiska.
Samochody terenowe i motocykle wojskowe takie jak ZÜNDAPP. BMW, M-72 i inne podobne typy motocykli na pewno sobie w takim terenie poradzą, o czym dobrze przekonał się Wermacht po napaści na Związek Radziecki w 1941 roku, gdzie nie było żadnych utwardzonych dróg tylko bezdroża, co można zobaczyć na dokumentalnych filmach z tamtego okresu.
Ja postanowiłem pojechać z „Jamnikiem” na tak zwanego „Kolarza” czyli jako pasażer bo podejrzewałem że mój TRIUMPH w tym trudnym terenie nie poradzi sobie, a nie chciałem ryzykować zakopania się w błocie i Jurek powiedział że mogę z nim jechać.

Kolejne zdjęcie mojego HARLEYA.

Kolejne zdjęcie mojego HARLEYA.

Na ten zlot bardzo chciał pojechać Jarek Pruszyński – po tym jak bardzo podobał mu się wyjazd na zlot do Wolsztyna, ale Ja powiedziałem że nie jadę swoim motocyklem tylko z „Jamnikiem” jako pasażer i on tą informacją bardzo był zawiedziony. Ja też żałowałem, że nie może z nami jechać.
Wreszcie nadszedł piątek przed południem – dzień wyjazdu na zlot i tylko pogoda była nie za ciekawa ponieważ było pochmurno i zimno i czasami mżył deszcz, co niepokoiło „Jamnika”. Wszyscy spotykaliśmy się na Trakcie Lubelskim i stamtąd jechaliśmy bezpośrednio już na zlot. Ja umówiony byłem z „Jamnikiem” w jego garażu gdzie zamknęliśmy mój motor i pojechaliśmy do chłopaków na Trakt. Na miejscu okazało się że będziemy jechać w małej grupie bo oprócz WILLISA i ZÜNDAPPA „Jamnika” będą jechały jeszcze dwa motocykle (taki sam model ZÜNDAPPA jak Jurka tylko zrobiony na oryginała i z koszem a drugim było NSU-500), ale nie ten super „Choper” „Jajca” bo on też by tam nie dojechał. Owszem „Jajco z nami pojechał jako pasażer w jednym z motocykli i to dzięki niemu mam kilka zdjęć z tego zlotu w swoim skromnym archiwum.
Tuż przed odjazdem okazało się że w WILLISIE jest wolne jedno miejsce i gdybym o tym wiedział to zabrałbym Jarka ale jest takie przysłowie „Jakby człowiek wiedział że się przewróci to by się położył”. Więc „Jamnik” pojechał bez pasażera, a Ja przesiadłem się do WILLISA i pojechaliśmy wreszcie na zlot. Tak jak wspomniałem ta paskudna pogoda wkurzała najbardziej „Jamnika”, ponieważ w jego motocyklu nie było przedniego błotnika więc cała woda z pod przedniego koła leciała prosto w aparat zapłonowy i jak jego motor przestał jechać to mieliśmy przymusowy postój i Jurek czyścił przerywacz i wkurzał się przy tym. Na którymś z tych przymusowych postojów doszłoby do katastrofy bo „Jamnik” dostał furii i mało co nie rozwaliłby swojego pięknego reflektora firmy Bosch, ponieważ po oczyszczeniu przerywacza po raz który silnik nadal nie chciał odpalić wtedy Jurek zaczął kopać motor gdzie popadnie i gdyby nie nasza interwencja to pewnie by do tego doszło i tego chyba by nie przeżył. Kiedy wreszcie po wielu próbach ZÜNDAPP „Jamnika” odezwał się to pojechaliśmy dalej, ale nie odjechaliśmy daleko bo tylko kilka kilometrów. Przejeżdżając przez las z doszło do groźnie wyglądającego wypadku w którym uczestniczył jeden z motorów jadący na początku kolumny i został lekko uszkodzony. Jednak po drobnych zabiegach mógł jechać dalej.
Było to tak, że z bocznej leśnej drogi wyjechał tuż przed nami niespodziewanie samochód marki SYRENA, a w tym samochodzie jechało dwóch kompletnie pijanych ludzi i doprowadzili do tej kolizji. Na początku naszej kolumny jechał ZÜNDPP z koszem i kiedy próbował ich ominąć to kołem kosza uderzył w ten samochód uszkadzając je. Koło zostało wymienione, ale tych dwóch nygusów próbowało uciekać. „Ogórek” WILLISEM ich szybko dogonił i zmusił do zatrzymania się i tak mieli dużo szczęścia bo chłopaki chcieli spuścić im manto, ale jakoś się opanowali. Całe szczęście, że jako pierwszy nie jechał „Jamnik” – bo gdyby to on wjechał w tą SYRENKE to na pewno jego zawieszenie zostałoby połamane i to byłby koniec jego jazdy na ten zlot. Całe zamieszanie z tym wypadkiem zabrało nam sporo cennego czasu, który chcieliśmy spędzić w bardziej przyjemny sposób i kiedy wreszcie pozbieraliśmy się po tym wypadku pojechaliśmy dalej. Do miejsca zlotu nie było daleko, przynajmniej tak wynikało z drogowskazów.
Obozowisko zlotowe oddalone było od centrum miasteczka jakieś pięć kilometrów tak wynikało z ostatniej strzałki kierunkowej i nie sposób było tam nie trafić. Kiedy po przygodach na drodze dojechaliśmy na teren obozowiska to okazało się że do tego miejsca mój TRIUMPH dałby sobie rade bo to była zwykła polna droga dopiero 500 m za obozowiskiem – bliżej rzeki – rozciągał się istny raj dla samochodów terenowych, gdzie następnego dnia będą różne konkurencje i ich kierowcy będą mogli pokazać co potrafią ich samochody w tym trudnym terenie.

Wszelkie naprawy mniejsze i większe przy HARLEYU gromadziły na parkingu całe konsylium moich kolegów doradzających sposób naprawy. Siedzący tyłem z długimi włosami to Jarek Pruszyński oparty nogą o motor to Marek de Nisau „Bizon”, a oparty o kierownicę to Tadzio Markiewicz. Obok niego przygląda się Mirek Socha.

Wszelkie naprawy mniejsze i większe przy HARLEYU gromadziły na parkingu całe konsylium moich kolegów doradzających sposób naprawy. Siedzący tyłem z długimi włosami to Jarek Pruszyński oparty nogą o motor to Marek de Nisau „Bizon”, a oparty o kierownicę to Tadzio Markiewicz. Obok niego przygląda się Mirek Socha.

Szkoda tylko, że przestał padać deszcz i zrobiło się sucho bo wszyscy liczyli że będzie mokro, śliskoi wtedy te konkursy byłyby bardziej trudne i widowiskowe. Tak jak wspomniałem ten zlot został zorganizowany w szczerym polu i oprócz namiotów organizatorów stało już sporo namiotów uczestników, którzy podobnie jak my przyjechali wcześniej i jeszcze dojeżdżali następni, ale najgorsze było to, że na tym zlocie nie było baru piwnego i nie mieliśmy się czego napić po podróży, a my nie zatrzymywaliśmy się w mieście. Z tego faktu byliśmy niezadowoleni i nie było rady, trzeba było wracać się do miasta po jakieś zapasy – głównie do picia i jedzenia, bo nie będziemy siedzieli tutaj o suchym pysku. Zrobiliśmy ogólną składkę i dwóch pojechało po zakupy, a reszta załogi rozstawiała namiot i szykowaliśmy sobie nocleg. Kiedy chłopaki wrócili z miasteczka to ognisko było już rozpalone i tego dnia nic więcej nie było zaplanowane po za biesiadowaniem z kolegami przy ognisku. Siedzieliśmy tam aż do późna w nocy.
Po pięknie zakończonym piątku sobota wita nas podobną pogodą co wczoraj i rozpoczynamy dzień od wypicia piwa ponieważ my nie braliśmy udziału w żadnych konkurencjach. Jedynie „Ogórek”, który przyjechał WILLISEM postanowił w jednym z konkursów spróbować swoich sił i my liczyliśmy że może mu się uda. Najważniejsze było to że wreszcie pojawił się na placu bar piwny, a organizatorzy ogłosili że po zakończonych konkursach około południa przyjedzie kuchnia polowa z wojskową grochówką i ta wiadomość też była dla nas bardzo pocieszająca ponieważ nie trzeba było specjalnie jechać do miasta żeby zjeść coś ciepłego w ten zimny dzień. Zdziwiło nas że na placu zaroiło się od ludzi i zrobiło się tłoczno jak na jakimś festynie albo odpuście. ponieważ organizatorzy rozwiesili w miasteczku sporo plakatów żeby ściągnąć kibiców na te pokazy i konkursy. Nas interesował tylko jeden konkurs w którym brał udział nasz kolega i to jemu kibicowaliśmy. Ten konkurs był bardzo prosty: startowały w nim obok siebie dwa samochody i ten co wygrał przechodził do następnej rundy. „Ogórkowi” bardzo dobrze szło i miał wielkie szanse na wygranie tego konkursu bo wygrał już cztery pojedynki i do końca konkursu pozostały jeszcze dwa wyścigi, ale podczas następnego przejazdu doszło do kolizji z drugim takim samym samochodem i to pogrzebało wszelkie nadzieje na wygranie tego konkursu.
Nawet zastanawialiśmy się czy tym samochodem uda się wrócić do Warszawy bo po tej kolizji wyglądał strasznie.
Do tego wypadku doszło w głupi sposób, samochody po przejechaniu wyznaczonego odcinka powinny były odjechać w przeciwne strony, a w tym przypadku tak się nie stało i z niewiadomych przyczyn Jurek skręcił w lewo ucieszony z wygranego następnego przejazdu wtedy na niego najechał z tyłu ten przegrany samochód i Jurka samochód już tam pozostał i nie nadawał się do dalszej jazdy.
Dla zgromadzonych kibiców była jakaś atrakcja tylko nie dla nas. Ten konkurs dla nas zakończył się, a „Ogórek” był wkurwiony że popełnił taki fatalny w skutkach błąd i my też byliśmy wkurzeni bo zamiast siedzieć z chłopakami przy piwie to musieliśmy pomóc Jurkowi usunąć jego samochód co nie było zajęciem łatwym, a później coś wymyślić jak prowizorycznie to naprawić. Żeby przestawić samochód musiałem wymontować wał napędowy od przedniego mostu ponieważ po uderzeniu wysunął się ze skrzyni i tak wisiał. Dobrze że nie rozwalił miski olejowej bo byłaby kompletna klapa. Uszkodzenia w naszym samochodzie były naprawdę poważne bo został wyrwany przedni zderzak wraz z lewym kawałkiem podłużnicy do którego przymocowana była przekładnia kierownicza i przednie mocowanie lewego resoru. Straty byłyby może mniejsze, gdyby w tamtym samochodzie zamontowany był oryginalny zderzak, ale on miał z przodu zamiast zderzaka przymocowany kawałek szyny od kolejki wąskotorowej i tą szyną zmasakrował nasz samochód. Samochód został jakoś przestawiony koło namiotu i teraz najważniejszym problemem w tej naprawie było prowizorycznie umocować przekładnie kierowniczą która odpadła razem ze wspornikiem, a samochodu do spawacza na plecach nie zaniesiemy bo sam jechać nie mógł.
Wymyśliłem żeby dorobić taką obejmę podobną do strzemiona resorowego i przy jej pomocy umocować przekładnie kierowniczą do podłużnicy tylko żeby dorobić taki element to musiałem
pojechać do miasteczka, ale nie było z kim bo do śniadania wypiliśmy butelkę ponieważ nikt z nas nie planował żadnego wyjazdu.
Wtedy ten chłopak z którym mieliśmy kolizję zaoferował swoją pomoc i jego samochodem pojechałem do miasteczka dorabiać to co było mi potrzebne.

Następne zdjęcie z mojej piwnicy. Ja z bratem upiększamy mojego HARLEYA.

Następne zdjęcie z mojej piwnicy. Ja z bratem upiększamy mojego HARLEYA.

Tylko że z tym tematem pojechaliśmy aż do Łochowa bo w tym miasteczku nie było odpowiedniego warsztatu i to zajęło nam sporo czasu.
Dobrze że pojechałem takim samym samochodem bo ten element dorabiałem do WILLISA więc na miejscu mogłem przymierzyć i ewentualnie dokonać poprawek. Całe szczęście że po powrocie z Łochowa załapaliśmy się jeszcze na tą wojskową grochówką bo inaczej musiałbym zadowolić się kanapką z konserwą. Zaraz po tym smacznym obiedzie łapie się za robotę żeby zdążyć przed wieczorem, a chłopaki mi w tym pomagali co widać na zdjęciu. Po prowizorycznej naprawie Jurek wykonał małe okrążenie po placu bez wygłupów i okazało się że jakoś do Warszawy uda się dojechać. Byliśmy już spokojni że mamy czym wracać do domu i teraz mogliśmy spokojnie dołączyć do kolegów przy ognisku i wypić z chłopakami ostatnią butelkę na tym pechowym dla nas zlocie. Podczas kolacji powiedziałem że po powrocie do Warszawy mogę pomóc jemu przy naprawie jego samochodu, ale o tym pogadamy w poniedziałek po trzeźwemu jak przyjadę na Trakt i zobaczę jakie są tam warunki. W niedziele rano szybko zwijamy obozowisko i postanowiliśmy wyjechać w miarę wcześnie żeby nie mieć kłopotów na drodze bo nie miałem pojęcia jak będzie spisywał się ten mój patent podczas jazdy i nie montowałem przedniego wału ponieważ mocowanie resoru z przodu nie zostało naprawione i bałem się że podczas mocniejszego hamowania przedni most przestawi się, a wał ponownie wyleci na jezdnię. Jakoś udało się nam dojechać do Warszawy i nawet „Jamnik” nie miał już problemów z przerywaczem bo na drodze było sucho. My z Jurkiem nie mieliśmy potrzeby jechać na Trakt Lubelski więc po pożegnaniu się z kolegami pojechaliśmy po mojego TRIUMPHA i razem pojechaliśmy na Ochotę skąd miał do domu już niedaleko. Jak przyjechaliśmy na Ochotę to Jurek nie pojechał jeszcze do domu bo było wcześnie tylko wszyscy razem poszliśmy jak zwykle do „Jagusi” na piwo i opowiadaliśmy chłopakom o nowych przygodach jakie z Jurkiem przeżyliśmy niedawno na tym pechowym dla nas zlocie. Nie miałem pojęcia ile czasu zajmie mi naprawa WILLISA więc w poniedziałek załatwiłem sobie urlop do końca tygodnia i po południu pojechałem do Jurka na Trakt umówić się co do tej naprawy.
Okazało się że tam są doskonałe warunki do takiej naprawy, a co najważniejsze była spawarka oraz sprzęt do spawania gazowego. Jeszcze przed wojskiem – pracując w PKS – zrobiłem kurs spawania gazowo-elektrycznego i taka naprawa nie była dla mnie trudna, więc od wtorku mogłem się złapać za tą robotę. Całego procesu naprawy WILLISA nie będę opisywał bo to jest nie na temat tylko w tym miejscu rozpoczyna się przygoda z następnym moim motocyklem jaki miałem i to był HARLEY, ale wszystko po kolei. Samochód ten naprawiałem pod wielką wiatą która była zawalona stertą jakiegoś złomu i nie tylko bo stały tam skrzynie z jakimiś częściami na które ja nie zwracałem uwagi. Czegoś szukałem w tej stercie złomu co brakowało do zrobienia wspornika to zobaczyłem że w samym końcu tej wiaty stały dwa lub trzy motory w kompletnym rozkładzie, a w tych skrzyniach były jakieś części motocyklowe strasznie zapyziałe i poczułem się jakbym był przez chwilę w amerykańskim magazynie demobilu. Jak przyjrzałem się tym motocyklom to okazało się że to były HARLEYE i w skrzyniach różne części i detale do nich i wtedy zaświtał mi pomysł żeby w ramach zapłaty za tą naprawę zabrać trochę tych części które były podwójne albo potrójne. Z tą naprawą uporałem się przed czasem bo nikt mi nie przerywał i zostało mi tylko to wszystko pomalować, ale robiło się już późno i postanowiłem zrobić to po widoku następnego dnia rano. Miałem już jechać do domu, ale ojciec Jurka powiedział że nic z tego, zamknął mój motor w szopie i postanowił oprócz rozliczenia się za robotę ugościć mnie, a że też był normalnym człowiekiem – to od czasu do czasu lubił sobie wypić. Jeszcze przed rozpoczęciem kolacji Jurka ojciec postanowił się ze mną rozliczyć i zapytał się mnie ile będzie kosztowała naprawa tego samochodu i po jego pytaniu Ja zapytałem się nieśmiało czy ten niekompletny motocykl co stoi pod wiatą nie jest czasem do sprzedania bo Ja byłbym tym motorem zainteresowany i w ramach rozliczenia chętnie zabrałbym go. Jemu taka forma rozliczenia odpowiadała i dodał że do tego motocykla dołoży mi jeszcze trochę części których ma w nadmiarze, więc i ja z tego byłem bardzo zadowolony. Po tej hucznej kolacji wróciłem do domu narąbany jak stodoła, ale szczęśliwy że powoli zaczynają się spełniać moje marzenia o własnym HARLEYU chociaż do pełni szczęścia brakuje jeszcze bardzo dużo. Najważniejsze było to że już coś udało mi się zdobyć do tego motoru który mi się podobał. Następnego dnia kiedy przyjechałem po motor i dokończyć kosmetykę swojej roboty w tym samochodzie to przy moim motocyklu stał ten niekompletny motor i cała sterta różnych części w których był i silnik ale całkowicie rozmontowany i nawet nie wiedziałem czy połówki bloku pochodzą z tego samego kompletu oraz czy czasem nie brakuje czegoś. Teraz był problem jak te moje skarby przewieźć na Ochotę, a dopiero w domu po segregacji będę się martwił czego brakuje. Mogłem poprosić ich żeby pomogli mi to wszystko przewieźć WILLISEM, ale nie chciałem zabierać im czasu więc skorzystałem ze spawarki i zmontowałem prowizoryczny stelaż i po rozmontowaniu motoru przewiozłem te części trzema kursami tylko ramę musiałem przewieźć autobusem. Wszystkie te części przywiezione pochowałem na razie żeby były niewidoczne, a ramę postawiłem na balkonie co oczywiście nie spodobało się mojemu ojcu który powiedział że mieszkanie to nie jest składnica złomu lecz Ja na jego słowa kładłem lachę.

ROZDZIAŁ V

Mając jaszcza jeden dzień urlopu od samego rana złapałem się za prowizoryczny montaż HARLEYA, żeby w sobotę pokazać chłopakom co udało mi się zdobyć, a w soboty zawsze robiliśmy sobie w mojej piwnicy małą libacje i najczęściej piliśmy nasz ulubiony złocisty napój czyli piwo. Tym razem nie robiliśmy żadnej składki tylko Ja kupiłem skrzynkę piwa i czekałem na chłopaków którzy zaczęli schodzić po południu i każdy dopytywał się co znajduje się pod tą plandeką więc dokonałem odsłony i powiedziałem im że jak dobrze pójdzie to tym motorem będę jeździł w przyszłym sezonie. Wtedy padły następne pytania gdzie to zdobyłem i ile za ten motor nawet niekompletny zapłaciłem. Ja powiedziałem im że to zawdzięczam „Jamnikowi” który zabrał mnie na zlot do Brzuzy o którym wam opowiadałem i dostałem do „Ogórka” w ramach rozliczenia za naprawę WILLISA. Wiedziałem że przy tym motocyklu będzie jeszcze więcej roboty niż miałem przy TRIUMPHIE i najgorsze było to że nie znałem tej konstrukcji i musiałem ją dopiero poznawać praktycznie od podstaw. Największe braki były przy silniku bo nie było wału korbowego, łożysk głównych i tłoków oprócz tego nie było skrzyni biegów ze sprzęgłem i sporo innych detali, ale znałem jednego człowieka który mógł mi w tym temacie pomóc i tym człowiekiem był wspomniany wcześniej Marek Sokołowski „Sokół”. Po którymś spotkaniu poprosiłem jego żeby obejrzał te moje klamoty i pomógł zdobyć to co brakuje mi do tego motocykla. „Sokół” miał charakter podobny do mojego zawsze sprawiało mu przyjemność jak może komuś pomóc i lubił pomagać innym kolegom. Marek po obejrzeniu wszystkiego powiedział że niedużo mi brakuje i jeżeli czegoś on nie będzie miał to postara się załatwić od kogoś innego którego Ja nie znam i też dopytywał się gdzie zdobyłem ten motor. Tak więc ponownie będę miał co robić przez całą zimę. Do końca roku roboty przy motocyklu zasadniczo nie było. Tylko zbieranie części, oraz prace lakiernicze i kosmetyczne.

Rok 1975
Rok przygody z HARLEYEM szkoda tylko że nieudany

Po zlotach w Wolsztynie i Brzuzie zainteresowanie starymi motocyklami wśród moich kolegów wzrosło. Zwłaszcza po tym jak chłopaki zobaczyli w mojej piwnicy HARLEYA . Pierwszy w moje ślady poszedł Tadzio Markiewicz, który gdzieś wygrzebał motocykl NSU-250, a za jakiś czas taki sam motocykl sprawił sobie Darek Kowalski „Gruby”. Wtedy pomyślałem, że gdyby reszta kolegów poszła w nasze ślady i sprawiła sobie jakiś motocykl – to powstała by na naszym podwórku na ul. Pruszkowskiej jakaś fajna grupa motocyklowa. Po nowym roku trochę poprawiło się z moimi zarobkami, ponieważ przy pomocy jednego z kolegów znalazłem nareszcie pracę, która mnie interesowała – czyli w moim zawodzie – a była to praca mechanika w MPT (Miejskie Przedsiębiorstwo Taksówkowe). Do tej pracy miałem bliżej i co najważniejsze moje zarobki poprawiły się znacznie i prawie wszystko pakowałem w HARLEYA, tylko nie zawsze w te rzeczy co potrzeba.
Wiosna się zbliżała i na parkingu przy trzepaku zaczął robić się mały ruch, bo stał tam już mój TRIUMPH i dwa motocykle NSU-250 Tadzia i „Grubego”. Teraz też wystawiłem swojego byka, jeszcze bez tylnej opony co widać na zdjęciu, żeby dokonać pierwszego odpalenia.

AD09.tmp

Przy pierwszym odpaleniu oczywiście była asysta wszystkich moich kolegów, którzy byli bardzo ciekawi jak zagada silnik mojego HARLEYA. Niestety, pierwsze odpalenie zakończyło się niepowodzeniem, a ja nie wiedziałem dlaczego. Silnik owszem odzywał się, ale tylko na tylnym cylindrze, a pierwszy milczał i nie znałem przyczyny. Tego dnia nic więcej nie robiliśmy tylko poszliśmy do „Jagusi” uchlać się z powodu tego niepowodzenia. Wieczorem postanowiłem zadzwonić do „Sokoła” i opisać jemu jaki mam problem i gdzie mogłem popełnić błąd.
„Sokół” powiedział, że na 100% mam źle ustawiony rozrząd w co ja nie mogłem uwierzyć ponieważ wszystkie koła były dobrze oznakowane co widać na złączonym schemacie.

Schemat ustawienia rozrządu w silniku motocykla HARLEY-DAVIDSON WLA-42

Schemat ustawienia rozrządu w silniku motocykla HARLEY-DAVIDSON WLA-42

Kiedy przyjechał „Sokół” – to Ja już miałem wszystko przygotowane, żeby nie tracił czasu i wtedy pokazał mi gdzie popełniłem błąd. Jak widać na tym schemacie koło nr 9 posiada tylko dwa znaki i istniała możliwość przestawienia go o 180˚. Znaki wtedy też się pokrywały i Ja właśnie tak ustawiłem. Po przestawieniu tego koła właściwie zmontowałem wszystko i teraz silnik odpalił bez żadnych problemów i nawet równo pracował co bardzo mnie cieszyło. Marek pocieszył mnie, że on składając pierwszy raz HARLEYA popełnił podobny błąd co ja.
Teraz kiedy silnik został odpalony należało się tym motorem przejechać. Tylko jak to zrobić, bo ja nigdy nie jechałem motorem, który ma w ten sposób sterowane sprzęgło i teraz przypomina mi się oglądany na zlocie w Wolsztynie konkurs wolnej jazdy, a mnie czekała nauka ruszania z miejsca tym bykiem i dopóki tego nie opanuję, to strach było wyjechać w normalny ruch uliczny. Pchać tego byka, który był dwa razy większy od TRIUMPHA na nasz poligon było bez sensu i trzeba było coś wymyślić innego bo między garażami było za mało miejsca. Wymyśliłem, że zapchamy motor na ulice Sanocką. To była taka mała uliczka biegnąca od ul. Pruszkowskiej do ul. Trojdena, na której praktycznie nie było żadnego ruchu i przy tej ulicy była nasza ulubiona „Jagusia”, którą odwiedzaliśmy przy każdej nadarzającej się okazji – oczywiście jak mieliśmy na to fundusze.
HARLEYA zamierzałem zarejestrować w identyczny sposób jak rejestrowałem TRIUMPHA i wszystkie papiery były już złożone, a motor jak na razie nie miał tabliczki rejestracyjnej. Jarek wpadł na wariacki plan żeby na jakiś czas zamontować tabliczkę z TRIUMPHA, (czasami z Jarkiem mieliśmy takie wariackie pomysły o których będzie jeszcze mowa na dalszych stronach). Tak zrobiliśmy, tabliczka została przemontowana, a TRIUMPH na jakiś czas poszedł na emeryturę i został zestawiony do piwnicy bo nie chciałem żeby na podwórku stał bez numerów rejestracyjnych. Wiedziałem że w razie jakiejś kontroli ta tablica nic mi nie daje bo i tak nie miałem na ten motor żadnych dokumentów tylko te poświadczenia dokumentów złożonych w urzędach do rejestracji, ale motor z tą tablicą tak nie rzucał się w oczy jakbyśmy jeździli bez niej.
I tak ulica Sanocka została naszym drugim poligonem, tym razem dla większego motocykla – co nie bardzo spodobało się niektórym mieszkańcom, bo HARLEY jednak był głośniejszy od TRIUMPHA, ale zakazu wjazdu motocyklom tam nie było więc mogli nam nafiukać. Teraz mogliśmy spokojnie sobie trenować trudne ruszanie na tym motocyklu. Po jakimś czasie silnik zaczął kichać prychać i pracował tylko na jednym cylindrze. Tym razem też nie pracował tylny cylinder i pomyślałem że doszło do jakiejś awarii. Okazało się że to była prosta usterka która została szybko usunięta. Ustawiłem za małe luzy zaworowe i kiedy silnik rozgrzał się to w tylnym cylindrze podparły się zawory, a tylny cylinder w HARLEYU miał gorsze chłodzenie ponieważ leciało na niego gorące powietrze z pierwszego. Po wyregulowaniu zaworów silnik pracował już normalnie i jeszcze nim trochę pojeździłem, a wieczorem poszliśmy jak zwykle do „Jagusi” na małe co nieco. W niedziele ruch na ulicach był zawsze mniejszy więc postanowiłem zaryzykować i zrobić sobie trochę dalszy wyjazd tym motorem bo na ul. Sanockiej nawet nie wrzuciłem trzeciego biegu.

Zdjęcie naszej ulubionej „Jagusi”. Stan na dzień  dzisiejszy.

Zdjęcie naszej ulubionej „Jagusi”. Stan na dzień dzisiejszy.

Postanowiłem pojechać ulicami Pruszkowską, Pawińskiego, Banacha do Żwirki i Wigury i tą ulicą powrócić na nasze podwórko. Wyjeżdżając na tą przejażdżkę zabrał się ze mną jako pasażer Jarek a dla towarzystwa pojechał też z nami Tadzio Markiewicz na swoim NSU. Jak wyjechałem na ul, Pruszkowską to daleko nie odjechaliśmy ponieważ po wrzuceniu trzeciego biegu nie mając jeszcze wprawy, dodałem za dużo gazu i nasza wspaniała jazda zakończyła się na końcu ulicy przy pętli autobusu linii 128, a Jarek dostał po plecach kawałkami zerwanego łańcucha i całe szczęście że do domu nie musieliśmy daleko pchać tego byka. W motocyklach HARLEY łańcuch napędowy był o rozmiarze 5/8˝ i taki sam był w naszym polskim motocyklu JUNAK.
Ja taki łańcuch kupiłem w wspominanym sklepie na ul. Polnej u Potajały tylko jak życie pokazało ten łańcuch okazał się lichej jakości i nie wytrzymał w moim motocyklu. W sklepie „Motozbytu” z częściami do motocykli można było czasami dostać oryginalny łańcuch od JUNAKA, ale to było marzenie ściętej głowy jak wiele produktów deficytowych w tamtych czasach. W klubie jeden z kolegów powiedział mi że podobno taki łańcuch jest zamontowany w naszym kombajnie marki BIZON tylko Ja nie wiedziałem gdzie w Warszawie znajduje się sklep rolniczy, a jechać specjalnie do Płocka do sklepu przyfabrycznego po kawałek łańcucha było bez sensu i nieopłacalne. Ale przez przypadek zdobyłem odpowiedni łańcuch jaki był mi potrzebny. W zakładzie pracy w którym od niedawna pracowałem były podnośniki czterokolumnowe o napędzie łańcuchowym i okazało się że łańcuch w tych podnośnikach jest o takim samym rozmiarze jaki potrzebowałem więc pogadałem z chłopakami co konserwowali te podnośniki i za litr gorzały załatwili mi odpowiedni odcinek łańcucha i na dodatek dali mi dwie zapinki do niego. Sprawa zrywającego się łańcucha przestała istnieć i rozpoczęła się normalna jazda tym motorem bez obawy że znowu zerwie się łańcuch i powolne ruszanie wychodziło mi coraz lepiej. Pomyślałem że jak Ja i mój motor dożyjemy do następnego zlotu to na nim chciałbym spróbować swoich sił w tym trudnym technicznie konkursie wolnej jazdy.
Ale życie jest okrutne. Długo nie nacieszyłem się fajną jazdą tylko dwa tygodnie, ponieważ doszło do następnej awarii i co było najgorsze że do niej doprowadziłem ja sam i przyznaje się do tego bez bicia. Jak zakładałem nowy łańcuch to w pośpiechu nie dokręciłem dobrze skrzyni biegów do ramy i ta przy każdym dodaniu gazu telepała się w ramie i wreszcie któregoś dnia została wyrwana i obudowa rozpadła się na dwie części i było po temacie. Żeby przepchać motor do domu musiałem rozpiąć łańcuch ponieważ jak rozpadła się obudowa to zablokowały się w niej koła zębate i tym razem do pchania miałem trochę dalej i nie miałem nikogo do pomocy bo byłem sam.

Ciekawa historia z motocyklem DKW-125

Któregoś dnia jak zwykle siedzieliśmy na ławeczce przy trzepaku i wtedy podszedł do nas jakiś starszy gość i przyglądał się naszym motocyklom i powiedział że mamy dużo zapału przy odnawianiu tych starych motocykli i dodał że u niego na działce stoi motocykl DKW-125 jeszcze z przed wojny na którym on jeździł jeszcze w latach 50-tych i chętnie odda go za darmo w dobre ręce ponieważ jego syn i wnuk nie byli nim zainteresowani i bał się że robiąc porządki na działce wywalą ten motor na złomowisko więc wmówiliśmy się z tym „ Dziadkiem” bo tak nazwał go Jarek na sobotę na jego działce która znajdowała się w Konstancinie-Jeziornie.
Do Konstancina zamierzaliśmy pojechać TRIUMPHEM który ponownie wrócił do łask, tylko musieliśmy wytargać go z piwnicy, a HARLEY na czas szukania części powędrował pod plandekę bo nie było sensu zestawiać go do piwnicy.
Kiedy z Jarkiem byliśmy na miejscu, okazało się że jest tam motocykl DKW-125 całkowicie kompletny, ale też drugi motor w całkowitym rozkładzie, a był to NORTON ale nie pamiętam z którego był roku i więcej części do niego brakowało niż było. Kiedy zapytaliśmy się ile będzie to wszystko kosztowało to „Dziadek” powiedział że oddaje nam to za darmo bo w ten sposób ten sprzęt ocaleje i jeszcze ktoś na nim pojeździ więc umówiliśmy się że w poniedziałek to wszystko zabierzemy. W poniedziałek Ja miałem drugą zmianę więc zostawiłem Jarkowi klucze od piwnicy i 50 zł na transport tego motoru. Teraz ten przymusowy postój HARLEYA został wykorzystany i zajęliśmy się motocyklem DKW by przywrócić go do życia. tym bardziej że był cały i w lepszym stanie niż mój TRIUMPH jak go kupowałem.
Jak była niepogoda to najczęściej siedzieliśmy w mojej „Norze” bo tak chłopaki nazywali moją piwnice i chlaliśmy w niej piwo i któregoś dnia Jarek przez swoją nieuwagę stracił fajną kurtkę. Kończyliśmy prace przy DKW i coś lutowałem i gorącą lutownice powiesiłem na haczyku wtedy przyszedł Jarek z siatką piwa i oparł się o stół i nie zauważył że za nim wisi lutownica i na efekty nie trzeba było długo czekać bo po jakimś czasie poczuliśmy straszny smród jakby ktoś rozpruł kota, a Jarek jak poczuł ciepło na plecach co wiedział co się stało.
Jarek miał kurtkę zrobioną ze skór króliczych i dlatego był taki smród, a kurtka była do wyrzucenia bo na plecach była wielka dziura i my musieliśmy na jakiś czas wyjść z piwnicy bo nie można było wytrzymać i nawet piwo nie smakowało.
Jeśli chodzi o przywracanie blasku motocyklowi DKW to zrobiliśmy to najmniejszym kosztem i po tygodniu motocykl został uruchomiony i został postawiony na parkingu obok naszych motocykli. „Dziadek” jak zobaczył ten swój motocykl to nie mógł uwierzyć że to jest ten sam motocykl i powiedział że mamy talent.
Ale wracamy do HARLEYA. Po tygodniu miałem już drugą obudowę skrzyni i po złożeniu motor ponownie miałem już sprawny. Na wiosnę w tym roku siedziba klubu przeniosła się na Ochotę a dokładniej do domu kultury na ul. Mikołaja Reja przy pomniku lotnika i to bardzo mnie cieszyło ponieważ teraz do klubu miałem trochę bliżej.

Ciekawa historia z milicjantami z drogówki jaką przeżyłem

Mając teraz bliżej do klubu postanowiłem pojechać do niego HARLEYEM i tak zrobiłem i „Sokół” mnie pochwalił za to, że wreszcie udało mi się to wszystko poskładać do kupy i uruchomić. Kiedy przyjechałem na parking przed klubem stało już tam kilka motocykli i dojeżdżały następne i wygląd mojego motocykla jednym podobał się, a innym nie ale zawsze zdania są podzielone. Po spotkaniu miałem zamiar pojechać od razu do domu, ale chłopaki namówili mnie abym razem z nimi pojechał na ul. Marszałkowską do piwiarni „Baryłka” gdzie można było kupić piwo „Żywiec” więc z nimi pojechałem bo w grupie było bezpieczniej. Kiedy wyszliśmy z zakupami z piwiarni to do motocykli nie mogliśmy się dostać taki był tłum koło nich i kiedy chciałem przecisnąć się do swojego motocykla to jeden facet powiedział żebym się nie pchał bo on też chce popatrzeć, a wtedy ja odpowiedziałem że chciałem tym motorem odjechać i wtedy mnie przepuścił. Po dostaniu się do motocykli odjechaliśmy. Większość kolegów pojechała w kierunku Żoliborza, a my z „Sokołem” pojechaliśmy w kierunku Ochoty. Na pl. Zawiszy Marek pojechał prosto, a Ja skręciłem w ul. Raszyńską w kierunku Rakowca. Nie wiedziałem że za nami jechał radiowóz, który pojechał za mną i stało się to czego najbardziej się obawiałem zatrzymali mnie do kontroli i poczułem się jakby ktoś oblał mnie kubłem zimnej wody. Pierwsze o co spytali to żebym pokazał dokumenty których Ja oczywiście nie miałem i pokazałem im tylko pokwitowanie złożonych dokumentów do rejestracji wtedy zapytali się skąd mam tablice rejestracyjną więc Ja bez namysłu powiedziałem że kupiłem ją razem z błotnikiem. Jak oni to usłyszeli to mało nie pękli ze śmiechu, a mnie wcale nie było do śmiechu i nie wiem czym ta kontrola zakończyła się gdyby nie przypadek bo przez radio dostali pilne wezwanie do jakiegoś wypadku, a mnie potraktowali jak pijanego rowerzystę powykręcali mi wentyle z opon i kazali pchać tego byka do domu i nie wiem jakby zakończyła się ta kontrola gdyby ich nie wezwali. Podczas tego pchania pojawił się jeden kolega Jurek Pilarski i pomógł mi zapchać motor na parking przed klubem bo tam było najbliżej i pojechałem do domu po drugie zaworki i pompkę. Chłopaki dopytywali się gdzie zostawiłem swój motor więc powiedziałem że później im wszystko opowiem bo teraz nie mam czasu. Napompowałem koła i wróciłem do domu i znowu w „Jagusi” opowiadałem chłopakom o nowej przeżytej przygodzie. Dwa tygodnie po tym zdarzeniu odebrałem wreszcie dokumenty i tablice rejestracyjne do HARLEYA, ale numeru jego niestety nie zapamiętałem. Mając już legalne numery postanowiliśmy z Jarkiem zrobić sobie dalszy wypad tym motorem żeby sprawdzić na co go stać bo na razie jeździliśmy tylko po ul. Sanockiej nie licząc jednego feralnego wypadu do klubu.
Trasę jaką wybraliśmy sobie na tą wycieczkę biegła do Góry Kalwarii dalej przez Grójec do Mszczonowa i trasą Katowicką słynną „Gierkówką” powrót do warszawy i według naszych wyliczeń było około 140 km. Ni to dużo ani mało, zwykły kawałek trasy. Najważniejsze że pogodę mieliśmy wspaniałą i modliliśmy się żeby taka sama była podczas wyjazdu na zlot który wypadał już niedługo. Ale niestety ten wyjazd zakończył się dla nas pechowo. Pomysł z taką przejażdżką podobał mi się, a wymyślił to Jarek bo chodziło o to żeby podczas tej wycieczki powyłaziły jeszcze jakieś mankamenty, żebyśmy nie mieli kłopotów podczas drogi na zlot, do którego było już coraz bliżej.
Jeżeli coś miało paść w naszym motocyklu – niech padnie tutaj, a nie gdzieś pod Poznaniem jak to było w przypadku TRIUMPHA.
Przy moim motocyklu brakowało jeszcze kilku małych drobiazgów jak na przykład całego napędu szybkościomierza razem z linką i nie wiedzieliśmy ile kilometrów już przejechaliśmy, ale z mapy wynikało że była gdzieś połowa zamierzonej trasy. W lesie postanowiliśmy zrobić sobie dłuższy postój na papierosa i zobaczyć czy coś nie odpada od motocykla. Zbiornik olejowy był gorący to oznaczało że olej w silniku krążył i smarowanie jego jest właściwe i nic nie zapowiadało że coś może się wydarzyć niedobrego bo silnik pracował normalnie i żadnych niepokojących odgłosów w nim nie było słychać. Kiedy dojeżdżaliśmy do pętli na Okęciu to nagle w silniku coś zagrzechotało i nasza wspaniała wycieczka w brutalny sposób została zakończona. Ja myślałem że szlak mnie trafi i powiedziałem Jarkowi że wykrakał tą awarie więc w domu stawia piwo, a teraz za kare ma pchać tego byka do domu. Daleko niebyło bo jakieś cztery kilometry, a ja i tak pomagałem w pchaniu.
Chłopaki wiedzieli, że z Jarkiem wypuściliśmy się na dłuższą przejażdżkę i teraz czekali koło trzepaka na nasz powrót, nasłuchując warkotu naszego motoru. Zamiast tego zobaczyli jak go wpychamy na podwórko. Kiedy wreszcie dopchaliśmy to oczywiście padło pytanie co znowu się popsuło, ale w odpowiedzi było tylko machnięcie ręki bo tym pchaniu musiałem odpocząć i nie miałem ochoty na nic więc poszliśmy jak zwykle do „Jagusi” na piwo.
Wiedziałem, że przez tą awarie mój wyjazd na zlot tym motorem stał pod znakiem zapytania, ponieważ był za krótki okres czasu do zlotu, a nie wiedziałem jeszcze jakie są straty w środku silnika.
Następnego dnia silnik został rozkręcony i dzieło zniszczenia jakie zobaczyłem było wielkie bo oprócz zniszczonego wału korbowego ucierpiał także blok silnika i naprawa przed zlotem była niewykonalna.
Gdybym zastał Marka Sokołowskiego to może jakoś wyrobiłbym się z naprawą, ale gdzieś wyjechał, a poza tym u niego też kończył się zapas części zapasowych.

Zlot Wolsztyn rok 1974

Mimo że motor stał na parkingu z rozwalonym silnikiem i żal było na niego patrzeć to ochota jazdy na ten zlot wcale nam minęła i postanowiliśmy do Wolsztyna pojechać pociągiem, bo zależało nam żeby poznać nowych ludzi i czasami można było dowiedzieć od nich o różnych częściach do tych motocykli, albo o całych motorach.
My z Jarkiem mieliśmy czasami takie wariackie pomysły i szkoda tylko że TRIUMPH poszedł do ludzi bo byśmy ponownie dokonali wariackiego wyjazdu tym motorem.
Wspomniany motocykl DKW-125 też należał do kolegi z drugiego podwórka i dlatego pozostał nam tylko pociąg.
Jarek przed wyjazdem pospisywał wszystkie możliwe pociągi w tamtym kierunku tylko najgorsze było to że nie można było kupić na żaden pociąg do Poznania tak z marszu bo był okres urlopowy, ale to wcale nas nie zniechęciło i postanowiliśmy jechać na gapę i martwić się później jak złapie nas konduktor.
Dwa dni przed wyjazdem zadecydowaliśmy że żadnego namiotu nie zabieramy ponieważ nie mamy takiej możliwości. W tamtym okresie niebyły znane takie lekkie namioty typu Igloo bo gdybyśmy wtedy taki mieli na wyposażeniu to sprawa noclegu byłaby rozwiązana, a brać ten wielki namiot było w ogóle bezsensowne i niewygodne. My dwaj wariaci z jednego bloku postanowiliśmy jako podstawowy bagaż do plecaka zapakować tylko po jednym kocu i jakiś gruby sweter i jakoś te dwie noce przeżyjemy pod warunkiem że nie będzie padać deszcz. Wiedzieliśmy z poprzedniego zlotu, na którym byliśmy w tym mieście przed rokiem, że do najbliższego sklepu, który znajduje się w centrum miasta jest około czterech kilometrów i nie mieliśmy zamiaru taki kawał dymać na piechotę po jakiś kawałek żarcia, więc na te dwa dni postanowiliśmy zabrać cały prowiant z Warszawy głównie suchą kiełbasę i konserwy, a kawałek chleba to może załatwi się w restauracji, albo któryś z kolegów przywiezie nam z miasta i jakoś
to będzie. Gdybyśmy jechali HARLEYEM to pieniędzy mielibyśmy na styk bo wypłata wypadała dopiero w poniedziałek czyli dzień po zlocie, a na pożyczkę od ojca nie miałem co liczyć.
Była jeszcze kasa po sprzedaży TRIUMPHA, jadąc pociągiem nie zabierałem wszystkiego bo na bilety i dwa dni przeżycia na zlocie 1000 zł powinno nam wystarczyć, a i Jarek też miał jakieś swoje zaskórniaki tak że nie było źle. Nadszedł wreszcie piątek dzień naszego wariackiego wyjazdu na zlot do Wolsztyna i zależało nam żeby pojechać jak najwcześniejszym pociągiem do Poznania bo dalej musieliśmy jechać już innym pociągiem, a nie znaliśmy rozkładu jazdy tamtych pociągów więc na dworcu zjawiliśmy się z samego rana. W tamtym czasie Dworzec Centralny jeszcze nie istniał ponieważ był dopiero w budowie i prawie wszystkie pociągi odjeżdżały z Dworca Warszawa-Główna i w tym miejscu obecnie znajduje się Muzeum Kolejnictwa. Kiedy został podstawiony pociąg to rozpoczął się szturm drzwiami i oknami i powiedziałem do Jarka że w tym ścisku może jakoś nam się uda dojechać do Poznania, ale o miejscach siedzących nawet tych na korytarzu mogliśmy tylko pomarzyć.
No i jakoś jechaliśmy i całą drogę do Poznania na stojąco i nogi nam drętwiały, a na drogę zabrałem do plecaka cztery piwa tylko że nie było możliwości napić się, a druga sprawa jakby po piwie zachciało się to nie było by jak dostać się do toalety. Wreszcie po paru godzinach – ściśnięci jak sardynki w puszce – udało nam się dojechać do Poznania i można było już rozprostować nogi po tej upierdliwej podróży, ale tak się kiedyś podróżowało. W Poznaniu okazało się że mamy pociąg który nas interesował i nawet nie mieliśmy problemu z zakupem biletów, a że do odjazdu było sporo czasu to wykorzystaliśmy to w dworcowym barze, bo od rana byliśmy o suchym pysku i do skromnego obiadu wypiliśmy po dwa piwa. Pociąg do Wolsztyna dla odmiany był prawie pusty więc jechaliśmy nim jak królowie w przedziale i mogliśmy wreszcie trochę odpocząć, a do Wolsztyna było prawie tyle samo kilometrów co drogą tak około 80-ciu km. Na miejscu byliśmy późnym popołudniem ale czekał nas jeszcze czterokilometrowy marsz na teren zlotu, a na taksówkę nie chcieliśmy wydawać pieniędzy i nieładnie by wyglądało, że na zlot starych motocykli przyjechaliśmy taryfą. Po dotarciu na teren zlotu byliśmy zmęczeni ale szczęśliwi że ponownie jesteśmy na zlocie „Harley-Davidson” wśród kolegów i szkoda tylko że bez motocykla, ale to już była siła wyższa.
Teraz pierwszą sprawą była rejestracja bo najbardziej zależało mi na znaczku z tego zlotu ponieważ to była jakaś namacalna pamiątka ze zlotu i tylko szkoda że tych pamiątek pozostało mi tylko niewiele i o nich będę pisał w dalszych częściach i zamieszczę zdjęcia tych moich znaczków które pozostały i dołączę je podczas pisania.
Dobrze że miałem ze sobą dowód rejestracyjny od motocykla bo to był warunek do zarejestrowania się na zlocie. Podczas rejestracji dowiedziałem się że są wolne miejsca w dużych namiotach które zostały rozstawione jako rezerwa noclegowa na wszelki wypadek i pomyślałem że to może być dla nas jakaś szansa. Lepiej wypić kilka piw mniej i spać jak człowiek w namiocie niż uchlać się i leżeć gdzieś pod drzewem jak zając chociaż na taki nocleg byliśmy psychicznie przygotowani. Po rejestracji kiedy sprawa noclegu była rozwiązana postanowiliśmy wreszcie napić się piwa i udaliśmy się do baru, a to piwo co przywiozłem z Warszawy pozostało na razie w plecaku na rano na czarną godzinę. W tym barze spotykam starych znajomych „Tośka” z Wrocławia, którego poznałem rok temu kiedy doradzał mi w jaki sposób prowizorycznie zabezpieczyć nakrętkę przed odkręcaniem się i o nim będzie ciekawa wzmianka w dalszych częściach moich wspomnień, a drugim kolegą był znany wam już Marek Sokołowski „Sokół” który z kolei dopytywał się gdzie postawiłem swojego odpicowanego HARLEYA, a ja odpowiedziałem, że moje piękne zwierzątko padło w połowie drogi między Łowiczem a Kutnem i po zlocie będę musiał w jakiś sposób go z holować do Warszawy, a że zależało mina tym żeby być na tym zlocie więc razem z Jarkiem przyjechaliśmy tutaj pociągiem.
Kiedy przywitaliśmy się i wyjaśniliśmy sobie pewne sprawy to do późna w nocy siedzieliśmy z nimi na piwie mimo naszego zmęczenia po całodniowej podróży w tym tłoku, ale za to spało nam się znakomicie jak nigdy.
Sobota rano drugi dzień zlotu budzi nas warkot motocykli nadal zjeżdżających na ten zlot, a przyjeżdżali ci co mieli najbliżej do tego miejsca albo ci co mieli jakąś awarię i nie chcieli plątać się podczas nocy tak jak my rok temu po awarii prądnicy w TRIUMPHIE.
Zaraz po pobudce napiliśmy się piwa które mieliśmy w plecaku bo bar był jeszcze zamknięty i poszliśmy oglądać motocykle jakie zjechały się na ten zlot, a nas interesowały te motocykle które przyjechały z zachodu, a było na co popatrzeć same cuda współczesnej techniki motoryzacyjnej.

Ciekawy motocykl jaki widziałem na tym zlocie to był motocykl MUNCH-MAMMUNT-1000 i był to motocykl do którego został zamontowany silnik od samochodu NSU PRINZ-1000 i to zdjęcie też znalazłem w Internecie.

Ciekawy motocykl jaki widziałem na tym zlocie to był motocykl MUNCH-MAMMUNT-1000 i był to motocykl do którego został zamontowany silnik od
samochodu NSU PRINZ-1000 i to zdjęcie też znalazłem w Internecie.

Oprócz znanych mi marek takich jak HONDA, YAMAHA czy KAWASAKI to przyjechały naprawdę bardzo nietypowe motocykle które pierwszy raz widziałem takie jak MUNCH MAMMUNT-1000 z silnikiem od samochodu NSU PRINZ-1000 drugim motocyklem który nam się spodobał to był BENELLI-750 z pięknym sześciocylindrowym silnikiem ustawionym poprzecznie co widać na zamieszczonych zdjęciach i ostatnim wspaniałym motocyklem był HERCULES WANKEL W-2000 z prototypowym silnikiem typu WANKLA.

Następna bardzo ciekawa maszyna jaka była na tym zlocie to motocykl BENELLI-750 z pięknym sześciocylindrowym silnikiem co widać na zdjęciu i to zdjęcie też znalazłem w Internecie.

Następna bardzo ciekawa maszyna jaka była na tym zlocie to motocykl BENELLI-750 z pięknym sześciocylindrowym silnikiem co widać na zdjęciu i to zdjęcie też znalazłem w Internecie.

Zdjęcia tych wspaniałych motocykli znalazłem w Internecie podczas pisania i pozwoliłem sobie je wstawić dla upiększenia swoich wspomnień.
Teraz po tylu latach nie pamiętam jaki był warkot tego motocykla z silnikiem WANKLA i któregoś dnia popijając sobie piwo na stronie YOU TUBE wpisałem hasło „HERCULES WANKEL” i udało się mogłem ponownie popatrzeć na ten wspaniały motor w ruchu i posłuchać jego warkotu który nie przypominał typowego czterosuwowego silnika bardziej przypominał mi raczej prace silnika dwusuwowego możecie sami tego posłuchać i ocenić.

Gdzieś około południa większość kolegów szykowała się do wyjazdu na paradę my oczywiście ze zrozumiałych względów pozostaliśmy na terenie zlotu w barze razem z innymi co nie jechali ponieważ nie byli w stanie.
Kiedy chłopaki zaczęli się zjeżdżać po skończonej paradzie to akurat dojechała do baru następna dostawa piwa, a ponieważ w barze zrobił się straszy tłok i duże zapotrzebowanie to żeby go rozładować zaczęli sprzedawać piwo bezpośrednio z samochodu.
Zaopatrzyliśmy się z Jarkiem w odpowiednią ilość piwa i siedzieliśmy przed namiotem i wtedy przyciągnęli jakiegoś chłopaka na HARLEYU któremu padł silnik podczas parady i postanowił pojechać do Poznania gdzie mieszkał po drugi który miał przygotowany i nie zdążył go zamontować bo sądził że ten jeszcze wytrzyma, ale było inaczej.
Ten chłopak spał w tym samym namiocie co my i zaoferowałem z Jarkiem swoją pomoc bo i tak nic innego nie mieliśmy do roboty poza chlaniem piwa i w tym czasie co on pojedzie po drugi silnik to Ja wymontuje z jego motocykla ten uszkodzony silnik i w ten sposób będzie szybciej.
Po wymontowaniu silnika przyjrzałem się jemu i zauważyłem że jest pęknięty blok od strony sprzęgła.
Kiedy wrócił z drugim silnikiem było już ciemno i nie było sensu po nocy pieprzyć się z montażem drugiego silnika tym bardziej że z tego uszkodzonego trzeba było przełożyć cylindry ponieważ przywiózł tylko złożony blok bez cylindrów, ale był zadowolony ponieważ połowa roboty była już zrobiona i do wspólnej kolacji wypiliśmy butelkę.
Rano łapiemy się za robotę i zapytałem się jego co zamierza zrobić z tym rozwalonym blokiem jego odpowiedź była taka że za tą pomoc podczas naprawy sprzeda mi ten blok i tak przez przypadek i za małe pieniądze stałem się posiadaczem drugiego silnika do mojego HARLEYA tylko nie wiedziałem co w nim jest rozwalone, ale pomyślałem że może z tych dwóch silników coś uda mi się zrobić.
Teraz powstał mały problem jak zabrać się z tym bagażem do domu bo najgorsze było to że do stacji kolejowej trzeba było pedałować ponad cztery kilometry na piechotę.
Z wyjazdem ze zlotu wcale nie spieszyliśmy się ponieważ najbliższy pociąg z Poznania mieliśmy dopiero późnym popołudniem lub wieczorem więc nadal łaziliśmy po placu żegnając wyjeżdżających kolegów.
Łażąc po placu żeby się nie nudzić postanowiliśmy pomóc organizatorom w uporządkowaniu terenu po zlocie i Jarek w padł na pomysł żeby pozbierać wszystkie butelki po piwie jakie walały się wszędzie, a następnie odebrać za nie kaucje.
I tak zrobiliśmy wiele tego nie było, ale na piwo po powrocie na pewno powinno wystarczyć.
Kiedy uporaliśmy się z tymi butelkami to część organizatorów też szykowała się do odjazdu i wtedy jeden z kolegów powiedział że za pomoc przy sprzątaniu placu może zabrać mnie z tym silnikiem do Warszawy i to było idealne rozwiązanie dla mnie.
Tym kolegą był jeden z braci Stankiewiczów Michał i obaj jeździli na motocyklach Angielskich z końca lat 60-tych Michał na TRIUMPHIE, a Jurek na NORTONIE.
Jak miałem już załatwiony transport z tym silnikiem do Warszawy to Jarek nie był wcale wkurzony że będzie do domu wracał sam i po pożegnaniu się z nim poszedł do miasta na dworzec, a Ja zapakowałem silnik do plecaka i byłem gotowy do odjazdu w drogę powrotną. Z Wolsztyna w drogę powrotną wyjechaliśmy gdzieś około południa i mimo że plecak miałem oparty o jego bagaż to i tak czułem ciężar tego silnika, a do przejechania było sporo kilometrów ale wyjścia innego nie miałem. Po wyjechaniu już z Poznania tam gdzie można było pogonić to Michał jechał z szybkością ponad 150 km/h tym swoim TRIUMPHEM i cała nasza podróż razem z małymi postojami trwała chyba trochę ponad cztery godziny, ale dzisiaj po tylu latach dokładnie nie pamiętam, i dzięki temu w domu byłem o przyzwoitej porze. Jak z Michałem wjechaliśmy na podwórko to na ławeczce przy trzepaku nie było nikogo bo nie mieli zielonego pojęcia kiedy wrócimy z tego wariackiego wyjazdu, ale jak usłyszeli warkot motocykla to przybiegli z pod wierzby gdzie zawsze graliśmy w szachy i byli zdziwienie że wróciłem bez Jarka i na motorze. Ja powiedziałem im że Jarek na pewno się nie zgubi, a mnie trafił się transport z silnikiem do HARLEYA który kupiłem na zlocie i dlatego wróciłem razem kolegą.
I tak zakończył się szczęśliwy powrót z następnego mojego zlotu i teraz mając jeszcze parę groszy w kieszeni po sprzedanych butelkach poszliśmy jak zwykle z chłopakami do „Jagusi” na piwo albo coś mocniejszego opowiadać im o nowo przeżytych przygodach, Jarek ze zlotu wrócił późno w nocy też szczęśliwy.
Po tej podróży z silnikiem na plecach na drugi dzień wszystko mnie bolało zwłaszcza plecy i ramiona więc rozbiórkę przywiezionego silnika postanowiłem na dwa dni przełożyć żeby dojść do siebie.

Rozdział VI

Dwa dni po zlocie zabrałem się wreszcie za rozbiórkę przywiezionego silnika i tak jak przypuszczałem do wykorzystania był tylko wał korbowy, ale był jeszcze jeden problem, ponieważ w tym silniku były zamontowane łożyska metryczne więc czopy tego wału zostały dopasowane do nich i musiałem z tych dwóch wałów zrobić jeden. Zapakowałem oba wały i blok z łożyskami do torby i zawiozłem do warsztatu żeby wszystko pomierzyli po swojemu i zrobili z tym fantem porządek bo od tego byli fachowcami. Okazało się że te moje łożyska też nie były pierwszej młodości, a Ja nie miałem pojęcia gdzie zdobyć takie oryginalne ponieważ były o wymiarach calowych i jedynym rozwiązaniem było wstawienie łożysk metrycznych. Po dwóch tygodniach wszystko miałem porobione i gotowe do składania i tylko wydawało mi się że tuleje redukcyjne pod łożyska które wstawili w blok były za cienkie, ale oni powiedzieli że są wystarczające. Po trzech tygodniach jazdy znowu w silniku znowu zaczęło coś walić, a na łańcuch lał się olej z silnika i szlak mnie trafiał żeby ponownie po raz który w jednym sezonie rozbierać silnik, ale nie miałem innego wyjścia musiałem sprawdzić co znowu w nim padło. Moje przypuszczenia sprawdziły się. Te tuleje, które oni dorobili po prostu zostały rozwalcowane, a zwłaszcza ta od strony napędu sprzęgła, bo tam było większe obciążenie i teraz byłem w kropce, bo nie miałem pojęcia skąd zdobyć następne części do naprawy silnika. U „Sokoła” też robiła się pustynia, a to co mu jeszcze pozostało to trzymał dla siebie. Najgorsze było to że pogoda była cały czas zachęcająca do jazdy i teraz Ja chłopakom zazdrościłem jak jeździli na motorach, a mój HARLEY stał na parkingu z rozwalonym silnikiem, aż żal było patrzeć więc nakryłem go plandeką.
Przypomniałem sobie o tym chłopaku z Traktu Lubelskiego od którego dostałem ten motor, ale „Jamnik” powiedział że „Ogórek” wyjechał gdzieś na zachód więc i to miejsce zdobycia części było już nieaktualne.
Pozostało mi tylko ostatnie rozwiązanie: oddać jeden z tych bloków do kompletnej przeróbki frezerskiej, żeby powstawiać grubsze tuleje pod łożyska, ale to był kosztowny wydatek i mogłem to zrobić dopiero podczas zimy – jak na ten cel zbiorę odpowiednie fundusze, bo teraz byłem zupełnie goły, zresztą jak zwykle.
Tak jak wspomniałem pogoda była jeszcze łaskawa więc chłopaki nie chowali jeszcze swoich maszyn i jedna rzecz mnie cieszyła, ponieważ na podwórku przybyła następna wspaniała maszyna, a był to ZÜNDAPP K-350 którego gdzieś wymacał Darek Kowalski „Gruby” i kupili ten motor do spółki z Witkiem Trzaskoma „Słoniem” i nasz grupa na podwórku zaczęła się powoli rozrastać. Po jakimś czasie ten ZÜNDAPP stał się własnością „Słonia”. Kiedy zakończył się sezon to czas podsumować te sześć miesięcy co jeździłem tym wspaniałym motorem z większymi lub mniejszymi przerwami i podczas tego okresu zniszczyłem jeden blok silnika, dwa wały korbowe, dwa zestawy tłoków i jedną obudowę skrzyni biegów i chłopaki w klubie nazwali mnie najbardziej awaryjnym członkiem w tym sezonie, ale to co sobie HARLEYEM pojeździłem to nikt mi tego nie odbierze i szkoda tylko że nie udało mi się na nim zaliczyć żadnego zlotu, ale to nie był koniec przygody z HARLEYEM i o tym będzie opisane później. Teraz z powodu braku dostępu do części potrzebnych mi do naprawy silnika powiem i przyznam się bez bicia że ten motor mnie pokonał mimo że byłem uparty, a w zasadzie to pokonałem się sam, ponieważ do tego pięknego motocykla podszedłem od dupy strony, bo wszystkie fundusze wsadziłem w jego wygląd, a tylko minimalne w sprawy mechaniczne i to zemściło się bardzo okrutnie. No cóż… wtedy człowiek był głupi, niedoświadczony i popełniał wiele błędów, czasami nieodwracalnych i jak to się mówi „Mądry Polak po szkodzie”. Mimo tej mojej życiowej porażki nie zniechęciło mnie to do dalszej jazdy na starych i dużych motocyklach i postanowiłem że podczas tej zimy skupie się tylko na silniku od HARLEYA, albo znajdę jakiś inny motor żeby na nim jeździć. Ze znalezieniem motoru może nie byłoby problemu, ale Ja nie byłem żadnym potentatem finansowym mimo że moje zarobki były przyzwoite i od kierowców też wpadały „boki”, to i tak nie byłem w stanie kupić jakiegoś motocykla na chodzie gotowego do jazdy. Jak motory znalazły się w piwnicach to rozpoczęło się podziemne życie które najczęściej odbywało się w mojej „Norze” bo chłopaki tak nazywali moją piwnicę, bo pod wierzbą albo na ławeczce koło trzepaka było już za zimno. Któregoś dnia, jak zwykle wieczorem, siedzieliśmy w mojej piwnicy racząc się naszym ulubionym złocistym napojem, wtedy przyszedł Jarek Pruszyński „Makówa” i powiedział że u jego kolegi na działkach we Włochach jest do sprzedania jakiś stary duży motor tylko on nie znał żadnych szczegółów bo nie widział tego motoru. Mnie ten temat bardzo zainteresował bo Jarek wiedział że szukam części do tego swojego motoru, albo całkiem drugiego motocykla, a o tym motocyklu dowiedział się przez przypadek jak był na jakiejś balandze z kolegami właśnie na tych działkach.
Żeby to sprawdzić to w sobotę pojechaliśmy tam z Jarkiem i jadąc tam w duchu myślałem żeby to był HARLEY bo wtedy z dwóch coś bym stworzył, ale na miejscu okazało się że faktycznie w tej szopie stał motor z koszem podobny był do niemieckiego BMW, a wyglądał na kompletny i nie powiem podobał mi się ten motor. Po wystawieniu na zewnątrz żeby go obejrzeć okazało się ze jest to Radzieckie M-72 które było bardzo podobne do BMW R-71 i z tego motocykla wymontowany był wałek kardana w którym rozleciał się krzyżak i to był jedyny mankament przy nim i ogólnie był nie na chodzie ponieważ od kilku lat nie był jeżdżony, ale żeby kupić ten motor to musiałem z żalem sprzedać HARLEYA ponieważ za ten motor właściciel zażyczył sobie 35000 zł. co było równowartością mojej wypłaty. Druga sprawa mieć na utrzymaniu do naprawy dwa motocykle to bym nie dał rady. Po dogadaniu się co do ceny mieliśmy mały problem ponieważ nie mieliśmy już ani złotówki aby ten motocykl przewieźć taksówką bagażową, więc pozostało nam tylko pchanie z Włoch do nas na Ochotę.

Mój trzeci motocykl: Radzieckie M-72

Do nas niby nie było daleko bo tak na oko jakieś sześć i pół kilometra tylko że po drodze była jedna spora górka na ul. Globusowej, ale udało nam się i jakoś dopchaliśmy ten motor na nasze podwórko i w ten sposób rozpoczęła się era motocykla M-72 na naszym podwórku. Teraz motor powędrował do piwnicy tylko z powodu braku miejsca kosz od tego motoru na jakiś czas musiał pozostać na górze i przywiązałem go łańcuchem do trzepaka i pozdejmowałem z niego oba koła. Ale okazało się że dla złodzieja nie istnieją żadne zabezpieczenia i jak coś chcą ukraść to ukradną i tak stało się z moim koszem który po dwóch dniach zniknął w tajemniczych okolicznościach, a bardzo chciałem zrobić ten motor na oryginała i pojeździć nim z koszem. W klubie dopytywałem się ludzi co jeździli na takich motocyklach gdzie można zdobyć taki krzyżak do wałka kardana, albo od czego dopasować i od nich dowiedziałem się że na ul. Łopuszańskiej 36 istnieje jedyny sklep w którym można było kupić niektóre części do tych motocykli. Ja byłem trochę zdziwiony że istnieje taki sklep, ale chłopaki powiedzieli mi że dopóki na wyposażeniu wojska są jeszcze te motocykle to taki sklep też musi istnieć i to była dla mnie pocieszająca informacja. Po sprowadzeniu motoru do piwnicy został on rozmontowany na podzespoły i na razie do końca roku nie były przewidziane żadne wydatki tylko został zrobiony plan pracy i spis rzeczy potrzebnych do jego naprawy, a ogólnie pracy przy tym motocyklu to nie było dużo.
Po zakończonym sezonie u chłopaków w piwnicach też zrobił się ruch, bo każdy w mniejszym lub większym stopniu miał coś do zrobienia przy swoim motocyklu, a jak któryś z nich miał jakieś problemy to przychodzili do mnie poradzić się. W soboty. żeby nam się nie nudziło to spotykaliśmy się u mnie na piwie, albo odwiedzaliśmy „Jagusię” i tak czas leciał.

Rok 1975

Jak co roku żadnych wielkich baletów sylwestrowych nie było tylko z chłopakami popiliśmy sobie trochę w mojej piwnicy i posłuchaliśmy dobrej muzyki i to było całe przywitanie Nowego Roku, to wszystko. Teraz żeby ruszyć z robotą czekałem do wypłaty i co najważniejsze na premię kwartalną, na którą tym razem zasłużyłem, a to był dodatkowy zastrzyk finansowy.
Jeśli chodzi o części oryginalne jakie miałem zamiar kupić w sklepie na Łopuszańskiej to nie było ich dużo: tylko krzyżak do wałka kardana, tłoki i części do aparatu zapłonowego takie jak przerywacz, kopułka i palec rozdzielacza zapłonu, oraz linka do napędu szybkościomierza.
Podczas naprawy tego motoru nie chciałem popełnić tego samego błędu jaki popełniłem przy HARLEYU i najpierw zabrałem się za doprowadzenie do stanu używalności silnika i skrzyni i dopiero na końcu zająć się jego wyglądem.

Zaraz po wypłacie, mając drugą zmianę rano, pojechałem na zakupy na ul. Łopuszańską i wszystko dostałem to co chciałem, ale byłem zdziwiony, bo krzyżak był goły bez miseczek z łożyskami igłowymi, a to właśnie te łożyska rozpadają się w tych krzyżakach. Po tych zakupach byłem trochę wkurzony ponieważ problem naprawy wałka stał nadal w miejscu i nie miałem pojęcia jak ten problem rozwiązać.
Miałem zamiar zamiast tych łożysk dorobić tulejki z brązu, ale ten materiał wymagał częstego i obfitego smarowania, a w tym krzyżaku nie było miejsca na smarowniczkę więc ten pomysł upadł. Od tokarza w pracy dowiedziałem się że jest materiał, z którego można było zrobić takie tulejki i ten materiał był bardzo wytrzymały i co najważniejsze praktycznie nie wymagał żadnego smarowania i tym materiałem był teflon, tylko że ja nie miałem pojęcia gdzie taki materiał zdobyć i to był mój problem.
Przez przypadek od swojego brata dowiedziałem się że taki materiał którego poszukuje znajduje się u mojego ojca w pracy, ale stosunki między nami były dosyć chłodne i nigdy go o nic nie prosiłem i teraz nie mając wyjścia postanowiłem spróbować i zapytałem się jego gdzie taki materiał mogę kupić.
Jego odpowiedź mnie zaszokowała, ponieważ powiedział żebym porobił odpowiednie rysunki i co ma być z tego zrobione, a on umówi mnie ze swoim tokarzem i on mi wszystko dorobi co będę potrzebował. Teraz, kiedy sprawa wałka była rozwiązana mogłem spać spokojnie, ale zastanawiałem się jak ten materiał spisze się w praktyce bo powiem szczerze, że z tym materiałem robiłem dopiero eksperyment w tym wałku. Z pozostałymi częściami jakie miałem do kupienia nie miałem żadnych problemów, ponieważ potrzebowałem tylko nowe łożyska i uszczelniacze do silnika i skrzyni, a że były to typowe łożyska i wydatek na nie też nie był duży. Po odbiorze cylindrów i wału z szlifu mogłem zmontować silnik, a sprawę zaworów załatwiłem we własnym zakresie u chłopaków na silnikowni i w ciągu tygodnia silnik i skrzynia były przygotowane do zabudowania w ramie. Po kradzieży kosza upadła wersja zrobienia tego motoru na oryginała i malowania go na kolor wojskowy czyli khaki, a na kupno drugiego kosza nie miałem pieniędzy. Postanowiłem więc, że trzy elementy – czyli zbiornik i dwa błotniki – zostaną pomalowane na inny kolor, a rama zostanie pomalowana pędzelkiem na czarno i na te elementy wybrałem jak pamiętam jakiś pomarańczowo ceglasty kolor, a jaki dokładnie mi wyszedł to nie pamiętam ponieważ żadnego kolorowego zdjęcia tego motoru nie miałem, a szkoda. Wszystkie motocykle które miałem do tej pory (ten jest trzeci nie licząc DKW) zostały pomalowane we własnym zakresie, bo pracując jeszcze przed wojskiem na bazie PKS-u załatwiłem sobie od STARA-29 sprężarkę i zbudowałem z tego mały kompresor do malowania, a do jego napędu wykorzystałem silnik od starej pralki „Frani” i ten sprzęt do naszych celów w zupełności nam wystarczał i korzystali z niego wszyscy.
Podczas nadawania innego wyglądu temu motocyklowi tym razem nie bawiłem się w wielkie chromowanie i jedynym elementem który przewidziany był do chromu to była rura kierownicy bo była strasznie zapyziała i żeby motor był trochę podobny do BMW to zamiast oryginalnych pojedynczych siodełek została zamontowana kanapa od JUNAKA która później w praktyce okazała się niezbyt wygodna zwłaszcza dla pasażera który podczas hamowania zjeżdżał na plecy kierowcy. Teraz kiedy wszystko miałem już pomalowane to została mi do wykonania najprzyjemniejsza robota czyli składanie całego motocykla w jedną całość, ale podczas składania wałka kardana wyszedł następny mały problem ponieważ nie miałem pierścieni zabezpieczających miseczki krzyżaka, bo te stare były sfatygowane i nie nadawały się do niczego. Mnie były potrzebne o średnicy ø19 mm i takie próbowałem dobrać od zabezpieczeń sworzni tłokowych i dopiero przez przypadek dopasowałem ze starych pomp hamulcowych od FIATA 125p.

Początek nowego sezonu motocyklowego 1975 roku na naszym podwórku

Kiedy pogoda była już sprzyjająca i zrobiło się ciepło to koledzy, którzy mieli już gotowe motocykle, zaczęli je wystawiać i okazało się że ten nowy sezon będziemy rozpoczynali w trochę większym składzie niż przed rokiem, ponieważ podczas zimy na naszym podwórku przybyło trochę maszyn i na parkingu przy trzepaku zrobiło się ciasno – bo stało już pięć maszyn, a do wystawienia czekały jeszcze cztery motory. Swoje motocykle powystawiali ci, co najmniej mieli przy nich mniej roboty i tak stały już dwa motocykle NSU- 250 (jeden Darka Kowalskiego „Grubego” drugi Tadzia Markiewicza), JAWA-350 „Ogar” Marka Podniesińskiego, następnie stał Witka Trzaskoma „Słonia” ZÜNDAPP-350 i Jasio Piotrowski wystawił swoje DKW-125 „Mefisto” w wersji sportowej. W piwnicach czekały jeszcze do wystawienia cztery motocykle: moje M-72 dalej M-72 Darka Juszko, HARLEY Marka de Nisau „Bizona”, który gdzieś wymacał ten motor, oraz drugi motor Jasia Piotrowskiego, a był nim fajny angielski CALTHORPE-500, którego znalazł pod Sochaczewem.

 CALTHORPE-500 Wojtka Malanowskiego, który padł dwa kilometry przed celem w drodze na zlot „Docenta” do Kamieńczyka w 1975 roku.

CALTHORPE-500 Wojtka Malanowskiego, który padł dwa kilometry przed celem w drodze na zlot „Docenta” do Kamieńczyka w 1975 roku.

Wszyscy mieszkaliśmy w tym samym bloku, tylko w innych klatkach, a w dwóch klatkach było nas po czterech. I tak w klatce siódmej mieszkali Marek de Nisau „Bizon” i Witek Trzaskoma „Słoń” w klatce ósmej mieszkali Marek Podniesiński Darek Juszko i dwaj bracia Markiewiczowie Tadek i Irek który nie posiadał motocykla tylko stary samochód, który był uważany za najbrzydszy samochód świata, a był nim słynny CITROEN 2CV, tylko nie pamiętam z którego był roku i w klatce ostatniej dziesiątej mieszkałem Ja, Jarek Pruszyński „Makówa”, dwaj bracia Kowalscy: Artur i Darek „Gruby” i Jasio Piotrowski. Do naszej ekipy zaliczał się również Jurek Janczak „Jamnik” który mieszkał na Mokotowie, ale bardzo często nas odwiedzał. Niedługo potem dołączyło jeszcze trzech kolegów; Wojtek Malanowski „Czajnik”, który odkupił od Jasia tego CALTHORPA, a mieszkał niedaleko bo na drugim podwórku na ul. Sanockiej i jeszcze dwóch kolegów od Darka Juszko z pracy: Wojtek i Michał z Woli, którzy składali jakiegoś „Osiołka” czyli BMW-350. Skoro stało już tyle motocykli na naszym parkingu – wpadłem na pomysł żeby założyć własny klub motocyklowy na Rakowcu i kiedy o tym zamiarze powiedziałem chłopakom to zgodnie potwierdzili że to jest dobry pomysł i tylko był mały problem jak nazwać nasz klub. W sobotę z tej okazji zrobiliśmy sobie w mojej piwnicy małą libacje i przy piwie debatowaliśmy jaką nazwę wymyślić dla naszego klubu i nie mam pojęcia kto wpadł na pomysł żeby nasz klub nazwać HELL,S DRIVERS CLUB, ale było najważniejsze że ta nazwa wszystkim się spodobała i została przez nich zaakceptowana.
Po założeniu klubu były wielkie plany, żeby wybić znaczek klubowy który niestety pozostał tylko w planach i na papierze z powodów finansowych i na zdjęciu które zamieściłem widnieje wzór tego znaczka.
DDBF.tmp
W 1975 roku, kiedy nasza grupa na podwórku rozrosła się, postanowiłem założyć swój klub, który działał tylko dwa lata.
Żadnego wpisowego nie ustalałem, tylko przy wejściu do mojej piwnicy powiesiłem puszkę; coś w rodzaju skarbonki i każdy kto przychodził do mnie wrzucał do niej dwa złote i to co uzbierało się przez cały tydzień w sobotę wydawaliśmy na zaszczytny cel, czyli nasz ulubiony napój – piwo i jakoś czas leciał. Do najbliższego zlotu, który zaplanowany był w Legionowie i to miało być oficjalne otwarcie sezonu było jeszcze sporo czasu i tylko nie pamiętam kto organizował tą imprezę. Ja motocykl miałem już gotowy i mogłem jechać nawet zaraz. Marek ze swoim motocyklem rozpoczął walkę najpóźniej, ale wszystkie sprawy mechaniczne miał w porządku tylko cały motor był w proszku ponieważ trzeba było go pomalować i złożyć. Jedyna rzecz jaka była do wymiany to był wałek główny skrzyni biegów ponieważ stożek do mocowania zębatki wyglądał tak jakby go pogryzły myszy i Marek postanowił dorobić całkiem nowy wałek, a warunki do takich robót miał idealne. Marka ojciec pracował w ośrodku doświadczalnym przy fabryce FSO i tam wciągnął syna jako praktykanta. Ale wracamy do tematu malowania Marka motoru. Ja powiedziałem mu, że malujemy motor na kolor wojskowy czyli khaki, ale Grażyna – Marka żona – postawiła veto i oświadczyła że ten motor ma być pomalowany na taki kolor jaki jej się podoba i to ma być wrzos. Marek słuchał się swojej żony, tylko ja zastanawiałem się skąd weźmiemy taki kolor i to był nasz poważny problem. W tamtych czasach istniały sklepy „Pewex” w których można było kupić wszystko czego nie było w normalnych sklepach z tą różnicą że tam płaciło się dolarami, które nie każdy miał. Gdybyśmy mieli taką walutę to sprawa byłaby rozwiązana, bo farbę w tym kolorze kupiłoby się w Pewexie.
Można było kupić dolary przed sklepem „Pewex” albo na bazarze Różyckiego, ale to były spore koszta, których my nie mieliśmy i trzeba było coś wymyśleć w tym temacie. Marek powiedział że jestem „Docent” to na pewno coś uda mi się wymyślić.
Oczywiście z uzyskaniem odpowiedniego koloru jako bazę nie było żadnego problemu. ponieważ odpowiednie komponenty kupiłem w sklepie chemicznym i metodą prób i błędów doszedłem do odpowiedniego koloru i po pomalowaniu pierwszego elementu byliśmy zadowoleni, a tym bardziej Grażyna – bo wyszło to co chciała. No to od razu pomalowaliśmy wszystko na ten dorobiony kolor, ale kiedy pomalowaliśmy pierwszy element lakierem bezbarwnym, to przeżyliśmy szok i myślałem że szlak mnie trafi, bo po naszym pięknym wrzosie z takim wielkim trudem uzyskanym nic nie pozostało. Wyszło nam jakieś „chuju muju”, które nie przypominało żadnego koloru z palety barw, którą znałem. Po tym odkryciu doszliśmy do wniosku, że winien był ten rzekomo bezbarwny lakier który okazał się lakierem do parkietu i miał żółty odcień i to właśnie spieprzyło naszą robotę. Teraz nie mieliśmy innego wyjścia, na zlot musieliśmy pojechać motorem o tak paskudnym kolorze, bo na zmianę koloru było już za mało czasu. Grażyna jak zobaczyła to co nam wyszło też była wkurzona. No i pojechaliśmy na ten zlot do Legionowa, ale całego zlotu nie będę opisywał ponieważ niewiele z niego pamiętam, bo na zlot i z powrotem jechał Marek i pamiętam tylko że ten zlot był gdzieś w lesie przy jakiś bunkrach i to był jedyny zlot na HARLEYU jaki udało mi się zaliczyć i tylko że to nie był mój motor, ale tak w życiu wyszło.
Tydzień po tym zlocie Marek poszedł do wojska i sprzedał ten swój motor, a Ja byłem wkurzony że to zrobił ponieważ w ciepłej piwnicy ten motor postałby nie tylko dwa lata, ale Marek potrzebował pieniędzy. Po zlocie w Legionowie jeździłem już swoim M-72 i najbardziej interesowało mnie jak będzie spisywał się mój patent jaki zastosowałem w krzyżaku podczas naprawy wałka kardana. Jak byłem w klubie to teraz mnie chłopaki pytali się gdzie zdobyłem łożyska do krzyżaka, Ja powiedziałem że w moim krzyżaku nie ma żadnych łożysk tylko zastosowałem panewki z teflonu i jestem na etapie sprawdzania jak ten mój patent spisze się w praktyce. W klubie nic nie wspomniałem o tym że założyłem swój klub bo na razie to był tylko taki prywatny klub i byłem z tego faktu bardzo zadowolony że powstał. Ale klub na ul. Reja zaczął powoli się rozpadać, ponieważ odchodzili z niego ludzie którzy nie jeździli na HARLEYACH. Bracia Stankiewiczowie też odeszli z tego klubu i założyli własną sekcję motocykli szybkich pod nazwą „Skorpion” i owszem nadal spotykali się w tym samym lokalu tylko w innych dniach. Z klubu odszedł też Marek Sokołowski, mimo że jeździł na HARLEYU – postanowił być motocyklistą niezrzeszonym i powiedział, że w lipcu będzie organizował swój zlot motocyklowy w Czarnym Piecu na Mazurach i kto ma ochotę to może przyjechać i jest mile widziany. Do zlotu była kupa czasu żeby sprawdzić jak zachowuje się ten mój patent i sprawdzając codziennie nie zauważyłem żadnych nieprawidłowości w postaci nadmiernych luzów na krzyżaku.

Pierwszy prywatny zlot „Docenta” Kamieńczyk rok 1975

Kiedy minęły emocje związane z rozpoczęciem sezonu w Legionowie to myślało się o następnych wyjazdach, bo zawsze lubiłem długie wyjazdy zwłaszcza w nieznany mi teren jak ten to miał być w Czarnym Piecu w lipcu. Najważniejsze było to, że pogoda była nienaganna i kusząca żeby pojechać byle gdzie na łono natury i wtedy zaświtał mi pomysł żeby zorganizować swój pierwszy zlot „Docenta”. Na razie tylko w naszym wspólnym gronie. Zaplanowałem żeby na mój pierwszy zlot pojechać niedaleko Warszawy do miejscowości Kamieńczyk nad rzeką Bug. Miejsce na obozowisko wybrałem po drugiej stronie rzeki na polanie pod lasem. Na dwa tygodnie przed wyjazdem na ten mój zlot podczas spotkania w piwnicy powiedziałem chłopakom o zamiarze zorganizowania takiego zlotu żeby wyżyć się na łonie natury.
Chłopakom spodobał się taki pomysł i wszyscy zapowiedzieli przyjazd na ten zlot, ale tak się nie stało o czym napisę. Do Kamieńczyka z Warszawy nie było daleko bo około 65-ciu km. Na mój zlot postanowiliśmy pojechać w piątek po południu, żeby trochę dłużej posiedzieć nad rzeką na łonie natury. A na zlot pojechaliśmy w następującym składzie: ja – „Docent” na motocyklu M-72, Darek Juszko – tak samo jak i ja na motocyklu M-72, Marek Podniesiński na motocyklu JAWA-35 „Ogar” z dziewczyną, Wojtek Malanowski „Czajnik” na motocyklu CALTHORPE-500, oraz dwóch kolegów Darka Juszko z Woli Wojtek i Michał na motocyklu WSK-125 ponieważ nie zdążyli jeszcze dokończyć swojego „Osiołka” BMW-350. Razem ze mną miał jechać jako pasażer Jarek Pruszyński „Makówa”, ale gdzieś przepadł i nie wiedziałem gdzie, a wiedział dokładnie kiedy wyjeżdżamy do Kamieńczyka i później tego bardzo żałował. Część chłopaków nie mogła pojechać w piątek i obiecali że dojadą do nas w sobotę rano i byli to: Witek Trzaskoma „Słoń” na motocyklu ZÜNDAPP-350, Tadzio Markiewicz „Patenciarz” na motocyklu NSU-250, Darek Kowalski „Gruby” też na motocyklu NSU-250, ale niestety nie przyjechali i nie wiem dlaczego. „Gruby” pewnie jak zwykle zajęty był jakimiś interesami i po prostu olał przyjazd na mój zlot. Gdyby był „Jamnik” to na pewno przyjechałby razem z nami, ale podobnie jak „Bizon” od kwietnia był w wojsku i to daleko bo aż w Lęborku, ale i z tego byłem zadowolony że na ten zlot przyjechało więcej niż połowa członków klubu. Jednak podczas jazdy nie obeszło się bez problemów z motorami. Do Wyszkowa jechało się znakomicie jak po sznurku i dopiero na dwa kilometry przed celem padł Wojtka CALTHORPE i musieliśmy sprawdzić jaka jest tego przyczyna.

Ja dorabiam klin do iskrownika a Wojtek odgania upierdliwe komary które wtedy nas strasznie atakowały.

Ja dorabiam klin do iskrownika a Wojtek odgania upierdliwe komary które wtedy nas strasznie atakowały.

Ja dorabiam klin do iskrownika w motocyklu CALTHORPE, który nam padł w drodze na zlot.

Ja dorabiam klin do iskrownika w motocyklu CALTHORPE, który nam padł w drodze na zlot.

Podczas jazdy żadnych zgrzytów w silniku nie było tylko po prostu motor przestał jechać ponieważ znikła iskra na świecy. Jeżeli okaże się że padła cewka w iskrowniku to dupa blada i zostaje sznurek i holowanie do domu, a jak tylko nie było przerwy to jedziemy dalej. Wojtek miał ten motor od dwóch tygodni i dopiero go poznawał, a na mechanice znał się nie za bardzo i na podwórku jak Wojtek miał problem z czymś to pomagał mu Tadzio Markiewicz, którego tutaj nie było i naprawą tego motocykla musiałem zająć się Ja sam. Kiedy sprawdzałem przerwę to stwierdziłem że nie obraca się wałek w iskrowniku i to była przyczyna że nie ma iskry, ale żeby sprawdzić dlaczego tak jest musiałem dostać się pod dekiel rozrządu co nie było trudne. Okazało się że Jasio składając silnik za słabo dokręcił koło od napędu iskrownika i został zerwany klin który ustala to koło we właściwym miejscu. Teraz kiedy była znana przyczyna tej awarii byliśmy spokojni że nie padł iskrownik, ale powstał nowy problem gdzie zdobyć drugi klin żeby naprawić Wojtka CALTHORPA.

F7FB.tmp
4CBF.tmp

Następne dwa zdjęcia jakie mi ocalały które zrobił Marek na moim zlocie zlotowe ognisko i szczupak, który został złowiony przez Wojtka z Woli i którego upiekliśmy na ognisku.

W piwnicy miałem cały arsenał różnych klinów, ale teraz wracać się do Warszawy ponad sto kilometrów po jeden klin to było w ogóle bez sensu i trzeba było wymyślić coś innego. Rozwiązanie było bardzo proste; żeby nie tracić czasu to chłopaki pojechali na miejsce szykować obozowisko, Wojtek zostaje przy motocyklu bo i tak innego wyjścia nie miał, a ja wracam do Wyszkowa. żeby znaleźć jakiś sklep motoryzacyjny i kupić w nim odpowiedni klin. Zabrałem ze sobą koło na wzór, bo wałka od iskrownika zabrać nie mogłem. Najważniejsze było to, że ten sklep który był mi potrzebny znajdował się przed wjazdem do miasta, a był to wielki sklep „Motozbytu” i w nim było stanowisko z częściami do motocykli. W sklepie tym kupiłem kilka klinów o różnych wielkościach żeby je dopiero na miejscu któryś z nich dopasować do wałka. Z tych klinów jeden pasował wymiarami idealnie, tylko był odrobinę za gruby. Widocznie jego wymiar też był calowy. Oczywiście w zestawie narzędzi jakie mieliśmy nie było zwykłego pilnika i całe szczęście, że jechała z nami dziewczyna, która miała przy sobie zwykły pilniczek do paznokci i przy jego pomocy jakoś udało się nam ten klin dopasować do wałka, a Wojtek odganiał upierdliwe komary co widać na zdjęciu. Po złożeniu motoru do kupy pojechaliśmy dalej już bez żadnych problemów i kiedy dojechaliśmy na miejsce to reszta chłopaków spisała się na medal, bo obozowisko było już przygotowane i czekali tylko na nasz przyjazd. Teraz już po tych przygodach, mogliśmy spokojnie na luzie wypić po kielichu, a wieczorem zrobiliśmy sobie nawet zlotowe ognisko, na którym został upieczony widoczny na zdjęciu szczupak złowiony przez Wojtka z Woli – kolegę z pracy Darka Juszko. Tak to zakończyliśmy piątek na moim zlocie. Marek Podniesiński, który miał ze sobą aparat fotograficzny, porobił nam sporo zdjęć na tym zlocie, ale niestety ocalało ich niewiele i te co ocalały zamieściłem jako jedyną pamiątkę z mojego zlotu.
W sobotę któryś z kolegów pojechał do miasta uzupełnić nasze zapasy na wieczór, głównie coś do picia, ale dzisiaj nie pamiętam który z nas pojechał, a po jego powrocie byczyliśmy się nad rzeką i pogodę do tego mieliśmy wymarzoną. W niedziele gdzieś około południa – nie spiesząc się – zwinęliśmy całe obozowisko i wyjechaliśmy w drogę powrotną do Warszawy. Tym razem żadne nieprzewidziane przygody z naszymi motorami nas nie dopadły i bezpiecznie dojechaliśmy do domu. Jak wjeżdżaliśmy na podwórko, to na naszej ławeczce przy trzepaku siedziało kilku kolegów, którzy nie byli na moim zlocie i czekali na nasz powrót żeby dowiedzieć się jak udał się nam wypad za miasto. Odpowiedź była jedna – niech żałują że nie pojechali i będą mogli tylko popatrzeć na zdjęcia które porobił Marek. Wtedy jak zwykle po każdym szczęśliwym (lub nie) powrocie poszliśmy do „Jagusi”, by przy piwie opowiadać o nowo przeżytych przygodach, a zwłaszcza o awarii CALTHORPA którego udało się naprawić na miejscu.
Następnego dnia po zlocie sprawdziłem jak zachowuje się mój wałek z tymi teflonowymi wkładkami, bo zrobiłem na tym patencie już ponad 500 km, ale jak na razie nic niepokojącego nie znalazłem i to mnie cieszyło. Po kilku dniach Marek przyniósł zdjęcia, które porobił na zlocie. Były wspaniałe i chłopaki którzy wtedy nie byli to trochę nam zazdrościli, ale że nie przyjechali na mój zlot to była tylko ich wina. Ci co byli ze mną w Kamieńczyku powiedzieli, że podobają się im takie wspólne wyjazdy i miałem nadzieję, że na najbliższy zlot jaki miał być niedługo w Czarnym Piecu pojedziemy również w większym składzie. Po wrażeniach z mojego pierwszego zlotu apetyt wzrósł i postanowiłem, że w przyszłym roku – jak dobrze pójdzie – to może zorganizuję następny mój zlot, tylko trochę dalej i na większą skalę, ale ten plan nie został nigdy zrealizowany.

Rozdział VII

Przygoda z odpalaniem M-72 na pych, którą udało mi się przeżyć.

Mimo że nie byłem już członkiem klubu na ul. Reja, to nadal tam przyjeżdżałem, a zwłaszcza jak mieli spotkanie ludzie ze „Skorpiona”, ponieważ miałem okazje popatrzeć sobie na wspaniałe maszyny, o których ja mogłem tylko pomarzyć. Po spotkaniu z chłopakami w klubie wszyscy zaczęli rozjeżdżać się do domu, więc i ja też postanowiłem jechać tylko nie mogłem odpalić silnika, ponieważ miałem padnięty akumulator, jak zwykle zapomniałem rano przed pracą zamontować drugi naładowany. Przed klubem nie było problemu – wsiadłem na motor, chłopaki mnie pchnęli i pojechałem, tylko zapomniałem podwyższyć wolne obroty żeby silnik nie zgasł mi na skrzyżowaniu i to zemściło się okrutnie. Nie odjechałem daleko, bo tylko do ronda przy Pomniku Lotnika i tam silnik „zdechł”. Zostałem z tym problemem sam, ponieważ przed klubem nie było już nikogo żeby mi pomógł, więc postanowiłem spróbować popchnąć go sam i wtedy doszło do tej sytuacji której nie zapomnę do końca życia. Po zapaleniu się zielonego światła zepchnąłem motor ze skrzyżowania i rozpocząłem próbę odpalenia silnika, ale pchać takiego byka na drugim biegu – i to samemu – nie było łatwe ale pchałem dalej. Mimo największego wysiłku jaki włożyłem w ten proceder, silnik jakoś nie miał ochoty odpalić, więc pchałem go dalej mimo że powoli opadałem już z sił i zamierzałem zrobić przerwę przed drugą próbą i wtedy silnik w najmniej oczekiwanym dla mnie momencie nagle odpalił. Motor wyrwał się do przodu jak raniony dziki zwierz zwalając mnie z nóg. Najgorsze było to że wlókł mnie kilkadziesiąt metrów i nic nie mogłem zrobić ani dosięgnąć dźwigni sprzęgła albo hamulca i z przerażeniem patrzyłem gdzie mnie powlecze. To wszystko działo się niedaleko przystanku autobusowego i ludzie co tam stali jak zobaczyli co się dzieje to uciekli poza przystanek i obserwowali jak to się zakończy. Ja modliłem się żeby motor nie skręcił na środek jezdni bo wtedy byłoby po mnie. Jednak skoro piszę te wspomnienia – to znaczy, że wszystko skończyło się dobrze ponieważ motor dojechał do końca przystanku, ale nie miał tyle mocy żeby pokonać wysoki krawężnik. Zatrzymał się, silnik zgasł i tak zakończyła się ta niemiła przygoda. W pierwszej kolejności przestawiłem motor za przystanek i zapaliłem papierosa żeby trochę ochłonąć po tym wszystkim. Po tej przygodzie następnej próby – bo ta pierwsza dostarczyła mi sporo wrażeń, aż się we mnie wszystko gotowało – już nie robiłem. Wsiadłem w autobus i pojechałem do domu po drugi akumulator, następnie już normalnie odpaliłem silnik i pojechałem do domu. Po przyjechaniu na podwórko, motocykla na dzień dzisiejszy miałem dosyć i nawet na obiad nie miałem ochoty. Poleciałem do sklepu, kupiłem kilka piw i w swojej „norze” wypiłem dwa. Powoli nerwy zaczęły mi puszczać. Tego dnia w „Jagusi” opowiadałem chłopakom przygodę jaką dzisiaj przeżyłem i pokazałem im czubki moich butów pościerane przez asfalt.

Zlot Czarny Piec – rok 1975

Wielkie emocje po moim zlocie dawno już minęły i człowiek nie mógł doczekać się do następnego zlotu jaki się zbliżał wielkimi krokami, a był to zlot w Czarnym Piecu na Mazurach, który organizował Marek Sokołowski „Sokół” w lipcu.
Dokładną datę tego zlotu znaliśmy już dawno i teraz interesowało nas jaka będzie pogoda kiedy przyjdzie dzień wyjazdu. Chłopaki, rozochoceni wspólnymi wyjazdami, deklarowali swój udział podczas wyjazdu na ten zlot, chociaż pogoda na tydzień przed zlotem nie była zachęcająca do jazdy na motorze, ale miałem nadzieje że do piątku jakoś się wypogodzi, a jak nie – to będę martwił się w piątek. Na większość zlotów – zwłaszcza na te dalsze – starałem się wyjeżdżać w piątki i tak było tym razem. W pracy miałem załatwione wolne, ale nie pojechałem rano, bo do południa pogoda była taka sama jak przez cały tydzień i dopiero około południa się rozjaśniło. Postanowiłem pojechać nie wiedząc co może spotkać mnie po przejechaniu stu kilometrów. Chłopaki jednak wyłamali się i powiedzieli że nie zamierzają moknąć i do mnie dojadą w sobotę – jak poprawi się pogoda. Tak więc wyjechałem samotnie. Na tez zlot jechał również Darek Kowalski „Gruby”, ale nie na motocyklu, tylko pojechał WARSZAWĄ-204 którą niedawno sobie sprawił, więc ja cały sprzęt do spania zapakowałem do jego samochodu, żeby było mi wygodniej jechać. „Gruby” wyjechał z samego rana, bo nie jechał bezpośrednio na zlot, tylko najpierw chciał pojechać do Olsztyna w jakiś interesach i po południu razem z chłopakami przyjechać na teren zlotu. Mnie taka pogoda wcale nie przestraszyła. Ważne dla mnie było, aby tylko wyrwać się na łono natury z tej Warszawy i pochlać z chłopakami przy ognisku. Miejscowość Czarny Piec – tam gdzie Marek Sokołowski zorganizował swój pierwszy zlot motocyklowy – to była mała miejscowość na Mazurach, położona nad jeziorem Dłużek, 8,5 km na północ od miasta Jedwabno. Można było tam dojechać dwoma trasami, które miały prawię taką samą długość. Pierwsza to była trasa E-7 na Gdańsk, w Nidzicy skręcało na Szczytno i w Jedwabnie do Czarnego Pieca, następnie dwa kilometry leśną drogą już tylko na teren zlotu. Druga trasa była na Pułtusk, Chorzele i dalej na Jedwabno.
W dzisiejszych czasach wytyczenie sobie jakiejś drogi do przejechania nie stanowi żadnego problemu, mając do dyspozycji nowoczesne urządzenia w postaci nawigacji GPS, ale my wtedy bazowaliśmy tylko na mapach i to czasami nie bardzo dokładnych. Ja ze względu na paskudną pogodę pojechałem trasą trochę dłuższą, ale wygodniejszą i częściej uczęszczaną: czyli na Gdańsk. Bez wątpienia przyjemniej jedzie się jak jest słoneczny i ciepły dzień, ale jak miałbym na taki czekać – to na ten zlot pojechałbym dopiero w niedzielę i byłoby po zlocie. Nie mogłem się doczekać, kiedy z chłopakami napiję się piwa i pomyślałem że z cukru nie jestem i przez te parę kropel wody nie rozpuszczę się, a druga sprawa: dla prawdziwego motocyklisty żadna pogoda nie jest straszna. Zlot w Czarnym Piecu był moim szóstym zlotem i trzecim na który jechałem swoim motocyklem i nie ostatnim o czym będzie jeszcze mowa i jednym z dalszych, bo jak na razie najdalszym zlotem, który zaliczyłem na motocyklu, to był mój pierwszy zlot, na który pojechałem do Wolsztyna na TRIUMPHIE (405 km). Ogólnie wszystkie zloty jakie zaliczyłem (a było ich ponad 30) i większość z nich będzie opisana na dalszych stronach, podzieliłem na trzy kategorie w zależności od ich długości. Do pierwszej kategorii zaliczyłem zloty krótkie do 150 km, kategoria druga to były zloty średnie do 300 km i ostatnia kategoria, trzecia – to były wyjazdy najdłuższe ponad 400 km w jedną stronę i takich zaliczyłem cztery: wspomniany Wolsztyn (405 km 1973 rok), Słupsk (460 km 1975 rok), Nowa Sól (480 km 1983 rok) i Złotoryja (432 km 1984 rok) i o niektórych będą wzmianki w moich wspomnieniach.
Teraz wracamy do trudnej jazdy na zlot w Czarnym Piecu. Tak jechałem sobie, a pogoda nadal nie była łaskawa, ponieważ zmokłem chyba ze trzy razy i wysychałem tyle samo. Nie raz zaczęło lać w szczerym polu i zanim dojechałem do najbliższego przystanku, to byłem już cały mokry. Na przystanku pomyślałem że i tak w ciągu pięciu minut nie wyschnę i nie warto tracić czasu bo robiło się trochę późno i po wypaleniu papierosa jechałem dalej i nie zatrzymywałem się więcej.
I tak na przemian w strugach deszczu dojechałem do Nidzicy. Wiedziałem, że na miejsce zlotu pozostało mi niewiele do przejechania, bo jakieś niecałe 34-ry km, więc powinienem jakoś dać radę choć tej paskudnej pogody miałem już dosyć. Kiedy zjechałem z głównej trasy w kierunku na Szczytno, to nagle z bocznej ulicy wyjechał jakiś kutas i zajechał mi drogę. Ja – żeby w niego nie wjechać, bo na pewno bym ucierpiał – uciekłem do niedużego rowu i tam się wywaliłem. Zanim się z niego wygramoliłem, to tamten palant zdążył spierdolić. Jakiś przechodzień, który to widział, pomógł mi wystawić motor z tego rowu. Na szczęście motocyklowi i mnie nic się nie stało, a jedyną niepowetowaną stratą to były moje nowe dżinsy „Wranglery”, które kupiłem dwa dni przed zlotem na bazarze Różyckiego za całe 500 zł, ponieważ na lewej nogawce była wielka dziura i spodnie nadawały się do wyrzucenia. Cała zabawa z wywrotką zabrała mi trochę cennego czasu, bo pogoda ponownie zaczynała się pogarszać, więc wsiadłem na motor i pojechałem żeby jak najszybciej znaleźć się już na zlocie. Całe szczęście, że pierwsza tablica kierunkowa przy głównej drodze była dobrze oznakowana i dalej jechałem już spokojnie bez obawy, że zgubię się w tym ciemnym lesie. Po jakimś czasie zobaczyłem w dali namioty na terenie zlotu.
Kiedy wjeżdżałem na teren zlotu to plac był pusty, ponieważ chłopaki pochowali się przed deszczem w namiotach, a w tym czasie to chyba niebo się otworzyło, bo lało jak z cebra i nie widziałem nic poza ścianą wody. Chłopaki słysząc warkot wjeżdżającego motocykla powychodzili z namiotów żeby zobaczyć co za wariat przyjechał w taką ulewę, a tym wariatem byłem oczywiście ja – „Docent” i jak ich zobaczyłem to od razu zrobiło mi się cieplej, że wreszcie dojechałem na ten zlot. Chłopaki zrobili mi gorące powitanie i powiedzieli, że tak wygląda prawdziwy motocyklista, który nie boi się żadnej pogody i wtedy jeden z nich przytrzymał mój motor, a drugi wręczył mi na rozgrzewkę dużą szklankę wódki. Jak tylko znalazłem się w suchym namiocie, to spytałem się czy dotarł na zlot Darek Kowalski „Gruby”, ale nikt go nie widział, mimo że widziałem kilka motocykli z rejestracją olsztyńską – bo miał przyjechać właśnie z chłopakami z Olsztyna.
Pomyślałem że skoro go nie ma to pewnie ta jego landara padła gdzieś po drodze i teraz biedak sam nie może sobie dać rady bo jak było coś do zrobienia przy tym samochodzie to oczywiści robiłem to Ja. Teraz miałem problem, ponieważ cały mój sprzęt do spania był u „Grubego” w samochodzie i całe szczęście że znalazło się wolne miejsce w namiocie u chłopaków z Olsztyna i skorzystałem z ich gościnności żeby nie spać po krzakiem. Nawet jak byłby Darek to przy tym deszczu rozstawianie namiotu byłoby problematyczne, ale przespalibyśmy się w samochodzie. Suszenie ciuchów też trzeba było odłożyć do następnego dnia, bo nawet nie było możliwości rozpalenia ogniska. Więc pozostało nam tylko jedno: wypakowałem z plecaka swoje zapasy i dołączyłem się do wspólnej kolacji. Na dobry sen wypiliśmy sobie po kielichu i marzyliśmy o lepszej pogodzie na następny dzień. W ten sposób zakończyliśmy pierwszy dzień tego zlotu.
Rano budzimy się w całkiem nowy świat, od samego rana pogoda jak marzenie i zapowiadał się nawet upał, więc do suszenia ciuchów nie trzeba było rozpalać ogniska, tylko że ja za upałem nigdy nie przepadałem (zwłaszcza na kacu). Ktoś powiedział że w nocy była straszna burza z piorunami tylko że my byliśmy po dobrym „środku usypiającym”, więc spaliśmy jak niemowlęta i nic do nas nie docierało. Teraz spokojnie poszedłem się zarejestrować na tym zlocie, bo wczoraj absolutnie nie było do tego możliwości. Podczas tej rejestracji Marek Sokołowski jako komandor zlotu spytał mnie – jaki klub mam zamiar reprezentować. Wtedy odpowiedziałem, że będę reprezentował swój własny klub, który założyłem na Rakowcu po odejściu z „Heliosa” i Marek trochę był zdziwiony, że założyłem swój własny klub. Po rejestracji rozglądałem się – ale nadal „Grubego” nie było, więc pomyślałem, że następną noc ponownie spędzę u chłopaków. Ten Marka zlot nie był duży i zorganizowany zupełnie w szczerym polu, ale trochę ludzi się zjechało, tylko że na tym zlocie nie było żadnego typowego baru piwnego z prawdziwego zdarzenia i każdy o tego typu napoje musiał troszczyć się sam. Owszem Marek organizując swój zlot przyjechał WARSZAWĄ z przyczepką i z Warszawy przywiózł kilka skrzynek piwa, ale to była kropla w morzu i większość została wypita jeszcze w piątek. Rano wyszedł problem, bo ktoś musiał pojechać do miasta odnowić zapasy – głównie w postaci piwa i coś do jedzenia.

Marek Podniesiński i Wojtek Malanowski wstają do nowego dnia na zlocie w Czarnym Piecu, a mój motor leży sobie przed namiotem bo w nocy musiał się chyba przewrócić...

Marek Podniesiński i Wojtek Malanowski wstają do nowego dnia na zlocie w Czarnym Piecu, a mój motor leży sobie przed namiotem bo w nocy musiał się chyba przewrócić…

Chłopaki jednogłośnie stwierdzili, że do tej jazdy najlepiej nadaję się ja – ponieważ przyjechałem najpóźniej i piłem najmniej i w ogóle wyglądam najlepiej z nas wszystkich, chociaż ja sam czułem się jeszcze najebany jak stodoła. Szkoda że nie było „Grubego”, bo do jego landary można było zapakować połowę sklepu i starczyło by to na tydzień. Ale skoro oni tak twierdzili to widocznie tak było, więc postanowiłem do tego sklepu pojechać i miałem nadzieję, że jakoś spokojnie przejadę te 10 km. Do wielkiego wora od namiotu zapakowaliśmy puste butelki na wymianę – tyle ile się zmieściło i pojechałem. Do Jedwabna jechało się znakomicie bo pogoda była wspaniała nie to co wczoraj i myślałem, że ten wypad do miasta zajmie mi nie więcej jak pół godziny do czterdziestu minut. W sklepie nie marudziłem jak stara baba, szybko kupiłem to co miałem kupić bo wiedziałem, że chłopakom też chciało się pić i czekali na szybki mój powrót. Kiedy już miałem wyjść ze sklepu z zakupami przez szybę zobaczyłem że przy moim motocyklu stoi radiowóz milicyjny i niebiescy panowie przyglądają się mojemu motorowi. Od razu nogi zrobiły mi się jak z waty i pomyślałem że nie jest za ciekawie i postanowiłem jakiś czas postać w sklepie licząc na to że za chwilę odjadą. Jednak byłem w błędzie, ponieważ oni widząc nietypowy motocykl z warszawską rejestracją czekali na jego właściciela – czyli na mnie i nie mam pojęcia ile czasu stałem w tym sklepie, jednak nie mogłem w tym sklepie stać w wiecznie. Postanowiłem pójść na całość i zobaczyć co z tego wyniknie. Po wyjściu ze sklepu, udając głupka, zapytałem się ich ja dojechać na teren zlotu motocyklowego, który odbywa się gdzieś w tej okolicy bo z Nidzicy chyba pojechałem nie tą drogą co potrzeba i pogubiłem się. Owszem, bardzo grzecznie wytłumaczyli mi w którym kierunku mam pojechać i dodali żebym powiedział kolegom ze zlotu; niech nie próbują po pijanemu przyjeżdżać do sklepu po piwo ponieważ oni tutaj pilnują porządku, po tych wyjaśnieniach odjechali w kierunku Nidzicy, a ja szybko do Czarnego Pieca. Podejrzewam, że gdyby dokonali kontroli i kazali dmuchać mi w balon to na 100% bym leżał, a tak jakoś psim swędem udało mi się. W drodze powrotnej gnałem jakby diabeł mnie gonił, nie mogłem doczekać się kiedy dojadę do lasu, ponieważ język miałem jak kołek z pragnienia i kiedy już się w nim znalazłem to zapaliłem papierosa i w biegu opierdoliłem dwa piwa, żeby mi nerwy puściły po tym spotkaniu. Dopiero po tym pojechałem dalej na teren zlotu. Chłopaki martwili się, że może coś mi się stało, albo zgarnęła mnie Milicja, ale jak wjechałem i zobaczyli mnie całego, to dopytywali się dlaczego to tak długo trwało, bo nie było mnie prawie półtorej godziny. Niektórzy koledzy przy tym upale z pragnienia próbowali pić wodę z jeziora, bo nie mogli się doczekać na mój powrót ze sklepu. W pierwszej kolejności wypakowałem ten wielki wór żeby nie potłuc butelek i już całkiem na luzie przy piwie opowiedziałem chłopakom jaką miałem przygodę z milicjantami przed sklepem w Jedwabnie i dlatego trochę mi się zeszło. Chłopaki zgodnie powiedzieli że nie na darmo nazywają mnie „Docent”, bo w każdej sytuacji dam sobie rade i nawet jakbym trafił do piekła, to samego Lucypera utopiłbym w łyżce smoły. Jak już trochę ochłonąłem z tych porannych wrażeń to zauważyłem, że na placu przybyły dwa znajome motocykle, a mianowicie na zlot dojechali Darek Juszko na M-72 i Marek Podniesiński na JAWIE-350 „Ogar” z Wojtkiem Malanowskim jako pasażerem i tylko nadal „Grubego” jeszcze nie było z jego landarą. Byłem zadowolony, że chociaż tych trzech kolegów z mojego klubu dojechało to przynajmniej wracać będzie raźniej w grupie i zaraz po przywitaniu pomagałem im rozstawiać namiot.Potem zrobiliśmy sobie śniadanie, bo ja też jeszcze nic nie jadłem i do śniadania wypiliśmy butelkę. Powiedziałem, że będę spał w ich namiocie, ponieważ „Gruby” z moim namiotem gdzieś przepadł i nie ma go do tej pory, a miał być w piątek wieczorem i z piątku na sobotę ugościli mnie chłopaki z Olsztyna. Po śniadaniu nic innego nie było do roboty, więc pochowaliśmy się w cieniu żeby sobie poleżeć ponieważ upał stawał się coraz bardziej nieznośny, a nie było jeszcze południa.
Jednak tego dnia chyba prześladował mnie pech, bo nie było dane mi spokojnie poleżeć w cieniu. Podszedł do mnie jeden kolega i powiedział że w tylnym kole mam kapcia i to była najgorsza wiadomość jaką usłyszałem tego dnia.
Nie było wyjścia, bo samo się nie naprawi i chciał nie chciał, mimo tego upału, musiałem złapać się za robotę – jak w tym przysłowiu, że „Na kaca najlepsza jest praca”. Przy tym kole pomagał mi widoczny na zdjęciu Marek Podniesiński, a podczas tej roboty spociłem się jak mysz przy porodzie.

Naprawa dętki w moim motocyklu, która nie powiodła się i musieliśmy jechać aż do Szczytna żeby ją naprawić.

Naprawa dętki w moim motocyklu, która nie powiodła się i musieliśmy jechać aż do Szczytna żeby ją naprawić.

Po rozmontowaniu koła okazało się, że moje łatki są zawilgocone i do niczego się nie nadają, w „Grubego” samochodzie była cała nowa paczka, tylko tego gamonia nadal nie było i musiałem pożyczyć łatki od chłopaków. Iich łatki też nie przydały mi się, ponieważ uszkodzenie dętki przekraczało jej naprawę w moim zakresie. Na dodatek zauważyłem, że opona też jest uszkodzona i to ona uszkodziła dętkę. Teraz trzeba było jechać do jakiegoś wulkanizatora, żeby jakoś to wszystko naprawić. Tylko był problem: nie było czym jechać i z kim. Wreszcie gdzieś około południa zjawił się „Gruby”, ale zamiast miłego przywitania został zjebany na czym świat stoi za to że pozbawił mnie sprzętu do spania. Owszem spałem w namiocie u chłopaków z Olsztyna ale na ziemi, a nie na materacu. Teraz problem miałem rozwiązany i powiedziałem mu, że za kare musi jechać ze mną do Szczytna, żeby naprawić moją oponę i dętkę. Nie miał wyjścia.
Wulkanizator naprawił mi to wszystko ale powiedział, że ta opona długo nie pochodzi. Sęk w tym, że ja nie miałem tyle pieniędzy, żeby kupić jakąś oponę w lepszym stanie, a do domu musiałem jakoś dojechać. Stwierdziłem, że w domu będę się martwił. Wracając ze Szczytna dokupiliśmy chłopakom jeszcze trochę piwa, bo ja na motocyklu przywiozłem nie za dużo, a w tym tempie co pili, to do wieczora mogłoby zabraknąć i wtedy byłby problem. Zaraz po powrocie ze Szczytna szybko zmontowałem koło, żeby motor mieć już sprawny gotowy do wyjazdu i teraz mogłem napić się piwa i dokończyć swoje leżakowanie w cieniu. Tak to piękna i upalna sobota z przygodami dobiegła końca i na zakończenie zlotu zrobiliśmy sobie wspólne ognisko. Chłopaki z Płocka wspomnieli że gdzieś za miesiąc lub półtora będą organizowali zlot, na który wszystkich zapraszają, a o dokładnej dacie nas poinformują telefonicznie, bo byliśmy cały czas w kontakcie.
Niedziela rano po zakończonym zlocie zrobiliśmy skromne śniadanie z tego co pozostało po wczorajszej kolacji i szykowaliśmy się do odjazdu, ale najpierw sprawdziłem swoje koło czy przez noc nie zeszło z niego powietrze i okazało się że jest wszystko w porządku. Po zwinięciu namiotów pożegnaliśmy się z chłopakami i wyjechaliśmy w drogę powrotną do domu. Obraliśmy kierunek na Jedwabno, Nidzicę i dalej już główną trasą E-7 Warszawa-Gdańsk. Do Warszawy wracaliśmy już razem w małej grupie, którą zamykał Marek Podniesiński na swojej JAWIE, ponieważ jego motor był najszybszy i bardziej sprawny technicznie od naszych. Teraz jadąc z nimi martwiłem się tylko o dwie rzeczy: czy moja opona wytrzyma do Warszawy i czy padnie ”Grubego” landara, bo w tym jeżdżącym wraku wszystko mogło się popsuć i w każdej chwili. Przy tym samochodzie to najczęściej robiłem ja – bo on w tych sprawach był zielony jak trawa.
Jeżeli moja opona by nie wytrzymała, to było tylko jedno rozwiązanie na które byłem przygotowany; rozmontować motor na mniejsze elementy, żeby zmieścił się go „Grubego” samochodu i modlić się żeby jego sprzęt nie padł po drodze.
Całe szczęście, że podczas drogi nie mieliśmy żadnych nieprzewidzianych przygód, a i „Grubego” landara szła jak burza i w Warszawie byliśmy o przyzwoitej porze. Zaraz po obiedzie ponownie spotkaliśmy się pod wierzbą bo to było jedyne miejsce na podwórku gdzie można było schronić się przed upierdliwym upałem. Wspomnienia „Docenta” część dwudziesta dziewiąta

Pod wierzbę przyszli też koledzy, którzy nie pojechali na ten zlot i teraz dopytywali się jak tam było, a odpowiedź była taka sama jak po powrocie z Kamieńczyka – trzeba było pojechać i się przekonać. Ten dzień, tak jak zwykle, zakończyliśmy w „Jagusi” i opowiadaliśmy kolegom o nowo przeżytych przygodach. Zwłaszcza ja miałem co opowiadać o przygodzie z milicjantami przed sklepem w Jedwabnie, oraz o wywrotce w Nidzicy – po której straciłem takie fajne spodnie. Od poniedziałku czekało nas to samo szare życie i oczekiwanie do najbliższego zlotu, który miał być niedługo, tylko że nie znałem dokładnej daty i trudno było mi ustalić grafik, bo pracowałem na zmiany i nie wiedziałem jaką będę miał zmianę w dniu wyjazdu.

Nasz relaks pod wierzbą.

Na naszym podwórku były trzy miejsca gdzie najczęściej spędzaliśmy wolny czas jak nie mieliśmy wyjazdów albo po powrocie z długiego zlotu, gdy na jakiś czas motocykla miało się dosyć. Pierwszym takim miejscem była ławeczka obok trzepaka przy parkingu, gdzie stały nasze motory (wcześniej zamieściłem dwa zdjęcia z tego miejsca). Drugim takim miejscem była ławeczka pod wierzbą w cieniu i tam najczęściej siedzieliśmy w upalne dni, bo tam było najchłodniej. Trzecim miejscem była oczywiście moja „Nora” i tam siedzieliśmy jak była niepogoda i podczas zimy. Po zaliczonym zlocie w Czarnym Piecu motocykla miałem chwilowo dosyć, więc po obiedzie kupiłem siatkę piwa i czekałem na chłopaków pod wierzbą, by razem z nimi coś wymyślić, aby nie siedzieć tak bezczynnie w ten upalny dzień. Czasami jak siedzieliśmy pod wierzbą, to dla zabicia czasu graliśmy w szachy i teraz też ktoś rzucił hasło żebyśmy między sobą zrobili małe mistrzostwa podwórkowe, a było kilku kolegów którzy bardzo dobrze grali w szachy i czasami ja z nimi grałem też (jak nie miałem drugiej zmiany), a byli to wszyscy ci sami z tego bloku co już ich opisywałem, ale najlepiej z nich grali Witek Trzaskoma „Słoń” i Tadzio Markiewicz. Kiedy tak czekaliśmy na resztę kolegów, to przyleciał „Gruby” i chciał powiedzieć jakąś nowinę, że niedługo będzie zlot niedaleko Płocka. Powiedziałem mu, że jego informacja jest spóźniona o 48 godzin, bo ja i chłopaki o tym zlocie dowiedzieliśmy się już w Czarnym Piecu. Chłopakom spodobał się pomysł z tymi zawodami i postanowiliśmy je zorganizować w najbliższą sobotę, tylko ze względu na upierdliwy upał czekaliśmy z tym do późnego popołudnia i nikt z nas nie przewidział że będziemy grali do późna w nocy, ale wszystko po kolei.
Pod koniec ostatnich rozgrywek zapowiadała się zażarta partia między mną a Tadziem Markiewiczem, ale wyszedł problem, ponieważ robiło się już ciemno i ledwo było widać figury, a światło z latarni pod wierzbę nie docierało.
Owszem mogliśmy przerwać rozgrywki i po zapisaniu ustawienia figur dokończyć następnego dnia, ale to nie było już to samo i całe myślenie trzeba było zaczynać od nowa. Ponieważ była sobota i nikt z nas rano do pracy nie wstawał, więc trzeba było coś wymyślić. Przyniosłem z piwnicy lampkę samochodową i akumulator i teraz przy tym świetle mogliśmy grać do świtu, albo jak wyczerpie się akumulator. Kiedy zajęci byliśmy dalszą grą to nie zauważyliśmy, jak podeszli do nas panowie w niebieskich mundurach żeby sprawdzić co się tutaj dzieje po nocy, a zwabiło ich światło naszej lampki.
Jak podeszli bliżej zobaczyli że gramy w szachy to po chwili spokojnie odeszli i dobrze, że nie zauważyli torby z piwem pod ławką bo wtedy mogło być nieciekawie. Wreszcie ostatnia partia została dokończona prawie o północy i było do przewidzenia że cały turniej wygrał Tadzio Markiewicz.

Zlot Soczewka rok 1975.

Od momentu zastosowania w krzyżaku patentu z teflonowymi panewkami minęło już trochę czasu i zaliczyłem zlot w Kamieńczyku i Czarnym Piecu, i cały czas jeździłem do pracy i gdzie się da i było przejechane już około tysiąca kilometrów i przed następnym zlotem postanowiłem sprawdzić wałek po raz trzeci. Tylko okazało się że niepotrzebnie go wymontowałem bo z nim było wszystko w porządku, ale jest takie przysłowie że „Pańskie oko konia tuczy” więc mogłem dalej bez obaw jeździć na tym patencie. Kiedy znana mi była dokładna data tego zlotu to najbardziej martwiło mnie że w dniu wyjazdu będę miał drugą zmianę. Wreszcie doczekałem się dnia wyjazdu na następny swój zlot, który zorganizowali chłopaki z Płocka tak ja zapowiadali. Zlot ten został zorganizowany na terenie ośrodka wypoczynkowego w Soczewce nad sztucznym jeziorem, które powstało po wybudowaniu zapory na Wiśle we Włocławku. Z Płocka do Soczewki było około 13 km, a z Warszawy około 122 km, więc daleko nie było. Niby to niedaleko, ale zawsze jakiś wypad na łono natury, żeby ponownie spotkać się z kolegami przy piwie i nie tylko. Na zlot zamierzałem pojechać w piątek po pracy, ale jak wspomniałem wypadała mi druga zmiana i w żaden sposób nie miałem możliwości, żeby się z kimś zamienić, ponieważ w tym tygodniu w pracy był horror bo nie było połowy obsady na naszej zmianie. Owszem było bardzo proste rozwiązanie – zrobić sobie samemu wolny dzień i nie przyjść do pracy, tylko że zbliżał się termin przydziału premii kwartalnej, a to był dodatkowy zastrzyk finansowy – i to niemały – więc od tego sposobu odstąpiłem. Mogłem pojechać w sobotę przed świtem, ale jakoś mi to nie pasowało, ponieważ byłem już psychicznie nastawiony do tego wyjazdu w piątek więc postanowiłem pojechać po pracy i czekała mnie nocna jazda. Dlatego nie pojechałem do pracy motocyklem tylko z niego wymontowałem akumulator i razem z tym zapasowym podłączyłem pod prostownik żeby mieć oba naładowane do nocnej jazdy. Wszystkie klamoty do zabrania też miałem spakowane żeby po powrocie nie tracić czasu na pakowanie tylko wskoczyć na motor i pognać przed siebie ku wolności zlotowej żeby jak najprędzej być z chłopakami na piwie. Całe szczęście, że w pracy dzień nie był upierdliwy i z robotą uporaliśmy się przed czasem więc brygadzista puścił mnie do domu półtorej godziny wcześniej i to było dla mnie bardzo istotne. Z pracy nie wychodziłem przez główne wyjście tylko poleciałem przez stację benzynową i zamierzałem lecieć na skróty przez osiedle żeby nie tracić czasu czekając na autobusy i wtedy wyjeżdżał po tankowaniu kierowca z naszej brygady, z którym się zabrałem bo akurat miał do zgłoszenie z „Radio-taxi” na Mokotów, a to było po drodze i tym sposobem byłem w domu jeszcze szybciej. W domu obiad z kolacją jadłem w biegu i jednocześnie przebierałem się w cieplejsze ciuchy, bo podczas nocnej jazdy wszystko jest możliwe – mimo że pogoda była wspaniała. Kiedy byłem gotów do odjazdu to przy motocyklu przeżyłem mały szok, bo przez to co zobaczyłem o mało mnie szlak nie trafił. W tylnym kole była wielka dziura, jakby ją ktoś nożem rozpruł. Teraz nie miałem czasu zastanawiać się jaka była przyczyna tego czy opona wystrzeliła sama przy tym upale, czy może ktoś przyłożył do tego swoją rękę, bo wszystko się we mnie gotowało i jakby ktoś wtedy nawinął by mi się pod rękę to chyba bym go rozszarpał. Więc nie namyślając się długo zabrałem się za robotę i mimo wkurzenia pomyślałem że jednak przydałby się ktoś do pomocy, ale jakoś wszyscy gdzieś znikli i domyślałem się że dzisiaj przy piątku mogą siedzieć w „Jagusi”, ale nie chciałem już tracić czasu i lecieć po kogoś więc męczyłem się sam. Tylna opona nadawała się tylko do wyrzucenia, bo już w Szczytnie wulkanizator powiedział mi że ta opona długo nie pochodzi tylko ja ten temat zbagatelizowałem, mimo, że czasu było sporo, żeby zrobić porządek z tymi oponami i teraz zamiast spokojnie jechać na swój upragniony zlot to muszę pieprzyć się po nocy i moje wcześniejsze wyjście z pracy diabli wzięli. W piwnicy miałem dwa kompletne koła z oponami które ocalały mi po skradzionym koszu i to był mój jedyny ratunek żeby pojechać na ten zlot tylko że na tych kołach były za cienkie opony żeby zamontować je na tył motocykla. Jedna opona była o rozmiarze 3.00×19, a druga 3.25×19 i to koło mogłem zamontować na przód więc bez namysłu zabrałem się za przekładanie kół. Na motocyklu z przodu i z tyłu zamontowane miałem takie same opony i teraz koło z przodu powędrowało na tył, a to z piwnicy zamontowałem z przodu i kiedy już miałem jechać wyszedł nowy problem, bo okazało się że nie mam tylnego hamulca ponieważ bęben miał większą średnice i gdyby szczęki miały grube okładziny to byłoby wszystko w porządku. Ja miałem porobione takie specjalne nakładki na rozpieracz żeby zniwelować różnice między bębnem a szczękami tylko w tym zdenerwowaniu nie mogłem ich znaleźć. W normalnej sytuacji było proste rozwiązanie: na obu kołach przemontować opony i koła powróciły by na swoje miejsce i miałbym oba hamulce sprawne. Lecz teraz ponownie po nocy zdejmować oba koła i pieprzyć się z przekładaniem opon miałem dosyć i postanowiłem pojechać z jednym sprawnym hamulcem i w dodatku przednim chociaż wiedziałem że ten przedni, który sterowany jest linką jest bardziej zawodny bo linka zawsze może się urwać co spotkało mnie w drodze powrotnej, ale wszystko po kolei. Przed odjazdem do linki nalałem trochę oleju ponieważ tego hamulca rzadko używałem i linka ciężko chodziła i po tych zabiegach wreszcie gdzieś około północy wyjechałem na zlot. Całe szczęście, że podczas jazdy nie dopadły mnie jakieś nie przewidziane problemy bo wtedy nie wiem co bym zrobił i kiedy dojeżdżałem do Soczewki to na horyzoncie zaczynało robić się widno i niektórzy koledzy zaczynali wstawać, a niektórzy dopiero się kładli po wczorajszej balandze. Ja też byłem zmęczony więc napiłem się piwa które miałem ze sobą, a że było ciepło to na razie nie rozstawiałem namiotu tylko napompowałem materac i walnąłem się żeby trochę odpocząć i zapadłem bardzo szybko w kamienny sen. Obudził mnie warkot silników i ruch na placu bo ludzie szykowali się do parady, a ja po rejestracji rozstawiłem namiot i na żadną paradę nie wybierałem się, tylko czekałem aż chłopaki wrócą z parady żeby się z nimi przywitać. Jak zwykle w barze spotkałem starych znajomych, a przy okazji poznałem nowych kolegów i tak czas leciał. Na zlotach jak to na zlotach, zabawy, różne konkursy i wygłupy i tak było na tym zlocie. Dwóch chłopaków na HARLEYACH postanowiło zrobić sobie slalom miedzy drzewami i właśnie jeden z nich żeby uniknąć zderzenia z drzewem skręcił i zjechał z niedużej skarpy i z całym rozpędem wjechał w drzwi domku kempingowego, wyjechał z drugiej strony z kawałkiem ściany. Całe szczęście, że te domki były z dykty a nie murowane, bo mogłoby to skończyć inaczej i dobrze że ten domek był pusty w tym czasie. Na wygłupach i wieczornej balandze zakończył się ten krótki dla mnie zlot. Z tego zlotu wyjeżdżałem trochę później niż z innych, ale postanowiłem jeszcze jakiś czas odpocząć, a druga sprawa że do Warszawy nie było daleko. Po spakowaniu swoich maneli ruszyłem w drogę powrotną i do Sochaczewa jechało ze mną kilku kolegów z Łodzi. W Sochaczewie oni pojechali w kierunku Łowicza, a ja dalej do Warszawy jechałem już sam. Po wyjechaniu z miasta postanowiłem zatrzymać się na papierosa gdzieś w cieniu, ale nie udało się ponieważ po naciśnięciu hamulca urwała się linka w jedynym hamulcu jaki posiadałem w swoim motocyklu. Z jednego byłem zadowolony, że ta linka urwała się w szczerym polu, a nie w mieście na skrzyżowaniu podczas hamowania. Kiedy się wreszcie zatrzymałem trzy drzewa dalej niż chciałem to najpierw zapaliłem papierosa i w schowku szukałem jakiejś awaryjnej baryłki do naprawy linki, ale niestety nie znalazłem, a w piwnicy było ich kilka i była też druga linka. Teraz miałem poważny problem w jaki sposób mam przejechać 54 km bez żadnego hamulca. Kiedy tak medytowałem w jaki sposób naprawić linkę nadjechał „Sokół”, ale też mi nie pomógł ponieważ przy HARLEYU takich baryłek nie stosowało się. Teraz musiałem coś wymyślić, bo nie zamierzałem pchać tego motoru do Warszawy, było trochę za daleko. W tej sytuacji wymyśliłem tylko jedno co mi przyszło do głowy, odpaliłem silnik i po włączeniu drugiego biegu jechałem na wolnych obrotach poboczem tam gdzie zazwyczaj jeżdżą rowery i furmanki. Było to lepsze i szybsze niż pchanie. Nie mam pojęcia ile czasu jechałem tą kosmiczną prędkością, chyba ze chyba ze cztery godziny, ale jakoś doturlałem się do bram Warszawy i wcale nie próbowałem przejazdu przez miasto bez hamulców tylko zostawiłem motocykl na przystanku na ul. Połczyńskiej i autobusem pojechałem do domu po drugą linkę. Kiedy pojawiłem się na podwórku chłopaki dopytywali się gdzie zostawiłem swój motor więc powiedziałem że niedaleko i wszystko im później opowiem, a teraz nie mam czasu.
Poprosiłem Marka Podniesińskiego żeby swoją JAWĄ podwiózł mnie do miejsca gdzie zostawiłem swój motor i po wymianie linki razem z nim spokojnie i bezpiecznie wróciłem z tego zlotu do domu. No i po tym zlocie przybyło mi kilka nowych i ciekawych przygód, o których mogłem poopowiadać, a teraz to nawet mogę o tym napisać co czy nie.
Po szczęśliwym powrocie zjadłem spóźniony obiad i z chłopakami poszedłem do „Jagusi”. Siedzieliśmy w niej aż do jej zamknięcia mimo że jeszcze czułem nie przespaną noc, a zwłaszcza nocną jazdę i jak zwykle myślałem już o następnym wypadzie na jakiś zlot tylko, że tym razem postanowiłem najpierw zrobić porządek z oponami zanim gdzieś pojadę. Następnego dnia na spokojnie zdjąłem oponę z koła. Faktycznie dziura była w tym miejscu gdzie założona była łata w Szczytnie. Druga sprawa: nakładki na rozpieracz których zawzięcie szukałem tamtego dnia leżały prawie na samym wierzchu.
W tamtych czasach wiele deficytowych rzeczy można było kupić z pod lady i do nich należały też opony samochodowe i motocyklowe, ponieważ w sklepach były nieosiągalne. Można je było kupić na giełdzie ale za wyższą cenę. Bardzo często bywały w „Motozbycie” na ul. Nowolipki opony do motocykli importowanych takich jak JAWA czy MZ, tylko te opony były o rozmiarach 3.50×18, ale wymiana felg nie wchodziła w rachubę. Nie mając innego wyjścia, zaraz po wypłacie zmuszony byłem kupić na giełdzie samochodowej dwie nowe opony, żeby mieć święty spokój i spokojnie bez obawy jeździć. Historia z oponami będzie jeszcze opisywana w dalszej części, gdzie też miałem z nimi kłopoty i dlatego zlot, na który pojechałem w 1983 roku do Ostrowa Wlkp. nazwałem zlotem „Gumowym”, ale na razie dalej opisuje rok 1975.

Zlot Słupsk rok 1975.

Ja jak na razie przez te trzy lata jazdy na starych motocyklach zaliczyłem kilka bardzo ciekawych zlotów motocyklowych i takie wyjazdy bardzo podobały mi się ponieważ przybywało mi sporo ciekawych przygód, o których mogę teraz napisać.
Wiadomość o tym zlocie przyniósł mi Jarek Pruszyński który z kolei dowiedział się od Małgosi, z którą razem pracował.
A Małgosia była dziewczyną „Jamnika” o czym już wspominałem wcześniej. Ja osobiście nie miałem zamiaru tam jechać, ponieważ Jarek nic nie wiedział co to jest za zlot i kto go organizował . Wydawało się nam, że ten zlot nie będzie takim, na których bywaliśmy. Jednak Jarek z Małgosią przekonali mnie żebym na ten zlot pojechał, bo wracając z niego odwiedzilibyśmy „Jamnika” który odbywał służbę wojskową w Lęborku. Do Słupska był ładny kawałek drogi – tak około 450 km i to był jeden z tych najdłuższych wypadów na motocyklu, a pojechaliśmy tylko my dwaj wariaci czyli Ja i Jarek – podobnie jak do Wolsztyna i to był nasz drugi wspólny wyjazd na motocyklu, ale nie ostatni. Porządek z oponami miałem zrobiony, ale na tak długiej trasie w starym motocyklu wszystko może się przydarzyć. Skoro Jarek tak zadecydował to nie miałem wyboru i nie chciałem robić jemu przykrości, więc pojechaliśmy w długą trasę. Nie pamiętam tylko który to był miesiąc ale najważniejsze było to, że w pracy skończył się urlopowy horror i mogłem wziąć sobie wolny piątek na ten wyjazd. Mimo że piątek miałem wolny to wyjechaliśmy gdzieś około południa, ponieważ Jarek nie mógł się wcześniej zwolnić z pracy i do Słupska pojechaliśmy najkrótszą trasą przez Płońsk, Sierpc, Lipno, Grudziądz, Kościerzynę i Bytów. Do Słupska dotarliśmy jeszcze za dnia, chyba w osiem godzin o ile pamiętam i najważniejsze że bez żadnej awarii (jak na razie). W Słupsku nie widzieliśmy żadnych znaków kierunkowych na miejsce jakiegoś zlotu, tylko na rynku były plakaty informacyjne o sobotnim rajdzie sprawnościowym, który corocznie organizowany był przez PZM-ot w Słupsku. Teraz wiedziałem już, że żadnego zlotu tutaj nie będzie i na razie pojechaliśmy na pole namiotowe i po rozbiciu namiotu zrobiliśmy sobie kolacje do której wypiliśmy butelkę żeby się lepiej spało po długiej podróży. W sobotę ponownie pojechaliśmy na rynek, żeby zobaczyć co się tam dzieje i tak jak przypuszczałem, było sporo motocykli z Koszalina, Gdańska, Szczecina i wśród nich nie było żadnego starego motocykla tylko nasze M-72 z Warszawy. Mimo wszystko zarejestrowałem się, bo myślałem że otrzymam okolicznościowy znaczek metalowy, który miałbym do swojej kolekcji, ale otrzymałem zwykły proporczyk z herbem Słupska – po drugiej stronie było logo PZM-tu – oraz mapkę trasy rajdu do przejechania. Powiedziałem do Jarka, że nic tu po nas, bo taki proporczyk kupiłbym sobie w Warszawie za pięć złotych, a katować motocykla po jakichś leśnych bezdrożach nie miałem zamiaru i po zjedzeniu czegoś w barze pojechaliśmy do Lęborka, do którego nie było daleko bo tylko 51 km. Jadąc do Lęborka zastanawialiśmy się czy zastaniemy Jamnika w koszarach, ponieważ była sobota i mógł być na przepustce. „Jamnik” w wojsku był dopiero od wiosny więc nie miał jeszcze urlopu, a jechać na przepustce do domu było za daleko. W Lęborku byliśmy dość wcześnie i mimo, że nie znaliśmy miasta to z odnalezieniem jednostki, w której służył Jurek nie mieliśmy żadnego problemu, ponieważ to była jedyna jednostka w tym mieście i największy obiekt znajdujący się przy samej trasie Słupsk-Gdańsk, tak że trudno było tego nie zauważyć.
Kiedy dojechaliśmy do koszar to wyszedł mały problem, bo owszem „Jamnik” był w koszarach, ale w tym czasie odbywał kare zakazu opuszczania koszar, ponieważ coś nabroił, czy jak to się mówi – podpadł. W dyżurce trafiliśmy na bardzo uprzejmego oficera, który po naszych namowach, że jesteśmy z daleka poszedł nam na rękę i dał Jurkowi symboliczną godzinę wolności. Gdybyśmy trafili na jakiegoś służbiste to byłaby dupa blada. Jak „Jamnik” nas zobaczył to nie mógł uwierzyć, że jednak pojechaliśmy na ten zlot i bardzo z naszej wizyty ucieszył, ale o wyjściu z koszar nie było mowy i wizyta nasza była w izbie przyjęć. Po miłym przywitaniu dałem Jurkowi list od Małgosi i dwa piwa, które specjalnie kupiłem dla niego, bo bardzo lubił piwo. Wypił je na miejscu, bo zabrać ze sobą nie mógł i powiedział, że za jakiś miesiąc po zakończeniu szkolenia i w stopniu kaprala zostanie przeniesiony do Nowego Dworu Maz. i wtedy do domu będzie miał 34 km, a nie 430. Ja mu powiedziałem, że to był nasz najbardziej chałowy zlot na jakim byliśmy i gdyby nie to, że mieliśmy go odwiedzić, to tutaj bym nie przyjechał. No ale jak jedzie się 900 km na jakąś imprezę to nikt nie wie jak będzie to wyglądało. Po tej miłej dla nas wizycie pojechaliśmy w drogę powrotną do Warszawy, ale nie od razu – ponieważ było już dosyć późno, tak czy siak przed wieczorem byśmy nie dojechali do domu, a po drugie jutro była niedziela więc nie musieliśmy się spieszyć. Powiedziałem Jarkowi, że na noc robimy sobie biwak gdzieś w szczerym polu przy lesie, a nie na jakimś polu namiotowym i jazdę kończymy następnego dnia. Tak jak zaplanowaliśmy tak zrobiliśmy, ale najpierw w mieście zrobiliśmy odpowiednie zakupy na kolacje i coś do tej kolacji. Znaleźliśmy fajne miejsce po drodze na nocleg i odpoczynek. Rano zwinęliśmy cały majdan i pojechaliśmy dalej w drogę powrotną do Warszawy. Ponieważ Jarek bardzo lubił siedzieć za kierownicą, ja mu tego nie odmawiałem i nawet ten fakt wykorzystałem, napiłem się piwa, bo czasami mój organizm bez tego napoju źle jakoś pracował. Gdzieś około południa byliśmy już u nas na podwórku i cieszyło mnie, że nie mieliśmy podczas tej długiej trasy żadnej awarii. Kiedy pojawiliśmy się na podwórku to oczywiście były wątpliwości czy w ogóle tam byliśmy, ale list który mieliśmy dla Małgosi od Jurka mówił sam za siebie i Małgosia też był zadowolona że byliśmy u niego. Ja i Jarek byliśmy już przyzwyczajeni do komentarzy „Grubego” i nie zwracaliśmy na to uwagi. Po obiedzie poszliśmy do „Jagusi” na piwo opowiadać na jakim chałowym zlocie przyszło nam być. Kiedy „Jamnik” był już w Nowym Dworze Maz. to oczywiście odwiedziłem go kilka razy i jako pasażerów miałem Jarka, a następnym razem zabrałem Małgosie. Jak Jurek wyszedł z wojska ożenił się z Małgosią, a jak urodziło im się dziecko to z żalem musiał sprzedać swojego ZÜNDAPPA i wycofał się z życia motocyklowego. Odkupił od Irka Markiewicza samochód marki CITROEN 2CV z lat 50-tych, który uważany był wtedy za najbrzydszy samochód świata. Tak się złożyło, że nasze drogi rozeszły się i dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się że „Jamnik” nie żyje i to był dla mnie szok, bo był dużo młodszy ode mnie i najgorsze było to, że nie byłem na jego pogrzebie, ponieważ w tym czasie pracowałem w Dubaju w Emiratach Arabskich.

Rok 1975. Wyjazd w nieznane który okazał się zlotem w Poniatowej
i najbardziej pechowym zlotem w mojej karierze motocyklowej.

Wyjazd na ten zlot okazał się najdziwniejszym, najciekawszym i najbardziej pechowym wyjazdem w mojej karierze motocyklowej ale wszystko po kolei. O terminie tego zlotu dowiedziałem się od Marka Sokołowskiego, tylko że on sam nie wiedział dokładnie gdzie ten zlot miał być zorganizowany. Wszyscy byli przekonani, że to będzie gdzieś w Lublinie albo na jego obrzeżach, bo tam było kilka fajnych miejsc gdzie taki zlot można zorganizować. Ja też byłem przekonany, że ten zlot będzie na terenie Lublina i oczywiście postanowiłem jechać. Jarek też wyraził chęć jazdy na ten zlot, co mnie cieszyło ponieważ we dwóch zawsze jest raźniej i to miał być nasz trzeci wspólny wyjazd na motocyklu. Na podwórku zdania były podzielone na temat naszego wyjazdu, ale ja i Jarek powiedzieliśmy, że nie będziemy siedzieli w domu jak jest ładna pogoda i jeżeli okaże się, że żadnego zlotu nie będzie to oczywiście wrócimy i ten wyjazd potraktujemy to jako zwykły wypad za miasto w ramach relaksu. W Lublinie było kilka fajnych miejsc gdzie można by zorganizować taki zlot więc dlatego wszyscy sądzili że to będzie tam. Na ten nieznany zlot zamierzał pojechać z nami Darek Juszko na swoim M-72, tylko że do dnia wyjazdu nie zdążył wrócić z delegacji i szkoda – bo było by jeszcze raźniej jechać w dwa motocykle. Niestety – musieliśmy jechać tylko my dwaj, a reszta moich kolegów po prostu olała ten wyjazd. W pracy dopytywali się mnie dlaczego nie biorę urlopu w całości tylko wybieram po jednym dniu, a ja powiedziałem im, że interesują mnie piątki i poniedziałki tylko wtedy, kiedy są wyjazdy na zloty starych motocykli. Podobnie było jak z wyjazdem do Słupska: Jarek nie mógł wyjść wcześniej z pracy, ale to nie był taki wielki problem ponieważ do Lublina było dużo bliżej niż do Słupska, więc wyjeżdżaliśmy około południa. Kiedy wyjeżdżaliśmy z podwórka, to żegnała nas mała grupka kolegów, którzy akurat byli na osiedlu i nie wierzyli w istnienie tego zlotu, ale za to pogodę mieliśmy wspaniałą, a powiedziałbym że było za upalnie. Właśnie ten upał stanowił problem, ale nie dla motocykla który chłodzenie miał bardzo dobre tylko dla mnie ponieważ gorące powietrze z cylindrów leciało mi prosto na nogi i jak mi było za gorąco to zmuszony byłem opierać nogi o cylindry nie bez obawy że przypale sobie podeszwy. Z Warszawy do Lublina było około 167 km, ale powiedziałem Jarkowi że nie pojedziemy główną trasą prosto na Lublin tylko pojedziemy trasą trochę dłuższą, która ma 196 km, ale jest bardziej atrakcyjna turystycznie i przy okazji coś zobaczymy, a nie tylko jechać przed siebie i nie patrzeć na nic. Trasa którą zamierzaliśmy pojechać biegła przez Maciejowice, Dęblin, Puławy, Kazimierz Dolny, Nałęczów i dalej już do Lublina. Ja nigdy nie planowałem czasu przejazdu bo jak w tym przysłowiu: „Jeden planował pierdnąć a się zesrał” – wystarczy jakaś awaria, która niweczy wszystkie plany. Jakbym wykrakał nie dane nam było dojechać do Lublina o przyzwoitym czasie, ponieważ nasza piękna jazda została zakończona pierwszą awarią. Później okazało się, że to nie była jedyna awaria podczas tego wyjazdu. Dojeżdżając do Dęblina przestało działać sprzęgło i z silnika dochodziły odgłosy jakby ktoś szlifierką ciął blachę albo coś się w nim mieliło. Pomyślałem że na pewno rozpadło się sprzęgło i dalsza nasza jazda może stać pod znakiem zapytania. Żeby sprawdzić co padło, musiałem dostać się do sprzęgła, a w motocyklu M-72, żeby to zrobić, należało wymontować skrzynię biegów. Nie stanowiło to większego problemu i zajmowało najwyżej 15 do 20-stu minut. Z Jarkiem dopchaliśmy motor na mały placyk w cieniu drzew, żeby nie smażyć się w tym słońcu i zabrałem się za wyjmowanie skrzyni. Nie wiedziałem tylko, czy to sprzęgło uda się naprawić tutaj na miejscu. Jeżeli okaże się, że motocykla nie naprawimy powodu braku części to pakujemy motor do pociągu i wracamy do domu, bo z Dęblina kursowały pociągi średnicowe do Warszawy Zachodniej, skąd mieliśmy niedaleko do pchania. Jak wyjmowałem skrzynię to wysypały się jakieś kawałki metalu, które były pozostałościami po śrubach mocujących sprzęgło do koła zamachowego. Nie mam pojęcia w jaki sposób odkręciły się mimo że były zabezpieczone. Po tym odkryciu byłem bardziej spokojny, że to tylko śruby i jeżeli w tym mieście znajdę takie nowe śruby to jestem w stanie to naprawić i wtedy jedziemy w dalszą drogę. Sprzęgło do koła zamachowego było przykręcone sześcioma śrubami o rozmiarze M 8×1. Z tych oryginalnych pozostały mi tylko dwie, ale i one też nie nadawały się do ponownego użycia i potrzebny mi był komplet nowych. Całe szczęście, że to były zwykłe typowe śruby i takimi śrubami były montowane zawiasy w samochodach WARSZAWA, ŻUK i NYSA, których wtedy jeździło jeszcze sporo i teraz musiałem tylko znaleźć sklep, żeby kupić takie śruby. Owszem, znalazłem sklep „Motozbytu”, w którym kupiłem potrzebne mi śruby, tylko to znowu zabrało nam sporo cennego czasu, ponieważ ten sklep był na drugim końcu miasta. Wracając postanowiłem, że po naprawie motocykla dalej jako kierowca pojedzie Jarek bo mnie ta wycieczka po mieście trochę zmęczyła, a jeszcze musiałem złożyć motor więc kupiłem sobie dwa piwa i wypiłem podczas składania. Wreszcie pojechaliśmy dalej i kiedy Jarek siedział za kierownicą uprzedziłem go że jak będzie przejeżdżał przez małe miejscowości i wsie żeby na zakrętach trzymał się bliżej środka jezdni bo M-72 jest trochę cięższy i szybszy od TRIUMPHA którym razem jechaliśmy na zlot do Wolsztyna. Jarek widocznie nie zapamiętał do końca moich uwag, ponieważ jak z małej górki wjeżdżaliśmy do miejscowości Bochotnica, to stało się to czego się bardzo obawiałem. Jarek jechał na samym poboczu i za szybko. Na zakręcie najechał tylnym kołem na krowi placek i w jednej sekundzie wszystko potoczyło się jak w przyspieszonym filmie. Motocykl wpadł w boczny poślizg i przewrócił się, a my pospadaliśmy z niego jak gruszki z drzewa i leżąc patrzyliśmy co się dzieje, a motocykl wykonał dwa piękne koziołki do góry kołami i wpadł do rowu po przeciwnej stronie drogi. Całe szczęście że wjeżdżający pod górę TIR jechał powoli i nie przejechał się po naszym motocyklu, bo to byłby już koniec. No i była jeszcze jedna sprawa, która wyszła nam na dobre: ten upał co nam tak dokuczał – w tym przypadku nam pomógł, bo asfalt był rozgrzany i lepki, więc kiedy motor się przewracał to nie doszło do iskrzenia i paliwo które wyciekło niee zapaliło się. Jak pozbieraliśmy się po tej wywrotce to interesowała mnie tylko jedna rzecz: w jakim stanie jest mój motor i czy będzie nadawał się do dalszej jazdy. Kiedy wyciągnęliśmy go z rowu to okazało się że oprócz małego wgniecenia na zbiorniku i złamanego kluczyka w stacyjce nic mu nie dolega i nadaje się do dalszej jazdy. Tylko że Jarek nie nadawał się, jak na razie do dalszej jazdy jako kierowca, ponieważ był tak przejęty tym co się stało, że trząsł się jak galareta i teraz musieliśmy zrobić sobie następną dłuższą przerwę, żeby z tego trochę ochłonąć. Po tym dłuższym postoju (mimo, że wypiłem piwo) dalej musiałem pojechać ja i kiedy wreszcie dojechaliśmy do Lublina to było już ciemno i wjeżdżając do miasta nie widziałem żadnych tabliczek z informacją o jakimś zlocie. Pojechaliśmy więc w jedyne miejsce jakie znałem, gdzie taki zlot mógł być zorganizowany, a tym miejscem był ośrodek wypoczynkowy „Dąbrowa” w Zemborzycach, nad zalewem o tej samej nazwie oddalonej od centrum miasta o niecałe 13 km. Idealne miejsce na niedzielny wypoczynek. Nie mogłem się już doczekać kiedy tam dojadę, bo jak na razie tej jazdy i przygód miałem dosyć jak na jeden dzień. Jak dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że na terenie tego ośrodka nie ma żadnego motocykla więc i tutaj też nie ma żadnego zlotu. Powiedziałem do Jarka że teraz po nocy nie ma sensu plątać się po całym nieznanym mieście, bo nawet nie ma się kogo spytać i postanowiłem, że wracamy do centrum miasta i na dworcu kolejowym coś zjemy i przeczekamy do rana, a rano może będzie się kogoś spytać. Zdążyliśmy tylko wykręcić i kiedy ruszyliśmy w stronę miasta to nastąpiła następna awaria i myślałem że szlak mnie trafi na miejscu bo i tak już wszystko się we mnie gotowało. Domyśliłem się że padła prądnica bo wszystko nagle zgasło i tylko nie wiedziałem dlaczego nie zapaliła się kontrolka od ładowania. Podobna przygoda przytrafiła się nam jak z Jarkiem jechaliśmy na nasz pierwszy zlot do Wolsztyna, gdzie też padła nam prądnica w TRIUMPHIE i którą udało się naprawić na miejscu. Podobnie jak ze sprzęgłem w Dęblinie – dopóki nie zajrzę do prądnicy, to nie będę wiedział co dokładnie w niej padło i czy to uda się ją naprawić tutaj na miejscu. Zjechaliśmy z górki pod najbliższą latarnie i zabrałem się za rozbiórkę prądnicy i cały czas myślałem co mogło w niej paść. Po rozmontowaniu prądnicy byłem zdziwiony ponieważ wszystkie druty w tworniku odstawały od komutatora mimo że były do niego przylutowane. Wynikało z tego że prądnica została mocno przegrzana podczas tej wolnej jazdy przez miasto i skoro wytopiła się z niej cyna to w środku prądnicy była temperatura ponad 200˚. Takie uszkodzenie jest bardzo proste do naprawy wystarczy tylko ponownie wlutować przewody do komutatora, ale tutaj nie miałem takiej możliwości ponieważ nie miałem ani lutownicy, ani odpowiednich warunków. Teraz nie mając możliwości naprawy prądnicy w normalny sposób, postanowiłem dokonać patentu i modlić się żeby zadziałał, a mianowicie powkładałem druty w swoje miejsca i po chamsku przecinakiem zakleszczyłem je w kanałkach i zmontowałem prądnice w jedną całość. Akumulator też był rozładowany i żeby odpalić silnik zapchaliśmy motor z powrotem na górkę bo z niej będzie łatwiej go rozpędzić. Tym razem siedziałem na motocyklu.
Po zepchnięciu motoru silnik o dziwo zapalił co bardzo nas ucieszyło, a to oznaczało że mój patent sprawdził się i prądnica ładowała tylko, że ja za wcześnie włączyłem światła i ponownie nastąpiła cisza, więc ponownie musieliśmy wtaszczyć go na tą górkę i ponownie odpalić i odczekać jakiś czas, żeby akumulator złapał trochę prądu. Ja w tym czasie wypaliłem spokojnie papierosa i po małym postoju pojechaliśmy do centrum. Tym razem jechałem na światłach pozycyjnych, żeby już bardzo nie obciążać i tak już słabej prądnicy i tak dojechaliśmy na dworzec kolejowy. Teraz nic nie było dla nas ważne jak tylko zjeść byle co, bo dużego wyboru w nocy nie było i następnie gdzieś odpocząć do rana po tym burzliwym dniu.
Po tym skromnym posiłku szukaliśmy miejsca gdzie by tu odpocząć po tych przygodach, których jak na razie było za dużo jak na ten dzień, więc poszliśmy na perony, bo w poczekalni było ciasno i duszno, tym bardziej że noc była bardzo ciepła.
Wtedy zauważyłem, że przy ostatnim peronie na bocznym torze stoją puste wagony i powiedziałem do Jarka jeżeli będą otwarte to będzie dla nas szansa żeby przespać się w nich i w tym miejscu rozpoczyna się nasza następna nieplanowana przygoda tym razem dosyć śmieszna. Faktycznie wagony były otwarte, co było dla nas dziwne, ale nam pasowało i jak tylko usiedliśmy na tych miękkich siedzeniach to od razu zapadliśmy w kamienny sen, a motor z wszystkimi bagażami pozostał na parkingu przed dworcem. Kiedy spaliśmy jak susły to nawet nie poczuliśmy, że te wagony zostały podłączone do jakiegoś składu i co najgorsze, że ten pociąg jechał i spalibyśmy nie wiadomo ile czasu gdyby nie konduktor który sprawdzał bilety i wyrwał nas z tej przyjemnej drzemki.
Jak tylko ochłonęliśmy to nie mogliśmy uwierzyć, że jesteśmy w jadącym pociągu i nie mieliśmy pojęcia w którym kierunku zmierza. Dopiero konduktor, który nas obudził,, powiedział nam że to jest pociąg do Chełma i właśnie znajdujemy się w połowie drogi do tego miasta.
Konduktor widząc nasze ubrania i kaski domyślił się że w tym pociągu znaleźliśmy się przez przypadek i dlatego nie wlepił nam kary za jazdę bez biletu tylko wytłumaczył w jaki sposób szybko dostać się z powrotem do Lublina.

Bardzo ciekawy motocykl jaki widziałem na zlocie w Poniatowej w 1975 roku to NIMBUS MK II ale  roku produkcji jego nie pamiętam, a zdjęcie tego pięknego motoru znalazłem w Internecie w serwisie Wikipedia.

Bardzo ciekawy motocykl jaki widziałem na zlocie w Poniatowej w 1975 roku to NIMBUS MK II ale
roku produkcji jego nie pamiętam, a zdjęcie tego pięknego motoru znalazłem w Internecie w serwisie Wikipedia.

Konduktor powiedział że wysiadamy na najbliższej stacji i jak się pospieszymy to za pół godziny mamy autobus do Lublina bo powrotny pociąg będzie dopiero za dwie i pół godziny.
I tak nieplanowana wycieczka pociągiem zabrała nam
następną porcję cennego czasu i gdzieś około południa byliśmy z powrotem w Lublinie i szlak mnie trafiał że połowa pięknej soboty poszła się jebać i teraz byliśmy w podróży już prawie całą dobę i jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie ten zlot będzie się odbywał. Kiedy dochodziliśmy do parkingu przed dworcem, zobaczyliśmy, że nasz motor stał spokojnie w tym samym miejscu, w którym go zostawiliśmy i nawet nic z niego nie zginęło, ale zobaczyłem też, że obok naszego motocykla stało takie same jak nasze M-72 z lubelską rejestracją i przy nim stało dwóch chłopaków czekających na właściciela tego motocykla czyli na nas. Jak zobaczyłem tych ludzi, powiedziałem do Jarka, że nareszcie się czegoś o nich dowiemy, ale to oni pierwsi spytali się nas czy jedziemy na zlot motocyklowy do Poniatowej, bo w Lublinie nie ma żadnego zlotu. Odpowiedzieliśmy, że tak i dalej już pojechaliśmy na ten zlot razem. Miejscowość Poniatowa, w której został zorganizowany ten zlot i którego szukaliśmy po Lublinie prawie pół nocy, oddalona była od Lublina o 45 km w kierunku na Opole Lubelskie. Nasz upór dążenia do celu został wynagrodzony. Znowu jedziemy na nasz upragniony zlot motocyklowy. Jak dojechaliśmy na miejsce, to w pierwszej chwili poszliśmy z Jarkiem do baru napić się piwa, bo po tych wszystkich przygodach zaschło nam w gardłach i zapomniałbym jak smakuje piwo. Dopiero po odświeżeniu gardła poszliśmy zarejestrować się na zlocie. Znaczek z tego zlotu nie ocalał – jak większość innych znaczków, o czym już wspominałem.
Po rejestracji przygotowaliśmy sobie spanie, żeby nie robić tego po nocy i ponownie poszliśmy do baru tym razem na dłużej, ponieważ wszelkie atrakcje jakie bywają na zlotach czyli parada i jakieś konkursy dawno nas ominęły, a w tych konkursach i tak bym nie brał udziału bo wrażeń i tak miałem już dosyć. W barze spotkałem Marka Sokołowskiego i „Tośka” z Wrocławia, którego poznałem na zlocie w Wolsztynie w 1973 roku i teraz to było nasze trzecie spotkanie, ale i nie ostatnie o czym będzie mowa w dalszych częściach. Po przywitaniu się z nimi „Sokół” był zdziwiony że tak późno przyjechałem na zlot bo to nie było w moim stylu, ale odpowiedziałem im że w Lublinie jestem od wczorajszego dnia tylko miałem kilka przygód z motocyklem podczas szukania miejsca tego zlotu i zmuszony byłem poczekać do rana na dworcu i na dodatek powiedziałem im: „Życie bez przygód to tak jak cipka bez włosów” – byłoby szare i nudne. Kiedy rozmawialiśmy sobie przy piwie o moich wczorajszych przygodach to podszedł do nas człowiek z nogą w gipsie, wołali na niego „Fiszer” – tylko nie pamiętam czy to było jego nazwisko. Złamał nogę jadąc na ten zlot, bo miał wywrotkę na swoim HARLEYU podobną do naszej, tylko my wyszliśmy bez szwanku, a on żeby być na tym zlocie to po opatrunku uciekł ze szpitala. Marek i „Tosiek” z „Fiszerem znali się bardzo dobrze już od dawna, bo mieli jakieś wspólne interesy. Ja dopiero go poznałem i okazało się że on też przyjechał z Warszawy i mieszkał gdzieś na Saskiej Kępie. My z Jarkiem zrobiliśmy sobie małą przerwę w piciu piwa i postanowiliśmy połazić po placu, aby zobaczyć jakie maszyny zjechały się na ten zlot. Było ich naprawdę sporo i to różnych marek, a w śród nich było kilka, które widziałem po raz pierwszy w życiu.
Niektóre z nich były poprzerabiane na różnego rodzaju „Chopery”, albo inne wydumki, ale większość była odpicowana na oryginała.

Następny bardzo ciekawy motocykl, który widziałem pierwszy, raz to widoczny na zdjęciu ZÜNDAPP K-800. To zdjęcie też odnalazłem w Internecie.

Następny bardzo ciekawy motocykl, który widziałem pierwszy, raz to widoczny na zdjęciu ZÜNDAPP K-800. To zdjęcie też odnalazłem w Internecie.

Mnie osobiście spodobał się bardzo ładny motocykl który posiadał nietypowy jak na motocykl silnik i myślałem że do tego motocykla został wstawiony silnik samochodowy, ale okazało się że to jest jego oryginalny. Tym motocyklem był NIMBUS MK II. Wiedziałem że jest z przed wojny tylko nie wiedziałem z którego jest roku.
Motocykl ten posiadał czterocylindrowy górnozaworowy silnik o pojemności 600 cm3. Ciekawostką tego silnika była odkryta klawiatura, kiedy silnik pracował widać było poruszające się dźwigienki zaworowe. Zdjęcie tego pięknego motocykla znalazłem w Internecie i zamieściłem na poprzedniej stronie. Następnym bardzo ciekawym motocyklem był ZÜNDAPP K-800, w którym był czterocylindrowy dolnozaworowy silnik w układzie bokser. Widziałem też jedno z najstarszych BMW, a był to podobno model R-42 z 1926 roku. Po zakończonym obchodzie placu z motocyklami ponownie poszliśmy do baru, gdzie razem z chłopakami przy piwie rozmawialiśmy na różne tematy, a zwłaszcza na motocyklowe i przygody związane z nimi. W tym barze siedzieliśmy aż do wieczora, a wieczorem zaplanowane było wspólne zlotowe ognisko. Tak się złożyło, że biesiadowaliśmy razem z chłopakami z Chełma, jak opowiadałem im jaką mieliśmy z Jarkiem poranną przygodę w pociągu do Chełma to nie chcieli w to uwierzyć. Podczas tej pogawędki przy ognisku dowiedziałem się że ich kolega posiada do sprzedania jakiś silnik dwucylindrowy, tylko nie wiedzą do jakiego motocykla pochodzi czy od BMW, ZÜNDAPPA albo od M-72 i od czego by nie był to byłem zainteresowany tym silnikiem. Akurat tego kolegi na zlocie nie było, ponieważ tydzień przed nim uległ wypadkowi i leżał w szpitalu, a my z Jarkiem zaraz po ognisku poszliśmy na zasłużony odpoczynek bo trochę byliśmy zmęczeni wszystkimi przygodami jakie przeżyliśmy. W Niedzielę rano spotkałem się z tymi ludźmi i miałem zamiar pojechać z nimi, ponieważ zainteresowany byłem tym silnikiem, ale oni powiedzieli, że dopóki ich kolega jest w szpitalu to i tak bez niego nic nie załatwimy, więc podałem im wszystkie swoje namiary do siebie, żeby – jak będą coś wiedzieli więcej – dali mi znać i pożegnaliśmy się. Ja też przed wyjazdem w drogę powrotną postanowiłem zrobić coś przy motocyklu, żeby nie mieć problemów po trasie, a była okazja, ponieważ przy namiocie recepcji zlotowej był taki mały warsztacik gdzie można było podładować akumulator bo nie jeden motocyklista miał jakieś problemy z prądnicą albo z akumulatorem i mieli tam też dużą lutownicę. Postanowiłem te pozagniatane druty polutować, żeby mieć pewność że do Warszawy prądnica wytrzyma. Gdy prądnica została poprawiona po nocnej naprawie, to mogliśmy wyjeżdżać ze zlotu nawet zaraz bo cały majdan mieliśmy już zwinięty. Jednak nie spieszyliśmy się bo chcieliśmy trochę odpocząć po wczorajszym ognisku i dlatego łaziliśmy jeszcze po placu żegnając odjeżdżających kolegów. Kiedy mieliśmy już odjeżdżać, to zobaczyliśmy jak na teren zlotu wjechał HARLEY, ale ten motor wyglądał trochę inaczej niż te wszystkie pozostałe które widziałem i później dowiedziałem się od kolegów że to HARLEY 1100 WLC jeszcze z przed wojny, ale roku produkcji nie wiedziałem. W tym motocyklu podobno był zamontowany bardzo nietypowy silnik o pojemności 1100 cm3, który posiadał rozrząd tak zwany górno-dolny. Oznaczało to, że zawory ssące zamontowane były w głowicy, a zawory wydechowe były w cylindrach. Najciekawsze było to że na tym motocyklu przyjechał człowiek, który miał ponad 70 lat i w klubie motocyklowym w Krasnym Stawie – do którego należał – nazywali go „Dziadek”, ale on za to się nie obrażał tylko był z tego dumny że młodzi ludzie go szanują. Druga ciekawa sprawa: okazało się że „Dziadek” posiada ten motocykl jeszcze z przed wojny i do tej pory jest jego pierwszym właścicielem i udało mu się przechować jakoś ten motor przez okres okupacji i pierwsze lata zaraz po niej. Jak napatrzyliśmy się na ten wspaniały motor to gdzieś około południa postanowiliśmy wreszcie opuścić teren zlotu i pojechać w drogę powrotną do Warszawy. Tym razem postanowiliśmy pojechać już główna trasą z Poniatowej do Lublina i dalej przez Ryki, Garwolin do Warszawy. Najgorsze było to, że podczas drogi powrotnej nadal doskwierał nam nieznośny upał i nie mieliśmy na to żadnego wpływu. Jednak nie dane nam było spokojnie dojechać do domu po zlocie, ponieważ nadal prześladował mnie pech. Dopadła nas następna awaria i całe szczęście, że nie była poważna która unieruchomiłaby nasz motocykl, ale była wkurzająca. Objawy tej awarii były bardzo dziwne i nie zrozumiałe dla mnie, a ja dopiero poznawałem ten motocykl. Przed Garwolinem silnik zaczął dziwnie pracować, raz pracował lewy cylinder po chwili była tak zwana „Dziura” gdzie silnik nie pracował wcale i po chwili odzywał się tylko prawy cylinder i to trwało przez jakiś czas i postanowiłem to sprawdzić żeby nie narobić większego bałaganu. Podejrzenie padło na aparat zapłonowy, który w motocyklu M-72 podobny był do aparatu samochodowego z tą różnicą że tutaj aparat zapłonowy przymocowany był do dekla na stałe, a ruchoma była tylko płytka z przerywaczem sterowana linką żeby można było opóźnić zapłon podczas rozruchu. Krzywka poruszająca przerywacz stanowiła jedną całość z wałkiem rozrządu i na końcu tego wałka zamontowany był palec rozdzielacza i to wszystko zakrywała kopułka od której odchodziły przewody wysokiego napięcia do cylindrów.

To jest rysunek aparatu zapłonowego w motocyklach M-72, K-750 i URALU. 1 - to jest wałek rozrządu. 2 - ruchoma płytka z przerywaczem. 3 - kowadełko. 4 - śruba do regulacji przerwy. 5 - młoteczek. 6 - linka do przestawiania zapłonu.

To jest rysunek aparatu zapłonowego w motocyklach M-72, K-750 i URALU. 1 – to jest wałek rozrządu. 2 – ruchoma płytka z przerywaczem. 3 – kowadełko. 4 – śruba do regulacji przerwy. 5 – młoteczek. 6 – linka do przestawiania zapłonu.

Po dokopaniu się do aparatu zapłonowego moje przypuszczenia sprawdziły się. Po zdjęciu kopułki wyleciał palec rozdzielacza, który ponownie nie nadawał się do zamontowania i teraz miałem problem jak to naprawić nie mając drugiego palca rozdzielacza. Paląc papierosa intensywne myślałem co zrobić, żeby pojechać dalej i wymyśliłem. Ddo miasta spróbuję jakoś pojechać na jednym cylindrze. Przełożyłem przewód wysokiego napięcia z kopułki na jeden cylinder i odpaliłem silnik który pracował bez zarzutu na jednym cylindrze. Powiedziałem Jarkowi że do Garwolina turlamy się na jednym cylindrze i tam musimy coś wymyślić. Jadąc nie wkręcałem świecy w drugi cylinder żeby nie stawiał oporu i zablokowałem dopływ paliwa do tego cylindra żeby go nie tracić. W ten nietypowy sposób dojechaliśmy do Garwolina. Nawet nie musiałem wjeżdżać do miasta żeby znaleźć potrzebny mi sklep bo – podobnie jak było w Wyszkowie kiedy pojechałem po kliny, żeby naprawić Wojtka CALTHORPA – taki sklep, który był mi potrzebny znajdował się na obrzeżu miasta przy samej krasie. W sklepie kupiłem za ostatnie pieniądze cewkę zapłonową od samochodu TRABANT bo to był jedyny samochód, który posiadał jeszcze instalacje 6-ciowoltową i do tego dokupiłem jeden przewód wysokiego napięcia, bo ten oryginalny był za krótki. Cewkę prowizorycznie umocowałem do ramy plastrem i dalej pojechaliśmy już na dwóch cylindrach. Na całe szczęście do Warszawy już żadne nieprzewidziane problemy nas nie nękały i spokojnie wróciliśmy z najbardziej pechowego zlotu jak go później nazwałem.

Części składowe aparatu zapłonowego motocykli M-72, K-750 i URALA. Korpus aparatu, kopułka i palec rozdzielacza, który mi się rozleciał.

Części składowe aparatu zapłonowego motocykli M-72, K-750 i URALA. Korpus aparatu, kopułka i palec rozdzielacza, który mi się rozleciał.

Jak wjeżdżaliśmy na podwórko to chłopaki siedzieli pod wierzbą bo tam było najchłodniej podczas upału, ale jak usłyszeli warkot naszego motocykla to przybiegli na ławeczkę przy trzepaku i dopytywali się jak było na zlocie i podczas drogi wtedy Jarek palcem zniszczony kluczyk który nadal tkwił w stacyjce i wgniecenie na zbiorniku, a ja wyjąłem z kieszeni połamany palec rozdzielacza
i dodałem że oprócz tych niewielkich strat to wszystko było tak jak trzeba, a o szczegółach pogadamy później przy piwie. Zaraz po rozpakowaniu motoru każdy z nas poszedł do siebie żeby coś zjeść i wykąpać się po podróży, a wieczorem jak zwykle spotkaliśmy się w „Jagusi”, żeby napić się czegoś, świętować szczęśliwy powrót i opowiadać kolegom o naszych przygodach, które niedawno przeżywaliśmy z Jarkiem. Szkoda tylko, że znaczek z tego zlotu nie ocalał mi do naszych czasów, ale o brakujących znaczkach pisałem już nie jeden raz. Jeśli chodzi o naprawę uszkodzeń po tym zlocie to nie było ich dużo, bo prądnica została naprawiona jeszcze w Poniatowej, więc mogłem się do niej nie dotykać, a do wymiany była tylko stacyjka, w której był złamany kluczyk. Powróciłem do oryginalnego stanu, montując nowy palec rozdzielacza bo druga cewka jakby nie było to jest dodatkowy odbiornik prądu kiedy i tak prądnica w tym motocyklu posiadała moc tylko 38 W. Mimo że powróciłem do pierwotnego stanu to i tak po tym przykrym doświadczeniu jadąc gdzieś dalej, zabierałem ze sobą cewkę zapłonową jaką rezerwową część zapasową. Na zakończenie tego sezonu, w którym zaliczyłem jak na razie najwięcej ciekawych zlotów miała być jakaś impreza zorganizowana przez chłopaków z Olsztyna, ale niestety do tej imprezy nie doszło z niewiadomych przyczyn. W którąś sobotę pojechaliśmy do Zbójnej Góry koło Radości, gdzie było zorganizowane regionalne zakończenie sezonu tylko nie pamiętam, który klub organizował tą imprezę i było jednodniowe spotkanie. Pojechałem na nie z Tadziem Markiewiczem, który był kierowcą. Pojechali z nami jeszcze dwaj koledzy Darka: Juszko Michał i Wojtek – ci sami, którzy byli na moim zlocie w Kamieńczyku. Ponieważ za kierowcą nadal był Tadzio, to Ja pozwoliłem sobie z kolegami – co nie byli kierowcami – wypić kilka piw i do domu wróciliśmy po południu. Po oficjalnym zakończeniu sezonu motocykle nasze nie powędrowały jeszcze do piwnicy, ponieważ pogoda była sprzyjająca, więc postanowiliśmy jeździć tak długo jak się da, a na prace przy motorach będzie cała zima.

ROZDZIAŁ VIII

Ciekawa historia z silnikiem lotniczym od samolotu WILGA

Technika lotnicza zawsze mnie pasjonowała i teraz przez przypadek nadarzyła mi się okazja rozbierać silnik od samolotu, zwłaszcza że na razie nie miałem nic innego do roboty w oczekiwaniu na jakieś wieści z Chełma dotyczące silnika motocyklowego, który był podobno do sprzedania. W mojej piwnicy rozbierałem do tej pory różne silniki: motocyklowe, samochodowe i do mojej kolekcji brakowało mi tylko silnika od czołgu, silnika okrętowego i lotniczego który właśnie się trafił. Był to silnik od samolotu WILGA, ale wszystko po kolei. W tamtych czasach, za komuny, w wielu miastach i osiedlach stawiano różnego rodzaju pomniki w postaci czołgów, samolotów itp. Na sąsiednim osiedlu przed jednym z bloków też został postawiono taki pomnik w postaci samolotu WILGA. Ten samolot nie postał tam długo, ponieważ po licznych wypadkach z dziećmi, które na niego wchodziły i spadając robiły sobie krzywdę, administracja postanowiła usunąć go sprzed bloku. Któregoś dnia wracając z pracy jechałem jeszcze do znajomego spawacza na ul. Włodarzewską coś przyspawać przy motocyklu po wywrotce w Bochotnicy i zobaczyłem że ten samolot został pocięty na kawałki i czekał na wywiezienie. Jego silnik leżał obok w piaskownicy. Wtedy zaświtał mi pomysł, żeby ten silnik zabrać do piwnicy i w wolnych chwilach rozmontować go na drobne detale, odzyskać z niego cały aluminium, a przy okazji poznać konstrukcje takiego silnika. Zaraz po powrocie na podwórko złapałem kilku chłopaków którzy akurat byli i powiedziałem im jaki mam plan. Postanowili mi w tym nietypowym temacie pomóc, tylko był problem w jaki sposób przetransportować ten silnik do nas na podwórko. Pożyczyliśmy od gospodarza wózek na dwóch kółkach, którego używał do rozwożenia mleka i po dorobieniu prowizorycznego mocowania do motocykla pojechaliśmy po ten silnik, ale wyszedł następny problem bo nie miałem pojęcia ile waży taki silnik i czy damy rade załadować go na wózek i czy ten wózek wytrzyma pod jego ciężarem. Na miejscu okazało się że nie było tak źle jak nam się wydawało, ponieważ bez trudu zapakowaliśmy ten silnik na wózek i bezpiecznie przewieźliśmy na nasze podwórko. Tylko że na podwórku powstał następny problem – w jaki sposób bezpiecznie sprowadzić ten silnik do mojej piwnicy. Był to silnik gwiazdowy, a więc był okrągły i postanowiliśmy powoli sturlać go ze schodów.
Owszem, częściowo ta operacja udała się bo silnik znalazł się w piwnicy, tylko że nie w mojej. Podczas tego turlania wyrwał się nam i wleciał do piwnicy Jarka, która znajdowała się naprzeciwko schodów demolując drzwi do jej wejścia.

Tak wyglądał ten piękny silnik gwiazdowy AI-14 R, który miałem okazję rozbierać w swojej piwnicy. Zdjęcie tego silnika znalazłem w Internecie.

Tak wyglądał ten piękny silnik gwiazdowy AI-14 R, który miałem okazję rozbierać w swojej piwnicy. Zdjęcie tego silnika znalazłem w Internecie.

Wreszcie, po małych problemach, silnik znalazł się w mojej piwnicy czekając na demontaż. Teraz Ja – „Docent”, będę miał okazje poznać jego ciekawą konstrukcję. W pierwszej kolejności postanowiliśmy usunąć szkody jakie powstały, czyli naprawić drzwi do Jarka piwnicy i wyprostować ośkę w wózku która trochę się wygięła i to zajęło nam trochę czasu, zanim oddaliśmy sprawny wózek. Szkoda, że przy tym silniku nie było najważniejszych podzespołów, które mnie najbardziej interesowały, ponieważ zostały wcześnie przez kogoś zdemontowane. Był to cały układ zasilania paliwem oraz układ zapłonowy czyli iskrowniki. Rozbieranie tego silnika też było dla nas dużym wyzwaniem i nie należało do łatwych z prostej przyczyny – brakowało nam niektórych narzędzi, bo podczas próby odkręcenia cylindra połamałem aż cztery klucze. Dopiero jak nakrętki osłabiłem przecinakiem to można je było odkręcić. Po wymontowaniu dwóch pierwszych cylindrów okazało się że nie są z żeliwa tylko ze stopu lekkiego. Nie dziwiłem się, ponieważ w lotnictwie liczy się każdy kilogram, czym lżejszy jest samolot tym jego osiągi są lepsze, ale ciekawe było zabezpieczenie sworzni tłokowych. Nie było typowych pierścieni zegara, tylko z jednej i drugiej strony powkładane były grzybki wykonane z tego samego materiału co tłoki i dlatego nie rysowały gładzi cylindrowej. Najciekawsze było to że nie miałem pojęcia w jaki sposób połączona była głowica z cylindrem ponieważ na głowicy nie było żadnych śrub montażowych chyba że obie te części połączone były na wint. Tyko, że ja w swojej piwnicy nie miałem żadnej możliwości rozkręcenia tych części i gdybym miał dużą szlifierkę kątową to z jednego cylindra zrobiłbym przekrój i wtedy dowiedziałbym się w jaki sposób zostało to połączone. Po wymontowaniu wszystkich cylindrów, a było ich dziewięć, rozbierałem silnik dalej. Wymontowałem rozrząd i wał korbowy – tylko nie zapamiętałem jaka była kolejność pracy cylindrów w takim silniku, oraz nie rozszyfrowałem w jaki sposób smarowany był wał korbowy. Dalej byłem ciekawy konstrukcji tego silnika, więc rozbierałem go dalej i z jednego cylindra wymontowałem zawory, bo wydawało mi się że coś w nich w środku chlupie. Nie myliłem się, bo po przecięciu trzonka okazało się, że te zawory chłodzone są sodem co znacznie poprawiało wymianę ciepła w tej części silnika. Zresztą wszystko w tym silniku było ciekawe tak jak to, że pierwszy raz spotkałem się z takim rozwiązaniem: między wałem korbowym a piastą śmigła była przekładnia zwalniająca obroty śmigła tylko nie wiem w jakim celu. W ciągu tygodnia cały silnik z wielkimi oporami został rozmontowany, kilka cylindrów i wał korbowy zabrał „Fiszer” bo do czegoś to mu było potrzebne, a cały blok i reszta aluminium zostało sprzedane, a kasa zasiliła mój skromny budżet. Z pozostałych tłoków jakie nam pozostały – a były inne niż samochodowe bo bardzo płaskie – porobiliśmy sobie efektowne popielniczki, żadna z nich nie zachowała się. Jak pozbyłem się już tego silnika, który leżał na środku mojej piwnicy i ją zagracał, to była już gotowa na przyjęcie motocykla do zimowego przeglądu.
Teraz wracamy ponownie do spraw motocyklowych. Tak jak wcześniej wspomniałem pogoda była wspaniała, więc nadal jeździłem głównie do pracy i miałem nadzieje że jeszcze parę dni pojeżdżę, ale tak się nie stało ponieważ dopadła mnie ostatnia awaria motocykla w tym sezonie. Któregoś dnia w silniku coś zaczęło się mielić i myślałem że ponownie rozpadło się sprzęgło bo odgłosy z silnika były prawie identyczne, ale tym razem sprzęgło działało jak należy i dlatego nie wiedziałem co się dzieje. Naprawiając sprzęgło w Dęblinie zamontowałem nowe śruby i zostały zabezpieczone poprawnie, ale złośliwość rzeczy martwych nie zna granic i żeby mieć pewność postanowiłem to sprawdzić i wymontowałem skrzynie biegów po raz drugi w tym sezonie. Po wymontowaniu skrzyni zobaczyłem sprzęgło w jak najlepszym stanie i nic od niego nie odpadło. Wtedy pomyślałem, że te odgłosy mogą pochodzić ze skrzyni bo miałem problem z trzecim biegiem, który omijałem i postanowiłem teraz nie zaglądać do skrzyni ponieważ na to będzie cała zima, a te parę dni jakie jeszcze pozostały mogę pojeździć bez jednego biegu i to był mój błąd że nie sprawdziłem tego tematu do końca i to zemściło się okrutnie. Szybko motor zmontowałem do kupy i cieszyłem się jazdą która niestety nie trwała długo bo po trzech dniach wracając z pracy coś mocniej zagrzechotało i silnik został zablokowany na amen tylko nie miałem pojęcia co było przyczyną, ale teraz wiedziałem że to coś w silniku się mieliło i zostałem uziemiony. Jeszcze przed zestawieniem motoru do piwnicy chciałem sprawdzić co stało się w tym silniku i wymontowałem prawy cylinder który był bliżej koła zamachowego. Po jego wyjęciu wszystko było jasne. Łożysko na prawym było suche jak pieprz i przyspawało się do czopa wału blokując silnik. Nie było smarowane, tylko dlaczego? Teraz z dalszej jazdy były nici i motor przed czasem powędrował do piwnicy. Gdyby do takiej awarii doszłoby w środku sezonu to ten silnik zostałby naprawiony w ciągu tygodnia, ale teraz nie miałem takiej potrzeby i chciałem tylko poznać przyczynę zatarcia się tego łożyska więc wymontowałem silnik z ramy żeby, na stole było wygodniej go rozbierać. Po wymontowaniu koła zamachowego i tylnej obudowy żeby dostać się do wału korbowego wyleciał zmasakrowany kawałek blachy. Był pozostałością po ściekiewce, która odpadła od przeciwwagi wału korbowego.
Ściekiewka to był ważny element w układzie smarowania tego silnika, ponieważ kierował olej siłą odśrodkową do łożyska korbowodu i kiedy ten element dopadł to łożysko zostało pozbawione dopływu oleju i zatarło się. Jak poznałem już przyczynę tej awarii – dalej silnika na razie nie rozbierałem i czekałem na wieści od chłopaków z Chełma.

Wypad do Chełma po silnik od BMW

Wyjeżdżając po zlocie z Poniatowej zostawiłem chłopakom z Chełma wszystkie swoje namiary oraz grafik zmian w pracy żeby wiedzieli, którą mam zmianę jak będą do mnie dzwonili. Po dwóch lub trzech tygodniach po zlocie zadzwonili do mnie chłopaki z Chełma z informacją że ten kolega co ma do sprzedania silnik wyszedł ze szpitala i sprawa tego silnika jest nadal aktualna i dodali że to jest silnik od motocykla BMW tylko nie wiedzą od jakiego modelu i mogę przyjechać po niego w każdej chwili. Po tej informacji zadowolony byłem jak dziecko które dostało nową zabawkę, więc nie musiałem już warować w domu i poleciałem do „Jagusi” napić się piwa i oczywiście spotkałem tam chłopaków z podwórka, którym powiedziałem że niedługo będę jechał do Chełma po silnik, bo sprawa jest aktualna. Jarek powiedział że bardzo chętnie ze mną pojedzie. W domu zastanawiałem się czym pojechać do Chełma po silnik, a możliwości było kilka: pierwsza to pojechać normalnie pociągiem, tylko nie miałem pojęcia jak daleko do stacji kolejowej i później w Warszawie targać ten silnik na Ochotę nie byłoby łatwo, bo jednak trochę ważył. Druga wersja była taka; umówić się z Tadziem Markiewiczem i pojechać z nim SYRENĄ jego ojca tylko że on kończył jakieś studia wieczorowo i podobnie jak „Gruby” był zalatany i nie miał czasu. Trzecia wersja była najbardziej ryzykowna więc też odpadała, a była taka, żeby do Chełma pojechać „Grubego” WARSZAWĄ-204 tylko że ten jego pojazd mógł paść w każdej chwili i wszędzie, więc bałem się, że podczas tej wyprawy padnie gdzieś w połowie drogi i będę miał dodatkowy problem i wydatek, a do Chełma z Warszawy było około 240 km w jedną stronę więc nie chciałem ryzykować. Pozostało mi do wykorzystania ostatnie rozwiązanie, które było trochę kosztowne ale najbardziej pewne z tych wszystkich. W moim przedsiębiorstwie gdzie nadal pracowałem jako mechanik samochodowy, a było to w MPT o czym już wcześniej wspominałem, uruchomiona została wypożyczalnia samochodów dla ludności i były w niej do dyspozycji dwa typy samochodów FIAT-125p i FIAT-126p. Postanowiłem sprawdzić jakie są warunki i koszta wypożyczenia samochodu.
Okazało się, że ja – jako pracownik firmy – mogę wypożyczyć taki samochód z 50%-wą zniżką i należność zapłacić w dwóch ratach. Taki układ bardzo mi odpowiadał, więc bez namysłu postanowiłem z niego skorzystać. Do tej swojej przejażdżki zamierzałem wykorzystać samochód FIAT126p bo był dużo tańszy wynajem i do moich celów większy nie był mi potrzebny. Do Chełma zamierzałem pojechać w najbliższą sobotę albo w niedzielę, tylko wyszedł mały problem – ponieważ do końca miesiąca wszystkie soboty były zarezerwowane i nie mając innego wyjścia musiałem pojechać w środku tygodnia, bo czekać nie mogłem. Po załatwieniu wszystkich formalności załatwiłem wolne dwa dni i Jarkowi powiedziałem kiedy jedziemy. Tym razem nie miał problemu z załatwieniem sobie wolnych dni, ponieważ było już dawno po sezonie urlopowym. Z chłopakami umówiłem się przed dworcem kolejowym, ponieważ nie znając miasta tam każdy wskazał nam drogę i pojechaliśmy znowu w ładną trasę do Chełma. My dwaj czyli Ja i Jarek Pruszyński „Makówa” i to mnie cieszyło, bo w długiej trasie jest jakoś raźniej i mimo że w „Maluchu” jazda do wygodnych nie należy, ale to było pewniejsze od jazdy „Grubego” landarą. Wyjeżdżając z Warszawy wcale się nie spieszyliśmy, bo z chłopakami umówieni byliśmy na popołudnie jak wrócą z pracy i cała nasza jazda trwała około czterech godzin. Jak tam dojechaliśmy, to już na nas czekali przed dworcem, więc od razu pojechaliśmy do tego chłopaka który mieszkał niedaleko Chełma żeby szybko załatwić sprawę i zaraz wracać. Owszem to był ten silnik jaki mnie interesował, ale jak zobaczyłem jego wygląd to przeżyłem mały szok, ponieważ wyglądał jakby leżał gdzieś na dworze w błocie 20 lat i przypominał mi ten silnik od motocykla BENELLI-500 który znalazłem na złomowisku w Pruszkowie w 1973 roku o czym wspominałem. Najgorsze było to że przy tym silniku brakowało prądnicy i koła zamachowego i nie mogłem nawet sprawdzić czy ten silnik w ogóle się obraca, ale mimo tych wszystkich wad postanowiłem go zabrać i jeżeli nie uda mi się wykorzystać w całości to może przyda się na części i przed wyjazdem Ja z chłopakami wypiłem butelkę za załatwienie sprawy, a do Warszawy jako kierowca będzie wracał Jarek. Po ustaleniu ceny wyjechaliśmy z Jarkiem w drogę powrotną do Warszawy i dzisiaj nie pamiętam ile kosztował ten silnik, ale jego transport był o wiele droższy od jego zakupu, ale tak wyszło. Wracając do Warszawy kupiłem po drodze kilka piw bo podejrzewałem że jak wrócimy to „Jagusia” będzie już zamknięta, ale okazało się że była jeszcze otwarta i po wypakowaniu silnika poszliśmy z Jarkiem napić się piwa po podróży, a po powrocie z „Jagusi” siedziałem jeszcze długo w piwnicy bo następny dzień miałem wolny i chciałem coś sprawdzić. Ten silnik który przywiozłem, pochodził z motocykla BMW R-75 z 1939 roku od słynnej „Sahary” i to jak na tamte lata była bardzo nowoczesna konstrukcja. Silnik ten był dwucylindrowy, górnozaworowy w układzie bokser ,o pojemności 750 cm3 . Ale interesowały mnie dwie rzeczy do sprawdzenia, bo chyba bym nie zasnął za nim tego nie zrobię. Silnik od M-72 był wyjęty i rozmontowany to mogłem zabrać się za sprawdzanie tego co mnie interesowało. W pierwszej kolejności zamontowałem koło zamachowe które pasowało i teraz mogłem obrócić wałem korbowym i okazało się że nic się w nim nie blokuje i nawet jest jakaś kompresja.

Na plakacie który wisiał w mojej piwnicy widniał   ten motocykl BMW R-75/5 z 1974 roku w wersji policyjnej z takim wielkim zbiornikiem na 35 litrów który dał mi natchnienie do przeróbki swojego M-72 na podobne do tego BMW.

Na plakacie który wisiał w mojej piwnicy widniał ten motocykl BMW R-75/5 z 1974 roku w wersji policyjnej z takim wielkim zbiornikiem na 35 litrów który dał mi natchnienie do przeróbki swojego M-72 na podobne do tego BMW.

Następną sprawą było to czy rozstaw śrub do mocowania skrzyni do bloku będzie tali sam i kiedy na próbę przykręciłem ją do silnika to byłem już spokojny i na koniec sprawdziłem otwory do mocowania silnika Do ramy i w tym temacie też wszystko było w porządku. Teraz mogłem już napić się piwa które kupiłem po drodze i spokojnie pójść spać i w myślach widziałem już ten silnik w ramie mojego motocykla.

ROZDZIAŁ IX

Przeróbka M-72 na wzór motocykla BMW R-75/5 z plakatu rok 1975-76

Po powrocie z Chełma miałem jeszcze jeden wolny dzień więc w pierwszej kolejności z samego rana zdałem pożyczony samochód żeby nie płacić za następny dzień i zabrałem się za rozbieranie przywiezionego silnika, żeby przekonać się czy w środku czegoś nie brakuje i w ogóle jak to wygląda od środka , ale najpierw zaopatrzyłem się w piwo żeby lepiej się pracowało. Po rozmontowaniu silnika okazało się że w środku wygląda sto razy lepiej niż z wierzchu i to mnie cieszyło i z tego silnika wymontowałem wał korbowy bo na razie tylko on był mi potrzebny, a silnik ponownie zmontowałem do kupy żeby nie jego części nie walały się po stole bo już jeden silnik leżał na stole rozmontowany. Teraz czekałem na razie na przypływ gotówki, ponieważ po zakupie silnika i jego transporcie byłem pusty jak gwizdek. Sprawy mechaniczne jakie były do zrobienia przy tym silniku dotyczyły regeneracji wału i wykonania szlifu cylindrów co nie było żadnym problemem, ale najwięcej roboty czekało mnie przy kosmetyce tego silnika, ponieważ żeby podobny był do normalnego silnika – musiałem przywrócić mu pierwotny blask, bo wszystko było zapyziałe o czym już wspominałem, a to były już spore koszta. W mojej piwnicy wisiał na ścianie plakat z wizerunkiem motocykla BMW R-75/5 z 1973 roku w wersji policyjnej z wielkim zbiornikiem na 35 litrów paliwa i tylko nie pamiętam który z chłopaków przyniósł mi ten plakat, ale podobał mi się plakat i ten motor co widniał na nim. Najgorsze było to czekanie na przypływ gotówki ponieważ z niczym nie można było ruszyć i nie mając nic do roboty siedzieliśmy z chłopakami w mojej „Norze” i chlając piwo gapiłem się w ten silnik stojący na stole jak szpak w kość. Kiedy chłopaki poszli do domu to Ja jeszcze siedziałem w piwnicy i cały czas myślałem. Przyglądając się silnikowi co stał na stole zauważyłem że ten motor na plakacie ma bardzo podobny silnik do mojego i zaświtał mi fantastyczny pomysł żeby swoje M-72 przerobić i upodobnić do BMW z tego plakatu. Jak podjąłem taką decyzje dobrze wiedziałem, że to będzie bardzo trudne zajęcie, ale postanowiłem jednak spróbować bo byłem wtedy bardzo uparty, tylko przyznam się bez bicia że przy HARLEYU jakoś mi nie wyszło i trochę tego żałuję.

EE29.tmp

Było już po sezonie i chłopaki też pochowali swoje motory i podczas zimy zamierzali coś przy nich podłubać. A pogoda też nie była sprzyjająca, żeby siedzieć pod wierzbą, więc w wolnych chwilach spotykaliśmy się w mojej „Norze” czyli w piwnicy jak ją określali chłopaki, ponieważ w tygodniu nie chodziliśmy do „Jagusi” bo nie było na to czasu. Któregoś dnia, jak chłopaki poszli już do siebie, siedząc jeszcze w piwnicy wsadziłem ten silnik w ramę bo i tak nie miałem przy nim nic do roboty i w myślach widziałem go jak będzie wyglądał po odnowieniu jego wyglądu. Podczas któregoś spotkania powiedziałem chłopakom że podczas tej zimy mam zamiar całkowicie przerobić swój motor i upodobnić go do tego motoru co widnieje na tym plakacie i jak na razie mam silnik który na próbę wstawiłem w ramę. Chłopaki zgodnie przyznali że to jest wariacki plan i z tego nic mi nie wyjdzie z prostej przyczyny ponieważ nie będę miał takiego wielkiego zbiornika jak ten z plakatu.

Następne zdjęcie tego wielkiego zbiornika jaki udało mi się zbudować przy pomocy kolegów w pracy.

Następne zdjęcie tego wielkiego zbiornika jaki udało mi się zbudować przy pomocy kolegów w pracy.

Ja w odpowiedzi i w żartach powiedziałem im że jeżeli nie uda mi się zdobyć takiego zbiornika to zbuduje sobie sam i mój nawet będzie trochę większy i na tym temacie zakończyło się to nasze spotkanie tego dnia. Ale kiedy podjąłem decyzje o zbudowaniu takiego zbiornika to od czegoś musiałem zacząć więc postanowiłem zrobić model zbiornika w skali 1:1, a problemu z wykonaniem takiego modelu nie powinienem mieć ponieważ kiedyś zajmowałem się modelarstwem kartonowym tylko że w tym przypadku miałem pewne problemy, ponieważ wszystkie szablony dorabiałem metodą prób i błędów, bo na plakacie nie było żadnych wymiarów na których bym bazował. Model tego zbiornika robiłem w tajemnicy przed kolegami u siebie w pokoju żeby nie widzieli, że poważnie zabrałem się za zbudowanie zbiornika, a przez ten temat nie przespałem kilka nocy. Wreszcie po tygodniu kartonowy model zbiornika był gotowy i wszystkie szablony do jego budowy też. Teraz zastanawiałem się, kto podejmie się wykonania takiego zbiornika i jaki będzie koszt tej roboty.
Późnym wieczorem zniosłem ten model i przymierzyłem do ramy i wyobrażałem sobie jak będzie wyglądał pomalowany. W tym przedsiębiorstwie były dwie bazy: jedna na Ochocie, a druga na Grochowie i na tej drugiej bazie był specjalny dział zwany „Pawilonem”, gdzie naprawiane były samochody po wypadkach, a wszystkich samochodów na obu bazach było prawie 300-sta. Gdzieś w połowie września 1975 roku dostałem propozycje pracy na tym pawilonie, ponieważ pilnie był tam potrzebny mechanik, który odszedł, a ja jako rekompensatę dostanę podwyżkę i zmianę grupy, co bardzo mnie interesowało bo teraz liczyła się dla mnie każda złotówka, gdyż przy tej przeróbce czekały spore koszta. Wspomnienia „Docenta” część czterdziesta pierwsza

Obsadę „Pawilonu” stanowili głównie spawacze, nas dwóch mechaników, jeden elektryk i ślusarz, oraz było kilku uczniów.
Nasza robota jako mechaników była prosta – jak coś blacharzowi przeszkadzało, to ja musiałem to wymontować. Bywały dni, że przełaziłem cały dzień bez żadnej roboty i to było wkurzające. Wtedy zaświtał mi pomysł, że tutaj są idealne warunki żeby taki zbiornik zbudować. Musiałem tylko pogadać z którymś spawaczem. Wśród tych spawaczy poznałem młodego chłopaka, który pracował jako pomocnik spawacza i też mieszkał na Ochocie, bo bardo często wracaliśmy tym samym autobusem, a przed powrotem do domu wpadaliśmy do baru „Zagłoba” przy rondzie Wiatraczna na piwo. Jak wracaliśmy już z piwa powiedziałem, że chciałbym mu coś pokazać i pojechaliśmy do mnie do domu i wtedy pokazałem kartonowy model zbiornika, plakat motoru i zapytałem się jego czy nie pomógł by mi coś takiego zbudować.
On powiedział mi że pomoże mi przy tym zbiorniku, a Ja w zamian pomogę przy jago samochodzie z którym miał pewne kłopoty, bo na mechanice to on w ogóle się nie znał i w ten sposób dogadaliśmy się.

Trzecie zdjęcie tego pięknego zbiornika jaki zbudowałem do tego motoru.

Trzecie zdjęcie tego pięknego zbiornika jaki zbudowałem do tego motoru.

Leszek bo tak miał na imię ten chłopak porobił jeszcze w tym modelu kilka korekt i mogliśmy już zaczynać wielkie rzeźbiarstwo artystyczne w metalu.
A prace przy tym zbiorniku zapowiadały się naprawdę na bardzo trudne zadanie ponieważ po raz pierwszy w życiu coś takiego budowałem i nie miałem w tym temacie żadnego doświadczenia, a że to był najważniejszy element jaki był mi potrzebny do przeróbki motoru, więc nie mając innego wyjścia musieliśmy zrobić to sami.
Nie będę opisywał całego procesu dorabiania tego
zbiornika wspomnę tylko że budowaliśmy go w warunkach domowych nie mając do dyspozycji żadnej prasy ani tłoczni.
Prace rozpoczęliśmy od jego dna, które postanowiłem wykorzystać z oryginalnego zbiornika żeby mieć pewność że będzie pasował do ramy. Oba boki zostały wykonane z jednego kawałka blachy co można zauważyć na tych zdjęciach które zamieściłem, ale największym dla nas wyzwaniem było wykonanie górnej części, na której była cała masa łuków i krzywizn. Ta część robiona była z poszczególnych małych kawałków, które po wyprofilowaniu od razu były wstawiane i przypominało mi układanie wielkich metalowych „Puzzli”, ale efekt wyszedł zajebisty co widać na zdjęciach. Najgorsze było to, że prace przy zbiorniku robiliśmy w wolnych chwilach i ze zrozumiałych względów po cichu przed kierownictwem i najczęściej w czasie przerw śniadaniowych – co strasznie wydłużało czas jego budowy, a bywały dni że nawał pracy był duży i przy zbiorniku nie zrobiliśmy nic i to mnie wkurzało. W międzyczasie poznałem następnego kolegę, który pracował na silnikowni i również mieszkał na Ochocie. Spytał mnie czy nie pomógłbym jemu w naprawie jednego FIATA. Zgodziłem się, ponieważ to była możliwość zdobycia dodatkowych pieniędzy których teraz bardzo potrzebowałem i z tego faktu byłem zadowolony.
Jak na razie zabrałem się za kosmetykę silnika, ponieważ to nie były poważne koszta i do końca roku postanowiłem zająć się tylko tym tematem. Cylindry i głowice zostały oczyszczone przez piaskowanie, a cylindry po tym pomalowałem na czarno lakierem piecowym. Głowice po piaskowaniu zabrałem do pracy i w wolnych chwilach poprawiałem w nich zawory oraz gniazda zaworowe. Następnym tematem kosmetycznym było polerowanie bloku silnika, obudowy skrzyni biegów i dyferencjału oraz dekli zakrywających klawiaturę zaworową. Kiedy głowice miałem gotowe zastanawiałem się w jaki sposób połączę kolanka rur wydechowych ponieważ w głowicach na króćcach wydechowych były gwinty, a Ja nie miałem nakrętek do mocowania tych rur. Mogłem takie nakrętki dorobić nowe, ale podejrzewam że to byłby spory koszt więc musiałem znaleźć inne rozwiązanie. Wracając z pracy zajrzałem do znajomego mi sklepu z częściami do motocykli importowanych i udało dopasować się takie nakrętki, ale nie pamiętam od jakiego motocykla one były od JAWY czy od PANONI najważniejsze było że jeden problem został rozwiązany.

Koniec części pierwszej. Do lektury części drugiej zapraszam tu:
http://www.caferacer.com.pl/?page_id=10464

Zapraszam do dyskusji na Forum Cafe Racer:
http://www.caferacer.com.pl/forum/index.php?topic=1858.0
wojkop

19 odpowiedzi na „Motocyklowe wspomnienia „Docenta”

  1. faza pisze:

    Przyjemnie się czyta, przenosi w czasie 🙂 Będę czekał na dalsze części!

  2. Seba440 pisze:

    Super opowieści 🙂 Zloty motocyklowe wieczorem zawsze wyglądają tak samo 🙂 Czekam na więcej !

  3. Darek pisze:

    Fajne wspomnienia działo się,a pamiętasz klub Faja na Pradze Południa i prezesa Mańka.Pozd.

  4. jacek wachnik "Docent" pisze:

    bo jeśli tak do będą dalsze części wspomnień z udziałem właśnie jego z którym zaliczyłem chyba 10 zlotów i mam co wspominać

  5. Adam M. pisze:

    Nie kojarzylem ze Docent mieszkal na ul Sanockiej :).
    Byla to bardzo znana mi ulica jako ze mialem tam dlugoletnia przyjaciolke Malgosie Kwilmann, ktorej duzo mlodszy brat Janek wciagnal sie w nasze ( moje i jej owczesnego „chlopaka” Cienkiego ) zainteresowania motocyklowe.
    W okresie moich studiow ( 71 – 75 ) bylem czestym gosciem na tej ulicy.

    W okresie opisywanym przez Docenta czyli na drugim Wolsztynskim zlocie pojawilem sie juz na swoim Sokole 1000 i spedzilem go w towarzystwie reszty owczesnych Sokolarzy – Krzysia Adamiaka, wlasciciela tysiaczki i braci Kotusiewiczow jazdzacych b.ladnie odbudowana 600. Tak wygladalo nasze obozowisko :
     photo TucholamolSokol.jpg

    Natomiast na pierwszy zlot w roku 73 przyjechalem tak jak Docent – pociagiem, w dodatku umowiony z owczesna dziewczyna na dworcu w Poznaniu w srodku nocy, jako ze ona „urwala” sie swoim dziadkom z wakacji spod Przemysla a ja mialem tam dojechac na motocyklu z Wwy.
    Ten plan z lekka nie wypalil z powodu niesprawnosci motocykla ( co opisalem w swoich
    sokolowych przygodach ) i rowniez przyjechalem pociagiem, natomiast reszta tego wyjazdu byla niezwykle udana :).

    To jest motocykl na ktorym Docent wracal do Warszawy w 74 r :

     photo Tucholatritonbmwbsa.jpg

    To nie byl Triumph tylko Triton – szczyt osiagniec konstrukcyjnych angielskich rockersow z lat 60 tych – silnik Triumpha Bonneville wlozony w nortonowska rame Featherbed.

  6. Adam M. pisze:

    Aha, bylbym zapomnial – mlodszy brat Malgosi to Jan Kwilman obecnie warszawski dealer HD.

  7. ysiek pisze:

    Witam i pozdrawiam motocyklowych Starszaków . Był ktoś z Was może na zlocie HD w Płocku w 1975 r. jeżeli tak to dzięki wam mam zaszczepionego motocyklowego bakcyla . Oglądałem wtedy paradny przejazd motocyklami jako 6-latek i jak mi rodzice opowiadają nie mogłem w nocy zasnąć a następnego dnia jak dosiadłem swój trójkołowy rowerek to zacząłem warczeć i kręcić co sił ,,manetką ” . I ta ,,choroba ” trwa nadal 🙂 krzYSIEK Płock

  8. jacek kowalczyk pisze:

    Witam wszytkich old timers jestem w polowie histori jest to po prostu zywa i prawdziwa historia mialem okazje poznac autora i kilka innych ludzi Darka Kowalskiego .Pamietam zlot na slasku vc 1978 byl organizatorem , m in. mirek stefanczyk , bartek mizerski tadek rybak pamietam twojego choppera z opona z kolcami i giegiem wsteczym i maly icydent z lina ciekawe czy ktos pamieta tak czy inaczej historia jest niesamowita . pozdrowienia jacek kowalczyk czestochowa obecnie salt lake city usa duzo zdrowia

  9. wojkop pisze:

    Dzięki za wpis! Jeśli chciałbyś się podzielić jakimiś wspomnieniami, to śmiało – ja je chętnie zamieszczę. Wysyłajcie swoje wspomnienia lub zdjęcia na adres podany na górnym pasku w zakładce „Kontakt”.

  10. Adam M. pisze:

    Czytajac rozdzial autora o jego przezyciach w rolu 1975 sam wrocilem pamiecia do tych czasow. Byl to z roznych wzgledow bardzo znaczacy rok w mojej motocyklowej „karierze”, naszpikowany wydarzeniami motocyklowymi i osobistymi jak zaden przedtem.
    Nie chce jednak robic tak duzego wtracenia w komentarzach do artykulu Docenta i raczej zamieszcze go na Forum Cafe Racer w dziale „Kawiarniane Rozmowy”.
    Mysle ze Docent tez ma dostep do tego forum.

    • wojkop pisze:

      Docent właśnie mi zdradził, że nie ogarnia tych komputerowych niuansów z logowaniem i czytaniem komentarzy na forum 🙂 Obiecałem mu przekazywać wszystkie komentarze z forum bezpośrednio na maila.

  11. gryf pisze:

    Przeczytałam część wspomnień Docenta i Adama.M. Brałam udział w kilku spotkaniach m.in. w opisanym I zlocie w Wolsztynie mam (odszukam) kilka fotek i prześlę. Ale mam pytanie jak mam szukać wszystkich opowiadań i wspomnień klubowiczów z tamtych lat (1973 -1978). Do kawiarenki też nie mam dostępu a interesują mnie dalsze opowiastki i komentarz?
    Pozdrawiam

    • wojkop pisze:

      Do kawiarenki na naszym forum już masz dostęp. Szczegóły poszły na twój adres e-mail 🙂

  12. olo pisze:

    Mam nadzieję ,że poza Docentem „starsi metryką ale młodsi duchem” od niejednego dwudziestolatka podzielą się swoimi przygodami .Przyjemnie by się czytało w ostatnie zimowe wieczory.Pozdrawiam Docenta

  13. JCB pisze:

    Gdy byłem uczniem technikum silnik od wilgi wisiał w sali lekcyjnej na ścianie bezpośrednio na moją głową – na szczęście nigdy nie spadł 🙂
    A zapłon w silnikach gwiazdowych jest zawsze co drugi cylinder 1,3,5,7,9,2,4,6,8 – żeby zachować równomierność pracy zawsze mają nieparzystą liczbę cylindrów.